• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Pora na thriller prawno-technologiczny i jego zwichrowaną fabułę, skrytą za nęcąco dwoistą okładką, czyli… Czym jest sprawiedliwość wymierzana na sali sądowej? Wielu twierdzi, że tylko przedstawieniem, w którym główną rolę odgrywają osoby odziane w togi: prokurator, obrońca oraz sędzia, będący kimś w rodzaju mistrza ceremonii, podczas gdy prawa pokrzywdzonych, zbrodnia oraz odpowiadająca jej kara stanowią jedynie swoiste didaskalia. Rzetelność wyroku zależy bowiem w znacznym stopniu od nastroju czy samopoczucia najważniejszej osoby w tym swoistym trio, tej z wyeksponowanym łańcuchem na szyi. Nikt nie jest w stanie zagwarantować, iż nie zostanie ona zmanipulowana darem wymowy złotoustego mecenasa bądź nie dokona błędnej interpretacji zgormadzonego materiału dowodowego. W końcu nie ma człowieka nieomylnego, a przecież od decyzji przewodniczącego składu zależy los ludzi, którzy dostali się we wprawdzie wolno, ale jednak bezlitośnie mielące żarna Temidy i tak naprawdę zdani są wyłącznie na jej łaskę lub niełaskę. Tymczasem zapewnienie bezstronnego procesu jest podstawowym obowiązkiem państwa i zarazem manifestacją jego siły, a także wyrazem triumfu zasady, że złe uczynki muszą się zawsze spotkać z odpowiednią odpłatą, oczywiście pod warunkiem, że jest wymierzana w absolutnie rzetelny sposób. Dzięki temu realizuje się bowiem kardynalne zasady prewencji ogólnej, polegające na utrwalaniu w społeczeństwie poszanowania dla norm prawnych oraz odstraszaniu wszystkich tych, jacy chcieliby pójść w ślady przestępcy oraz prewencji szczególnej, która ma wyrobić w tym ostatnim przekonanie, że nie warto popełniać po raz kolejny czynu zabronionego. Gdy te reguły zostają pogw*ałcone, republika traci cząstka po cząstce podstawowy fundament istnienia, stając się własną karykaturą i wystawiając na śmieszność. Trzeba więc temu za wszelką cenę zapobiegać.

02:08:00 No comments

Powieść pod nader krótkim tytułem „H” nie jest pierwszą, jaką porwał mnie Bernard Minier - francuski Autor, którego mroczne książki z pogranicza kryminału i thrillera tłumaczone są aż na 28 języków. Na swojej recenzenckiej ścieżce kilkukrotnie pozwoliłam już Pisarzowi przenieść się do świata zwichrowanych zbrodni i świetnie złożonych przestępczych zagadek - i jeszcze ani razu nie poczułam się żadną z owych wypraw rozczarowana. Jako cienisty wyjadacz, spieszę więc poinformować Cię, iż mimo wielu skonstruowanych propozycji literackich, Twórca wciąż jest w świetnej formie. Jego najnowsza, cokolwiek enigmatycznie nazwana, proza okazała się bowiem nader przemyślaną intelektualną rozrywką oraz rozgrywką, która zachwyci wszystkich fanów podcastów true crime, opowieści spod ciemnej gwiazdy oraz motywu wyścigu z czasem, w trakcie którego dopaść coraz śmielej poczynającego sobie złoczyńcę próbuje nie tylko jeden detektyw, a cała grupa osób, spośród jakich wszystkie mają w tym nieco inną misję… Krótkie rozdziały nadają narracji świetnej dynamiki, choć za plus uznać należy również fakt, iż Autor nie poskąpił treści literackich opisów, które pozwalają czytelnikowi zmaterializować gonitwę za mordercą w różnorodnych okolicznościach niemalże wprost przed oczami. Jestem także przekonana, iż większość odbiorców będzie podczas czytania kibicować włączonej w fabułę grupie śledczych-amatorów, którzy z własnych zacisznych domostw wyczyniają takie inwigilatorskie sztuczki, o jakich niektórym profesjonalistom się nawet nie śniło. „H” spodoba się na domiar dobrego też i tym, którzy od historii oczekują niebanalnej warstwy obyczajowo-romantycznej. Choć bowiem można ją przeczytać jako jednotomową, osobiście byłam bardzo ciekawa, jak rozwinie się znany mi z poprzednich tomów wątek burzliwej i na pewien czas zawieszonej miłości między komendantem Martinem Servazem, jednym z głównych bohaterów, a jego niekoniecznie wierną wybranką… Wątek zbiegłego z więzienia po raz wtóry, bezlitosnego zabójcy okazał się zaś wisienką na torcie, takim H jak… Hirtmann.

18:25:00 No comments

Z nałogiem jest jak z więzieniem. Tkwisz w nim mentalnie nawet wtedy, gdy pozornie jesteś już na zewnątrz. I w każdej chwili, gdy tylko okażesz choć trochę słabości, może się za Tobą ponownie zatrzasnąć brama nieskończoności, za którą jest już tylko ciemność i brak jakiejkolwiek nadziei. Jesteś tego najlepszym przykładem. Nawet do końca nie wiesz, kiedy zaczęła się gehenna, nieodwołalnie ciągnąca Cię w otchłań. Jak to często bywa u policjanta z długim stażem, w pewnym momencie przekroczyłeś punkt krytyczny. Nawarstwiło się wiele czynników: zmęczenie pracą, obrzydzenie wszechoblepiającym i niezmywalnym brudem ludzkich uczynków, stres wywołany prowadzeniem trudnych spraw, bezsilne spoglądanie na jawną niesprawiedliwość w sądach, dzięki której przestępcy nie ponosili odpowiedniej zapłaty za swoje zachowanie, kłopoty osobiste. Aby o tym wszystkim zapomnieć, zacząłeś od jednej tabletki zawierającej birbiturany. Potem zacząłeś stopniowo zwiększać ich ilość i w końcu, zanim się zorientowałeś, nie mogłeś bez nich normalnie funkcjonować. Słowo „normalnie” nie jest w sumie odpowiednie, bo stawałeś się coraz bardziej odurzony i zarazem znieczulony. Spoglądałeś na świat jakby zza grubej szyby a bodźce docierały do ciała i umysłu z dużym opóźnieniem. Ten stan pogłębiał się z każdym miesiącem, aż w końcu doszło do tragedii. Brat, który wypił alkohol podczas rodzinnej imprezy, poprosił, abyś odwiózł do domu jego i córkę. Oczywiście byłeś „pod wpływem” i skrajnie rozkojarzony. Uderzyłeś w drzewo, Twoi bliscy skończyli w szpitalu, zaś Ciebie na pewien czas zawieszono w czynnościach. Po tym wydarzeniu odstawiłeś pigułki i trzymałeś się „czystości” przez parę miesięcy. Jednak dzisiaj spada na Ciebie wiadomość, której ciężaru nie jest się w stanie unieść na trzeźwo...

20:43:00 No comments

Za sprawą powieści „Spalona droga. Melodia przeszłości” udało mi się przenieść w czasie, o czym wielokrotnie zdarzało mi się śnić. Kierunkami moich podróży z mrzonek pozostawały raczej carska Rosja oraz pałacowe lokalizacje pokroju Ermitażu, jednak Estera Tracz przerzuciła mnie swoją niesamowitą narracją jeszcze dalej - do na wskroś realistycznie wykreowanego Paryża w XVI wieku. Szczerze napisawszy, nijak nie spodziewałam się, że ta wyprawa okaże się aż tak przejmująca. Złożona z niepokojów, nieprzewidywalnych zwrotów akcji oraz niebezpiecznych przeżyć barwnych bohaterów, zabrała mnie do jednej z ulubionych rzeczywistości - romantyczno-przygodowych powieści historycznych, którym na domiar dobrego nie brakuje finezjo-fantazji. Autorka zdecydowała się bowiem na krok bardzo ryzykowny - wrzucenie do szesnastowiecznych francuskich realiów… definitywnie współczesnej kobiety, jaka trafia tam za sprawą magicznej pozytywki ofiarowanej przez nieżyjącego już Dziadka (to zresztą kolejny wzruszający wątek), mimo że nijak nie jest gotowa na to, co tam zastanie. I tak oto pewien François natrafia przypadkiem na Katherine - która wprost z dwudziestopierwszowiecznej Anglii teleportowała się do jego miejsca i daty w lichej koszulce nocnej. Słusznie myślałby kto, jeśliby stwierdził, iż brzmi to jak początek świetnie zwichrowanej i pełnej żartów sytuacyjnych komedii miłosnej. Pisarka swoją prozą ofiarowuje jednak czytającemu o wiele więcej, bowiem okres czasu, do jakiego trafia Kate zapisał się w historii nader krwawą kartą w postaci zbliżającej się rzezi hugenotów, zaś naczelna żeńska postać książki wkrótce ustali, iż jako tak zwana Wędrująca ma możliwość ingerencji w przeszłe wydarzenia… Jak jednak można zmienić to, co tak bardzo minione? Cóż. Ja niezwykle cieszę się, że mimo ówczesnych niepokojów miałam okazję chociaż fabularnie się tam przenieść. Do świata, w którym mężczyzna zdobywał rękę wybranki i bał się jej uchybić nawet i niewłaściwym słowem. Jakże przyjemnie czyta się o niestety wymarłych już zwyczajach, dworskich zabawach i etykiecie względem dam i siebie nawzajem… Urok bezśmiertny.

18:59:00 No comments

Jesteś zapaloną makijażystką i w pewnym sensie prowadzisz podwójne życie zawodowe, co stanowi Twoją słodką tajemnicę. Pierwszą połowę dnia spędzasz w gmachu telewizji - drugą w miejscu, które u bliźnich budzi dreszcz przerażenia, choć każdy z nich kiedyś będzie miał okazję je „obejrzeć” na końcu swojej ziemskiej drogi. W TV zajmujesz się upiększaniem żywych, a w prosektorium zakładu pogrzebowego „Bez biletów” przywracasz szacowny wygląd tym, którzy już zeszli z tego świata. W obydwu miejscach Twoje pudry, płynny lateks, protetyki, woski, żelatyny i obfity zestaw pędzli czynią prawdziwe cuda. Celebryci, jacy mają wystąpić w paśmie śniadaniowym, są Twoimi umiejętnościami wręcz zachwyceni. Dzięki nim w świetle jupiterów i oku kamery niewybaczającym najmniejszych uchybień w wyglądzie, prezentują się nie tylko świetnie, ale przede wszystkim naturalnie. Drugi rodzaj klientów nie jest w stanie wyrazić swojej opinii, jednak w ich imieniu wypowiadają się bardzo zadowolone rodziny. Ciągle słyszysz, że „wujek Tadzio wygląda lepiej niż za życia” czy: „Gdyby ciocia Andzia malowała się w taki sposób, gdy jeszcze miało to znaczenie, miałby nie dwóch, a sześciu mężów”. Oczywiście o tym paśmie sukcesów nie wie absolutnie nikt. Gdyby bowiem którakolwiek z gwiazd powzięła wiadomość, że dotykasz jej twarzy tymi samymi dłońmi, jakie przed chwilą wygładzały skórę denata, niewątpliwie wpadłaby w ciężką histerię, zaś co wrażliwsi zupełnie dla siebie nieoczekiwanie może nawet staliby się rezydentami w podziemnym pomieszczeniu, zwanym kostnicą. Czasami jednak myślisz, że miałoby to i swoje dobre strony, bo w ten sposób od makijażu scenicznego przeszłabyś płynnie do trumiennego, zachowując pełną zawodową koherentność.

22:05:00 No comments

Chociaż korporacja Szlaki Hoffmana doprowadziła do śmierci Twojego ojca i ograbiła Cię z majątku, uczyniwszy praktycznie nędzarzem, nie zamierzasz się poddawać. Jesteś to winien jego pamięci, a przede wszystkim tym, którzy naiwnie dali się namówić, aby stać się kolonistami na dziewiątej planecie w układzie Fomalhauta, noszącej dźwięczną nazwę Paszcza Wieloryba. Jak do tego doszło? Kiedy w końcu po wielu latach poszukiwań odkryto glob o warunkach bliźniaczo podobnych do tych na Ziemi ogłoszono nadejście nowej epoki i zaczęto zachęcać mieszkańców przeludnionej i zdewastowanej kolebki ludzkości do masowego przenoszenia się do „nowego, wspaniałego świata”. Spotkało się to z entuzjastycznym przyjęciem i wkrótce swój akces zgłosiły miliony chętnych. W tym czasie Twój rodziciel prowadził firmę Applebaum, organizującą podróże międzygwiezdne przy użyciu klasycznych frachtowców. Jednak ich prędkość pozwalała na dotarcie do celu jakim była Paszcza dopiero po osiemnastu latach. I nagle pojawił się rewolucyjny wynalazek: zatrudniony przez Szlaki Hoffmana doktor von Einem stworzył urządzenie o nazwie telpor, które umożliwiało „przeniesienie” dowolnego obiektu do miejsca przeznaczenia w ciągu piętnastu minut. Nieco wcześniej spółka wykupiła większość udziałów w zakładzie taty, zainwestowała w niego ogromne sumy, po czym… doprowadziła do jego upadku. Tata nie wytrzymał ciśnienia i zmarł na zawał serca, majątek zlicytowano a Ciebie do teraz dręczą windykatorzy. Jesteś przekonany, że to nie był przypadek. Chciano w uniemożliwić ten sposób jakąkolwiek podróż przy użyciu klasycznych kosmolotów, pozostawiając tylko jedną drogę do wyśnionej krainy. Do dzisiaj z rozstawionych na całej Ziemi w tysiącach egzemplarzy telporów skorzystało czterdzieści milionów użytkowników, jednak nie ma z nimi żadnego bezpośredniego kontaktu.

01:30:00 No comments

13 książeczek małych formatem, ale wielkich treścią - Maciej Stupera stworzył dla najmłodszych czytelników zestaw, który urzeknie każdego małego miłośnika zjawiskowych opowieści. Pełne emocjonujących przygód i bohaterów do pokochania, złożone z historii z ważkimi przesłaniami i opatrzone przepięknymi ilustracjami, porwą dziecko w baśniowe światy - składające się z wartości i brawurowych wypraw. Za błyszczącymi okładkami, oprócz barwnych obrazów wysokiej klasy, czekają wręcz niesamowite narracje. „Biała róża” przedstawia losy pewnego kwiatu, który wyszedł z cienia. „Światło” to gawęda przypominająca, że świat jest pełen cudów. „Biała zebra” przybliża rzeczywistość zwierzęcia, które przestało się smucić. „Myszka” udowadnia, iż nawet największym skarbem warto się podzielić. „Kłopoty z igłami” bawią zamieszaniem z rodzaju tego w zakładzie krawieckim, zaś „Marcepanek” snuje bajkę o spełniających się marzeniach. „Sikorka” pokazuje drogę wiodącą ku staniu się zimową artystką, natomiast „Polne schronisko” okazuje się fabułą o niezwykłym drzewie, jakiego misją jest pomaganie. „W kręgu przyjaciół” absolutnie oczarowuje - wiodąc przez świat nieznanej kryjówki kolorowych snów. „Żółta kredka” to z kolei proza o wręcz niewiarygodnych przygodach tytułowej postaci, co to postanowiła się zgubić. „Ucieczka z zoo” traktuje o cokolwiek niesamowicie niełatwym powrocie do domu a „Konik polny” przypomina o obecności sztuki w przyrodzie i o przyrodzie w sztuce. „Siewca literat” uśmiecha opowieścią o szalonym eksperymencie rzekomo zwyczajnego stracha na wróble...

19:51:00 No comments

Wykreowany przez Eli M. mroczny romans pod tytułem „Pokój w windzie” miałeś już okazję poznać u mnie za sprawą różnych wariacji semantyczno-graficznych, zatem najwyższa pora na najistotniejsze - czyli recenzję książki. Opowieści, w której narrację przejmuje naprzemiennie czwórka bohaterów, jakich życiowe losy są ze sobą nieodwracalnie powiązane. Historii, w której akcja pędzi we wręcz szaleńczym tempie, nie pozostawiwszy czytelnikowi ani chwili na oddech. I co najciekawsze, stanowiącej złożone połącznie gatunkowe. Nie brakuje w niej bowiem wątków przystających do trwożących thrillerów, niewielkiej wstawki kryminalnej, warstwy rodem z powieści obyczajowych oraz motywu, który w mojej ocenie powiązany jest z kategorią „dark romance”- czyli… tytułowej komnaty w blaszanym, klaustrofobicznym pomieszczeniu, zalewanym tylko z rzadka drżąco niepokojącym światłem. Nie zdradzę Ci, co dokładnie się w nim mieści ani jakie zdarzenia się w nim rozgrywają, bo uważam, iż to właśnie stanowi największe zaskoczenie w owej propozycji literackiej. Debiutu, który posiada małe wady, jakie omówię w ocennej części recenzji, lecz mimo wszystko w mojej opinii stanowi ożywczą rozrywkę na jesienny wieczór. Spodziewałam się po nim dużej cienistości. Zamiast tego otrzymałam coś lepszego - cokolwiek zwichrowaną fabułę o różnych rodzajach miłości. Nieodwzajemnionej i skrywanej pod maską obojętności. Na wskroś toksycznej, która nie potrafi odpuścić, pomimo tego, że powoduje tylko chaos, zniszczenie i spustoszenie. Szalonej i nieutulonej, jaka wiedzie do poważnego związku, lecz wciąż nie potrafi rozgonić demonów zła, zbyt zadomowionych we krwi i najgłębiej pod skórą. Naznaczonej licznymi tragediami, nieodwracalnie zmieniającymi coś w jaźni na diabelsko gorsze. Samo zakończenie pozostawiło mnie zaś… ze złością, jako że nie sądziłam, że w takim momencie Autorka podaruje mi zawieszenie w oczekiwaniu i informację: ciąg dalszy nastąpi. Pozostaje go wypatrywać, by przekonać się, jak rozwiną się losy tej makiawelicznej czwórki…



01:10:00 No comments

„Mechaniczne serca”, których autorką jest Magdalena Kowalczyk bez wątpienia zostaną wyróżnione w moim tegorocznym podsumowaniu literackim jako największe książkowe zaskoczenie - nijak bowiem nie spodziewałam się, iż ta historia okaże się w tak wielkim stopniu wyśmienita i finezyjnie złożona. Ta swoista antyutopia urzeknie każdego miłośnika steampunkowych klimatów, fana młodzieżowych romansów składających się ze zmyślnych wartości oraz kochanka najlepszych opowieści. O poszukiwaniu własnej wartości i siebie w świecie, w jakim nie ma miejsca na nawet najmniejszy błąd. Społeczeństwie, które rzekomo pracuje na dobro ogółu, choć tak naprawdę traci wyjątkowe jednostki, każdą z odmiennych traktując jako wyrzutka. Życiu z wiecznym strachem i pokonywaniu ograniczeń, jakie to najczęściej tkwią tylko w umyśle. Miłości dwóch zagubionych dusz, która rodzi się w niesprzyjających okolicznościach. Niesamowitej pasji i odwadze w walce o zrealizowanie marzeń, choć wydawały się niedościgłe. Szkole, która nie wynagradza za wyjątkowość, zdecydowawszy się przykrawać wszystkich do jednej miary. Dorosłych, jacy nie stają na wysokości zadania, bojąc się konsekwencji za jakiekolwiek odstępstwo od normy - przez co nie wypełniają misji, którą powinni nieść jako rodzice czy nauczyciele. Wreszcie jednak Pisarka ową fantastyczną historią i opowieścią, jaka równie dobrze mogłaby rozgrywać się wszędzie i w każdych czasach, udowadnia, iż zabawa słowem wciąż okazuje się gratką dla powieściopisarzy. W jej treściach semantycznie uśmiechają się bowiem skrzydloty i inne szalenie nazwane maszyny, zaś bohaterowie przerzucają się przystającymi do zdarzeń powiedzeniami z rodzaju: a niech mnie rdza zeżre czy: na tłok nienaoliwiony! Trzeba mnóstwa talentu, by wykreować tak niesamowitą narrację. Przy tym jednak wciąż najeżoną emocjami, które uderzają silnie, gdy czytelnik poznaje dwie naczelne postaci, żyjące smutnie i samotnie na skraju odrzucającej je społeczności, lecz jeszcze mocniej, kiedy po lekturze książki przeczyta się posłowie, zdradzające, skąd pomysł na fabułę… Chylę… skrzydła!

01:09:00 No comments

Nie pamiętasz już, kiedy nie bolało Cię całe ciało, pełne krwawych pręg i sinych wybroczyn, zaś serca nie rozdzierał strach, że znowu spadnie na nie lawina ciosów - przy wtórze karczemnych wyzwisk, ścinających krew w żyłach. Krótkie chwile wytchnienia znajdujesz jedynie w nocy, gdy śpi już, zamknięty w swojej niedostępnej wieży bądź wtedy, kiedy nie ma go we dworze, bo wyruszył w podróż po kolejne makabryczne artefakty. Trudni się alchemią i bez ustanku przeprowadza nowe eksperymenty, więc potrzebuje ich naprawdę wiele. Poznałaś nieludzkie usposobienie swojego męża Ulryka von Wensee doskonale, gdyż jesteś z nim od osiemnastu lat, lat, które są ciągłym, nieustannym koszmarem. Trafiłaś w jego łapska jako nastolatka, prosto z dworu księżnej spod znaku Gryfa, zalękniona i niemająca pojęcia, co ją czeka. Należałaś do fraucymeru, ściśle odizolowanego od zwykłych poddanych, zatem nie zdawałaś sobie sprawy, jak straszne może być życie. Ulryk wystąpił o Twoją rękę i stanowił doskonałą partię jako przedstawiciel rodu starej, choć zubożałej już szlachty, omszałej wiekami chwały oraz wielce zasłużonej w służbie udzielnego Księstwa Pomorskiego ze stolicą w Szczecinie. Szybko się przekonałaś, że wysokie urodzenie nie chroni przed zwyrodnieniem charakteru a  bicie i lżenie mogą stanowić nieodłączną część każdego dnia. Dowiedziałaś się także, że można z nimi dzielić los bez mrugnięcia okiem, gdyż okazywanie strachu tylko jeszcze bardziej rozjusza oprawcę, lubującego się w oglądaniu skrajnego poniżenia ofiary. Masz wrażenie, że z biegiem czasu popada w coraz większe szaleństwo, jakie odciska się wzrastającym poziomem przemocy. Wobec Ciebie. Teraz zaznajesz nieco wytchnienia od ciągłej gehenny, ponieważ parę dób temu wyjechał bez słowa pożegnania i nikt nie wie, gdzie skierował swoje kroki.

22:54:00 No comments

Nie musisz tu być, jednak zwyciężyło w Tobie poczucie odpowiedzialności. Jako komisarz kierująca całym zespołem śledczych nie masz obowiązku brać dyżurów domowych, w czasie których trzeba być cały czas pod telefonem i stawiać się na każde wezwanie. Choć jesteś obciążona prowadzeniem licznych spraw, nie uchylasz się także od nieprzymusowych zawodowych powinności. W skrytości duch liczyłaś na to, że noc minie spokojnie i w końcu będziesz mogła się choć trochę wyspać, ale stało się inaczej. Teraz, mroźnej styczniowej nocy, stoisz nad ciałem człowieka, wydana na pastwę lodowatego wiatru, niosącego ze sobą płatki śniegu pomieszane z marznącym natychmiast deszczem. Trup leży przy ścianie na plecach z rękami rozrzuconymi, jakby denat próbował w ostatniej chwili zapobiec nieuchronnemu i zastopować swój lot w stronę pawimentu. Jednak upadek z wysokości dwunastego piętra mógł skończyć się tylko w jeden sposób: natychmiastową śmiercią. Gdy spoglądasz w górę na szczyt biurowca położonego na terenie Silesia Business Park w Katowicach, mimowolnie wyobrażasz sobie, co mógł czuć człowiek mający świadomość, że za chwilę jego ciało roztrzaska się o podłoże, na co Twój organizm reaguje przebiegającym po plecach dreszczem. Dokonujesz wstępnych oględzin zwłok, choć widok nie należy do przyjemnych. Na pierwszy rzut oka mężczyzna ma około czterdzieści lat - niestety nie znajdujesz przy nim niczego, co mogłoby pomóc w identyfikacji. W kieszeniach płaszcza nie ma ani portfela, ani telefonu, co nieco utrudni Ci śledztwo, gdyż będzie trzeba czekać, aż ktoś zgłosi zaginięcie. Jednak z doświadczenia wiesz, że nie będzie to trwało zbyt długo, bo bliscy z pewnością zaniepokoją się brakiem kontaktu i zaczną poszukiwania. W każdym razie taka okoliczność budzi podejrzenia, że nie było to samobójstwo, a ktoś „pomógł” denatowi gwałtownie zejść z tego świata.



19:15:00 No comments

Jesteś częścią tej ziemi - tak jak Twoi przodkowie, którzy żyli na niej od zarania dziejów. Tak jak drzewa pobliskiego lasu, kryształowa woda w jeziorze, ptaki śmigające w ścigłym locie nisko nad jego taflą czy powietrze, jakie codziennie wdychasz do płuc. Stanowisz jej nieodrodną cząstkę, choć władze starają się położyć temu kres. Pogardliwie nazywają Was Lapończykami, choć dobrze wiedzą, że Twój lud nosi starożytną nazwę Saamów. I bez ustanku próbują wyrugować z siedzib, chociaż przecież zajmujecie bardzo niegościnne dla człowieka tereny tundry polarnej, zepchnięci na nie przez ciągłą ekspansję białego człowieka. Nie możesz pojąć, dlaczego traktują Cię z taką pogardą, dostrzegłszy w Tobie jedynie nieokrzesanego dzikusa, którego za wszelką cenę trzeba ucywilizować. Posługują się przy tym Przedsiębiorstwem, które buduje w okolicy tamę i co jakiś czas zalewa zbudowane przez Was wioski. Jesteście Nomadami i zajmujecie się rybołówstwem oraz hodowlą reniferów, więc gdy nadchodzi lato, przenosicie się ze stadami na Zachód w poszukiwaniu obszarów urodzajnych w trawę. Tego roku również tak uczyniliście. Wprawdzie uprzedzono Was o zamiarze podniesienia poziomu wody w akwenie, ale tym razem wróciliście do osady parę dni później niż zwykle. I zastaliście swoje domostwa już pod jej powierzchnią. Teraz siedząc w chyboczącej się łódce, z rozpaczą patrzysz na wystające jeszcze w połowie znad fal goahti, jak w języku plemienia nazywa się mieszkalną chatę wykonaną z darni. Spędziłaś w niej dzieciństwo, więc choć masz już trzynaście lat i prawie jesteś kobietą, serce ściska Ci się z żalu. Wyobrażasz sobie, jak nieubłagany żywioł dostaje się do środka przez jedyne okno, zalewając powałę, wypełniając szafę i unosząc z sobą stół, krzesła i wszystkie inne rzeczy codziennego użytku, które towarzyszyły Ci tyle lat.   

17:48:00 No comments

O ponownym zobaczeniu Błękitnego Globu marzyłeś przez całą dekadę. Oczywiście chodzi o ten czas, jaki spędziłeś na pokładzie Prometeusza - statku kosmicznego, wysłanego w celach badawczych w stronę gwiazdy Fomalhaut, najjaśniejszej w całej konstelacji Ryby Południowej i oddalonej o dwadzieścia trzy lata świetlne. W chwili, gdy zająłeś miejsca za jego sterami, miałeś trzydzieści wiosen, więc teraz pod względem biologicznym masz ich czterdzieści, choć licząc miarami ziemskiego czasu, upłynęło ich aż sto dwadzieścia siedem. Załoga składała się z pięciu pilotów oraz siedmiu uczonych, odpowiedzialnych za naukową stronę wyprawy. Jak na trzysta tysięcy ton masy, to z pozoru niewiele, ale trzeba pamiętać, że dziewięćdziesiąt procent z niej stanowią napęd i paliwo - a przecież swój udział ma także niezbędne oprzyrządowanie w postaci sond, małych rakiet służących do eksploracji gwiezdnej przestrzeni i tym podobnych urządzeń. W rezultacie na takim olbrzymie miejsca dla człowieka nie ma zbyt dużo. Do jego dyspozycji pozostają pojedyncze kajuty, mesa i mostek. Nie wszyscy wrócili, bo kosmos nie wybacza błędów. Sam wielokrotnie tylko cudem ocaliłeś swoje istnienie, a trzech aeronautów zginęło w zasadzie na Twoich oczach, poświęcając życie dla dobra ludzkości. Tej samej, która tak naprawdę nawet nie spostrzegła Waszego powrotu. Nie spodziewałeś się wprawdzie tłumnych orszaków, piejących dziękczynne hymny w uznaniu dla Twojej odwagi i ofiarności, ale mimo wszystko jedynie jednozdaniowa notka w prasie, gdzieś na tylnych łamach, to jak na Twój gust nieco za mało. Zdajesz sobie sprawę, że żaden z bliźnich nie jest w stanie zrozumieć ani nawet sobie wyobrazić, jakie wśród ciał niebieskich niebezpieczeństwa czyhały na Was wszystkich - otoczonych bezlitosnym i zimnym bezmiarem wszechświata, wobec którego człowiecza istota jest tylko nic nieznaczącym pyłkiem…

23:52:00 No comments

Pałacowe przewroty, dworskie spiski, zamachy na władzę i życie oraz pewien chłopiec, który na drodze ku męstwie oraz miłości pada ich ofiarą, utraciwszy pamięć… Szczerze rzekłszy, nie spodziewałam się, iż za tą okładką Anna Maria Trzepizur skryje aż tak skomplikowaną i świetnie wymyśloną historię. Cechującą się wręcz starodawnym urokiem; taką, co to wielokrotnie uśmiechnie odbiorcę, porywając go do rzeczywistości złożonej z przygód i niebezpieczeństw. W mojej ocenie powieść „Władza ponad życie. Zdradzony” przypomina baśń minionych lat - przede wszystkim z uwagi na pojawiające się w niej postaci. Obok rycerzy czy królów i wojowników fabułę ubarwia bowiem rodzeństwo, które przywodzi mi na myśl znanych wszystkim Jasia i Małgosię albo pewna starowinka, jaka to - dla odmiany - nie jest wcale jak zła Baba Jaga. Cała opowieść owiana jest zresztą pewną dozą bajkowości. Do tego narrację cechuje swego rodzaju uniwersalizm - myślę, iż zaczyta się w niej zarówno młody nastolatek jak i dorosły. Sama spędziłam z tą awanturniczo-obyczajową gawędą zdecydowanie miły wieczór. Wędrowałam po ulicach fikcyjnego miasta Candamar, obserwując, jak dzieje się w nim źle i trwożąco gorzej. Podróżowałam otaczającymi krainę lasami, wypatrując czyhających zewsząd zagrożeń. I byłam niezmiernie ciekawa, czy sprawiedliwości stanie się zadość - a naczelna postać imieniem Devin odzyska całą utraconą po tragicznych przeżyciach pamięć i na powrót weźmie los we własne ręce. Pozostaje mi wyrazić nadzieję, iż większa liczba polskich autorów zdecyduje się na wykreowanie podobnej prozy - na wzór tej średniowiecznej, szlacheckiej czy po prostu „zamkowej” - w jakiej to wciąż przepada się z najwyższą przyjemnością, jeśli czasy współczesne, niezaczarowane definitywnie, są rozczarowujące. Jeśli jesteś gotowy na pełną emocji wyprawę życia, zapraszam Cię do wizytacji w pewnym królestwie. Bacz jednak uważnie na każdy swój krok - większości nie możesz tu zaufać…

20:22:00 No comments

Literatura science-fiction zna wielu mistrzów opowiadań, finezyjnych krótkich form historii. Takich, którzy przy pomocy stosunkowo niewielkiej ilości wersów potrafili umieścić istotę ludzką w przyszłości, by postawić ją przed wyzwaniami przeszłości, lecz też gwałtownego rozwoju nowoczesnych technik oraz form komunikacji. Zmusić do zadumy nad kondycją człowieczej natury i jej przeszywającej samotności oraz bezsilności wobec ogromu wszechświata. Niezdolnej do nawiązania kontaktu z formami życia, jakie nie mieszczą się w granicach wyobraźni i zdolności pojmowania umysłu. Niejednokrotnie ci przewidujący wizjonerzy przejmująco ostrzegali przed nowymi postaciami totalitaryzmów, które dzięki postępowi technologii inwigilacji otrzymają zupełnie inne możliwości panowania nad bezradnymi poddanymi. A także przed utratą humanistycznego pierwiastka, który jeszcze rozpaczliwie kołatał się w duszach im współczesnych. Zadawali pytania o granice odpowiedzialności za wytwory własnego geniuszu, które przestały być tylko użytecznym narzędziem, a uzyskiwały własną świadomość, nie mając jeszcze pojęcia o tym, że już wkrótce Ziemię oplecie globalna Sieć internetowa a Sztuczna Inteligencja rozwinie się w tempie, które zacznie przerażać jej twórców. Z gorzką refleksją można stwierdzić, że ich przestrogi ani nikomu niczego nie uświadomiły, ani też nie powstrzymały procesów, których być może nie da się zastopować. Choć literacki głos takich sław jak Philip K. Dick, Ray Bradbury, Isaac Asimov, Harlan Ellison, Henry M. Miller jr. czy nasz swojski Stanisław Lem brzmiał niezwykle głośno, został zlekceważony i jest już w dużym stopniu zapomniany. Tak jak twórczość Briana Wilsona Aldissa, brytyjskiego giganta fantastyki naukowej. Jak sam mawiał, gatunek ten sprowadza się do poszukiwania definicji człowieka oraz jego miejsca we wszechświecie, zgodnych z zaawansowanym, lecz nieuporządkowanym stanem ludzkiej wiedzy. „Halo, ziemia!...” to zbiór opowiadań, który jest tego doskonałym ucieleśnieniem. Jednocześnie stanowi jednak dowód, że krótkie historie mogą być pełne literackiego piękna.

21:54:00 No comments

Nikt nie wie, co naprawdę czujesz i nikogo to nie obchodzi. Najgorsze jest to, że chyba nigdy nie otrząśniesz się z tragedii, jaka spotkała Twoją familię. Wryła się tak głęboko w serce i umysł, że masz wrażenie, iż w wypełnia nawet pory skóry. Jesteś nią przesiąknięta i nie potrafisz uwolnić od roli, jaka została Ci narzucona. Może gdybyś dla wszystkich postronnych, a zwłaszcza dla mieszkańców rodzinnego miasteczka Mt. Randall, zyskała ludzkie, indywidualne rysy, byłoby to możliwe. Ale oni wszyscy, tak lubujący się w plotkach i niesprawiedliwych, krzywdzących ocenach, postrzegają Cię tylko i wyłącznie przez pryzmat nieszczęścia, którym zostałaś dotknięta. I nie czynią tego ze współczuciem, ale specyficzną, złośliwą satysfakcją, że ich samych to nie spotkało. Nie ma w nich na tyle litości czy nawet wyobraźni, by spostrzec, że bardzo Cię krzywdzą i de facto odbierają człowieczeństwo. Dla nich jesteś jedynie siostrą Jessiki, „tej Jessiki”, jaka zniknęła bez śladu dwadzieścia cztery lata temu. Pamiętasz ten dzień jak przez mgłę - miałaś wtedy tylko cztery lata. Były Twoje urodziny, więc przyjechała z campusu do domu i jak zwykle wypełniła go czystą radością. Uwielbiałaś ją, była dla Ciebie najpiękniejszą i najlepszą istotą na świecie, więc nie posiadałaś się ze szczęścia, że znowu ją widzisz. W pewnym momencie wyszła na zewnątrz, aby przynieść z samochodu niespodziankę, jaką przygotowała specjalnie dla Ciebie. Patrzyłaś przylepiona do szyby, jak podchodzi do pojazdu, otwiera bagażnik, po czym schyla się, aby coś z niego wyjąć. Wtedy na chwilę odwróciłaś wzrok, a gdy ponownie spojrzałaś w tamtą stronę Jessiki już nigdzie nie było.


15:27:00 No comments

Niewielka objętościowo, lecz bogata treścią powieść Joanny Klinger pod tytułem „Kwarantanna” urzeka elegancką warstwą językową, jednak równocześnie ważkim przesłaniem - udowadnia bowiem, iż o związek należy dbać - i to niezależnie od jego stażu. Zagubieni w codzienności i zatraceni w szarzejących dniach małżonkowie czy partnerzy często zapominają o sobie nawzajem - choć przecież pozornie wydawałoby się to niemożliwe, jeżeli dzielą ten sam dom czy jedno mieszkanie. A jednak, jak wskazują trwożące statystyki, tak właśnie się dzieje. Rozmowy zaczynają się ograniczać do półsłówek i wymiany informacji odnośnie bieżących obowiązków. Komplementy ulatują w cień, zaś każda doba wygląda bliźniaczo bezbarwnie do poprzedniej. Relacja ulega ochłodzeniu, później degrengoladzie i nierzadko na końcu rozpada się całkowicie… Jeśliby się zastanowić, jeżeli ceni się dane uczucie - przecież można byłoby temu zapobiec. Myślę, że książka Pisarki jest tego świetnym dowodem, chociaż równocześnie swego rodzaju ostrzeżeniem i przypomnieniem. Uważam, że Autorka opatrzyła zresztą wykreowaną narrację bardzo dobrym motywem - wykorzystanie kwarantanny związanej z niedawnym epidemicznym szaleństwem na całym świecie do osadzenia dwójki bohaterów, którzy to niemalże całkowicie się od siebie oddalili, pod przymusem na niewielkim metrażu i nakłonienia ich tym samym do tego, by z braku innego wyboru nareszcie spoglądali na siebie, a nie przez siebie - to bardzo ciekawy zabieg literacki. Wprowadzenie do fabuły obyczajowej wątków rodem z thrillera oraz komedio-tragedii dodaje całości smaku. Podobnie zresztą jak szokujące zakończenie, którego nijak nie sposób było przewidzieć. Przyznam, iż po przeczytaniu ostatniej strony kilkukrotnie upewniałam się, czy nie ma ich więcej… Pierwszą prozatorską propozycję Klinger mogłabym zresztą przyrównać do zmyślnej sztuki teatralnej, w jakiej gra niewielu aktorów - ale jakże udanie to czynią! Definitywnie chciałabym zobaczyć ów swoisty spektakl na deskach jednego z wielkich przybytków.

21:54:00 No comments

Jak zwykle Twój dzisiejszy wykład na Uniwersytecie Warszawskim sprowokował słuchaczy do głębokich przemyśleń. Poruszyłeś w nim zagadnienie prawdopodobieństwa ukształtowania się świata w sposób zupełnie przypadkowy a więc bez udziału siły wyższej, jakkolwiek się ją zwie. Gdy wskazałeś, że taki właśnie obrót spraw byłby równy sytuacji, w której rozrzucony przez huragan rękopis powieści po jego ustaniu złoży się samoistnie w idealny ciąg słów i rozdziałów, wyraźnie dostrzegłeś na twarzach studentów powiększające się z każdą chwilą zainteresowanie. I taka jest właśnie Twoja rola jako wykładowcy - zmuszać młode umysły do intelektualnego wysiłku, budzić w nich wątpliwości co do zasadności ustalonych prawd, tak aby samodzielnie kształtowali obraz otaczającej je rzeczywistości, a nie polegały jedynie na autorytetach i rzekomo niewzruszalnych tezach. Ku własnej satysfakcji osiągasz swój cel, czego dowodem jest popularność Twoich prelekcji wśród żaków, którzy najwyraźniej bardzo cenią swadę z jaką je przeprowadzasz oraz to, że potrafisz zaskoczyć wysnutymi wnioskami. Ale ten dzień będzie zdumiewający także dla Ciebie. Ledwo bowiem opuszczasz aulę, rozdzwania się Twój telefon. Gdy go odbierasz, słyszysz głos notariusza, który zaprasza Cię do kancelarii, gdzie masz wysłuchać nagranie sporządzone przez profesora Bauera, z jakim łączą Cię przyjacielskie stosunki. Informuje także, iż podobna prośba została zastrzeżona na wypadek, gdyby doszło do zniknięcia mężczyzny. Zaniepokojony niezwłocznie jedziesz do siedziby prawnika, ze strachem myśląc, co spotkało Twojego druha. Na miejscu zastajesz jego córkę Elizabeth, od której dowiadujesz się, że od prawie doby z Bauerem nie ma kontaktu i nikt nie wie, co się z nim dzieje. Z całą pewnością nic dobrego, skoro doszło do sytuacji, która mogła się ziścić tylko w wypadku, gdyby nie był w stanie sam poinformować bliskich o swoim losie.

18:12:00 No comments

Onirycznie magiczna kontynuacja przygód świetnie wykreowanego bohatera imieniem Omul traktuje przede wszystkim o najpiękniej silnej relacji pomiędzy trójką rodzeństwa, choć równocześnie obrazuje czytelnikowi moc przyjaźni ze zwierzętami, wagę poszanowania tradycji oraz wiarę w to, iż magia jest obecna w każdej rzeczywistości, jeśli tylko podaruje się jej choć odrobinę wyobraźni. Grzegorz Wacławek oraz Mateusz Marczewski historią wzbogaconą o estetyczne i oddziałujące na jaźń ilustracje, naniesione jakoby zmyślnym ołówkiem lub zaczarowanym piórem, po raz kolejny porywają odbiorcę do świata złożonego z wartości oraz ciepłych uczuć rodzinnych, gwarantując mu równocześnie pełną emocji literacką przygodę. Niezależnie od tego, czy ich miłośnik liczy sobie lat kilka i właśnie poznaje z mamą, tatą czy starszą siostrą bajkę przed kolorowymi snami, czy może ma kilkanaście wiosen więcej - jestem pewna, iż będzie urzeczony tą cenną narracją. „Chłopiec na Krańcach Świata. Kamień Wody” to fabuła, która rozpoczyna się na wskroś tajemniczo. Mieszkańcy malowniczo przedstawionej Wyspy Krimo pochłonięci są przygotowaniami do obchodów corocznego święta ku czci tytułowej, życiodajnej substancji, chronionej przez zaczarowany głaz. Tej wyjątkowej nocy dorośli spotkają się na plaży przy ogniskach, z dala od wędrujących krabów, zaś dzieci pozostaną w domach i spędzą czas przy grach planszowych oraz innych zabawach. Najlepiej, by nie opuszczały budynków - jeśli jednak to uczynią, muszą tak jak wszyscy mieć na sobie coś czerwonego. Tylko to uchroni ich bowiem przed grasującym w okolicy, budzącym postrach stworzeniem zwanym Xiti - choć nikt nie chce sprecyzować, czymże ten tak naprawdę jest. Chodzą słuchy, że każdy, kto próbował to ustalić, został zaklęty i zniknął, zaś Archipelag Krimo stawał się wówczas zagrożony… Starszy brat Omula Mikro postanawia niestety zweryfikować, ile prawdy kryje się w legendzie a jak wiadomo, gdzie jedno z rodzeństwa, tam i jego reszta, zatem Omul i Kimi spieszą mu z odsieczą; wierność krewnym i przekonaniom.

00:07:00 No comments

Jeżeli nigdy nie byłeś w Irlandii ani nie marzyłeś o podróży do tego zielonego zakątka świata, zapewniam Cię, że książka „Emerald Blues” - literacka wyprawa, którą zaplanowała Agnieszka Jakóbiec - szybko to zmieni. Ta świetnie napisana POWIEŚĆ OBYCZAJOWO-ROMANTYCZNA zabierze Cię bowiem wprost do Dublina, przedstawionego przez Pisarkę w sposób tak barwny, że aż nie ruszając się spod koca na ulubionym fotelu czy innego czytelniczego kąta, odbiorca czuje się, jak gdyby właśnie odbył najpiękniejszy z wojaży. Z każdą przewróconą stroną narracji nie sposób nie dać się urzec swoistemu hołdowi dla kraju kojarzonego z odcieniami szmaragdu, symbolem koniczyny oraz świętym Patrykiem - a tym właśnie w mojej ocenie jest debiutancka opowieść Autorki. Co staje się od razu widoczne dla zmyślnego czytelnika, Jakóbiec spędziła w Irlandii przeszło dekadę, przez co wykreowana przez nią fabuła plastycznie materializuje się przed oczami czytelnika, prezentując mu wszystkie blaski i cienie tego wyjątkowego państwa. Główna bohaterka imieniem Zofia przedstawia przygodę tyleż magiczną, co ryzykowną - zdecydowawszy się na przeprowadzkę do przyjaciółki ze szkolnej ławy po cokolwiek szokującym rozstaniu z dotychczasowym partnerem, wybywa wprost do Dublina, gdzie zamierza ułożyć swoje życie od nowa. Choć zna angielski oraz włoski, tak naprawdę dopiero z każdym kolejnym rozdziałem poznaje zupełnie odmienną od polskiej kulturę, zwyczaje, sposób załatwiania formalności czy językowy akcent całkowicie inny od nauczonego. Właśnie z tego powodu wieczory spędzone z pierwszą gawędą Pisarki okazują się świetną rozrywką. To jedna z tych fabuł, które równocześnie bawią i uczą - a przy tym zachęcają do odbywania choćby li tego rodzaju prozatorskich wyjazdów na własną rękę. Mimo chęci, prywatnie nie miałam jeszcze okazji zwiedzić Irlandii - a po lekturze „Emerald Blues” czuję się, jak gdybym spędziła tam co najmniej kilka miesięcy! Zapraszam Cię zatem na małe semantyczne wakacje, urlop idealny w trakcie jesiennej szarugi.

00:38:00 No comments
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (160)
    • ▼  lis (7)
      • Aleksandra Klama - Nowy wymiar sprawiedliwości w d...
      • Bernard Minier - H - recenzja
      • Marcin Silwanow - Kruchość - recenzja
      • Estera Tracz - Spalona droga. Melodia przeszłości ...
      • Monika Wawrzyńska - Ożeż! Narodzenie - recenzja
      • Philip K. Dick - KANT Sp. z o.o. - recenzja
      • Maciej Stupera - książki dla dzieci - recenzja
    • ►  paź (13)
    • ►  wrz (7)
    • ►  sie (19)
    • ►  lip (19)
    • ►  cze (24)
    • ►  maj (20)
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates