19:21:00

Calvin Klein obsession night i Elizabeth Arden green tea

Witam już dzisiaj raz ostatni. ;-)
Zgodnie z obietnicą w dwóch poprzednich postach (o kolorówce i włosowych dobrociach- zapraszam tych, którzy jeszcze nie czytali) tym razem coś, co na stronie mojej rzadko się pojawia- recenzja perfum. Robiąc ostatnie zamówienie skusiłam się na aż dwa zapachy (i dodatkowo kilka próbek). 

O czym mowa?

19:01:00

Włosowe dobroci: Kallos, Garnier

Witajcie ponownie.
Zgodnie z obietnicą, pojawiam się z drugą częścią recenzji. Tym razem z kolorówki (zapraszam na nią do postu poprzedniego) przenosimy się do mojego ulubionego obecnie działu- pielęgnacja włosów. Kosmetyków do włosów nigdy za mało, aczkolwiek obecnie powinnam się zabrać raczej za tzw. projekt denko, gdyż powoli nie mam już gdzie trzymać kosmetyków. Moja samotnia wygląda zdecydowanie jak mieszanka drogerii i biblioteki. I zatrważającym co najmniej jest fakt, iż nie wiem z przewagą której z tych części.

O czym dzisiaj?


Szampon Garnier z oliwą i rozmarynem polecany jest dla każdego rodzaju włosów. W jednym z poprzednich zamówień opisywałam Wam odżywkę, z której byłam bardzo zadowolona. Podobnież stało się w przypadku szamponu, ku mojemu zaskoczeniu, ponieważ rzadko kiedy służą mi kosmetyki do włosów wszystkich- wychodzę z założenia, że jeśli coś ma być dobre dla każdego, nie jest dobre wcale. Błąd. W niektórych przypadkach oczywiście. Konsystencja żelowa, ale nieprzesadnie, zapach (jak w przypadku odżywki) wprost świetny! Oczyszcza włosy, sprawiając, iż są lekkie i błyszczące. Żadnego przyklapnięcia, czy obciążenia. 

Odżywka Garnier z rumiankiem przeznaczona jest dla włosów blond. Dobrze myślicie- bynajmniej nie miałam ostatnimi czasu blondu, aż do wczoraj na moich włosach przez dłuższy czas gościł brąz w różnych tonacjach. Lubię jednak na włosach złote (nie rude!) refleksy, toteż różnymi kosmetykami próbowałam je wyciągnąć z mieszanym efektem. Konsystencja kremowa, zapach całkiem przyjemny. Stosowałam ją po myciu na długości włosów od żuchwy po końcówki. Lekkie odżywienie, brak obciążenia, ale niestety nic poza tym- być może efekt rozświetlenia pojawi się raczej u blondynek. 

Szampon przeciwłupieżowy Kallos to kosmetyk, który nabyłam połowicznie dla mamy i połowicznie dla siebie. Mama boryka się czasem z problemem łupieżu i w jej opinii ów szampon jest dla zwalczenia tego problemu najlepszy. Ja kłopot ten mam czasem po farbowaniu, ale użytkowałam go głównie celem oczyszczenia skóry głowy i dodania włosom lekkości. Konsystencję opisałabym jako żelową rzadką, zapach raczej jako przeciętny. Bardzo wygodna pompka, dzięki której szampon jest wydajny. Działanie rzeczywiście na plus- włosy lekkie i oczyszczone. Ano i możliwe jest ich rozczesanie, co zakrawa na szaleństwo po użyciu wielu przeciwłupieżowych szamponów.

Szampon Kallos brzoskwiniowy przeznaczony jest dla każdego rodzaju włosów. Z tzw. jaja korzystałam nie tylko ja- również moja mama i niespełna trzyletni braciszek, bowiem po pierwszym użyciu uznałam, iż szampon jest tak lekki, że nada się również dla dziecka. Konsystencja żelowa luźna, zapach przeuroczy (jak dojrzewające brzoskwinki). Delikatnie się pieni, pozostawiając włosy bardzo lekkie i (co również ważne) uroczo pachnące. Spełnia więc swoje zadanie. 

Maska jaśminowa Kallos to produkt przede wszystkim dla włosów suchych i zniszczonych. Postanowiłam ją wypróbować, gdyż Kallosy generalnie uwielbiam (miałam już wszystkie poza niebieskim keratin). Konsystencja jak u wszystkich ichnich masek- kremowa. Mleczny jaśminowy zapach przemawia zdecydowanie na plus. Użytkowałam ją w formie kompresu na godzinę-dwie przed myciem, ale i jako dodatek do laminowania i mieszankę z olejem lnianym. W każdym z tych przypadków sprawdziła się całkiem nieźle, pozostawiając włosy gładkie, miękkie i odżywione. Śmiało mogę powiedzieć, iż jest to jedna z najlepszych kallosowych masek i każdemu ją polecić.

Mieliście może któryś z powyższych produktów? A może któryś Was zainteresował?
Za chwilę ostatni już dzisiaj, perfumowy post.
xoxo

18:32:00

Kolorówka: Brische, Dermacol, Kallos

Witajcie Kochani. 
Nie wiem czy pamiętacie moje spore zamówienie z iperfumy, o którym pisałam jakiś czas temu na facebooku. Tym razem nie skusiłam się klasycznie na same produkty do pielęgnacji włosów- zahaczyłam również o kosmetyki kolorowe i perfumy. I na ten temat właśnie dzisiejsza trój-seria postów. Spodobało mi się całkiem przygotowywanie trzech postów podobnej tematyki tego samego dnia- stricte odprężające, jeśli większość czasu spędza się z angielską gramatyką (z której coraz więcej rozumiem i... ku zdziwieniu, którą coraz bardziej cenię). 

Ad rem, w pierwszym poście poświęcę kilka słów kolorówce, którą zamówiłam z lekkim wahaniem- o ile lubię testować nowości włosowe, o tyle do kolorówki nieznanej podchodzę z bardzo malutkim kredytem zaufania. Jednakoż kilka produktów mi się skończyło, więc uzupełniłam ich brak korzystając z okazji, iż zamówienie i tak składałam. 

O czym w bieżącym poście?

Na pierwszy ogień puder Dermacol. Wybrałam odcień najjaśniejszy, jako że lubię, kiedy puder ma odcień naturalny i nie wyglądam w nim jak ofiara solarium (nie, nie mówię tu o rozsądnym z niego korzystaniu), jakie (niestety i o zgrozo) często można na ulicy spotkać. Jeśli mnie pamięć nie myli, cena to złotych około 13- bardzo przystępna. Opakowanie bardzo klasyczne, bez żadnych udziwnień. Po pierwszym użyciu byłam wprost wniebowzięta- idealny mat i perfekcyjnie równe pokrycie! W dodatku, jak się potem przekonałam, na wiele godzin. Bez efektu maski jednak- naturalnie. Jedyny minus to brak dołączonej gąbeczki i lusterka. However, biorąc pod uwagę jego działanie, jestem w stanie mu to wybaczyć. Przy kolejnym zamówieniu zdecydowanie zamawiam kolejny.

Eyeliner Kallos to chyba najbardziej ryzykowna rzecz w moim ostatnim zamówieniu. Jak nadmieniałam w którymś z makijażowych postów, pozostaję wierna temu marki Wibo. Kobieta jednak często się nudzi i zaskoczyć musi- nawet, jeśli siebie samą. Opakowanie całkiem ładne- dla odmiany u eyelinerów białe, nie czarne. Pędzelek bardzo długi- co niekiedy w nim uwielbiałam, innym razem zaś przeklinałam, jak zafundowałam sobie plamkę na nosie czy w innym miejscu. Płynna, bezproblemowa konsystencja, która szybko wysycha. Zakończenie pędzelka dość cienkie- do odpowiedniego wymodelowania kreski trzeba kilku pociągnięć. Nie męczyłam się z nim jednak, jak to kiedyś z różnymi kreskomejkerami bywało. Bardzo wydajny, przeszło miesiąc już go użytkuję. Trwałość bez zarzutów, żadnego kruszenia się. Co jedyne- bardzo mała odporność na wodę, wystarczyło, iż spadła mi kropelka deszczu i z oka leciała czarna stróżka. Produkt jednak na plus. Z chęcią powitałabym wodoodporną wersję.

Przykładowy efekt użycia eyelinera i pudru (z dzisiaj):

Błyszczyki Brische to zakup stricte spontaniczny. Ostatnimi czasy uwielbiam wszelkiego rodzaju szminki, jednakże nie wszystkie wyglądają idealnie solo- stąd wybór bezbarwnego błyszczyku. Różowy sprezentowałam mamie, w żadnym stopniu nie trafiając dla siebie z kolorem (blade róże nie są moimi ulubionymi kolorami na ustach). Mama zaś z błyszczykiem bardzo się zaprzyjaźniła. Pędzelek klasyczny, opakowanie również. Żadnego denerwującego zapachu, czy, co gorsza, klejenia się niemiłosiernego. Przeźroczysta wersja uroczo podkreśla każdą szminkę, solo natomiast nadaje ustom naturalnego wyglądu. Za naprawdę małe pieniądze (koło 9 zł) zdecydowanie mówię tak.

Szminka Briche dołączyła do mojej kolekcji szminek praktycznie bez powodu. Obawiam się, iż ostatnimi czasy cierpię na zaawansowany zakupoholizm, co zresztą podkreśla bieżący, kończący się już tydzień. Cena bodajże około dwunastu złotych, opakowanie w zasadzie niewyróżniające się. Nie miałam jednak wcześniej do czynienia z tą marką, więc naturalnym jest, że postanowiłam ją wypróbować. Wybrałam kolor (oczywiście zapomniałam zrobić zdjęcia, kiedy jest otwarta) w kolorze 092 (klik). Nieprzytłaczający, acz cieplutki róż całkiem ładnie podkreśla naturalny kolor ust. Dodatkowo szminka nie jest 'sucha' jak co niektóre, z którymi się spotkałam, zgodnie z nazwą nieźle jak na szminkę kolorową nawilża usta.

Reasumując, z zakupów w ciemno jestem zadowolona. Być może i przy kolejnym zamówieniu skuszę się na coś kolorowego.
Za kilka chwil pojawię się z recenzjami części włosowej zamówienia, potem zaś kilka słów o perfumach. 
Coś Was zainteresowało?
xoxo

21:39:00

Wiosenne nowości w Naturze part 3: KOBO Professional

Witam Was drodzy moi po raz trzeci a zarazem ostatni dzisiaj.
Przyszła pora na zapowiedź nowości marki KOBO Professional, które również od dzisiaj w Drogeriach Natura znajdziecie. W poście poprzednim nowinki od Sensique, zaś w tym poprzedni poprzedzający o My secret.

Pierwszą z trzech nowości jest make up primer matte&smooth skin. Jest to oczywiście baza pod makijaż o konsystencji lekkiego żelu, wygładzającego skórę i kryjącego wszelkie niedoskonałości. Tuszuje również zmarszczki (optycznie). Długotrwały efekt utrwalenia całego makijażu. Można stosować pod podkład, ale i (uwaga!) na gotowy już makijaż w celu jego utrwalenia.
Cena za 20 ml to 19 zł.


Druga nowość to modeling illuminator with tens' up. Świetnie modeluje i podkreśla wybrane partie twarzy. Besides that, rozświetla skórę, sprawiając, iż wygląda ona promiennie i świeżutko. Maskuje oznaki zmęczenia i cienie pod oczyma. Znajdziecie go w dwóch odcieniach, cena sztuki to 17 zł.


I ostatnia już nowość na dzisiaj, jaką mam przyjemność Wam zapowiedzieć to sześć nowych odcieni lakierów z serii colour trends. Posiadam kilka- cenię je sobie przede wszystkim za trwałość, doskonałe krycie i szybkie wysychanie. Żadnych pęknięć, ni odprysków! Najnowsze barwy zainspirowane zostały kwiatami: anemone, daylily, cherry flower, orchid, lilac i forget-me-not. Cena za sztukę wynosi złotych zaledwie 10. ;-)





Jestem zakochana w pierwszym, ostatnim i najbardziej w przedostatnim <3.
A Wy- co chętnie widzielibyście w swojej kosmetyczce?
To już wszystko na dzisiaj, życzę Wam miłej nocy.
xoxo

21:21:00

Wiosenne nowości w Naturze part 2: Sensique

Witajcie ponownie.
Tak jak obiecałam, kontynuuję dzisiejszą serię o wieczorowej porze. W poprzednim poście znajdziecie informacje na temat nowości od marki My secret, teraz zaś na celownik bierzemy kosmetyki Sensique. 
Podobnież jak w przypadku poprzednim, wszystkie poniższe produkty znajdziecie w Drogeriach Natura już od dzisiaj. :-)

Pierwsza część nowości to edycja limitowana cieni Pearl glow. Są bezzapachowe i bardzo delikatne. W skład serii wchodzi sześć kolorów, za każden jeden z nich zapłacimy zaledwie 7 zł. 
Kolory: nude beige, caffe latte, light brown, grey brown, brownish violet oraz dark chocolate. 






Myślę, iż ta stonowana stricte paleta sprawdzi się doskonale w makijażu codziennym.

Druga część nowości to osiem nowych kolorów lakierów z serii Strong and trendy nails. Nie zawierają one toulenu ani formaldehydu. Są trwałe i intensywne; nowoczesna formuła zapewnia efekt tzw. szklanego połysku (pod czym mogę się podpisać, posiadając wiele kolorów z serii poprzednich). Cena za sztukę to sześć złotych. Nowości dostaniemy w kolorach: violet lea, wild strawberry dreams, flowery meadow, sunshine in the trees, touch of the sun, mint mist, look at the sky i lying at the grass (bardzo fantazyjne nazwy, zdecydowanie na plusik). 







Jestem totalnie zakochana w strawerry dreams, lying on the grass, mint mist i look at the sky <3.

Co Wam wpadło w oczko?
Za chwilę pojawię się z częścią ostatnią- nowościami marki Kobo.
xoxo

21:02:00

Wiosenne nowości w Naturze part 1: My secret

Witajcie, moi Kochani. 
Zapewne spora część z Was zastanawiała się, dlaczego na stronie nie pojawiają się żadne nowe posty. Jeśli znalazła się choć jedna taka- cieszy mnie to bardzo. Fakt, że tutaj zaglądacie i interesujecie się tym, co piszę jest dla mnie bardzo dużą motywację, dlatego przepraszam Was za zaniedbanie w ostatnim czasie. Zwięźle rzecz ujmując, najpierw borykałam się z pierwszą w życiu swoim sesją (którą udało mi się na szczęście bez większych problemów zdać ;)), potem zaś miałam nie najlepszy okres. Wszystko jednak zmierza ku dobremu, dlatego teraz będę się tu pojawiać co najmniej tak systematycznie przed przerwą w mojej bytności w blogosferze. 

W ramach wynagrodzenia za długą nieobecność na facebooku czeka na Was całkiem przyjemny konkurs. Zapraszam: http://facebook.com/fashionery :)

Ad rem, dzisiejszego wieczoru czekają Was trzy posty- wszystkie tyczą się nowości, które specjalnie na wiosnę przygotowała dla nas moja absolutnie ulubiona sieć drogerii, zwana dalej Naturą. 
W pierwszym poście przegląd nowinek od My secret.

Nowości marki My secret są dostępne w Drogeriach Natura już od dziś. ;-)

Pierwszym z nowych produktów jest tusz do rzęs Create your lashes with 2 stage brush. Ma on za zadanie wymodelować idealnie nasze rzęsy jednocześnie pogrubiając je i wydłużając. 
Kolor czarny.
14 zł/10 ml
Coś czuję, iż dwustronna szczoteczka (jak u jednego z moich ulubionych tuszów: fioletowego Oriflame) będzie strzałem w dziesiątkę. ;-)

Druga część nowości to cztery nowe lakiery w soczystych kolorach- yellow, green, red oraz navy z serii Hot colors. Mają lekką, nowoczesną formułę, która łatwo rozprowadza się po płytce paznokcia, nie pozostawiając smug, co mogę potwierdzić, gdyż mam kilka kolorów z poprzedniej serii.
Uzupełnieniem kolekcji Hot colors będzie paletka czterech matowych cieni w intensywnych kolorach oraz pięciu nowych błyszczyków. :-)



Kolorki na wiosnę idealne, nieprawdaż? ;-)

Za chwilkę pojawię się z częścią drugą i trzecią- Sensique oraz Kobo :).
Miłego wieczoru wszystkim życzę. 
xoxo
Copyright © 2014 Okiem Julii: recenzje , Blogger