• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Opowiadania nie należą do łatwej formy literackiej, wszak przy użyciu niedużej ilości słów ich autor musi wyrazić bardzo wiele, jeśli mają być uznane za udane. Z drugiej strony, to właśnie one uważane są za oddające w pełni kunszt, jakim dysponuje pisarz. Sama najbardziej lubię historie spowite ulotną mgiełką ezoteryki, które przemawiają do tej cząstki duszy, jaka doskonale wie, że - cytując Hamleta: „świat jest pełen tajemnic, zjawisk i niezwykłości, których ludzki rozum, nauka czy filozofia nie są w stanie pojąć lub przewidzieć”. Która przyjmuje, że Mickiewiczowskie: „czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko” jest w pełni  zasadne, ponieważ to, co transcedentalne, stanowi immanentną część ludzkiego świata i świadomości. A także wyobraźni, która często zabiera człowieczą istotę w podróż po tym, czego  nie da się przeniknąć rozumem a tym bardziej namacalnie dotknąć. Niewątpliwymi mistrzami tego rodzaju opowiadań byli Edgar Allan Poe oraz H. P. Lovecratft, którzy wyznaczyli ich niedościgły wzorzec. Wykreowana w ich dziełach atmosfera, pełna niepewności i przeszyta na wskroś tajemniczością, niejednokrotnie balansuje na granicy jawy i snu, a także racjonalności i szaleństwa. Nie tylko zachwyca, ale i daje poczucie obcowania z niewytłumaczalnym, które przez szeroko otwarte odrzwia imaginacji zyskuje dostęp do samego serca, by już nigdy z niego nie ustąpić. Gatunek ten na ogół stanowi emocjonalne połączenie fantastyki, science-fiction, ludowych wierzeń, i horroru, czerpiąc pełnymi garściami z gotyckiej tradycji. Ujęty w odpowiednio obrazowo przedstawione wydarzenia, zawsze pozostawia po sobie niezapomniane wrażenie. Udowadnia to recenzowany zbiór opowiadań.

„Trzymani przez nich za ręce, powoli wkraczamy do Krainy Cieni - tam, gdzie kończą się wszystkie ludzkie ścieżki.”

Zdanie zamykające ostatnie z opowiadań doskonale oddaje klimat utworów Pisarki, do których przeniosę Cię właśnie teraz.

01:33:00 No comments

Pięknie mroczna wyklejka, zaczernione pierwsze strony rozdziałów, pełne zwracających uwagę grafik, rysunkowe ilustracje oraz elegancka okładka z literami, które skrzą się odcieniem fuksji - właśnie w tak estetycznym wydaniu Iwona Feldmann sprezentowała czytelnikom pierwszy tom serii „Wakacje z szefem” o podtytule „Rosy”, wziętym od imienia głównej bohaterki. Jako miłośnik wizualizacji, muszę stwierdzić, iż tego rodzaju spójność jest więcej niż mile widziana. Z pewnością wszelkie fanki historii romantycznych przyznają mi rację - wszak opowieści o relacjach dobrze jest okrasić odpowiednio przyciągającą wzrok warstwą optyczną! Wystarczy jednak o zaletach, które można dostrzec na pierwszy rzut oka, bo przecież w każdej książce, mimo wszystko najważniejsza jest treść. W tę standardowo wprowadzę Cię w recenzji - zwichrowanej halucynacji semantycznej, która zaprosi Cię do odbycia pewnej nieplanowanej podróży z mężczyzną, jakiego do tej pory znałaś tylko z firmowych zebrań, niemiłych rozmów i eleganckich korytarzy. Choć pracujesz dla Cartera Bellamy od ponad sześciu lat, dotychczas nie miałaś o nim najlepszego zdania. I trudno Ci się dziwić - w końcu wyniosła pyszałkowatość młodego i nieprzyzwoicie przystojnego miliardera raczej nie są cechami, jakich inteligentna kobieta, utalentowany analityk finansowy, może poszukiwać u mężczyzny. Jak to jednak często bywa, w każdej grze karty zmieniają się co rozdanie - i potrafią tak nagle, co niespodziewanie odwrócić passę. Tymczasowa nieobecność zarządzającego Twoim działem przyjaciela sprawi, że już niedługo będziesz miała okazję pracować dla samego prezesa i poznać go znacznie lepiej niż do tej pory. Ogarnięta prywatnymi problemami z pogarszającym się stanem matki na czele, wcale nie potrzebowałaś akurat teraz nowych wyzwań. Nikt jednak nie pytał o Twoje chęci, a raczej z ironicznie uniesionym kącikiem pięknie wykrojonych ust stwierdził, że przed Tobą delegacja do Kalifornii. Tyleż słonecznej, co gorącej - i to niekoniecznie za sprawą samej pogody…

02:00:00 No comments

Napisanie powieści z wątkami dla dorosłych czytelników nie jest prostym zadaniem. Jeśli ma być czymś więcej niż tylko przedstawieniem czysto fizycznej relacji pomiędzy bohaterami, trzeba dodatkowo zadbać o wiele istotnych kwestii. W mojej ocenie przede wszystkim same postaci nie mogą być płaskie - a tak skonstruowane, by czytelnik chciał się dowiedzieć, co się pomiędzy nimi wydarzy. Otoczone odpowiednimi przeżyciami i okraszone właściwą dawką charakterystycznych cech, zdecydowanie zachęcą odbiorcę do poznania swoich losów. Jeśli autor zdecyduje się nadać im inteligentnego poczucia humoru - tym lepiej. Poza tym uważam, że rzadko kiedy w literaturze wywodzącej się z romansu teatr dwóch aktorów, czyli naczelnych sylwetek, okazuje się wystarczający. Doskonale zatem, jeśli dodatkowo wprowadzi się do narracji wątki rodzinne czy powiązane z przyjaciółmi. Czym barwniejsze, tym ciekawsze okazuje się książkowe tło - wszak jego wielowątkowość zawsze jest zaletą. Jeżeli są wartościowe - zaczynam uśmiechać się, tym razem nie makiawelicznie, jeszcze szerzej. Pewien ewenement, ponieważ podczas lektury „Dalii” Patrycji Dzień poczułam się nader zachęcona do jak najszybszego poznania dalszych stron historii już po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron. Główna bohaterka, pisarka Maria jest bowiem tak przykuwającą uwagę osobą, że niemalże od razu kradnie serce odbiorcy nader nietypową kreacją. Choć na co dzień tworzy udane fabuły fantasy, tym razem staje przed nią zupełnie inne wyzwanie: napisać erotyk. Początkowo narzeka na ten pomysł, kierując skargi do psa malamuta, który jest absolutnie uroczym towarzyszem, ale - jak to ma w zwyczaju, decyduje się na spróbowanie sił w nieznanym gatunku. Po krótkim ochłonięciu w przydomowym warsztacie, w jakim produkuje na zamówienie oryginalne, drewniane wyroby, zgadza się na cokolwiek szalony pomysł wydawcy - i odwiedziny pewnego klubu, który ma jej posłużyć za inspirację. I tu cały galimatias dopiero się rozpoczyna… Może bezpieczniej byłoby zostać przy fantastyce? 😉  

23:27:00 No comments

Pewna lokata w tegorocznym rankingu najlepszych przeczytanych książek oraz nota 11/10 nie oddadzą w pełni tego, jak misternie skonstruowaną szkatułką tragedii jest „Ziarno zła” - powieść Autora, którego zdążyłam… obdarzyć nienawiścią już po pierwszych kilku przeczytanych rozdziałach. W pozytywnym znaczeniu tego słowa, ponieważ jako literat odczuwam naturalną zazdrość względem niespotykanie ogromnego talentu, jakim bez wątpienia dysponuje Pisarz. Mieć oryginalny pomysł na fabułę, zaprezentować go w udany sposób, przedstawić umiejętnie czytelnikowi sztafaż barwnych postaci - to wszystko trudne, choć w pełni wykonalne. Twórca jednak na tym nie poprzestaje, prawdopodobnie postanowiwszy postawić poprzeczkę o wiele wyżej. Do powyższych dołączają bowiem inne elementy, które wynoszą prozę na o wiele ambitniejszy poziom. Trzecioosobowa narracja to swego rodzaju żonglerka, jako że płynnie i naprzemiennie rzuca światło na wydarzenia, które stają się udziałem wielu bohaterów. Pozornie takich, którzy nie mają ze sobą wiele wspólnego, pomijając pewne determinujące przyszłość wydarzenie z przeszłości. W istocie - osoby, które finalnie po zawirowaniach i świetnie wprowadzonych plot twistach, spotkają się na jednej, wielkiej scenie - w przedstawieniu tak dramatycznym, że aż zatrzymującym niemiejącego odbiorcę w miejscu. Do tego Kapla zdecydował się na bardzo rzadki zabieg literacki, z którym ostatnio miałam do czynienia… wiele lat temu we własnym tekście. Jakże pysznie było zobaczyć jego realizację na 413 stronach! Anadiploza, czyli paralelizm składniowy, zastosowany na poziomie kompozycji rozdziałów z wariacyjnym przekształceniem frazy to sztuka niesamowicie trudna. (Pisząc prościej: ostatnie zdanie rozdziału poprzedniego i pierwsze kolejnego są złożone z podobnych słów, choć różne - i właściwie wplecione w treść.) Zabawę słowotwórstwem, którą tak cenię, widać zresztą u Autora wielokrotnie. Z tego „Ziarna zła” wykiełkowało, nie przesadzając, dzieło. Idealnie niewtórny przedstawiciel literatury pięknej. Najwyższych lotów!

23:17:00 No comments

Maghreb to nie tylko część Afryki, to także styl życia i sposób pojmowania świata. Swoista sztuka bytu. Każdy przybysz, snujący rojenia o wyższości kulturalnej nad autochtonami, przekonany, iż chroni go jakże cienki naskórek zachodniej cywilizacji, szybko łapie się na tym, iż powoli, lecz nieuchronnie staje się jego częścią, czy tego chce, czy nie. Jest jak wir, wciągający obcego w czeluści, których granice biegną od bezkresnych piasków Sahary, poprzez liche arabskie lepianki aż po rozgwieżdżone niebo, na którym można dostrzec każdą, nawet najmniejszą gwiazdę. Proces ten nie ominął i Twojej osoby. Namacalnie dostrzegasz, jak kropla po kropli sączy się w Ciebie tutejsza atmosfera, niezauważalnie zmieniając ogląd świata i podejście do teraźniejszości. Niemal fizycznie czujesz, jak Afryka trawi Cię w swoich bezdennych trzewiach krok po kroku, kawałek po kawałku. Wystarczyły dwa tygodnie pobytu w Tunezji, byś przejął tutejsze podejście do upływu czasu, który odmierzasz już nie godzinami i minutami, ale całymi dniami. Zmienił się nawet wygląd Twojej skóry, ogorzałej od palących promieni słońca i smaganej gorącym tchnieniem wiatru sirocco. Nie masz pojęcia czy na końcu tej drogi będziesz czystszy i bardziej wolny od złudzeń przeszłości, czy przeciwnie, ale wiesz jedno - przepełniająca Cię tęsknota pozostała taka sama. Za tym, by mieć swoje miejsce na świecie, do którego chce się wracać i osobą, dla której jesteś ważny, a może nawet najważniejszy. Niezasklepione rany bolą najbardziej, zwłaszcza, gdy zostały zadane przez kogoś, kto był całym Twoim światem. Komu niczego nie mogłeś odmówić, godząc się z radością na rolę cienia podążającego za wyśnionym bytem. Od rozwodu, który położył kres Twojemu dwuletniemu małżeństwu, minęło już półtora roku, a masz wrażenie, jakby miał miejsce przed miesiącem.

23:58:00 No comments

Snułaś tyle planów na ten dzień i wszystkie musiałaś odłożyć na później za sprawą SMS-a wzywającego na pilną rodzinną naradę. Otrzymałaś go od babci, która mieszka na obrzeżach Tarnowskich Gór, gdzie musisz dojechać z Katowic - a to całkiem spory kawałek. Teraz siedzisz w samochodzie, wściekając się na ogromne korki. W końcu jednak docierasz na miejsce i jak zwykle wita Cię ogromny rwetes. Są wszyscy członkowie familii, których nie widziałaś od dłuższego czasu, więc powitaniom nie ma końca. Wszystkim dyryguje babcia Wiktoria, jaka pomimo swoich blisko osiemdziesięciu dwóch lat wygląda i zachowuje się niczym osoba dużo młodsza. Nigdy nie brakowało jej energii, a teraz jest jej istnym wulkanem. Uwagę zwracają jej niesamowicie błękitne oczy, odziedziczone po własnej babci Anieli. Ta ostatnia przeżyła osobistą tragedię, gdyż jako córka niezbyt zasobnych chłopów, wbrew własnej woli została wydana za mąż za syna bogatego gospodarza. Była najpiękniejszą dziewczyną we wsi, więc rodzice bez skrupułów przehandlowali dziecko w zamian za apanaże. Ten krok przyczynił się do rozpadu rodziny. Bracia - Antek i Jakub nie zaakceptowali tego wyboru. Od dawna marzyli o wyjeździe do USA, więc oburzeni uznali, że przyszedł na to czas. Gorąco namawiali siostrę, aby im towarzyszyła, jednak ta odmówiła. Koniec końców osiedli na stałe w Wielkiej Brytanii, a kiedy po wojnie nad Europą zapadła Żelazna Kurtyna, kontakty pomiędzy rodzeństwem się urwały. Do tego stopnia, że obydwie rodzinne gałęzie nic o sobie nie wiedziały. Jak oświadcza babcia Wiktoria, właśnie uległo to zmianie, dlatego też zwołała wszystkich do siebie. John Hunter - wnuk Jakuba wynajął firmę detektywistyczną z zadaniem odnalezienia krewnych w Polsce. Po ustaleniu miejsca ich pobytu, wystosował zaproszenie na oficjalne obchody swoich dziewięćdziesiątych urodzin.

22:13:00 No comments

„Zły kadr” to połączenie thrillera, tragedii i elementów grozy w niezwykle klimatycznie udane ujęcie - debiut, dla jakiego miałam przyjemność napisać polecajkę na skrzydełko. Goszczę na nim wespół z Maxem Czornyjem, co jako psychofanka Autora uważam za ogromne wyróżnienie! Zdecydowałam się na okraszenie pierwszej powieści Pisarza o pseudonimie K. Gawron następującymi słowy: „Odcięci od świata przez śnieżycę czy uwięzieni w kadrze z koszmarów? Zamiast filmu, ekipa nagrała coś, czego nie da się wyreżyserować… Granica między rolą a przerażającą rzeczywistością zatarła się szybciej, niż spadały kolejne białe płatki. Dom stał się klatką, obiektyw świadkiem, a strach najsurowszym reżyserem. <Zły kadr> to osaczający thriller o tym, że oko kamery nigdy nie mruga. Odważysz się w nie spojrzeć?” - i myślę, że zdania te doskonale przystają do niepokojącej atmosfery, która eskaluje wraz z każdą przewróconą stroną lektury. Wydawać by się mogło, że to wszystko przecież niejednokrotnie w literaturze już było: śnieżyca, ustronny dom na wsi, klaustrofobiczne odcięcie od świata, brak zasięgu, trup i coraz większa nieufność, jaką odczuwa do sobie zgrana wcześniej paczka znajomych. Owszem, ale - co udowadnia powiązany ze środowiskiem kinowym twórca opowieści, wciąż można stworzyć z wykorzystywanymi wcześniej motywami w pełni oryginalną narrację, jakiej doskonale stopniowane napięcie sprawia, że nie można się od niej oderwać ani na chwilę. Oto thriller, którego każda strona powoduje u czytelnika uczucie trwożącego zimna i pożądane ciarki strachu. W mojej ocenie to jednak także w dużej mierze napisana pięknym, choć niestroniącym od uzasadnionej brzydoty, językiem opowieść o odrzuceniu i konieczności przywdziewania masek, za którymi o wiele trudniej kogoś skrzywdzić. O talencie i pasji, jakie to niekiedy muszą usunąć się w cień - i oczekiwać wiernie na realizację marzeń. O zadrach sprzed wielu lat, które będą uwierać dopóty, dopóki się ich nie pozbędzie, co zaś czasem jest możliwe tylko poprzez zemstę. I o tym, jak wiele czyni się, by osiągnąć cel…

00:13:00 No comments

Nie cierpisz takich spraw. Zawsze brzydziły Cię narkotyki, choć nie obwiniasz za ich używanie  nieszczęśników, jacy nie mogą się bez nich obejść. Całą niechęć skupiasz na tych, którzy najpierw podstępem wciągają ich w nałóg a potem bezlitośnie wykorzystują słabość, jaką sami wywołali. Gdyby to od Ciebie zależało, oskarżyłbyś wszystkich dilerów o udział w ludobójstwie. Niestety jako prokurator musisz się ograniczyć do stosowania obowiązujących przepisów, a te są zdecydowanie zbyt łagodne, nad czym bolejesz. Najbardziej przerażają Cię dzieciaki, które po paru latach raczenia się zakazanymi substancjami zachowują się jak zombie lub przypominają osoby o wiele lat starsze a do tego po strasznych przejściach. Aż pewnego dnia znajduje się ich już bez życia. Dzisiaj będziesz miał do czynienia z jednym z nich - ofiarą przedawkowania. Jak zwykle w pobliże miejsca zbrodni docierasz komunikacją miejską. Ubrany w garnitur i elegancki, długi płaszcz, z nienagannie wypastowanymi butami, przyciągasz wzrok współpasażerów. Skromnych wymagań co do materialnej strony życia oraz dbałości o wygląd nauczyłeś się w latach, gdy byłeś księdzem. Zrezygnowałeś z powołania, nie mogąc pogodzić się z tuszowaniem występków przełożonych. Skończyłeś studia prawnicze, odbyłeś aplikację i zacząłeś zajmować się ściganiem przestępców. A także naprawianiem świata, oczywiście w tym skromnym wymiarze, na jaki możesz mieć wpływ. Tak naprawdę w głębi ducha pozostałeś sługą bożym, z misją pomocy bliźnim. A wiara daje Ci w tym wielkie oparcie, choć często prowadzisz z Najwyższym zażarte i gniewne dyskusje. Wiele osób  dostrzega, że jesteś życzliwym i sumiennym człowiekiem, więc cieszysz się nie tylko uznaniem, ale przede wszystkim wielkim szacunkiem.

22:07:00 No comments

Anna Wolf zdążyła zawojować me serce za sprawą kilku powieści z prostej, choć niestety rzadko możliwej obecnie do dostrzeżenia przyczyny. Otóż, w mojej skromnej opinii recenzenta to jedna z najlepszych współczesnych polskich pisarek, jeśli chodzi o kreowanie niezwykle ciepłych relacji rodzinnych między bohaterami oraz wartościowych fabuł. Dawniej kwestia, wydawałoby się, dość oczywista w świecie literatury romantycznej. Dziś niejako święty Graal, którego odnalazłam również w trzecim tomie cyklu „Rodzina Marshall” - uśmiechającej lektury, jaka pozostaje świetną rozrywką. Pełna postaci, które lubią słowa: impertynencja, charakterność, przekomarzanki i zawadiackość, obfituje jednak przede wszystkim w uczucia i wszystko to, co tytułowe więzi tworzy. Nie udaje także czegokolwiek, czym nie jest - a stanowi po prostu doskonały wybór na ten wieczór, kiedy pragniesz świetnie się bawić. I cóż… jest bogata również w dość zwariowane zwroty akcji, na skutek czego myślę, że ekranizacja książki „Więzy krwi” miałaby szansę stać się kinowym hitem. Komedią romantyczną, na jaką można wybrać się zarówno w parze podczas Walentynek, jak i w trakcie kobiecego wypadu czy w samotności, kiedy chce się zobaczyć coś… zwyczajnie dobrego. Jeżeli nie miałeś okazji poznać cokolwiek zwichrowanej, bajecznie bogatej, a przy tym niezblazowanej fortuną rodziny Marshall, myślę, że to doskonały moment. Trzy części opowieści z tak pozytywną energią definitywnie świetnie nastroją Cię na wiosnę. Recenzowana uświadomi także, że moja teoria jest jak najbardziej słuszna. Jeśli coś jest Ci przeznaczone, trafi do Ciebie tą czy inną ścieżką. Może przy okazji odmieni kilka istnień i zobrazuje fakt, że wszystko, czego szukałeś, jest tak naprawdę na wyciągnięcie ręki - choć czasem wydaje się absolutnie nieosiągalne. I niekoniecznie w tym tkwi jego urok - to Ty musisz to zawojować! 😉

00:00:00 No comments

O debiucie, który okazał się szokująco złożony - i to niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu…

Praca w kancelarii komorniczej to niezbyt łatwy kawałek chleba. Czasami próba zwykłego doręczenia zawiadomienia o wszczęciu postępowania egzekucyjnego może skończyć się poszczuciem psem a nawet rękoczynami. Na szczęście jesteś byłym policjantem, więc szybko dajesz sobie radę ze zbyt krewkimi dłużnikami i członkami ich rodzin. Dziś jest poniedziałek, więc jak zwykle z samego rana pojawiasz się w biurze, tym razem jednak w nie najlepszym nastroju - daje o sobie znać weekendowy kac. Wyraźnie czujesz suchość w ustach a głowa pulsuje Ci tępym bólem. Do tego Twoje oblicze znaczy wielki siniak pod okiem - skutek wdania się w bójkę z damskim bokserem i ochroną w pubie. Rozpaczliwie próbujesz sobie przypomnieć, kto odwiózł Cię po wszystkim do domu, ale niestety masz dziurę we wspomnieniach. Witasz się zdawkowo ze swoim współpracownikiem - Łucją Adamczewską i raczysz kawą, z ulgą siadając na krześle. Byłeś pewien, że to właśnie ona poratowała Cię w nocy, ale wyraźnie widzisz, że nie miała z tym nic wspólnego, więc odpuszczasz sobie rozmyślanie o problemie i zaczynasz zajmować się pracą. Porządkujesz szybko dokumenty i pakujesz je do teczki. Po chwili ruszacie samochodem w teren. Śpieszycie się, gdyż macie sporo wezwań do rozwiezienia. Pierwsze z nich trzeba dostarczyć Henrykowi Zielińskiemu, który mieszka w niewielkiej wsi - Malanowie. Dzięki nawigacji niebawem docieracie na miejsce, mijając po drodze przeraźliwie puste i zaśnieżone pola. Wysiadacie i obrzucacie wzrokiem spory dom, wyglądający jednak na mocno zaniedbany. Sprawia wrażenie opuszczonego - odpadający tynk pozostawił po sobie liszaje, w oczy rzucają się też niemiłosiernie zarośnięty ogród oraz przekrzywiony płot. Gdy pukasz do drzwi, odpowiada Ci głucha cisza.

23:17:00 No comments

 

Właściwe miejsce, odpowiedni czas i przeznaczona chwila - wielka trójka, której zaistnienie w tym samym momencie zakrawa na prawdziwy cud. Najczęściej dopiero z perspektywy teraźniejszej myśli się o przeszłej, dodając niezliczoną ilość „co by było, gdyby…”, jakie to jednak przecież nie znajdą już nigdy praktycznych odpowiedzi i zostaną kolejnymi elementami barwnych dywagacji, czynionych pod osłoną nocy. Jeśli masz talent literacki, może niektóre spośród nich posłużą za pomysł na powstanie barwnej powieści. Inne przedyskutujesz w gronie najbliższych przyjaciół a znaczna część, rozmyta przez czas, zwyczajnie zatrze się w niepamięci. Swoją DEBIUTANCKĄ książką Konrad Cieplik uśmiecha czytelnika nietuzinkowym pomysłem na historię, z której płynie zgoła inne przesłanie. Zdaniem charakternych bohaterów propozycji literackiej o dźwięcznym tytule „Witaj, piękna pastereczko” absolutnie nic nie przydarza się przypadkowo a… zaistnienie wspomnianej wcześniej, wyjątkowej trójcy jest częstsze niż mogłoby się to wydawać. Przyznaję, że lubię poznawać fabuły, które przeczą moim prywatnym doświadczeniom (te wskazują raczej, że jeśli wszystkie kataklizmy i złe rzeczy, jakie da się wyobrazić, mają stać się czyimś udziałem, na trzysta procent będę to ja 😉), jako że każdorazowo udowadniają mi pewną wyjątkowość tak zwanej losowości. Choć jestem skończonym i zdeklarowanym pechowcem, w pełni wierzę w determinizm. Jeżeli coś zostało Ci zapisane - trafi do Ciebie, niezależnie od krętości ścieżki, którą uparcie zmierza. Z tegoż powodu myślę, że niemożliwe nie istnieje - nawet, jeśli rachunek prawdopodobieństwa jest bliski zera, należy spodziewać się niespodziewanego, bo Los jest w swojej pomysłowości nader złośliwy i uparty. Nieco jak ja… a już z pewnością jak podróżujący Harleyem po Albanii mężczyzna, który wcale nie miał się tam znaleźć i nadspodziewanie oklęta opiekunka owiec o tragicznej przeszłości… czyli bohaterowie recenzowanej książki. Tej gawędziarskiej wyprawie daleko do standardowych!

23:54:00 No comments

Malarstwo ikonowe to sztuka sakralna, będąca klasą samą w sobie. Jest nieporównywalne i nie do pomylenia z żadnym innym - oddziałuje na zmysły w niezwykle specyficzny sposób. Nic w tym dziwnego, gdyż jego pochodzenie wywodzi się z kultury Bizancjum, nosi więc znamię dla niej bardzo charakterystyczne - ogromne bogactwo wyrazu, poddane jednak ścisłemu rygoryzmowi. Teoretycznie próżno szukać w nim kunsztu Giotto di Bandone, średniowiecznego czarodzieja pędzla, który zrewolucjonizował malarską wizję chrześcijańskiego eposu i wprowadził do swoich przepięknych obrazów trójwymiarowość oraz początki operowania światłocieniem, jak choćby w arcydziele „Pojmanie Chrystusa” vel. „Pocałunek Judasza” (1303/1305 r.), w którym odbiorca godzinami może z zachwytem analizować zbiegające się spojrzenia głównych postaci, będące nieśmiertelnym spleceniem niewidzialną nicią dwóch ich rodzajów - niewinnego i zdradzieckiego. Na zdrowy rozum, ikony nie dorównują dziełom innego mediewalnego giganta sztuki Simone Martini, którego „Zwiastowanie” (1333 r.) oszałamia patrzącego mistrzowskim przedstawieniem postaci i bogactwem skąpanych w złocie kolorów. Z pozoru nie są w stanie konkurować także z „Mistycznymi zaślubinami  św. Franciszka” (1437/1444 r.) Stefano Sassetty, „bijącego” po oczach” prezentowaną co prawda wstydliwie, a jednak przepyszną urodą trzech cnót, najpierw stojących przed obliczem bożego wybrańca, by „po chwili” unieść się nad nim w ślicznie ukazanym łuku swych ciał. Nie przenikają one zgrozą werycznym ukazaniem cielesnych skutków męki Zbawiciela, jak na płótnie Andrei Mantegny „Opłakiwanie zmarłego Chrystusa” (1467/1480), gdzie rany Syna Boga, zadane bestialsko wbijanymi gwoździami, dosłownie przepalają wzrok każdego, kto miał okazję oglądać ten niezwykły obraz, zadając krzyczące pytanie o granice wytrzymałości ludzkiego ciała poddanego niewysłowionym katuszom.

18:35:00 No comments

W mroku można zatracić się bez reszty i zagubić na długo - wszak nie bez powodu wielu bezpowrotnie się w nim zakochuje. Raz umiłowawszy wszystko, co pochodzi z ciemności, niechętnie wybiera się to, co świetliste, łatwe i przyjemne. Czerń ma jednak sporo odcieni, spośród jakich niektóre okazują się niebezpieczne, niezależnie od tego, jak kusząco by się jawiły. Z pewnością do nich właśnie można zaliczyć powojenną zamieć, w której wirują odłamki próbującej złożyć się na nowo codzienności. Tej, w jakiej goszczą od wielu lat bohaterowie drugiej książki, którą zdecydowałam się przyjąć w tym roku pod medialne skrzydła - romansu historycznego Joanny Jax. Jako niespełna jedenastolatka i jeszcze młodsza dziewczynka, Ewa Zakrzewska była świadkiem wydarzeń, których definitywnie nie powinno widzieć żadne dziecko. Jednokrotnie ujrzawszy wszechpotężny ogrom zła, nigdy nie jest się już tą samą osobą, co jeszcze chwilę temu. Jeśli natomiast jest się zmuszonym, by obserwować go wciąż i raz jeszcze, przez okres kilku lat, to właśnie z tych doświadczeń tworzy się siebie zupełnie na nowo. Jak ktoś, kto podczas drugiej wojny światowej był świadkiem ciągłej makabry oraz zapętlającego się tragizmu ma zbudować dobre, pełne wartości życie, w którym poczuje się bezpiecznie? Należy jedynie podejrzewać, iż wymaga to nadludzkiej siły. Tą zaś przecież musiały cechować się tak zwane wojenne sieroty, dla których słowo dzieciństwo przestało istnieć z chwilą oddania pierwszego strzału przez wrogą armię. Choć „Zagubieni w mroku” szukają się i odnajdują głównie w roku 1969 na terenie Berlina Wschodniego, dzięki umiejętnie wplecionym w fabułę retrospekcjom naczelnej postaci, czytelnik podróżuje w czasie i przestrzeni również do Polski niszczonej właśnie przez nazistów i trawionej ogniem zniewolenia. Zestawienie tych dwóch światów daje zaś efekt, jaki wstrząsa niepowtarzalnie. Młoda architekt, która właśnie jedzie na zagraniczny staż, wciąż jest przecież tamtą małą dziewczynką… Nawet, jeśli tylko w jaźni.

22:00:00 No comments

Masz sekret, którego nie możesz wyjawić nawet najbliższym. Niewidzialny wróg toczy Twoje ciało, odbierając nie tylko siłę fizyczną, ale także wszelką nadzieję na przyszłość. A obydwie te moce są bardzo potrzebne w walce, którą podjąłeś z wrogiem swojej ojczyzny. Polska pozostaje pod zaborami już prawie sto lat, a Ty nigdy się z tym nie pogodziłeś. Jesteś konspiratorem i przynależysz do organizacji niepodległościowej „Głos Orła”. Twoje brawurowe i zarazem często lekkomyślne wyczyny budzą zgrozę w jej kierownictwie, a zwłaszcza w kapitanie Janie Skrzetuskim - Twoim dowódcy. Jednak ten toleruje wyskoki, jakich się dopuszczasz. To dawny przyjaciel Twojego ojca, którego Rosjanie zesłali na Syberię i od lat nie ma o nim żadnych wiadomości. W skrytości ducha jest dumny, że jego syn nie zna pojęcia strachu, choć zarazem bardzo się martwi, czy nie podzielisz losu rodziciela. Właśnie dostajesz od niego kolejną burę za najnowszy wyczyn, który po raz kolejny udowodnił Twoją ułańską fantazję, a zarazem naraził na wielkie niebezpieczeństwo. Poważyłeś się bowiem na rzecz bardzo zuchwałą. Dostałeś się na bal wydawany z okazji urodzin cara Aleksandra III przez namiestnika Josifa Hurko - generał-gubernatora, sprawującego nadzór nad byłym Królestwem Polskim. Świeżo poznana, zalotna dama, żona jednego z polskich urzędników obcej władzy, pod wrażeniem Twojego uroku, wyraziła zgodę na przedstawienie Cię oficjelowi. Idealnie zgrało się to z Twoim planem. Gdy wsłuchiwałeś się w głos perorującego i zadufanego w sobie Rosjanina, Twój towarzysz Maciej Skrzetuski - udając kompletnie pijanego, popchnął Cię w taki sposób, że wylałeś na carskiego dowódcę wino ze swojego kieliszka. Zdenerwowany, zaczął wykrzykiwać w Twoim kierunku obelgi i zanim zdołał się zorientować, już trzymałeś w ręku jeden z jego drogocennych orderów, po czym skierowałeś się śpiesznym krokiem do wyjścia.

17:18:00 No comments

Literatura science-fiction stanowi niezrównany wehikuł, za pomocą którego jej autorzy oraz odbiorcy mogą pędzić przez przyszłość z bagażnikiem pełnym przeszłości. Umożliwiającym, pod płaszczykiem opowiadania o wiekach, które dopiero nadejdą, wnikliwe roztrząsanie spraw znanych ludzkości od samych jej początków. Jeśli chcesz przeczytać niezrównane studium przeraźliwej samotności w świecie pełnym bliźnich, bezsiły wobec nieznanego i miłości potężniejszej od wszelkich przeciwności - sięgnij po „Solaris” Stanisława Lema. Masz ochotę poznać naturę totalitaryzmów, wobec których jednostka jest niczym a wszelkie przejawy życia podporządkowane są życzeniom władzy i stworzonego przez nią systemu przy wydatnym udziale uciskanych - zapoznaj się ze słynnymi dystopiami: „Rok 1984” George'a Orwell ‘a, „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya oraz „451 stopni Fahrenheita” Raya Bradbury’ego. Gdy interesują Cię zagadnienia pozbawionej wszelkich skrupułów walki o objęcie rządów, mechanizmy sterujące imperiami oraz istota bezlitosnego żywiołu rewolucji, rozpętanej przez demagogów - weź do ręki „Diunę” Franka Herberta. Chciałbyś zagłębić się w pełną zadumy opowieść o kalejdoskopie postaw wobec nieubłaganej siły, wiodącej do upadku cywilizacji oraz granicy poświęceń, ofiaruj parę godzin „Wojnie światów” Herberta Georges'a Wellsa. Wyliczać dzieła z tego gatunku, które opisują światy wyimaginowane, a jednak przerażająco prawdziwe, zajmujące się tak naprawdę człowiekiem, stanem jego jaźni, marzeń i tęsknot, obaw i najgorszych ze strachów; tym wszystkim, co unosi go i dręczy, można by bez końca. Do tegoż kanonu należy także twórczość Harlana Ellisona, niepokornego i przez długi czas wyklinanego Pisarza, zajmującego się fantastyką naukową, którego zbiór opowiadań jest przedmiotem niniejszej recenzji. On sam był postacią niezwykłą; jedną z tych, które ufają, że ludzkie uniwersum może być lepsze niż faktycznie jest. 

23:02:00 No comments

Można być komuś solą w oku… lecz i cierniem w mroku. Osobą, która tak bardzo nie pasuje do pozostałych, że rezygnuje ze wszystkiego i postanawia nigdy nie opuszczać cienia. Jakie to uczucie, kryć się w nieprzeniknionych ciemnościach, nie pozostawać w jednym miejscu zbyt długo, by nie dać się zauważyć ani pojmać, rozmawiać tylko z przeszłością i wspomnieniami - w głowie? Wydaje się, że to tak zaawansowany stopień osamotnienia, że aż przeraża. Tymczasem bohater o tajemniczej historii, wykreowany przez Elżbietę Barczyk udowadnia, iż w niektórych okolicznościach nauczenie się życia w pojedynkę i w niewidoczności jest o wiele lepszym rozwiązaniem niż przyłączenie się do bezpiecznej aczkolwiek… nieposiadającej żadnych wartości grupy. Szczególnie, jeśli jest się odmieńcem jak Val, który alternatywnie mógłby sprzeniewierzyć się wszystkiemu i stać marionetką zarządzających światem wampirów lub wilkołaków albo członkiem kliki człowieczych służących na usługach bestii. Mężczyzna, element ludzki o nietypowych zdolnościach, pragnie zaś tylko, by nikt nie zwracał uwagi na jego marną personę, przemykającą szemranymi zaułkami krainy, gdzie po wybuchu Słońca panuje wieczna czerń i od jakiej sam Bóg dawno odwrócił wzrok, skrajnie rozczarowany jej obecnym kształtem. Niestety, na skutek szalonych splotów okoliczności, spokój jest ostatnim, co będzie mu dane. Jeden nierozważny krok prowadzi wprost w przepaść nieprzewidywalnych konsekwencji - a jego samego na świecznik najpotężniejszych (nie)żyjących stworzeń. Próba udowodnienia, że resztki sumienia wciąż znajdują się na właściwym miejscu sprawia, że dotychczas bezimienną, nieposiadającą koniecznego numeru, nieistotną osobą Vala interesuje się zarówno alfa wilków, jak i książę krwiopijców. Z jakiego jednak powodu sama wierchuszka miałaby stoczyć bój o to, by mieć kogoś tak pozornie nieważnego i nijakiego po stronie swojego klanu? Odpowiedzi szukać należy głęboko w minionych czasach, w których była jeszcze nadzieja na lepsze i świetliste oraz w… niezłomności. To o niej bowiem opowiada przede wszystkim „Cierń w mroku”.

01:08:00 No comments

I oto nadeszła kolejna burza w Twoim życiu. Po tylu latach, które poświęciłaś korporacji… Wyzbyłaś się dla niej osobistych podniet, przesiadywałaś w pracy do późnego wieczora i nabawiłaś się nerwicy, a potem zostałaś przeżuta, wyciśnięta jak cytryna i wyrzucona praktycznie bez słowa wyjaśnienia. Oficjalnie dlatego, że zlikwidowano Twój dział eventów, ale wiesz, że to skutek machinacji Twojego byłego partnera, z którym rozstałaś się w burzliwych okolicznościach. Ma duże wpływy w branży i wykorzystał je bez chwili wahania. Gorzko myślisz o tym, jakim jest niegodziwcem, ale cóż - zajęta głównie robotą, nie byłaś w stanie dostrzec tego wcześniej. Teraz wsiadasz do samochodu i ze zgrozą zastanawiasz się, co z Tobą będzie. W głowie masz pustkę, podobnie jak na koncie. Odłożyłaś trochę pieniędzy, jednak nie starczy ich na długo. Żyłaś chwilą i nie oszczędzałaś, przekonana, że masz pewne zatrudnienie a przełożeni bardzo Cię cenią. Teraz przekonałaś się, jak bardzo się pomyliłaś - byłaś tylko drobnym trybikiem w wielkiej machinie, który wymienia się bez żadnego żalu i zastanowienia nad jego losem. Dalej wszystko toczy się, jak to na ogół wygląda w takich przypadkach. Najpierw faza wyparcia - całe dni spędzane w piżamie, zamawiana chińszczyzna i zaległe odcinki seriali, oglądane jeden za drugim. Potem etap wzmożenia - całe tony CV rozsyłane do wszelkich możliwych pracodawców, oczywiście bez najmniejszego skutku - złą opinię masz już wyrobioną a rynek pracy przeżywa zapaść. Wreszcie czas depresji, opartej na uświadomieniu sobie, że w błyskawicznym tempie zmierzasz do roli finansowego pariasa, bez żadnych widoków na przyszłość, czemu w żaden sposób nie możesz zapobiec.

17:37:00 No comments

„Mad Love” Hannah McBride to tak bardzo ja - a cała trylogia, która dzięki tej książce zyskała zasłużenie emocjonujący finał, to czysta ADRENALINA. Wziąć pod swoje cieniste skrzydła tekst, który tak doskonale ze mną rezonuje - oto pierwszy i jakże przy tym ogromny tegoroczny zaszczyt. Domknięte już trio Pisarki składa się z niemalże wszystkiego, co uważam za „swoje”. To tragedia, jakiej kolejne akty odsłaniane są na wzór nieuniknionego chaosu, spowodowanego przez jedną, przypadkowo opadającą na inne, kostkę domina. Thriller o nieprzewidywalnym przebiegu, zaskakujący wieloma odcieniami psychopatycznych osobowości, których szaleństwo jest wręcz teatralnie trwożące. Powieść akcji i sensacji, rodem z najlepszych mafijnych produkcji, od jakich nie można się oderwać ani na sekundę. Romans, do którego skalista ścieżka wiedzie jedynie pod stromą górę - a niekiedy i ku przepaści; bez drogi wstecz, choć bohaterowie o złożonych charakterach oraz skomplikowanej przeszłości kroczą nią bez zastanowienia nad odwrotem. Wreszcie jednak, cykl „Mad world” to dla mnie przede wszystkim wielowymiarowy dramat rodzinny. O sukcesji, co to staje się brzemieniem i ciężarze utrzymania w jej imię nieposzlakowanej opinii. O mylących pozorach - wypracowanej dla członków familii dziedziców otoczce bajkopisarzy, dla jakiej nienaruszenia poważy się na absolutnie wszystko. Złotej klatce, ohydnej stronie bogactwa. I najsilniej… O tym, jak wielką wiarę i wierność pokłada się w rodzicach i w jak ogromnym stopniu, za wszelką cenę, próbuje się ich chronić przed krzywdą - mimo tego, że zawiedli dziesiątki i setki razy. O tym, kiedy w końcu należy powiedzieć sobie dość i przyznać, iż nie da się ratować kogoś, kto nigdy nie wybrał Ciebie - i że to przypadek od dawna stracony. O niezłomności i niemruganiu, niezależnie od okoliczności. O bezpowrotnym odchodzeniu od minionego i zostawaniu dla tych, którzy udowodnili, że warto. O miłości. Bo przecież wszystkie opowieści są tak naprawdę o miłości.

00:21:00 No comments

Gruzja - kraj olśniewających pięknem, monumentalnych zboczy gór Kaukazu, wspaniałych zabytków kultury sakralnej, malowniczo wznoszących się warowni oraz wielkich nierówności społecznych. Pełen sprzeczności, ujmujący i niedający się zapomnieć. Podobno kto choć raz ujrzał go na jawie, nie przestaje o nim śnić, nieodmiennie marząc o powrocie na „balkon Europy”, jak obrazowo nazywa się ten wyjątkowy zakątek. Taki właśnie los stał się udziałem Autora, który w dodatku jest z owym miejscem ściśle zespolony więzami rodzinnymi.  Historia należy do gatunku tych, które można opowiadać w blasku ogniska, a jednocześnie stanowi przykład, jak „pokręcone” były ścieżki polskich losów w końcu XIX stulecia... Przodek Pisarza, Tadeusz Nowkuński był jednym z tych rodaków, którzy szanse na karierę dostrzegli na Dalekim Wschodzie. Starannie wykształcony (ukończył studia medyczne w Kijowie i Berlinie), wykazał się wielką odwagą i wraz z żoną Heleną oraz synem Aleksandrem wsiadł w pociąg, który zawiózł całą rodzinę do Harbinu w Chińskiej Mandżurii, znajdującą się pod carskim protektoratem. Tam dołączył do licznej, bo 10-tysięcznej diaspory, jaka w ogromnej większości zajmowała się budową linii kolejowych. Na miejscu został dyrektorem rosyjskiego szpitala, szybko zdobywając wielkie uznanie zasługami w walce z epidemiami dżumy i cholery. Syn wybrał karierę inżyniera, wytyczającego tysiące kilometrów szyn zmierzających z Chin aż na wybrzeże Morza Czarnego w Gruzji. Podczas jednego z licznych rautów zwrócił uwagę na Nino Tumaniszwili, piękną Gruzinkę - córkę carskiego generała i damy na dworze Romanowów. Nie był mile widziany jako absztyfikant, gdyż dla słynnej rodziny taki związek stanowił oczywisty mezalians.

19:07:00 No comments

Przedpremierowo o tytule idealnym dla miłośników zagadek kryminalnych, świetnie napisanej prozy oraz fanów literackiego świata. „Morderstwa w Marble Hall” zaskakują bowiem nie tylko interesująco zaprezentowanymi przez główną bohaterkę kulisami działalności wydawnictw, ale także inną niespodzianką. Anthony Horowitz, nie bez powodu znany oraz ceniony, zdecydował się na uwielbianą przeze mnie wariację na temat konstrukcji szkatułkowej i wewnątrz swojej powieści zamieścił maszynopis książki innej postaci. Choć jego akcja rozgrywa się o wiele wcześniej i rozpoczyna w roku 1955, zmyślny czytelnik z pewnością da się wplątać w szereg znajdujących się w nim szarad i dostrzeże, iż ta swoista narracja wewnątrz narracji ma więcej wspólnego z aktualnymi przeżyciami sylwetek bieżącej linii fabularnej niż mogłoby się wydawać. Na uznanie zasługuje także fakt, iż Autor okrasił obie historie przystającymi do nich warstwami literackimi i równocześnie utrzymał przekonująco dwie formy gatunkowe… finalnie w sposób udany łącząc je w jedną. Znać mistrzowskie pióro, w jakim każdy, pozornie nieistotny nawet detal, odnajduje pełne wyjaśnienie, dopełniając uśmiechającej złożonością mozaiki z słów. I tak oto „Morderstwa…” stają się współczesnym kryminałem o mającej duże zasługi w wydawniczym świecie pani redaktor o barwnej osobowości, do której właśnie wróciło znane z przeszłości nazwisko, z jakim powiązana twórczość już niejednokrotnie próbowała… ją zabić. Równocześnie jednak, właśnie dzięki zawartemu w tej opowieści maszynopisowi, to także retro historia spod ciemnej gwiazdy, w której z pewnością zaczytałaby się chociażby słynna Christie. Dla mnie z kolei ta propozycja literacka Horowitza o pięknym projekcie okładki to przede wszystkim gawęda o świecie pisarzy, w jakim równie chętnie się gości, co… chciałoby się go spopielić, a potem stworzyć od nowa. Mimo dwoistej natury, wciąż jest jednak cenniejszy od tego rzeczywistego.

03:18:00 No comments

Ciężar korony bywa przekleństwem, o czym przekonały się niezliczone rzesze władców. Nawet przygotowywani do tej roli od zawsze, przywdziawszy nareszcie diadem na głowę, okazywali się przerażeni wszystkimi konsekwencjami panowania nad całym królestwem - szczególnie na początku, choć w niektórych przypadkach niepewność nie znikała nigdy, zastąpiona przez nabywane stopniowo doświadczenie czy wypracowaną, chłodną i dumną odwagę oraz spokój zasiadania na tronie. Głównej bohaterce powieści Weroniki Kalisiak Autorka powierzyła jeszcze trudniejsze zadanie. Solvendorem, krainą Światła i Powietrza - podobnie jak pozostałymi trzema landami: Ognia i Wojny, Wody i Iluzji oraz Cienia i Ziemi - zawsze zarządzali panujący, którzy władają magicznymi mocami. Tymczasem Alanya właśnie zostaje monarchą, lecz mimo wszelkich prób i niezliczonych starań, nie potrafi odnaleźć w sobie żadnych nadnaturalnych umiejętności, których, jak się obawia, jej poskąpiono. Sytuacja patowa - nie może się do tego przyznać przed doradcami i świtą w obawie o rychły przewrót. Wszyscy są zresztą przekonani, że dysponuje odpowiednią siłą nie z tego świata, nadaną z urodzenia, tylko jeszcze, na szczęście, nie musiała tego udowodnić. Dopiero co ogłoszona królową, ma zresztą o wiele więcej zmartwień na głowie. Na skutek ataków cienistych bestii, z których mało kto wychodzi żywy, z mapy zaczynają znikać kolejne wioski, po jakich pozostają zgliszcza. Dorzuciwszy do tego wdrażanie w nowe obowiązki, pierwsze dni panowania młodej kobiety na tronie można uznać za cokolwiek burzliwe. Dodatkowy chaos w głowie wprowadzają jednak dopiero dwaj panowie - przybyły na koronację, wierny przyjaciel z dzieciństwa w majestatycznie dorosłej wersji oraz pojawiający się w coraz bardziej trwożących snach, czarnowłosy nieznajomy, przez którego Alanya boi się zmrużyć oczy, nie wiedząc, co zastanie ją w kolejnej, budzącej grozę wizji. Na co wskażą „Znaki przeznaczenia”?

20:27:00 No comments

Nigdy nie przypuszczałam, że utrzymane w komediowej koncepcji fantasy skrzyżowane z powieścią akcji, którego druga część tomu pierwszego (!) liczy 686 stron rozkocha mnie w sobie na tyle, że nie będę mogła się doczekać kontynuacji, jaka - na co wszystko wskazuje - także będzie duetem. Świadczy to niezbicie o fakcie, że Mimi Lisette dysponuje niesamowitym talentem literackim. Nie tylko porywa bowiem bez reszty do wykreowanego przez siebie, na wskroś oryginalnego świata, ale i przez ponad 1300 kart niezmiennie bawi czytelnika. Przekomarzanki pomiędzy licznymi postaciami zostały w „Comie” wyniesione na zupełnie inny poziom, będąc immamentną częścią pełnej akcji i emocjonujących plot twistów fabuły. W świecie śniących i walczących o oświecenie, skrytych przebudzonych, personalnie najbardziej urzeka mnie jednak… elitarny oddział militarny, zwany Bad Boysami. Nie ukrywam, umiejscowienie naczelnych postaci w tejże jednostce wojskowej budzi moją sympatię - i to ogromną. Najczęściej tak się właśnie składa, że w podobnie męskich światach rozgrywają się najsilniej zabawne narracyjne wydarzenia, co Autorka wykorzystuje wręcz brawurowo. A już wrzucenie do owej formacji zbrojnej pyskatej, niepokornej i inteligentnie ironicznej sylwetki, która przekornie i impertynencko mianowała się Heleną Trojańską (historię oryginalnej zna chyba każdy 😉) udowadnia, że Pisarce ani finezjo-fantazji, ani animuszu nie brakuje. I owszem, podczas lektury pierwszej części tomu pierwszego zaśmiewałam się do rozmazania odwiecznie tragicznego makijażu, aczkolwiek czytając kontynuację o podtytule „Na dnie snu” nieestetycznie parskałam i wybuchałam szyderczym rechotem godnym szaleńca z częstotliwością najbardziej niebezpiecznego psychopaty (minuta ciszy dla zaniepokojonego bardziej niż zwykle Męża), co potwierdza, że Lisette nie tylko utrzymała poziom fabularno-komiczny, ale i cudem nieznanym… jeszcze podniosła sobie poprzeczkę, czyniąc go wyższym! Chapeau bas. A ja dalej pytam, gdzie można się do takiej dowcipnej kompanii zapisać! Dla koleżanki oczywiście… 😉

19:52:00 No comments

Gdybym chciała sprawić, że sztafaż moich byłych nieudaczników, zwanych przeszłymi partnerami, zejdzie z owego padołu łez na zawał, opowiedziałabym co nieco albo i więcej o ich godnych pożałowania zachowaniach. Póki co pomysł ten trzymam w blokach startowych, za lepszą karę uznając fakt, że nie znają dnia ani godziny a przy tym muszą się jeszcze nieco pomęczyć w swych nędznych żywotach, z daleka li obserwując, jak wiele utracili wraz z naszymi relacjami. Miałeś chamie złoty róg - i te sprawy. Choć cytat ten poznałam wiele lat wstecz, jakoś wciąż uśmiecha. 😉 Aleksandra Gmyrek nader nietypowo i niesamowicie estetycznie zaserwowanym w formie pamiętnika poradnikiem zdecydowała się zaś przedstawić czytelnikom uczuciową przeszłość - wszystko po to, by ci wyciągnęli z niej własne lekcje i zaczęli pracować nad prywatnymi relacjami. Koncepcja świetna, bo najczęściej tak to właśnie bywa, że dostrzega się pewne niuanse dopiero, gdy spojrzy się na nie chłodnym, zazwyczaj cudzym okiem. A zapewniam, że czterej panowie, z jakimi związki opisuje w memuarowym stylu Alex. Gi są plejadą barwną a przy tym tak w krzywym zwierciadle odmalowaną, że czytając o ich postawach niejednokrotnie stwierdzisz: ups… przecież ja dokładnie takiego mężczyznę znałam. Gdyby nie były to prywatne zapiski z kroniki zwierzeń Autorki, sama czułabym się cokolwiek dziwnie - wśród przedstawionego kwartetu znalazłam wszak wiele podobieństw do znanych mi kreatur. Z perspektywy dużej liczby minionych lat, poznawanie podobnych sylwetek dzięki literaturze bawi i uśmiecha - choć gdybym wciąż tkwiła w definitywnie toksycznych relacjach, być może takie teksty otworzyłyby mi oczy znacznie wcześniej. Stąd też uważam, że nabrawszy właściwej wartości własnej i przeszedłszy konieczną, lecz trudną drogę ku lepszemu, Autorka zdecydowała się na doskonały krok (łatwiej się uczy na błędach postaw innych), opisując personalne przypadki nieudanych związków w formie intymnych zapisków podanych z dozą humoru. Może dzięki nim choć jedna osoba dostrzeże… kiedy nie warto marnować ni sekundy więcej. Otóż: CZĘSTO.

19:52:00 No comments

Dżungla wydobywa z każdego to, co najgorsze.

Przecież <…> Ci o tym w <…> szalona suko. Do reszty ogłuchłaś? Znowu <…> co do Ciebie mówię? A poza tym jesteś <…> bezużyteczna. Może lepiej <…> Twój ojciec, bo <…>.

Naprawdę Aid tak powiedział, rzeczywiście użył dokładnie tych słów? A może Twój mózg znowu dopowiedział nieistniejącą opowieść, uzupełniając to, co udało Ci się usłyszeć z nieodpowiednio wyregulowanymi aparatami słuchowymi o wyrazy, które miały zasiać w Tobie jeszcze większe zwątpienie? Pisk. Przecież i tak notorycznie rozlega się między uszami, kiedy dobiegają do nich dźwięki na wysokich tonach - te, których od czasu wypadku nie odbierasz już poprawnie. W samym środku dzikiego Belize, gdzie zdecydowałaś się pozostać, na początku cała ta kakofonia życia sprawiała, że niedaleko Ci było do utraty pozostałych zmysłów. Może to zresztą Twoja scheda po matce… Nie pamiętasz jej zbyt dobrze - byłaś za mała, aby jej obraz wiele lat później wciąż pojawiał Ci się przed oczyma na zawołanie. Wielu sytuacji nie potrafisz sobie od dawna w całości przypomnieć. Urwane fragmenty przeszłości jeszcze majaczą gdzieś na obrzeżach. Ojciec, z którym kobieta znowu się kłóci - bo tata zbyt wiele czasu poświęca badaniom nad ukochanymi kwiatami. Wyjechał na zbyt długo? Orchidelirium, to wtedy usłyszałaś to po raz pierwszy? A może wrzaski z pokoju rodziców dotyczyły choroby mamy, jaka wracała falami tylko po to, by w końcu pochłonąć ją całkowicie? Dzieciństwo. Kiedy Twoja starsza siostra odnosząca sukcesy jako prawnik o nim opowiada, masz wrażenie, że żyłaś w zupełnie innym świecie. Kłamie czy to Ty masz coraz większe luki we wspomnieniach? Gładzisz w zamyśleniu tatuaż Aida, leżąc na belizeńskiej plaży i zastanawiasz się nad tym wszystkim. Inicjały LF, live forever, jak Ci powiedział. Całe ciało pokryte ma tuszem, zapisuje na nim wszystko, co istotne w jego życiu. Na pamiątkę Waszej relacji wykaligrafował przecież „no sorry”, choć… nie wiesz już, do czego dokładnie się to odnosi. A może Ci mówił? Nie usłyszałaś? Nie pamiętasz? Szalona suka.

02:06:00 No comments

Jak co rano spacerujesz brzegiem morza z Sewerynem, pięknym owczarkiem o podpalanym ubarwieniu. Z przyjemnością spoglądasz, jak moczy łapy w wodzie i przynosi w pysku znalezione patyki. Znasz tu każdy kamień i z nostalgią ogarniasz wzrokiem szeroką, piaszczystą plażę. W położonym koło Kołobrzegu Grzybowie mieszkałeś do osiemnastego roku życia. Po zdaniu matury zapragnąłeś poznać więcej świata, więc pomimo protestów rodziców wyprowadziłeś się do Warszawy. Jednak praca w korporacji nie przynosiła Ci satysfakcji, a do tego zaczęły się problemy ojca ze zdrowiem. Wróciłeś więc w rodzinne strony, aby przejąć na siebie ciężar prowadzenia rodzinnego interesu. Należą do niego: kilka domków letniskowych oraz stadnina koni. Od tego czasu w pocie czoła wypełniasz stosy papierków oraz kierujesz paroma pracownikami. Nigdy nie myślałeś, że działalność gospodarcza może być aż tak absorbująca, jednak nie masz wyjścia, gdyż mama i tata już nie są w stanie podołać tak rozległym obowiązkom. Na szczęście do tej właśnie roli byłeś przygotowywany przez całe lata. Pomimo nawału obowiązków, od czasu do czasu znajdujesz czas na drobne przyjemności. Najwięcej radości sprawia Ci jazda konna. Podziwiasz te piękne, wrażliwe zwierzęta i kochasz wypełniające Cię poczucie wolności, gdy pędzisz przed siebie w pełnym galopie. Poza tym z rzadka wychodzisz zabawić się z przyjaciółmi. Posiadasz tylko dwoje - Mateusza i Anię.  Pierwszego znasz jeszcze z liceum i choć wcześniej nie łączyło Was zbyt wiele, po powrocie do Grzybowa Wasze więzy bardzo się zacieśniły. Z kolei dziewczyna jest stajennym w Twojej stadninie a poza tym doskonałym kompanem. Coraz wyraźniej czujesz też, że zaczyna się w Tobie podkochiwać, lecz choć uważasz ją za ładną oraz miłą, traktujesz jedynie jako dobrą znajomą i nie odpowiadasz na czynione karesy. Przecież do miłości nie można nikogo zmusić.

„Gabriel poczuł, jak po jego plecach rozchodzi się dreszcz. Aż zamarł na moment. Te słowa tak bardzo pasowały do tego, o czym nieraz myślał, że przez jego głowę przemknęła refleksja, że sam mógłby właśnie w ten sposób podsumować swoje życie.” 

19:21:00 No comments

Czujesz, jak głowa pęka Ci od pulsującego bólu, który miarowo rozchodzi się po całym ciele.  Starasz się oddychać miarowo, aby uspokoić ogarniające Cię przerażenie. Jednocześnie rozglądasz się gorączkowo - próbujesz zidentyfikować pomieszczenie, w jakim Cię uwięziono. Wyraźnie rozpoznajesz zapach świeżo położonej, drewnianej podłogi, więc wnioskujesz, że zamknięto Cię w jakimś dopiero co urządzonym mieszkaniu. Na szczęście dookoła panuje nieprzenikniona ciemność a wokół jest całkowicie cicho, co oznacza, że Twój oprawca nie znajduje się w pobliżu. Budzi się w Tobie nadzieja, że może uda Ci się wydostać z matni. Próba nie będzie łatwa - masz ręce związane na plecach a nogi mocno ściśnięte trytytką, której plastik boleśnie wrzyna się w skórę. Usta zaklejono Ci szeroką taśmą, co utrudnia oddychanie. Jesteś w trudnej sytuacji, jednak wiesz, że musisz podjąć walkę o wolność, a może nawet życie. Skupiasz w sobie wszystkie siły i powoli turlając się, docierasz do ściany. Z trudem dźwigasz się do pozycji pionowej i opierasz plecy o mur. Teraz przyszedł czas na najtrudniejsze - zrzucenie więzów. Zdajesz sobie sprawę, że wszelkie dynamiczne ruchy będą skutkowały ich silniejszym zadzierzgnięciem. Jedynym wyjściem jest przełożenie spętanych rąk przez nogi. Choć nie bardzo wierzysz, aby się to udało, nie ustajesz w wysiłkach, które w końcu przynoszą rezultat. Z ulgą zrywasz knebel i gorączkowo myślisz, co dalej. Jesteś wściekła na samą siebie, że pomimo bogatego, policyjnego doświadczenia, tak łatwo dałaś zwabić się w pułapkę. Ale z drugiej strony, czy mogłaś podejrzewać, że Maria, świadek koronny w sprawie wyjątkowo niebezpiecznego typa imieniem Miestwin, jest zdrajcą?

 

17:20:00 No comments

Drugi tom dylogii mojej Mistrzyni słów okazał się niebagatelnie lepszy od pierwszego - a nie sądziłam, że to możliwe. Katarzyna Hewa udowadnia, iż wszystko jest, choć początkowo wydawało się zupełnie inaczej. Przywodzącą na myśl literaturę piękną najwyższych lotów opowieścią, Pisarka ponownie przenosi czytelnika w czasie oraz przestrzeni w niemalże widowiskowy sposób. Wierne, wielowarstwowe i wielowymiarowe tło, które wykreowała dla trzeciej powieści historycznej w swoim dorobku i niemalże poetycka warstwa językowa to jednak nie wszystko, co urzeka kochającego niebanalny urok odbiorcę. „Bestia i Pani Róża. Demon” to bowiem również cały sztafaż uczuć: porywająca narracja o zemście planowanej przez osiem lat i ukazanie jej konsekwencji zarówno dla osoby, która poświęca się jej realizacji w najdrobniejszych detalach przez tak długi czas, jak i dla tego, kto zostanie jej poddany. To mistrzowsko domknięta historia o pozornie nieistotnych błędach młodości, które okazują się brzemienne w skutki. Rozważania o wierności sobie oraz własnym przekonaniom oraz wierze w ukochaną osobę, chociażby wszechświat dookoła wskazywał, iż należy w nią zwątpić. O miłości, która jest skłonna do ustępstw w imię wspólnego dobra, walce o ideały oraz marzenia i niezginaniu karku nawet wtedy, kiedy łatwiej byłoby to uczynić niż uparcie przeć pod prąd. Hewa prezentuje także pełną uroku treścią wzorzec przyjaźni oraz małżeństwa o niełatwym starcie - które zamiast niszczyć i zaprzepaszczać, woli pracować nad uczuciem, które zawsze jest tego warte. Teoretycznie akcja rozgrywa się pod koniec XIX stulecia, a jednak jakże bardzo tę treść można osadzić we współczesności, dla jakiej wszystko jest instant… Podobnie zresztą jak walkę tlącego się we wnętrzu tytułowego Demona dobra ze złem, które - po niemalże dekadzie aktorskich przygotowań do słusznej vendetty - miało przyćmić wszystko inne. Proces obserwacji tej swoistej wiecznej bitwy przywodzi na myśl uśmiechający wniosek, że może w niektórych światła nie da się zgasić, nawet, jeśli to ostatni płomień w ciemności.

00:22:00 No comments

„Idzie nowe. Manifest na koniec epoki ciszy” Mileny Cybulskiej to nie poradnik, wbrew temu, co sądziłam. A przynajmniej nie tylko - bo przede wszystkim to sfabularyzowana opowieść o tym, że inne i lepsze może nadejść tylko wtedy, kiedy człowiek nie ma obaw przed… lustrem. Jeżeli nie boisz się stanąć przed odbijającą obraz, szklaną taflą i spojrzeć sobie w oczy - to doskonale. Jest jeszcze lepiej, jeśli potrafisz dostrzec w niej inną osobę. Tę, która na co dzień udaje, że udźwignie na własnych barkach cały świat, choć ugina się pod jego ciężarem. Tę, co nosi głowę wysoko - nawet w obliczu wewnętrznego bólu, nieustającej walki i znieważenia, którego doświadcza. Tego, który od dawna nie śmie już marzyć, bo przecież wciąż trzeba przeć do innego więcej, silniej, szybciej i goręcej. Odbici w lustrze, wszyscy zrzucają maski. Tak, Ty także dałeś się na nie nabrać - tak przecież było wygodniej, a może noszący je okazali się zbyt dobrymi aktorami. Teraz jednak najważniejsze pytanie: co zrobisz z prawdą, którą zobaczyłeś? Czy nadejdzie nowe? Przestaniesz oceniać po pozorach, zauważywszy, że krzywdzą? Teoria budynku. W każdym z pomieszczeń wielopiętrowca jest ktoś, kto właśnie raduje się z nowej pracy, ciąży żony, przygotowań do zbyt długo odkładanej wycieczki ze snów. Inny jednak dowiedział się, że umiera, został na świecie sam czy zwolniony lub oskarżony o coś niewybaczalnego. Każdy ukrywa odmienną, stale zmieniającą się prawdę, co Milena Cybulska nader oryginalnie przedstawia swoją książką. Katastroficzna, wizja, w jakiej bohaterowie uczą się w szkole bez emocji i programach bez serca wiedzie dzięki zawirowaniom do innej wersji teraźniejszości. Tej, na którą wciąż masz wpływ. Jeśli uwierzysz, przeżyjesz i poczujesz. Pomyślisz, przemyślisz i… docenisz fakt, że słowo wciąż ma jeszcze moc. To podróż w tak nowe, jak i stare - miejsce, w jakim rozliczysz się z tym, co najważniejsze. Tu, gdzie wybuch skały powoduje oświecenie i ulgę, rodzi się Twoja prawda. Wolna i związana. Rzeczywiste lustro.

19:43:00 No comments

Znasz swoje imię, ale nie wiesz kim jesteś ani skąd się wziąłeś w tym groźnym, pogrążonym w nocnym mroku lesie. Zdajesz sobie sprawę tylko z jednego - jeśli w nim pozostaniesz, zginiesz. Zewsząd słyszysz dziwne głosy i widzisz złowrogie cienie przemykające pomiędzy drzewami. Ściskając w ręku kamień, który nie wiadomo jak się w nim znalazł, ruszasz przed siebie. Biegniesz z całych sił, raniąc bose stopy na wystających z ziemi konarach oraz ostrych wybojach. Wyczerpany, po pewnym czasie zwalniasz, ale nie przestajesz przeć do przodu. Cały czas masz wrażenie, że jakaś istota podąża za Tobą krok w krok i woła, byś się zatrzymał. Sam nie wiesz, czy to omamy, czy rzeczywistość, więc gnany przerażeniem zmierzasz w nieznanym kierunku, byle dalej od przeszywających strachem zjawisk. Po długim marszu spostrzegasz wyłaniające się z ciemności koryto rzeki, więc przyspieszasz, aby znaleźć zbawcze schronienie w jej nurtach. Masz nadzieję, że woda odetnie Cię od prześladowców, ale bardzo się mylisz. W ciszy toni głosy w Twojej głowie stają się jeszcze bardziej donośne. Jeden z nich zanosi się złowrogim rechotem i szepcze słowa, których znaczenia zupełnie nie rozumiesz: „Witaj w Equalibrum, Alex”. Chwilę potem wyczołgujesz się na brzeg i tracisz świadomość. Gdy ją odzyskujesz, wokoło panuje przenikliwa cisza. Spostrzegasz, że zgubiłeś kamień, na jakim z niewiadomych powodów Ci zależało. Nie masz jednak czasu zastanawiać się, jak wielką stratę poniosłeś. Jest Ci zimno a w żołądek domaga się strawy. Obolały, zmęczony i głodny podejmujesz dalszą wędrówkę.

19:46:00 No comments

Dzisiaj otworzyłaś kolejny rozdział w życiu. Odprowadzając syna na dworzec z trudem się uśmiechasz i udajesz, że nie jest Ci smutno. Chłopak rozpoczyna studia w Gdyni i musisz pogodzić się z tym, że na długi czas opuszcza rodzinne gniazdo. Pozostaniesz w nim sama, do czego zupełnie nie jesteś przyzwyczajona. Z jednej strony cieszysz się, że realizuje ambitną drogę życiową. Z drugiej - zdajesz sobie sprawę, iż odtąd będą witały Cię w domu jedynie cztery ściany. Zaledwie pół roku temu wzięłaś rozwód z człowiekiem, który bardziej cenił alkohol niż Ciebie a co gorsza stawał się po nim agresywnym zwierzęciem i posuwał do rękoczynów. Na szczęście się od niego uwolniłaś, choć nie umiesz się pozbyć przejmującego lęku, że nie da Ci spokoju. Wprawdzie od zapadnięcia wyroku nie masz z Darkiem kontaktu, jednak dręczy Cię przekonanie, że ten czeka tylko na okazję, aby zemścić się za to, że jego „własność” w końcu się zbuntowała. I wcale się nie mylisz. Gdy nadchodzą święta Bożego Narodzenia, odpuszczasz ubieranie choinki - uznajesz, że dla samej siebie nie warto tego robić. Wieczorem nalewasz lampkę wina dla rozluźnienia i zabierasz się do pracy. Jesteś zatrudniona w biurze architektonicznym i zajmujesz się sporządzaniem projektów domów oraz aranżacją wnętrz. Bardzo lubisz to zajęcie i wykonujesz je z prawdziwą pasją, więc czas, jaki przy nim spędzasz, sprawia Ci przyjemność. Ledwie zdążyłaś włączyć laptopa, gdy słyszysz dzwonek. Machinalnie otwierasz drzwi wejściowe, nie zastanawiając się kogo za nimi ujrzysz. Chwilę potem serce podchodzi Ci do gardła, gdyż przed Tobą stoi były mąż, w dodatku wyglądający niezwykle niechlujnie. Jest brudny i jak zwykle agresywny, a także śmierdzi procentami.

04:31:00 No comments

Dawno, dawno temu - a może wcale w tak odległych czasach - za siedmioma górami i wieloma lasami… choć niekoniecznie tak daleko, w śnieżnej Krainie Legend żyła sobie Bajarka, która opowiadała historie z morałem, nader przystające do gustu niejakiej Thrillerly. Słowami skreślonymi przez Joannę Kurek, tworzyła baśnie utkane ze smutków i tragedii, w których jednak, co kochającej łamanie bajkowych konwencji Julii niekoniecznie już tak się podobało, zakończenia niosły dozę światła i nadziei. Och, gdyby tak zamordować po drodze widowiskowo wszystkich bohaterów… rozmarzyła się w trakcie lektury autorka niniejszej recenzji. Jej złożony z cienistości, odcieni czerwieni i czerni mózg poczynił zresztą odpowiednie wizualizacje. Kto wie, być może kiedyś przemienią się w halucynacje semantyczne, jak zresztą drzewiej się działo… 😉 Tymczasem pora oddać głos skrytemu za przepiękną okładką zbiorowi opowiadań „The Storyteller from the Land of Snow. Bajarka z Krainy Legend”, jaki idealnie przystaje do urzekającej zimowością pory. Dwanaście narracji - chłodnych niczym lód i przenoszących w zaczarowane, choć realistyczne światy, spośród których każdy jest niepowtarzalny zupełnie jak płatek śniegu. Tom gawęd idealny dla miłośników nieoczywistych legend i podań, którzy lubią zastanowić się nad sensem rzeczywistości. Przed Tobą iście północne fabuły o moście osób zniechęconych egzystencją, Duchu Wigilijnej Dobroci, Czarnej Łapie, Choince Cudów, krwawych śladach na śniegu, Zimowej Pani Frau Perchcie, Śnieżnym Koźle - Strażniku Zimowej Rogatki, Strażniku Fiordu, Yuki-Onnie, Księżycowej Wilczycy, Diabełku co stał się Aniołkiem oraz… przyszłości. Opowieści idealne do czytania pod ulubionym kocem, z kubkiem rozgrzewającej herbaty czy przy kominku - w samotności, z dziećmi, mężem… albo zawsze, kiedy potrzebujesz uwierzyć w to, że na świecie wciąż jest miejsce dla cudów i baśni, mimo szalejącego na nim zła. Nawet wówczas, gdy wydaje Ci się, że majaczące na obrzeżach wzroku światełko w tunelu zwiastuje li przybycie Pendolino. Może to jednak przebłysk magii?

02:15:00 No comments

Żal Ci tej dziewczyny, ale postanowiłaś od razu, że nie zostaniesz dla niej „nową matką”. Nie będzie zabawy w partnerstwo czy wspólny, rodzinny dom. Zapewnisz jej opiekę, wikt i opierunek dopóki nie dorośnie, ale to wszystko, co jesteś w stanie zaoferować. Miejsca w Twoim wielkim warszawskim mieszkaniu, położonym w prestiżowym pałacu Teppera jest dosyć, by wszystkich z łatwością pomieścić. Żyjesz w nim z gosposią Anką, którą przed wielu laty sprowadziłaś ze wsi do miasta, aby pomagała Ci w prowadzeniu gospodarstwa. A teraz przybędzie Ci dodatkowy lokator - córka bliskiej kuzynki Stefanii, zmarłej przed ponad dwoma laty. Kiedy to się stało, Stasia była jeszcze dziewczynką i półsierotą. Jej ojciec, wiejski nauczyciel, odszedł w zaświaty niedługo po jej urodzeniu. Matka była silną kobietą - na tyle, że pomimo stanowczego sprzeciwu zamożnych rodziców, wyprowadziła się z ich domu, aby osiąść wraz z ukochanym na odległym przysiółku pod Lwowem, klepiąc ciągłą biedę. Dziadkowie nie chcieli mieć nic wspólnego z wnuczką, więc obowiązek zaopiekowania się dzieckiem przypadł w udziale właśnie Tobie, choć między Bogiem a prawdą wcale się do tego nie paliłaś. Jednak, po pierwsze - jesteś kobietą, po drugie - nie masz męża, po trzecie - dysponujesz po zgonie rodziców wystawnym lokum. Po czwarte wreszcie, tak zdecydował za Ciebie wuj Andrzej, będący głową rodziny, wcale nie pytając Cię o zdanie. Na szczęście mała była już w wieku odpowiednim, abyś mogła ją posłać do szkoły. Zdecydowałaś, że będzie to ciesząca się wielkim uznaniem pensja pani Zamoyskiej. Bardzo Ci pasowało, że znajduje się aż w Zakopanem, dzięki czemu nie miałaś zbyt wielu kontaktów z niespodziewaną podopieczną. Przez dwa lata Stasia uczyła się w niej przyrządzania posiłków, sztuki towarzyskiej konwersacji, zachowań właściwych dla socjety, noszenia gorsetu i sukien, a więc wszystkiego tego, co musi umieć panienka pochodząca z dobrego domu.

23:28:00 No comments
Nowsze posty
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (44)
    • ▼  kwi (3)
      • Beata Ziaja - U schyłku czasów - recenzja
      • Iwona Feldmann - Wakacje z szefem. Rosy - recenzja
      • Patrycja Dzień - Dalia - recenzja
    • ►  mar (18)
      • Grzegorz Kapla - Ziarno zła - recenzja
      • Patricia Highsmith - Drżąca ręka fałszerza - recenzja
      • Iwona Feldmann - Rozdzieleni - tom I - recenzja
      • K. Gawron - Zły kadr - recenzja
      • Mariusz Kanios - Negatyw - recenzja
      • Anna Wolf - Więzy krwi - recenzja
      • Żaneta Górecka - Nieudane doręczenie - recenzja
      • Konrad Cieplik - Witaj, piękna pastereczko - recenzja
      • Aidan Hart - Ikony świąteczne. Historia, znaczenie...
      • Joanna Jax - Zagubieni w mroku - recenzja patronacka
      • Piotr Żymełka - Amerykańska afera - recenzja
      • Harlan Ellison - Opowiadania najlepsze - recenzja
      • Elżbieta Barczyk - Cierń w mroku - recenzja
      • Agata Czykierda Grabowska - Przez milion burz - re...
      • Hannah McBride - Mad Love - recenzja patronacka
      • Krzysztof Nodar Ciemnołoński - PolakoGruzin. Kauka...
      • Anthony Horowitz - Morderstwa w Marble Hall - rece...
      • Weronika Kalisiak - Znaki przeznaczenia - recenzja
    • ►  lut (13)
      • Mimi Lisette - Coma. Na dnie snu - recenzja
      • Aleksandra Gmyrek - Sekret Nieudanych Związków. Pa...
      • Jo Morey - Mroczna laguna - recenzja
      • Agata Przybyłek - Trzysta kilometrów miłości - rec...
      • Katarzyna Wolwowicz - Gen zła - recenzja
      • Katarzyna Hewa - Bestia i Pani Róża. Demon - recenzja
      • Milena Cybulska - Idzie nowe. Manifest na koniec e...
      • Andrzej Dąbroś - Equalibrum. Zwiastun śmierci - re...
      • Monika Michalik - Szuflada z motylami - recenzja
      • Joanna Kurek - The Storyteller from the Land of Sn...
      • Dominika Buczak - Parasolki - recenzja
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates