• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Nigdy nie przypuszczałaś, że jesteś zdolna do aż tak wielkiej nienawiści. Nie cierpisz wszystkiego, co otacza Cię od tylu lat - w zasadzie od kiedy jesteś w stanie sięgnąć pamięcią. Nakazów, zakazów, prania mózgu i całego tego nieludzkiego systemu ustanowionego przez Federację, którą tworzą magowie parający się czarną magią i władający prawie całym znany światem. Jak do tego doszło? Gdy dawno temu ludzkość ogarnął chaos, do jego opanowania przyczyniły się czarownice, jakie wychynęły w tym celu z ukrycia. Czyniąc dobro, zasiały jednocześnie ziarno zagłady, niefrasobliwie dopuszczając do swoich tajemnic nowych adeptów. Ci zaś, nabrawszy sił, zawiązali tajną gildię, która wkrótce sięgnęła po nieograniczoną władzę, przystępując do bezwzględnej eksterminacji zarówno ich, jak i samych ludzi. Ocalała garstka tych ostatnich żyje dziś w odizolowanych skupiskach i nie ma pojęcia o losie pobratymców. Pozostaje obojętna wobec otaczającej ich rzeczywistości. Magowie okazali się na tyle przewidujący, że nie mordowali potomstwa, ale zaczęli zamieniać je w swoich „janczarów”. Pozbawiając wcześniej rodziców, gromadzili malców w specjalnych ośrodkach i poddawali nieustającej indoktrynacji oraz ciągłym treningom czarnej magii. Oczywiście nie zdradzali, jak straszliwy los spotkał ich najbliższych. Najważniejszy nakaz dla każdego z tych dzieci to bezwzględne posłuszeństwo przełożonym i wykonywanie rozkazów bez najmniejszego szemrania. Obowiązuje przy tym surowy zakaz okazywania jakichkolwiek emocji i uczuć, a także kwestionowania narzuconej ideologii. Produktem wielu lat wpajania tego rodzaju postawy oraz wszechogarniającej kontroli jest powstanie żywych automatów - wypranych ze wszelkich, nawet najmniejszych przejawów niezależności czy samodzielnego myślenia, a przy tym zdolnych do popełnienia na żądanie magów każdej, nawet największej niegodziwości. Automatów bardzo groźnych, bo biegle posługujących się magią w służbie swoich mocodawców... 

18:23:00 No comments

Twój umysł jest jak brzytwa, zawsze gotowy do oceny czy na drodze nie pojawiła się kolejna bezbronna ofiara. Jesteś bezwzględnym drapieżnikiem a świadomość tego stanu rzeczy napawa Cię niekłamaną dumą. Niczym pająk, otaczasz niezauważalnie rozpościeranymi sieciami wszystkie te kobiety, których naiwność czy niefrasobliwość da się wykorzystać do tego, aby ogołocić je z posiadanego majątku, godności oraz naiwnych marzeń o gorącej, romantycznej miłości. Twój szósty zmysł zawsze podpowiada Ci czy warto zająć się którąś z nich. W zasadzie nigdy nie pudłujesz, więc na środkach do życia Ci nie zbywa. Wystarcza ich na prowadzenie egzystencji, którą szara człowiecza masa, jaką bezdennie pogardzasz, uznaje za wręcz luksusową. Co zawsze Cię bawi, żadna z poszkodowanych nigdy nie próbowała pociągnąć Cię do odpowiedzialności. Część jest na to za tchórzliwa, ale większość nie wyobraża sobie, aby przed policją czynić wynurzenia, które napawają głębokim wstydem. Te bardziej odważne potrafisz zastraszyć do tego stopnia, że siedzą cicho aż do końca swoich dni. Jedynie ostatni „przypadek” nieco Cię niepokoi. Z Patrycją wszystko układało się jak najlepiej do chwili, gdy wskutek przypadku odkryła Twoje machinacje. Wyprowadziła Cię z równowagi, oznajmiając, że odchodzi. Najbardziej wkurzyły Cię spokój i jawna pogarda, którymi Cię obdarzyła. Popełniła duży błąd, demonstrując je w tak widoczny sposób oraz zapominając, że Ciebie się nie rzuca bez opłakanych konsekwencji. Gdy wyszła z mieszkania, gniew uderzył Ci do głowy. Pobiegłeś za nią i dopadłeś przed blokiem. Do teraz czujesz przyjemność na wspomnienie lania, jakie jej sprawiłeś. Uderzałeś z całej siły, miażdżąc jej wargi i zostawiając ślady pięści na delikatnej skórze. Gdy leżała bezwładnie na trotuarze, wymierzyłeś jeszcze parę potężnych kopniaków, celując w nerki i krocze. Na szczęście była głęboka noc, więc nikt nie mógł Ci przeszkodzić.  

17:05:00 No comments

Utkane z ciemności, smoliście czarne skrzydła nietoperza są w stanie przysłonić biel piór majestatycznego łabędzia, mimo tego, iż przecież są mniejsze. Wszystko z jednego powodu - wszak ten ptak w kolorze śniegu kiedyś był złożonym z wielu odcieni szarości, brzydkim kaczątkiem... Mistrz kryminału Keigo Higashino po raz kolejny zabiera czytelników w podróż, jakiej każdy odcinek okazuje się inny niż przewidywany. Pełną niebezpieczeństw i niejasności, które wydają się tworzyć pułapkę złożoną ze zbrodni oraz tajemnic sprzed wielu lat. “Łabędź i nietoperz”, podobnie jak poprzednie powieści Autora, już na początku serwuje odbiorcy niebanalną zagadkę kryminalną. Otoczoną bardzo dynamicznym śledztwem i pozornie nieskomplikowaną - choć w rzeczywistości tak intrygująco wielowarstwową, że aż szokująco udaną. To opowieść o ciężarze winy oraz wadze zbrodni i niemożności uniknięcia kary - także tej, jaką sprawca przestępstwa nakłada na siebie sam. To jednak także historia poruszająca dwa motywy, jakie w literaturze nader cenię: o starych grzechach, mających bardzo długie cienie oraz genie zła. Czy ten ostatni rzeczywiście może być dziedziczny? Jeżeli uzna się, iż owszem - czy prędzej lub później zawsze się uaktywni? Sam, a może będzie potrzebował konkretnego wyzwalacza; impulsu, po którego odczuciu stanie się nie do powstrzymania? I wreszcie, w jak wielkim stopniu można odpowiadać za przewiny minionych pokoleń - krewnych, jacy pozostawili po sobie więcej pytań niż śmiało się przypuszczać? Mieszkający w Tokio Pisarz ponownie niewtórnie rozegrał czytającego. Zagwarantował mu literacką rozrywkę na najwyższym poziomie i intelektualną grę, tylko po to, aby pozostawić po jej zakończeniu ogrom dylematów moralnych, których nie da się jednoznacznie rozwiązać. Kto tak naprawdę jest łabędziem a jaką osobę winno się nazywać nietoperzem? 

03:56:00 No comments

Oto prawdziwy ewenement. Zobaczywszy, że “Coma. Słodkich snów” Mimi Lisette liczy 768 stron i stanowi przy tym pierwszą część tomu numer jeden (!) pomyślałam niefortunnie, iż przede mną z pewnością najbardziej zbędnie rozwlekła powieść, jaką będę miała okazję przeczytać. O fakcie, że to pierwsze wrażenie, jak to zwykle bywa, jest całkowicie niesłuszne, przekonałam się już po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów. Choć początkowo odstraszał mnie nieco zbyt młodzieżowy język, opowieść Pisarki szybko okazała się tak wciągająca, dynamiczna i pełna komicznych wręcz żartów sytuacyjnych, iż dotarłszy do końca, zastanawiałam się, jakim cudem, po dwóch wieczorach z lekturą, nastał jego moment. Na szczęście lubiane przeze mnie uczucie obezwładniającej pustki, które następuje po przeczytaniu bardzo dobrej, dłuższej książki zostało wyparte przez informację, że niedługo premierę będzie miała kontynuacja opowieści. Inaczej niż poprzednim razem, mam nadzieję, że historia zostanie zawarta na tysiącu stron. Albo i więcej - a to definitywny komplement! 😉 W następnej części liczę na podobną dawkę kapitalnego humoru (ostrzegam jednak, kilkukrotnie zrujnowałam makijaż łzami ze śmiechu a brzuch notorycznie mnie od niego bolał!) oraz tak samo barwne malowanie nierzeczywistego świata udanie złożonymi słowami. Niezmiernie uśmiecha, że w literaturze romantasy nie wszystko zostało jeszcze napisane, co Autorka udowadnia na wskroś oryginalną fabułą. Nareszcie coś, czego jeszcze nie było! Zestawienie motywu onirycznego, rozgrywającego się w orientalnym środowisku ze swoistą karykaturą sytuacji: co by było, gdyby kobieta znalazła się w elitarnym oddziale żołnierzy - mistrzostwo! Na deser egzotyczne miejsce akcji (choć osobiście wolałabym arktyczne!), zgraja przystojnych Bad Boysów (panie, będziecie przeszczęśliwe!) oraz utrzymane w dobrym smaku przekomarzanki między wszystkimi, niewtórnie wykreowanymi postaciami - czego chcieć więcej? Może tylko, by jeden z wojskowych życzył... słodkich snów. 😉  

17:11:00 No comments

RECENZJA PATRONACKA - ostatnia taka w 2025 roku, który obfitował w wiele cudownych propozycji literackich, jakie chciały znaleźć się pod moimi cienistymi skrzydłami. Zdecydowałam się nimi otoczyć 13 spośród nich, a oto... najbardziej gorąca. Scarlett Peacock to moja zaginiona siostra lub bliskie sercu alter ego (i crush!). Jej poczucie humoru, dystans do niszczejącego, pełnego hipokryzji świata, ogromna inteligencja oraz talent do władania słowem pisanym to najistotniejsze cechy, za jakie pokochałam ją i jej twórczość kilka miesięcy temu. Doliczyłabym także godne podziwu i rzadko spotykane wyczucie. Klasa, z którą przekazuje kierowane w szczególności do kobiet opowieści powinna w mojej ocenie stanowić wzór, do którego autorki romansów i powieści dla dorosłych mogłyby dążyć. Wiesz zresztą doskonale, że tak zwane “sceny” najczęściej pomijam podczas lektury - uważając, że najlepiej, by ich twórcy opuszczali na nie kurtynę w odpowiednim momencie. Nie są niezbędne, a ich przebieg, przerwany właściwie, wolę sobie wyobrazić w zwichrowanej jaźni. Jak od każdej reguły, tak i od tej znalazłam wyjątek - i są nim właśnie zbliżenia serwowane przez Peacock. Nieprzesadnie detaliczne, nietrwające dziesiątek stron, podane z gracją - stają się u Pisarki immamentną częścią fabuły, dodającą jej smaku. “Owoc żywota słodkiego” składa się natomiast w mojej ocenie nie tylko z ero*tyki. Przede wszystkim to słodko-gorzka opowieść o kobiecie, która uczy się... żyć i czuć. Nienauczona jednego ni drugiego w domu rodzinnym, jaki składał się z kar, ograniczeń i niemiłości, wyrywa się na studia do Dallas. Nie odwożą jej tam życzenia powodzenia, czuła matka i troskliwy ojciec. Bynajmniej. Odprowadzają ją śmiechy, przyklejona przez małą społeczność łatka nieodpowiedzialnej panny lekkich obyczajów, która przez lata... znosiła szykany i obelgi. Wszyscy sądzą, że sobie nie poradzi... co staje się dla Maggie najlepszą motywacją w dążeniu do osiągnięcia sukcesu. Tak, to postać, jaką mogłabym wykreować sama. Jaką znam. I właśnie dlatego dołącza do plejady moich ulubionych. 

18:46:00 No comments

Agnieszka Kotlarska. Dziewczyna niezwykła i zwyczajnie nieprzystająca ani do swoich czasów, ani do świata, w jakim przyszło jej funkcjonować. Uniwersum modelingu, pełne zwodniczego blichtru, szybkich romansów, tanich, płytkich uniesień i wszechobecnego kiczu, było całkowicie obce zarówno jej pragnieniom, jak i osobowości. Okres, w którym Polacy masowo zachłysnęli się urokami Zachodu i jego obyczajami, przez wielu postrzeganymi jako oaza wolności bez zobowiązań, pełna uroków wynikających z tak zwanej rewolucji sek*sualnej i świeżo odkrytej porn*ografii, również był dla niej całkowicie obojętny. A przecież z obydwu mogła czerpać bez ustanku całymi garściami, pławiąc się w luksusie i podziwie tysięcy adoratorów. Wybrała miłość - i wówczas to bardzo źle postrzeganą. Już w liceum zakochała się w jednym z organizatorów wyborów miss - Jarosławie Świątku i była swojemu uczuciu wierna aż do śmierci. Nagłej i przedwczesnej. Przyszły mąż, będący zaledwie drugim chłopakiem, był o trzynaście lat starszy i doprawdy trzeba było wielkiej odwagi i determinacji, aby zdecydować się na taki związek, który w Polsce lat dziewięćdziesiątych spotykał się tylko z wyklinaniem, wytykaniem palcami i ostracyzmem, stosowanymi przez wszystkich „bogobojnych” i „wiedzących lepiej”. Jak to się stało, że ta skromna, piękna dziewczyna zawędrowała pod sam dach świata, by w jednej strasznej chwili stracić wszystko za sprawą czynu jednego szaleńca? Gdy dorosła, urodą szybko zaczęła zwracać powszechną uwagę, choć nic tego nie zwiastowało. Należała bowiem do dziewczynek przeraźliwie chudych, o raczej chłopięcej urodzie. Idealnie pasuje do niej morał ze znanej baśni autorstwa duńskiego czarodzieja słów i nauczyciela życia - Hansa Christiana Andersena, „Brzydkie kaczątko”.  

01:28:00 No comments

Szokująca informacja, jakiej możesz o mnie nie znać. Chwilę po wejściu w dorosłość zaczytywałam się w serii o Crossie, Grey’u czy Morfeuszu i podobnych. Opuściwszy na chwilę świat literatury pięknej i liryki na skutek ówczesnych życiowych okoliczności, doszłam do wniosku, że poznam każdy gatunek prozatorski - na tyle, by móc swobodnie prowadzić ulubione dyskusje. Skoro zresztą w dziedzinie klasycznych romansów przebywało mi się dobrze, w tych nasączonych mafią - doskonale, dlaczego by nie spróbować tak zwanych powieści dla dorosłych? Temat zgłębiłam na tyle szczegółowo, iż doświadczyłam chwilowego przewartościowania jaźni tudzież kilkumiesięcznych zakłóceń w połączeniach międzykomórkowych, kiedy to doszłam do wniosku, że odnajdę w rzeczywistości osobnika podobnego temu, którego wykreowała EL James. Rezultaty pominę milczeniem. Jeśli jednak pamiętasz z jednej z poprzednich recenzji gadzinę od wykładu o owadzich zarazkach - to był ten przypadek. A raczej wypadek, stricte kliniczny, na jakim dla kontrastu mucha siada. Wspominam o tym dlatego, że “Jeden facet na rok” J.P. Kulak to narracja, która bez wątpienia przypadnie do gustu miłośnikom wyżej wspomnianych historii. W wersji ostrzejszej, częścią rozdziałów przystającą raczej do darków niźli romansów. Przepiękna okładka, na której niestety brakuje ostrzeżenia 18 plus, przywołała mnie do siebie elegancką czcionką i ulotną symboliką uciekającego czasu. Opis przeważył szalę, zasugerowawszy oryginalny pomysł na opowieść. Aż sama zaczęłam się zastanawiać, cóż robiłabym, gdybym miała do dyspozycji tylko jeden dzień w roku. Świetna koncepcja! Pierwsze rozdziały fabuły urzekły dodatkowo dobrą warstwą językową. Na nieszczęście, potem nadeszło ogromne rozczarowanie. Czy może skrajne zniesmaczenie, ukazujące, iż nie pasuję już do tego świata, kiedy okazało się, że zapowiadana niecodzienna propozycja, złożona przez mężczyznę bohaterce to... wytresowanie jej na osobistą SUKĘ. I niestety nie mam tu na myśli jedynie kwestii łóżkowych. Oburzenie? Szok? Smutek... Tak nie wyglądają relacje, nawet te zepsute. Mam nadzieję... 

18:16:00 No comments

W końcu naszedł dzień, do którego przygotowywałeś się długi czas. Ostrożnie wciskasz się do wąskiego zasobnika, w którym jest tylko tyle miejsca, by lekko unieść łokcie. Ledwo zdołałeś się w nim usadowić, a już z głośnym zgrzytem zatrzaskuje się nad Twoją głową pokrywa - niczym wieko żelaznej trumny. Chwilę później słyszysz ryk silników i czujesz gwałtowny wstrząs, co oznacza, że Twój pojazd wystartował z pokładu statku kosmicznego Prometeusz do stacji badawczej założonej na planecie Solaris. Przez wąski wizjer nie widzisz żadnych gwiazd, panuje za nim nieprzenikniona ciemność, nierozświetlona choćby najniklejszą iskierką światła. Wyraźnie czujesz tylko przyśpieszony rytm tętna i grube krople potu spływające za kołnierz szczelnie otulającego Cię skafandra. Jesteś nic nieznaczącym okruchem w ogromie kosmosu, przemierzającym jego bezlitosne czeluści w kruchej łupinie, którą najmniejsza awaria może zamienić w kolejny śmieć, znajdujący się w wieczystej drodze donikąd. Wkrótce dostrzegasz jednak zarys planety, ogromniejący z każdą sekundą lotu. Nadajesz sygnał, wywołując bez ustanku Solaris, jednak przez długi czas odpowiada Ci jedynie głucha cisza. Zaczynasz panikować, nie mając pojęcia, czy dasz radę samodzielnie wylądować. Na szczęście po chwili słyszysz upragniony głos, mechanicznie recytujący bez emocji tekst: „Stacja Solaris do przybysza...”, odliczający sekundy do chwili, kiedy lądownik osiądzie na polu startowym. Niepokoi Cię fakt, że masz do czynienia z automatem a nikt nie pofatygował się, aby Cię przywitać. Zazwyczaj kto żyw, biegnie na lądowisko, gdy przybywa ktoś nowy, zwłaszcza, jeśli pochodzi bezpośrednio ze starej matki Ziemi. Tymczasem tu nic takiego nie ma miejsca, co jest wielce zastanawiające.  

19:51:00 No comments

Myślę, że właśnie tego potrzebowałam na literackie zakończenie roku, które zbliża się dużymi krokami i domyka jeden z najbardziej ognistych okresów w całym moim życiu. Mam ostatnimi czasy niezwykłe szczęście do trafiania na rozrywkowe narracje, które przenoszą mnie w inny świat i bawią do imentu. Poprawiają humor w tak dużym stopniu, że aż Mąż co chwila dopytuje, czy wszystko w porządku, bo podejrzanie często się śmieję. To nie jest dla mnie naturalny stan rzeczy. 😉 Anna Wolf drugim tomem cyklu “Rodzina Marshall” przeniosła mnie do rzeczywistości wielkich fortun i rodowego dziedzictwa, jaka początkowo przywodziła mi na myśl kapitalny serial “Sukcesja” w powieściowej wersji. Tymczasem fabuła szybko skręciła w stronę komedii romantycznej z wyjątkową warstwą... relacji rodzinnych. Choć główni bohaterowie tej części serii to Poppy, Olivier i Asher, moje serce skradli zakochani w siostrze bracia kobiety (mężczyźni starej daty i niestety ginących wartości, bokser oraz dwaj wojskowi) a także rodzice dziedziców - mama z kapitalnym poczuciem humoru oraz ojciec gentleman, jakiego wielkie pieniądze nijak nie wyprały z człowieczeństwa. To niestandardowa kreacja narracji w “kobiecych” powieściach. Obecnie najczęściej zauważam inny trend, który wcale mi się nie podoba. Tata musi znęcać się nad swoją żoną co najmniej psychicznie a synów od małego zmuszać do uczestniczenia w biznesowych spotkaniach. Najlepiej także obarczać nadludzką ilością zajęć pozalekcyjnych i nakłaniać do przemocy. Matka następców nie ma nic do powiedzenia, w milczeniu znosi też wszelkie zdrady ślubnego. Sami dziedzice standardowo przejawiają wszystkie najgorsze cechy, jakie tylko można sobie wyobrazić. Cieszę się, że ta definitywnie zła moda z darków NIE transferuje na twórczość Wolf, która pozostaje uśmiechającą lekturą, z jaką nader miło spędza się czas. I co prawda Asher, u którego Poppy obecnie pracuje jako asystentka, po tym, jak jego ojciec ustąpił synowi, zmienia kobiety częściej niż bokserki, ale w tym tkwi całe clue... A może w tym, iż Olivier wespół z matką, mają pewien plan? 

19:27:00 No comments
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (4)
    • ▼  sty (4)
      • Alicja Wisła - Rewolucja - recenzja
      • Nadia Szagdaj & Grzegorz Filarowski - Rak. Teraz g...
      • Keigo Higashino - Łabędź i nietoperz - recenzja
      • Mimi Lisette - Coma. Słodkich snów - recenzja
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates