• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

O ponownym zobaczeniu Błękitnego Globu marzyłeś przez całą dekadę. Oczywiście chodzi o ten czas, jaki spędziłeś na pokładzie Prometeusza - statku kosmicznego, wysłanego w celach badawczych w stronę gwiazdy Fomalhaut, najjaśniejszej w całej konstelacji Ryby Południowej i oddalonej o dwadzieścia trzy lata świetlne. W chwili, gdy zająłeś miejsca za jego sterami, miałeś trzydzieści wiosen, więc teraz pod względem biologicznym masz ich czterdzieści, choć licząc miarami ziemskiego czasu, upłynęło ich aż sto dwadzieścia siedem. Załoga składała się z pięciu pilotów oraz siedmiu uczonych, odpowiedzialnych za naukową stronę wyprawy. Jak na trzysta tysięcy ton masy, to z pozoru niewiele, ale trzeba pamiętać, że dziewięćdziesiąt procent z niej stanowią napęd i paliwo - a przecież swój udział ma także niezbędne oprzyrządowanie w postaci sond, małych rakiet służących do eksploracji gwiezdnej przestrzeni i tym podobnych urządzeń. W rezultacie na takim olbrzymie miejsca dla człowieka nie ma zbyt dużo. Do jego dyspozycji pozostają pojedyncze kajuty, mesa i mostek. Nie wszyscy wrócili, bo kosmos nie wybacza błędów. Sam wielokrotnie tylko cudem ocaliłeś swoje istnienie, a trzech aeronautów zginęło w zasadzie na Twoich oczach, poświęcając życie dla dobra ludzkości. Tej samej, która tak naprawdę nawet nie spostrzegła Waszego powrotu. Nie spodziewałeś się wprawdzie tłumnych orszaków, piejących dziękczynne hymny w uznaniu dla Twojej odwagi i ofiarności, ale mimo wszystko jedynie jednozdaniowa notka w prasie, gdzieś na tylnych łamach, to jak na Twój gust nieco za mało. Zdajesz sobie sprawę, że żaden z bliźnich nie jest w stanie zrozumieć ani nawet sobie wyobrazić, jakie wśród ciał niebieskich niebezpieczeństwa czyhały na Was wszystkich - otoczonych bezlitosnym i zimnym bezmiarem wszechświata, wobec którego człowiecza istota jest tylko nic nieznaczącym pyłkiem…

23:52:00 No comments

Pałacowe przewroty, dworskie spiski, zamachy na władzę i życie oraz pewien chłopiec, który na drodze ku męstwie oraz miłości pada ich ofiarą, utraciwszy pamięć… Szczerze rzekłszy, nie spodziewałam się, iż za tą okładką Anna Maria Trzepizur skryje aż tak skomplikowaną i świetnie wymyśloną historię. Cechującą się wręcz starodawnym urokiem; taką, co to wielokrotnie uśmiechnie odbiorcę, porywając go do rzeczywistości złożonej z przygód i niebezpieczeństw. W mojej ocenie powieść „Władza ponad życie. Zdradzony” przypomina baśń minionych lat - przede wszystkim z uwagi na pojawiające się w niej postaci. Obok rycerzy czy królów i wojowników fabułę ubarwia bowiem rodzeństwo, które przywodzi mi na myśl znanych wszystkim Jasia i Małgosię albo pewna starowinka, jaka to - dla odmiany - nie jest wcale jak zła Baba Jaga. Cała opowieść owiana jest zresztą pewną dozą bajkowości. Do tego narrację cechuje swego rodzaju uniwersalizm - myślę, iż zaczyta się w niej zarówno młody nastolatek jak i dorosły. Sama spędziłam z tą awanturniczo-obyczajową gawędą zdecydowanie miły wieczór. Wędrowałam po ulicach fikcyjnego miasta Candamar, obserwując, jak dzieje się w nim źle i trwożąco gorzej. Podróżowałam otaczającymi krainę lasami, wypatrując czyhających zewsząd zagrożeń. I byłam niezmiernie ciekawa, czy sprawiedliwości stanie się zadość - a naczelna postać imieniem Devin odzyska całą utraconą po tragicznych przeżyciach pamięć i na powrót weźmie los we własne ręce. Pozostaje mi wyrazić nadzieję, iż większa liczba polskich autorów zdecyduje się na wykreowanie podobnej prozy - na wzór tej średniowiecznej, szlacheckiej czy po prostu „zamkowej” - w jakiej to wciąż przepada się z najwyższą przyjemnością, jeśli czasy współczesne, niezaczarowane definitywnie, są rozczarowujące. Jeśli jesteś gotowy na pełną emocji wyprawę życia, zapraszam Cię do wizytacji w pewnym królestwie. Bacz jednak uważnie na każdy swój krok - większości nie możesz tu zaufać…

20:22:00 No comments

Literatura science-fiction zna wielu mistrzów opowiadań, finezyjnych krótkich form historii. Takich, którzy przy pomocy stosunkowo niewielkiej ilości wersów potrafili umieścić istotę ludzką w przyszłości, by postawić ją przed wyzwaniami przeszłości, lecz też gwałtownego rozwoju nowoczesnych technik oraz form komunikacji. Zmusić do zadumy nad kondycją człowieczej natury i jej przeszywającej samotności oraz bezsilności wobec ogromu wszechświata. Niezdolnej do nawiązania kontaktu z formami życia, jakie nie mieszczą się w granicach wyobraźni i zdolności pojmowania umysłu. Niejednokrotnie ci przewidujący wizjonerzy przejmująco ostrzegali przed nowymi postaciami totalitaryzmów, które dzięki postępowi technologii inwigilacji otrzymają zupełnie inne możliwości panowania nad bezradnymi poddanymi. A także przed utratą humanistycznego pierwiastka, który jeszcze rozpaczliwie kołatał się w duszach im współczesnych. Zadawali pytania o granice odpowiedzialności za wytwory własnego geniuszu, które przestały być tylko użytecznym narzędziem, a uzyskiwały własną świadomość, nie mając jeszcze pojęcia o tym, że już wkrótce Ziemię oplecie globalna Sieć internetowa a Sztuczna Inteligencja rozwinie się w tempie, które zacznie przerażać jej twórców. Z gorzką refleksją można stwierdzić, że ich przestrogi ani nikomu niczego nie uświadomiły, ani też nie powstrzymały procesów, których być może nie da się zastopować. Choć literacki głos takich sław jak Philip K. Dick, Ray Bradbury, Isaac Asimov, Harlan Ellison, Henry M. Miller jr. czy nasz swojski Stanisław Lem brzmiał niezwykle głośno, został zlekceważony i jest już w dużym stopniu zapomniany. Tak jak twórczość Briana Wilsona Aldissa, brytyjskiego giganta fantastyki naukowej. Jak sam mawiał, gatunek ten sprowadza się do poszukiwania definicji człowieka oraz jego miejsca we wszechświecie, zgodnych z zaawansowanym, lecz nieuporządkowanym stanem ludzkiej wiedzy. „Halo, ziemia!...” to zbiór opowiadań, który jest tego doskonałym ucieleśnieniem. Jednocześnie stanowi jednak dowód, że krótkie historie mogą być pełne literackiego piękna.

21:54:00 No comments

Nikt nie wie, co naprawdę czujesz i nikogo to nie obchodzi. Najgorsze jest to, że chyba nigdy nie otrząśniesz się z tragedii, jaka spotkała Twoją familię. Wryła się tak głęboko w serce i umysł, że masz wrażenie, iż w wypełnia nawet pory skóry. Jesteś nią przesiąknięta i nie potrafisz uwolnić od roli, jaka została Ci narzucona. Może gdybyś dla wszystkich postronnych, a zwłaszcza dla mieszkańców rodzinnego miasteczka Mt. Randall, zyskała ludzkie, indywidualne rysy, byłoby to możliwe. Ale oni wszyscy, tak lubujący się w plotkach i niesprawiedliwych, krzywdzących ocenach, postrzegają Cię tylko i wyłącznie przez pryzmat nieszczęścia, którym zostałaś dotknięta. I nie czynią tego ze współczuciem, ale specyficzną, złośliwą satysfakcją, że ich samych to nie spotkało. Nie ma w nich na tyle litości czy nawet wyobraźni, by spostrzec, że bardzo Cię krzywdzą i de facto odbierają człowieczeństwo. Dla nich jesteś jedynie siostrą Jessiki, „tej Jessiki”, jaka zniknęła bez śladu dwadzieścia cztery lata temu. Pamiętasz ten dzień jak przez mgłę - miałaś wtedy tylko cztery lata. Były Twoje urodziny, więc przyjechała z campusu do domu i jak zwykle wypełniła go czystą radością. Uwielbiałaś ją, była dla Ciebie najpiękniejszą i najlepszą istotą na świecie, więc nie posiadałaś się ze szczęścia, że znowu ją widzisz. W pewnym momencie wyszła na zewnątrz, aby przynieść z samochodu niespodziankę, jaką przygotowała specjalnie dla Ciebie. Patrzyłaś przylepiona do szyby, jak podchodzi do pojazdu, otwiera bagażnik, po czym schyla się, aby coś z niego wyjąć. Wtedy na chwilę odwróciłaś wzrok, a gdy ponownie spojrzałaś w tamtą stronę Jessiki już nigdzie nie było.


15:27:00 No comments

Niewielka objętościowo, lecz bogata treścią powieść Joanny Klinger pod tytułem „Kwarantanna” urzeka elegancką warstwą językową, jednak równocześnie ważkim przesłaniem - udowadnia bowiem, iż o związek należy dbać - i to niezależnie od jego stażu. Zagubieni w codzienności i zatraceni w szarzejących dniach małżonkowie czy partnerzy często zapominają o sobie nawzajem - choć przecież pozornie wydawałoby się to niemożliwe, jeżeli dzielą ten sam dom czy jedno mieszkanie. A jednak, jak wskazują trwożące statystyki, tak właśnie się dzieje. Rozmowy zaczynają się ograniczać do półsłówek i wymiany informacji odnośnie bieżących obowiązków. Komplementy ulatują w cień, zaś każda doba wygląda bliźniaczo bezbarwnie do poprzedniej. Relacja ulega ochłodzeniu, później degrengoladzie i nierzadko na końcu rozpada się całkowicie… Jeśliby się zastanowić, jeżeli ceni się dane uczucie - przecież można byłoby temu zapobiec. Myślę, że książka Pisarki jest tego świetnym dowodem, chociaż równocześnie swego rodzaju ostrzeżeniem i przypomnieniem. Uważam, że Autorka opatrzyła zresztą wykreowaną narrację bardzo dobrym motywem - wykorzystanie kwarantanny związanej z niedawnym epidemicznym szaleństwem na całym świecie do osadzenia dwójki bohaterów, którzy to niemalże całkowicie się od siebie oddalili, pod przymusem na niewielkim metrażu i nakłonienia ich tym samym do tego, by z braku innego wyboru nareszcie spoglądali na siebie, a nie przez siebie - to bardzo ciekawy zabieg literacki. Wprowadzenie do fabuły obyczajowej wątków rodem z thrillera oraz komedio-tragedii dodaje całości smaku. Podobnie zresztą jak szokujące zakończenie, którego nijak nie sposób było przewidzieć. Przyznam, iż po przeczytaniu ostatniej strony kilkukrotnie upewniałam się, czy nie ma ich więcej… Pierwszą prozatorską propozycję Klinger mogłabym zresztą przyrównać do zmyślnej sztuki teatralnej, w jakiej gra niewielu aktorów - ale jakże udanie to czynią! Definitywnie chciałabym zobaczyć ów swoisty spektakl na deskach jednego z wielkich przybytków.

21:54:00 No comments

Jak zwykle Twój dzisiejszy wykład na Uniwersytecie Warszawskim sprowokował słuchaczy do głębokich przemyśleń. Poruszyłeś w nim zagadnienie prawdopodobieństwa ukształtowania się świata w sposób zupełnie przypadkowy a więc bez udziału siły wyższej, jakkolwiek się ją zwie. Gdy wskazałeś, że taki właśnie obrót spraw byłby równy sytuacji, w której rozrzucony przez huragan rękopis powieści po jego ustaniu złoży się samoistnie w idealny ciąg słów i rozdziałów, wyraźnie dostrzegłeś na twarzach studentów powiększające się z każdą chwilą zainteresowanie. I taka jest właśnie Twoja rola jako wykładowcy - zmuszać młode umysły do intelektualnego wysiłku, budzić w nich wątpliwości co do zasadności ustalonych prawd, tak aby samodzielnie kształtowali obraz otaczającej je rzeczywistości, a nie polegały jedynie na autorytetach i rzekomo niewzruszalnych tezach. Ku własnej satysfakcji osiągasz swój cel, czego dowodem jest popularność Twoich prelekcji wśród żaków, którzy najwyraźniej bardzo cenią swadę z jaką je przeprowadzasz oraz to, że potrafisz zaskoczyć wysnutymi wnioskami. Ale ten dzień będzie zdumiewający także dla Ciebie. Ledwo bowiem opuszczasz aulę, rozdzwania się Twój telefon. Gdy go odbierasz, słyszysz głos notariusza, który zaprasza Cię do kancelarii, gdzie masz wysłuchać nagranie sporządzone przez profesora Bauera, z jakim łączą Cię przyjacielskie stosunki. Informuje także, iż podobna prośba została zastrzeżona na wypadek, gdyby doszło do zniknięcia mężczyzny. Zaniepokojony niezwłocznie jedziesz do siedziby prawnika, ze strachem myśląc, co spotkało Twojego druha. Na miejscu zastajesz jego córkę Elizabeth, od której dowiadujesz się, że od prawie doby z Bauerem nie ma kontaktu i nikt nie wie, co się z nim dzieje. Z całą pewnością nic dobrego, skoro doszło do sytuacji, która mogła się ziścić tylko w wypadku, gdyby nie był w stanie sam poinformować bliskich o swoim losie.

18:12:00 No comments

Onirycznie magiczna kontynuacja przygód świetnie wykreowanego bohatera imieniem Omul traktuje przede wszystkim o najpiękniej silnej relacji pomiędzy trójką rodzeństwa, choć równocześnie obrazuje czytelnikowi moc przyjaźni ze zwierzętami, wagę poszanowania tradycji oraz wiarę w to, iż magia jest obecna w każdej rzeczywistości, jeśli tylko podaruje się jej choć odrobinę wyobraźni. Grzegorz Wacławek oraz Mateusz Marczewski historią wzbogaconą o estetyczne i oddziałujące na jaźń ilustracje, naniesione jakoby zmyślnym ołówkiem lub zaczarowanym piórem, po raz kolejny porywają odbiorcę do świata złożonego z wartości oraz ciepłych uczuć rodzinnych, gwarantując mu równocześnie pełną emocji literacką przygodę. Niezależnie od tego, czy ich miłośnik liczy sobie lat kilka i właśnie poznaje z mamą, tatą czy starszą siostrą bajkę przed kolorowymi snami, czy może ma kilkanaście wiosen więcej - jestem pewna, iż będzie urzeczony tą cenną narracją. „Chłopiec na Krańcach Świata. Kamień Wody” to fabuła, która rozpoczyna się na wskroś tajemniczo. Mieszkańcy malowniczo przedstawionej Wyspy Krimo pochłonięci są przygotowaniami do obchodów corocznego święta ku czci tytułowej, życiodajnej substancji, chronionej przez zaczarowany głaz. Tej wyjątkowej nocy dorośli spotkają się na plaży przy ogniskach, z dala od wędrujących krabów, zaś dzieci pozostaną w domach i spędzą czas przy grach planszowych oraz innych zabawach. Najlepiej, by nie opuszczały budynków - jeśli jednak to uczynią, muszą tak jak wszyscy mieć na sobie coś czerwonego. Tylko to uchroni ich bowiem przed grasującym w okolicy, budzącym postrach stworzeniem zwanym Xiti - choć nikt nie chce sprecyzować, czymże ten tak naprawdę jest. Chodzą słuchy, że każdy, kto próbował to ustalić, został zaklęty i zniknął, zaś Archipelag Krimo stawał się wówczas zagrożony… Starszy brat Omula Mikro postanawia niestety zweryfikować, ile prawdy kryje się w legendzie a jak wiadomo, gdzie jedno z rodzeństwa, tam i jego reszta, zatem Omul i Kimi spieszą mu z odsieczą; wierność krewnym i przekonaniom.

00:07:00 No comments

Jeżeli nigdy nie byłeś w Irlandii ani nie marzyłeś o podróży do tego zielonego zakątka świata, zapewniam Cię, że książka „Emerald Blues” - literacka wyprawa, którą zaplanowała Agnieszka Jakóbiec - szybko to zmieni. Ta świetnie napisana POWIEŚĆ OBYCZAJOWO-ROMANTYCZNA zabierze Cię bowiem wprost do Dublina, przedstawionego przez Pisarkę w sposób tak barwny, że aż nie ruszając się spod koca na ulubionym fotelu czy innego czytelniczego kąta, odbiorca czuje się, jak gdyby właśnie odbył najpiękniejszy z wojaży. Z każdą przewróconą stroną narracji nie sposób nie dać się urzec swoistemu hołdowi dla kraju kojarzonego z odcieniami szmaragdu, symbolem koniczyny oraz świętym Patrykiem - a tym właśnie w mojej ocenie jest debiutancka opowieść Autorki. Co staje się od razu widoczne dla zmyślnego czytelnika, Jakóbiec spędziła w Irlandii przeszło dekadę, przez co wykreowana przez nią fabuła plastycznie materializuje się przed oczami czytelnika, prezentując mu wszystkie blaski i cienie tego wyjątkowego państwa. Główna bohaterka imieniem Zofia przedstawia przygodę tyleż magiczną, co ryzykowną - zdecydowawszy się na przeprowadzkę do przyjaciółki ze szkolnej ławy po cokolwiek szokującym rozstaniu z dotychczasowym partnerem, wybywa wprost do Dublina, gdzie zamierza ułożyć swoje życie od nowa. Choć zna angielski oraz włoski, tak naprawdę dopiero z każdym kolejnym rozdziałem poznaje zupełnie odmienną od polskiej kulturę, zwyczaje, sposób załatwiania formalności czy językowy akcent całkowicie inny od nauczonego. Właśnie z tego powodu wieczory spędzone z pierwszą gawędą Pisarki okazują się świetną rozrywką. To jedna z tych fabuł, które równocześnie bawią i uczą - a przy tym zachęcają do odbywania choćby li tego rodzaju prozatorskich wyjazdów na własną rękę. Mimo chęci, prywatnie nie miałam jeszcze okazji zwiedzić Irlandii - a po lekturze „Emerald Blues” czuję się, jak gdybym spędziła tam co najmniej kilka miesięcy! Zapraszam Cię zatem na małe semantyczne wakacje, urlop idealny w trakcie jesiennej szarugi.

00:38:00 No comments

„To, co ukryliśmy” to kolejny thriller spod pióra brytyjskiej mistrzyni gatunku Adele Parks, której wszystkie przeczytane do tej pory książki niesamowicie mi się podobały. Złożone z trwożących emocji, nasączone przerażającymi konstatacjami, pełne niepokoju i zaskakujących zwrotów akcji - okazują się tym, co w literaturze spod ciemnej gwiazdy kocham najbardziej. Bogate w przemyślenia naczelnych postaci, zabierają czytelnika do rzeczywistości, w której każdy krok może stać się zaczątkiem tragedii i prowadzić do niepowetowanych strat. Nierzadko moralnie szare - zawsze jednak prezentują wysoki poziom, przez co w mojej ocenie twórczość Angielki jest idealnym przedstawicielem gatunku spod nazwy thriller psychologiczny. Proza Pisarki to świetny wybór dla zmyślnych odbiorców, którzy od historii oczekują przede wszystkim całej kawalkady uczuć i złożonych portretów postaci oraz zwichrowanych zdarzeń fabularnych zaprezentowanych z wielu perspektyw. Misterium mrocznej rozrywki, za jaką uważam najnowszą powieść Autorki, stanowi kontynuację kapitalnej narracji „Ostatnio widziane”, lecz możesz potraktować ją jako samodzielną propozycję czytelniczą. Uważam jednak, iż byłoby szkoda tak właśnie uczynić - obie gawędy uznaję za te najwyższych lotów. Kylie - a może raczej Kai i Leigh, na jakie kobieta zdecydowała się podzielić na skutek… bycia żoną dwóch mężczyzn równocześnie - przedstawi Ci bowiem ścieżkę swoich nietuzinkowych decyzji w sposób, od jakiego nie sposób się oderwać. Cóż… zaraz po tym, kiedy i jeśli wrócą jej wspomnienia, jako że obecnie pewien staruszek spędza z nią czas na odludziu, zaś cały kraj uważa ją za martwą skandalistkę, której ciała nie odnaleziono i jaka pozostawiła po sobie kogoś, kto chciał się jej pozbyć, dwójkę nieutulonych w żalu pasierbów, ich pogrążonego w stagnacji ojca oraz bajecznie bogatego holenderskiego milionera, co to nie może uwierzyć, iż jego poślubiona tak naprawdę w dni nieobecności nie odwiedzała chorej matki, lecz swoją drugą rodzinę…

20:25:00 No comments

Mrocznie brutalny i bezlitośnie krwawy DEBIUT Autora piszącego pod pseudonimem Toby Gloody przedstawia jeden z moich ulubionych motywów - psychopatycznego mściciela, który z sobie tylko znanych pobudek postanawia zrobić porządek na świecie, eliminując z niego wybrane ofiary na wiele wyrafinowanych metod. „Czystka” nie do końca spełniła jednak moje oczekiwania, przede wszystkim z uwagi na powód, jakim okazuje kierować się sprawca widowiskowych zbrodni. Jestem również zdania, iż treść prezentuje bardzo nierówny poziom literacki. Pierwsza jedna trzecia opowieści została napisana warstwą językową, której gramatyczna niepoprawność wytrącała mnie z lektury. Roi się w niej od powtórzeń, zdania często złożone są niewłaściwie a dialogi mało naturalnie. Co natomiast ciekawe, środkowa część narracji, jaka to składa się głównie z opisów tragicznych przeżyć naczelnych bohaterów za czasów szkolnych, które w znacznym stopniu wpłynęły na ich obecne życie, bardzo mnie wciągnęła - a przy tym została zaserwowana czytelnikowi o wiele płynniej napisanym tekstem. Zakończenie, w lwiej części opierające się na kwiecistej i nieco patetycznej przemowie mordercy, znowuż nie do końca przystało do tego, czego się spodziewałam, choć sam niepokojący epilog pozostawił pozytywne wrażenie. Mogę więc zatem przyznać, iż choć sama fabuła okazała się niebezpiecznie trwożąca, co uradowało moją mroczną duszę, największe zastrzeżenia mam do sposobu jej podania - w mojej opinii wymagającego o wiele bardziej szczegółowej i profesjonalnej korekty. Sądzę również, iż ta mrożąca krew w żyłach historia zyskałaby na jakości, gdyby poskąpić jej bezdusznie detalistycznych szczegółów popełnianych przez szaleńca, makabrycznych zbrodni - oddziałują na wyobraźnię na tyle, że aż kochance czerni w mojej postaci niekiedy robiło się niedobrze. Nie zmienia to jednak faktu, iż ten kryminał skrzyżowany z horrorem i wątkami przystającymi do darków ciekawie rzutuje na przyszłą twórczość Pisarza a o „Czystce”, jaką oceniam dwojako, łatwo nie da się zapomnieć.

00:27:00 No comments

O tym, iż książkę pod tytułem „Szachista” napisaną przez Katarzynę Mak wzięłam pod swoje mroczne, medialne skrzydła przesądziło wiele czynników. Uwielbiam tematykę potyczek między świetnie wykreowanymi bohaterami, przepadam za motywem porwania oraz rozgrywek na czarno-białej planszy a przy tym w powieściach romantycznych z dreszczykiem kocham zakończenia, które pozostawiają czytelnika z sercem roztrzaskanym na milion elementów. Najnowsza powieść znanej i cenionej polskiej Pisarki posiada wszystkie te elementy a na domiar dobrego nie pozwala się odłożyć ani na chwilę, wciąga od pierwszej przewróconej strony i jest bogata w intrygi o przebiegu, jakiego początkowo nie da się przewidzieć. Choć miałam już przyjemność objąć patronatem sporą liczbę romansów, dawno żaden z nich w aż tak wielkim stopniu nie zapadł mi w pamięć, ofiarowawszy historię, w której żaden element nie jest przypadkowy, lecz każdy na swój sposób urzeka. Najsilniej pokochałam chyba jednak ten powiązany z uczuciem, które rodzi się pomiędzy naczelnymi postaciami w zaskakujących okolicznościach, w jakich właściwie nie miało prawa zaistnieć. Od nienawiści do miłości o burzliwym przebiegu - relacja, która zawiązuje się między Ashley a Williamem tuż po tym, jak mężczyzna uprowadza kobietę dla zemsty powiązanej z krzywdą minionych czasów, przykuła moją uwagę niemalże natychmiastowo. Co ważne, nie stanowi pochwały dla tak zwanego syndromu sztokholmskiego - okazuje się raczej klątwą, na której pojawienie się para właściwie nie miała większego wpływu. Po lekturze mojego PIĄTEGO TEGOROCZNEGO patronatu medialnego stwierdzam z uśmiechem, że na naszej rodzimej scenie literackiej wciąż pojawiają się i błyszczą zachęcająco wartościowe fabuły romantyczne, złożone z ciepłych uczuć, zaskakujących zwrotów akcji i tego nieuchwytnego „czegoś”, co sprawia, że do książki chce się wracać wciąż i jeszcze raz. Gorąco zachęcam Cię do poznania „Szachisty” - zapewniam, iż tej rozgrywki nie zapomnisz już nigdy…

22:16:00 No comments

Z chłopięcych lat zachowałeś zaledwie strzępki wspomnień, ale dzień, w którym straciłeś ojca, pamiętasz ze wszystkimi szczegółami. Z samego rana dowiedziałeś się, że Twoja najbliższa przyjaciółka została porwana przez nieuchwytnego mordercę dzieci, grasującego już od długiego czasu w Środzie Śląskiej. Czułeś, jak serce wypełniły Ci rozpacz i strach o to, czy wyjdzie z tego cało. Spędzaliście ze sobą bardzo wiele czasu, w zasadzie byliście nierozerwalni - dogadywaliście się bez trudu pomimo różnicy płci. I wówczas jej życie zawisło na przysłowiowym włosku, wydane na pastwę zwyrodnialca, zaś Ty nic nie mogłeś z tym zrobić. Była tylko jedna osoba, która mogła Ci pomóc, gdyż pełniła obowiązki komisarza policji: tata. Mama wyszła z domu, pozostawiwszy Cię pod opieką policjanta z pobliskiego komisariatu. Choć za nim przepadałeś, postanowiłeś skorzystać z pierwszej okazji do ucieczki, aby porozmawiać z rodzicielem i dowiedzieć się o bieżącej sytuacji. Cicho założyłeś trampki i wymknąłeś się z mieszkania. Biegłeś przed siebie z całych sił, choć oczy miałeś wypełnione napływającymi łzami. Gdy tylko dotarłeś do komendy, uderzyła Cię straszna wieść, że już nigdy nie porozmawiasz z ojcem, gdyż zginął na służbie. Wspomnienie tych strasznych chwil powraca do Ciebie niejednej nocy, powodując, że budzisz się z krzykiem, cały zlany zimnym potem. Choć wybrałeś identyczną drogę i zostałeś komisarzem policji, wizja ginącego rodzica nigdy nie przestała Cię prześladować, mimo że wielokrotnie próbowałeś się od niej ostatecznie uwolnić. Czy mogłeś przypuszczać, że ta historia znajdzie swoją przejmującą kontynuację w Twoim dorosłym życiu?

„Ona nigdy już nie będzie normalna. Tylko udaje normalność, aby nie zrażać do siebie innych i móc żyć spokojnie na wolności, a nie w zakładzie zamkniętym, gdzie umieściłaby siebie bez wahania, gdyby była lekarzem” (Как же мне это знакомо! 😉)

17:09:00 No comments

Romans mafijny to ten rodzaj książek, w którym z wielu względów czuję się niczym przysłowiowa ryba w wodzie. Choć poznałam mnóstwo powieści z tego gatunku - przyznaję, iż po raz pierwszy miałam przyjemność sięgnąć po taką, której autorem jest mężczyzna! Stach Szulist udowodnił mi, że panowie jak najbardziej odnajdują się w podobnych klimatach, jeśli tylko, tak jak Pisarz, świetnie władają słowem pisanym. Co intrygujące, „Miłość spod ziemi” została zaserwowana czytelnikowi warstwą językową przystającą do literatury pięknej, w której to aż roi się od barwnych dygresji oraz retrospekcji złożonych szykiem przestawnym. Jeżeli doda się do tego fakt, że historia nasączona jest dużą dozą dobrego humoru, wynikiem będzie opowieść stanowiąca doskonałą, pełną łamigłówek narrację, jaka to spodoba się każdemu miłośnikowi dobrej literatury. Wśród plejady barwnych bohaterów prym wiedzie trójka przestępców, których perypetie pasują raczej do zgrai nieudaczników, przez co wielokrotnie uśmiechają oraz Nina - kobieta, jaka to, zgodnie z tytułem, podczas pewnego spaceru z psem poszukiwanego od dawna ukochanego wydobywa dokładnie spod kilku warstw gleby, pod którymi ten znalazł się komicznym zrządzeniem losu - czy może raczej przeznaczenia. Brzmi jak przepis na świetną komedię, prawda? Jestem tego samego zdania. Z przyjemnością zobaczyłabym powieść Twórcy w wersji zekranizowanej. Kochankom przedniej zabawy ze zbrodniami w tle polecam natomiast tę pisaną - wszak romanse mafijne cenić należy także za poczucie humoru najlepszego sortu. Teraz zaś zapraszam Cię do przeczytania mojej wariacji historii o historii, jakiej nie da się odłożyć przed poznaniem zakończenia. Podróż przez Polskę aż do Moskwy i z powrotem, śmiech i łzy rozbawienia oraz chwile trwogi z nieustającym zaciekawieniem zagadką związaną z cennymi kamieniami szlachetnymi z dalekiego Magnitogorska… Poproszę o więcej tak zmyślnie zwichrowanych fabuł!

21:37:00 No comments

Dopóki nie poznałeś Natalii sądziłeś, że nikogo już nie pokochasz. Twój poprzedni związek zakończył się kompletną katastrofą, więc czułeś się zupełnie wypalony. Najbardziej przygnębiała Cię myśl, że ponosiłeś za to pełną odpowiedzialność. Nawet nie spostrzegłeś, kiedy zacząłeś skrajnie zaniedbywać Iwonę. Najważniejsza była dla Ciebie praca. Myślałeś o niej, gdy kładłeś się spać, a także jak tylko rano unosiłeś powieki. Wypełniła Twoje życie do tego stopnia, że nie zostało w nim miejsca dla kobiety, z którą spędziłeś całe pięć lat. A najgorsze było to, że wpadłeś w zaklęty krąg. Policyjna służba z jednej strony dawała Ci satysfakcję, z drugiej rodziła stres i obrzydzenie do podłości, jakich może dopuścić się człowiek. Ucieczkę od przygnębiających myśli umożliwiał alkohol, z którym w zasadzie przestałeś się rozstawać. Gdy Twoja partnerka podjęła decyzję o odejściu, nie czułeś nawet żalu. Co więcej, uznałeś to za doskonały pretekst, aby tym bardziej topić smutki w procentach. Nic dziwnego, że wkrótce potem zrezygnowałeś z pracy i znalazłeś się na kompletnym dnie. I gdyby pomocnej dłoni nie wyciągnął do Ciebie znajomy z dawnych lat, z pewnością już byś na nim pozostał. Gdy zobaczył, jak stoisz brudny i śmierdzący w kolejce do sklepu monopolowego, był głęboko wstrząśnięty. Zabrał Cię do swojego domu i zmusił do leczenia odwykowego. Kiedy trochę doszedłeś do siebie, zaproponował, abyś podjął zatrudnienie na prywatnej uczelni w Szczecinie. Zasiadał w jej władzach i polecił Cię jako doskonałego fachowca z dziedziny kryminalistyki. Początkowo martwiłeś się, czy złapiesz odpowiedni kontakt z młodzieżą, ale szybko okazało się, że nadajecie na podobnych falach. Młodzi ludzie zaczęli też cenić Twoje konkretne podejście do wykładanego przedmiotu, który potrafiłeś ubarwiać licznymi przykładami wziętymi z autopsji. 

22:06:00 No comments

Powieściowy pojedynek na śmierć i życie, rozegrany na arenie zwanej Warszawą pomiędzy genialnym w swoim fachu złodziejem, wybierającym klientów do obrabowania niczym samomianowany Robin Hood a mordercą na zlecenie, zajmującym się oczyszczaniem świata z ofiar wskazanych przez podmiejską mafię? Et voilà - właśnie taką historią zaskoczył mnie Krzysztof Domardzki, którego twórczość zdążyłam pokochać za sprawą iście genialnej narracji pod tytułem „Error”. Co okazało się dla mnie dużą niespodzianką, tym razem Pisarz pokusił się o wykreowanie fabuły z pogranicza sensacji, akcji oraz książek szpiegowskich, jaka to charakterem przypomina mi nieco koncepcję, którą Forsyth zastosował w świetnej propozycji literackiej „Szakal”. Nie jest to jednak pomysł wtórny, albowiem urodzony w Łodzi Twórca „Pojedynku” stworzył zupełnie inną wersję prozy, jaka dzięki krótkim rozdziałom i niesamowitej dynamice nie pozwala czytającemu na to, by przerwać lekturę przed poznaniem zakończenia. Całość okraszona została do tego wersami z polskich utworów z gatunku rap - a hip-hop starej, dobrej jakości, wpleciony umiejętnie w treść, zawsze ubarwia mi odbiór dzieła. Za zabieg ryzykowny uznaję natomiast umiejscowienie akcji rodem z amerykańskich filmów i to tych, w których fajerwerków nie brakuje, w rodzimej stolicy - mnóstwo pościgów, jeszcze więcej strzelanin, niezliczenie mnogo trupów oraz widowiskowe porachunki policji z elementami przystającymi do gangów… Czy Autorowi udało się tą wersją mnie przekonać, tradycyjnie dowiesz z subiektywnej części recenzji. Tymczasem pozostaje mi stwierdzić, iż jeden z filmowych bohaterów, którego działania oglądane na wielkim ekranie darzę miłością niezrozumiale ogromną, to jest niepowtarzalny John Wick, jakiego to odgrywa jeszcze bardziej wyjątkowo Keanu Reeves… w mojej ocenie całkiem dobrze bawiłby się, jeśli miałby okazję przeczytać powieść Domardzkiego. A może i zrodziłoby to u aktora kilka nowych pomysłów odnośnie widowiskowości roli, w którą się wciela? 

02:39:00 No comments

Jestem szczęśliwym człowiekiem, jako że uczęszczałam do gimnazjum, w którym kadra nauczycielska składała się z pasjonatów, traktujących zawód jak misję. Z osób, które w większości nie tylko chciały przekazać posiadaną wiedzę, ale i zarazić miłością do wykładanego przedmiotu. Jeden z nich zaszczepił we mnie uczucia do historii, nieprzemijalne do teraz. Nauczycielka języka polskiego sprawiła, że proza i poezja stały się moim domem i zapoczątkowały coś, co na zawsze ukształtowało mój świat - fakt, iż zaczęłam pisać własne teksty i zakochałam się w literaturze, zaś wiele lat później znalazłam się tutaj jako recenzent literacki. Pozostaje zresztą moją Muzą i zajmuje specjalną lokatę w mrocznym sercu po wieczność, lecz to historia zbyt prywatna, bym chciała się nią dzielić. Swoją najnowszą powieścią „Git-mana” Witold Horwath zafundował mi jednak swoisty powrót do przeszłości - choć przecież przeniósł się narracją jeszcze dalej, do tej prywatnej z końca lat 60. i początku 70. aż po współczesność. Ta literacka podróż wielokrotnie mnie wzruszyła i silnie rozrzewniła, bo… niewiele różniła się od mojego szkolnego kiedyś. Ile oddałabym za jeszcze jedną lekcję polskiego w sali numer 309, której kochałam każdy centymetr z uwagi na wszystko-to i to mimo tego, że notorycznie przeświecało przez nią rażące słońce, którego nie znoszę? Mnóstwo. Za kolejny wykład o gramatyce rodzimego języka, ze skomplikowanymi rozbiorami zdań, przedmiot dziś już zapomniany, jakie to były dla mnie najwyższą przyjemnością? Wiele. Za to, by jeszcze raz poczuć się tak jak wtedy, niczym królowa szkoły, wygrzewająca czarne skrzydła w blasku sympatii? Majestat. Niepowetowane. Niedawno opublikowana książka utalentowanego Pisarza traktuje głównie o gitowcach, przedstawicielach wywrotowej subkultury zafascynowanej światem przestępczym, lecz dla mnie to najsmutniejsza opowieść o nauczycielach, jakich już nie ma, zbuntowanym bracie, co to dla siostry podpaliłby świat oraz pięknej postaci dyrektorki szkoły, która wzięła pod swoją aureolę wychowanków - dwa ranne ptaki, dając początek przyjaźni po kres dni…

00:34:00 No comments

Jak w każdy powszedni dzień, szybkim ruchem dłoni wyłączasz budzik, zanim jego donośny sygnał wypełni niewielką sypialnię. Nie możesz przecież dopuścić, aby o piątej rano poderwał całą rodzinę, z jaką gnieździsz się w pięćdziesięciometrowej klitce o papierowych ścianach. Nastawiasz go tylko z przyzwyczajenia, gdyż Twój organizm zawsze wybija się ze snu parę chwil wcześniej. Potem ostrożnie zwlekasz się z łóżka, aby nie zbudzić śpiących żony i dzieci. Zachowujesz się jak automat, w którego pamięć wpisano zawsze tę samą sekwencję ruchów: trucht do kuchni, nastawienie wody na kawę, którą wypijasz paroma szybkimi haustami, narzucenie wierzchniego okrycia i pośpieszny spacer na przystanek, aby zdążyć na autobus. Jeśli odjedzie bez Ciebie, spóźnisz się do pracy, a to będzie miało swoje konsekwencje. Należy do nich nie tylko upokarzająca rozmowa dyscyplinująca, ale także obcięcie pensji. A ta, którą otrzymujesz i tak ledwo starcza na utrzymanie rodziny: Ciebie, Magdy i dwojga maluchów. Już teraz nie opłacasz wszystkich rachunków, których ilość rośnie w zastraszającym tempie. Jeden dług pociąga za sobą następny i tak bez końca, aż w końcu zjawi się tłusty, zadowolony z siebie komornik i zabierze nawet ten skromny dobytek, jaki posiadasz. Doskonale o tym wiesz, więc nie możesz pogrążać się w rezygnacji, bo Twoim podstawowym zadaniem jest utrzymanie bliskich. Zaciskasz więc zęby w akcie bezsiły i pakujesz się do starego, kopcącego niemiłosiernie Jelcza. On sam jest jak miasto w którym mieszkasz - brudny i wyglądający, jakby miał się za chwilę rozpaść. Gdy spoglądasz na pozostałych pasażerów, widzisz to, co zawsze. Wszyscy mają te same szare i pozbawione jakiejkolwiek nadziei twarze. Siedzą zgarbieni, wbijając pusty wzrok w podłogę lub w umorusaną szybę, przez jaką i tak niczego nie widać. Nawet gdyby było inaczej, przed ich oczyma rozpostarłby się mało zachęcający widok - Włocławek umiera, powoli, ale nieubłaganie.

01:47:00 1 comments

Mawiają, iż ten się śmieje, kto śmieje się ostatni… jednak zdarza się także, iż na koniec wcale nie ma komu się śmiać. Jeśli w istocie tak właśnie się dzieje, lekturę uznaję za udaną. Jeżeli na domiar cieniście dobrego ta mrocznieje z każdą przewróconą stroną i co chwila zaskakuje czytelnika niespodziewaną złożonością oraz skrętem fabuły w nieprzewidzianym kierunku - twierdzę, iż jest świetna. I dokładnie do takich zaliczam powieść pod tytułem „Prześmiewca”, której autorem jest Vincent Vin. Po przeczytaniu pierwszych rozdziałów byłam przekonana, że przede mną historia z cenionym motywem okrutnego, iście diabelskiego dziecka. Chwilę później sądziłam, iż będzie to dramatyczna opowieść o matce z piekła rodem, by moment potem dojść do wniosku, że może to raczej przesmutna opowieść o istocie zła. Wszystkie te założenia były zarówno prawdziwe, jak i całkowicie fałszywe - jako że Twórca umiejętnie lawiruje pomiędzy thrillerem, horrorem, kryminałem i obyczajową tragedią, splatając je w jedną narrację, okraszoną dodatkowo… tematyką wierzeń pewnego odległego kulturowo plemienia czy obłożonych klątwą bytów rodem spod skrzydeł samego Lucyfera, które to na skutek anatemy zmaterializowały się wśród żywych. Jej fabuła to również powieść drogi odbywanej do wtóru szaleńczo szybko przesuwających się zegarowych wskazówek czy gawęda traktująca o toksycznej miłości. Trzeba dużego talentu, aby tak różnorodną wielowątkowość złożyć w nieodkładalną prozę - i stwierdzam, że Pisarz bez wątpienia nim dysponuje. Bez epatowania ohydą krwawych detali zbrodni, zbędnego patosu czy często obecnej w „książkach z dreszczykiem” śmieszności - zabiera odbiorcę do rzeczywistości, która jest tyleż straszna, co… na swój sposób prawdziwa. Porywa go w podróż po wielu stanach, nomen omen, Stanów Zjednoczonych, prezentując amerykańską jakość treści - tę bardzo dobrej klasy, jaką aż chciałoby się zobaczyć w zekranizowanej wersji. A kim jest Kruk Prześmiewca, jeśli naprawdę chcesz się przekonać?

01:40:00 No comments

W końcu spełniło się Twoje marzenie. Z zimnego, hałaśliwego Londynu, którego nie cierpiałaś z całego serca, przeniosłaś się na spokojną, sielską prowincję. I to do pięknego domu. Wprawdzie niezbyt dużego i wymagającego odświeżenia, ale pełnego czaru i posiadającego własne drzewo, które dumnie wznosi się tuż przy oknie sypialni. Jest poskręcane ze starości i wygląda jak rekwizyt wyciągnięty z mrocznej baśni, lecz niewątpliwie dodaje uroku całemu siedlisku. Zakochałaś się w nim, jak tylko je ujrzałaś, więc wiele się nie zastanawiając, postanowiłaś je kupić. Wydałaś na ten cel całe oszczędności, które na szczęście uzupełniła hojna zapomoga udzielona ze strony rodziców, sięgająca połowy ceny. Sam zwieńczony czarnym dachem budynek znajduje się na wzniesieniu i wykonany jest czerwonej cegły. Posiada także taras i spory ogród. To idealne otoczenie dla gabinetu psychologicznego, jaki zamierzasz otworzyć, kiedy tylko przeprowadzisz niewielki remont. Co ciekawe, nie będziesz miała konkurencji, gdyż takiego przybytku to niewielkie miasteczko nie posiada. Będziesz więc pionierem, z nadzieją na zdobycie stałej i niemałej klienteli. Różnego rodzaju zaburzeń emocjonalnych z pewnością nie brakuje nawet mieszkańcom prowincji. A Ty bardzo chcesz im pomóc, bo uzdrawianie ludzkich umysłów to nie tylko Twój zawód, ale przede wszystkim powołanie. Na razie kontaktujesz się z firmą „JERRY ADAMS AND SONS”, prowadzącą jak głosi jej slogan reklamowy, usługi remontowe na każdą kieszeń. I okazuje się, że jest pełni zgodny z prawdą. Szybko ustalasz należne wynagrodzenie i zakres prac a dwaj bracia bliźniacy, z imionami jak bohaterowie kreskówki: Ben i Ken, niezwłocznie przystępują do ich wykonania.

06:47:00 No comments

Czarna komedia, której twórcą jest niemiecki pisarz, prawnik i autor scenariuszy filmowych, pod tytułem „Moje wewnętrzne dziecko chce zabijać uważnie” jest jedną z najzabawniejszych książek, jakie miałam okazję przeczytać w tym roku - choć nie przeczę, z dużą dozą prawdopodobieństwa na ów ogląd wpływa fakt, iż zaliczam się do szacownego grona psychopatów. 😉 Podczas czytania o zbrodniach makiawelicznie się zaśmiewam, w trakcie knucia krwawych planów z dzikim chichotem przegryzam przekąski, zaś kiedy poznaję tak zmyślnie i finezyjnie fantazyjnie wykreowany pastisz, ukazujący w krzywym zwierciadle cały świat oraz bohatera, który dokonuje kolejnych przestępstw niejako dziełem przypadków, prowadzących do zabawnie najgorszych konsekwencji - mroczność mojego oblicza rozjaśnia wyraz uznania dla kunsztu prozatorskiego, jakim to niewątpliwie odznacza się Karsten Dusse. Śmiem twierdzić, iż w rodzimym kraju nie jest raczej personą lubianą - wszak wszechobecna w jego tekstach krytyka dla nordyckiej nacji niegdysiejszych wybrańców, mających stać się nadludźmi, przybiera wręcz formę bawiącej odbiorcę karykatury. I tak oto dzięki powieści będącej drugą częścią kapitalnej serii, której kolejnych tomów już nie mogę się doczekać (moje wewnętrzne dziecko także) czytelnik zostaje uśmiechnięty kpinami z ekoświryzmu, rozlicznymi żartami sytuacyjnymi, wyłaniającymi się z treści właściwie strona po stronie oraz dla przykładu obaleniem sensu poradników, mających magicznie odmienić życie zaraz po przeczytaniu. Chociaż w istocie… Pisarz wplata w narrację jeden, który sama mogłabym wcielić w rzeczywistość. Co bowiem, gdyby tak zacząć z pełną uważnością, cierpliwie i otwarcie na potrzeby (i pogrzeby) tkwiące w głębi duszy, oczyszczać tę ziemską krainę z całkowicie zbędnych jednostek? Krok po kroku wplatać w codzienność koncepcję dochodzenia do wewnętrznej równowagi dzięki popełnieniu tego czy innego mordu, oczywiście z zachowaniem jasności umysłu, skupieniem się na „tu i teraz” oraz kontrolowaniem oddechu? No czyż to nie jest najpyszniejszy pomysł?!

01:46:00 No comments

Pompeje to starożytne miasto, położone na końcowym fragmencie italskiego buta, w słonecznej i urodzajnej Kampanii. Intersujący się historią Imperium Rzymskiego kojarzą je przede wszystkim z bogactwa zachowanych form archeologicznych, a także odgrywanej przez nie roli ważnego portu handlowego. Wszystkim innym przed oczyma stają wstrząsające, zaklęte w gipsie oblicza zmarłych próbujących złapać ostatni oddech, który zdradziecko i nieubłaganie wypełniał ich płuca gorącym wulkanicznym pyłem oraz trującymi gazami pochodzącymi z erupcji pobliskiego Wezuwiusza. Umiejscowienie grodu w Zatoce Neapolitańskiej, wprost nad morzem Tyrreńskim, gdzie zbiegały się liczne szlaki kupieckie było dla niego błogosławieństwem, lecz tylko do 79 roku n.e. W nim właśnie, a dokładnie 24 sierpnia, choć niektórzy historycy wskazują datę o dwa miesiące późniejszą, ogromny krater przebudził się do życia, eksplodując na wysokość nawet 33 kilometrów i całkowicie niszcząc Pompeje oraz pobliskie Herkulanum i Stabie, w których elita Cesarstwa postawiła swoje oszałamiające wille. Epicentrum wybuchu znajdowało się w odległości zaledwie około 9 kilometrów od aglomeracji, co przesądziło jej los. Nawet nad odległym Rzymem zapadło zaćmienie słońca a pył wulkaniczny dotarł do Egiptu i Syrii, co daje pojęcie o jego skali, wobec której także współczesne państwo, dysponujące nieporównywalnie doskonalszymi środkami technicznymi, byłoby zupełnie bezsilne. Oblicza się, że wyzwolona została energia cieplna 100 tysięcy razy większa niż ta, jaką wzbudziły bomby atomowe zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki. Skutkiem był wyrzut ogromnej ilości lawy oraz stopionych błyskawicznie skał, gorącego pyłu i popiołu z prędkością 1,5 miliona ton na sekundę. To zaś spowodowało, że na miasto opadła gorejąca chmura wyziewów o temperaturze, jak się szacuje, nawet kilkuset stopni Celsjusza.

00:48:00 No comments

Thriller z klaustrofobiczną atmosferą, w którym nic nie jest tym, czym zdawało się być, zaś główna bohaterka wydaje się cierpieć na zaniki pamięci lub nawet znajduje się w stadium eskalującej paranoi? Oto i on - „Wdowa” napisana przez nieznaną mi wcześniej, pochodzącą z Norwegii, Helene Flood. Po lekturze recenzowanej książki zyskałam pewność, że od tej pory będę niecierpliwie wypatrywać każdej kolejnej spod pióra utalentowanej Pisarki. Świetną, nader dynamiczną warstwą językową o raczej krótkich rozdziałach i przystających do nich zdaniach, którym jednak nie brak niekiedy poetyckości, Autorka maluje przed odbiorcą słowami historię, od jakiej wprost nie sposób się oderwać. Początkowo wszystko jawi się jako dość oczywiste - mąż, który spędził z żoną blisko pięćdziesiąt lat w udanym związku, pewnego dnia wybywa do pracy na reperowanym własnoręcznie rowerze tylko po to, by nigdy już nie wrócić - równocześnie czyniąc z kobiety wdowę, jak i sieroty z trójki swoich dorosłych już dzieci, dwóch córek oraz syna. Chwilę po tym, gdy mężczyzna opuszcza dom, do Evy, naczelnej postaci, przybiega nielubiana w okolicy sąsiadka - wyraźnie zdenerwowana, rozemocjonowanym głosem informuje ją, że musi natychmiast za nią podążyć, jako że Erling miał wypadek. Obrazy, które kobieta zastaje na miejscu zdarzenia już nigdy jej nie opuszczą - pasek kasku wciąż zapięty pod szyją, białka oczu ledwie widoczne zza kurtyny opadłych na nie rzęs, pęknięcie w chodniku i ta widywana prawie pięć dekad dłoń, co to leży bezładnie na asfalcie, wciąż błyskając noszoną od niemalże zawsze, złotą obrączką… A potem śmierć w karetce. Odrętwienie, te pierwsze dni PO Tym Dniu, kiedy jeszcze nie do wszystkich dociera, że nie ma już świata, jaki znali. Tylko że przybyły do domu śledczy wywróci porządek rzeczywistości jeszcze bardziej, zdradzając, iż wcale nie był to przypadkowy zawał - dowody wskazują na to, że ktoś usilnie próbował pozbyć się mężczyzny z tego świata. Sama Evy, która coraz większej ilości rzeczy nie pamięta? Tak, tak skonstruowanych thrillerów mi trzeba.

21:54:00 No comments

Retellingi, czyli doskonale znane historie napisane na nowo, zaliczają się do kategorii moich prywatnych „zakazanych przyjemności”. „Zatruta” Jennifer Donnelly przedstawia jedną z opowieści, jakie bardzo ceniłam w dzieciństwie - choć miłość do podobnych baśni chyba nigdy mnie nie opuści. Opublikowana w twardej oprawie z pięknymi barwionymi brzegami w Wydawnictwie Zysk i S-ka, definitywnie cieszy oczy. To samo czyni jednak treść - a przyznaję, iż wariacjom na temat bajań o Królewnie Śnieżce ciężko już mnie zaskoczyć, jako że powstało ich zaskakująco wiele. Jak udowadnia posiadająca bezsprzecznie duży talent Pisarka, wciąż da się wykreować prozę, której jeszcze nie było - nie tylko poszerzając klasyczny tekst narracji, ale i ubarwiając go zupełnie nowymi elementami, jakie przeniosą odbiorcę w świat bajek, sennych marzeń i… koszmarów. Propozycja czytelnicza Autorki zalicza się bowiem do… nader mrocznych. Zła i złożona z zazdrości królowa chyba jeszcze nigdy nie była aż tak okrutna. Czarnowłosa i bladolica Sophie - w tak dużej mierze skomponowana z życzliwości, dobroci oraz właściwej wiekowi niespełna siedemnastu lat naiwności a także mrzonek o szczerej, nieskończonej miłości i wiary w to, że władca może rządzić sercem i łaskawością zjednać sobie poddanych. Rolę siedmiu krasnoludków pełni natomiast siedmioro mężczyzn, mieszkających w zaczarowanej chacie pośrodku lasu z kucharzem pająkiem o przyjaznym usposobieniu oraz biedronką, co to pełni rolę gospodyni domowej. Łowca odpowiedzialny za pozbawienie Śnieżki serca staje się natomiast silnie cieniście złowieszczym, wszechwiedzącym narratorem opowieści. Donnelly na tym jednak nie poprzestaje, jako że do fabuły wkracza jeszcze wiele innych postaci, spośród których każda wnosi do niej coś innowacyjnego. Pozostaje mi nadmienić, iż niezmiernie się cieszę, że klasyka pozostaje bezśmiertna - właśnie dzięki nieustającemu ożywianiu jej przez Twórców na najróżniejsze sposoby. Jak i dawno, dawno temu…

22:53:00 No comments

W TOMIKACH WIERSZY można przepaść bez reszty - tym bardziej, jeżeli są tak zjawiskowo przygotowane wizualnie jak reprint Wydawnictwa Grafika… i jeśli jak i ja pisało się kiedyś poezję. Okres wciąż wspominany z rozrzewnieniem. Tymczasem mam zaszczyt przedstawić Ci zbiory „Niedola” oraz „Burze”, których Autorką jest Ada Negri. Kim była owa zasługująca na pamięć i uznanie Pisarka liryki?

Ada Negri żyła w latach 1870-1945 i urodziła się w bardzo ubogiej rodzinie mieszkającej w Lombardii. Jej ojciec zmarł, gdy była niemowlęciem, zaś matka pracowała jako tkaczka. Negri zdobyła wykształcenie nauczycielskie i szybko zaczęła pracować w zawodzie, jednocześnie pisząc wiersze. Jej debiut poetycki o tytule „Fatalità” ukazał się w 1892 roku i niemal natychmiast uczynił z nieznanej wcześniej nauczycielki literata. Warto przy tym zauważyć, że kobieta tworzyła z pozycji kogoś, kto znał biedę i trudne społecznie tematy nie tylko z książek. Jej wczesne teksty stały się głosem ludzi pracy, kobiet, robotników, dzieci, ludzi wyrzuconych poza wygodny świat mieszczański. Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie określa jej dzieła z tego okresu jako połączenie postulatów ruchu socjalistycznego i emancypacyjnego z osobistymi wyznaniami kobiety i matki. Co ciekawe, Negri była pierwszą i jedyną kobietą przyjętą do Accademia d'Italia!

Tom treści, jaki chciałabym Ci dzisiaj przybliżyć, jest reprintem wydania „Niedola / Burze” z 1901 roku. Intrygujący fakt: nie jest to jeden oryginalny włoski zbiór. To wybór z dwóch pierwszych książek Negri: „Fatalità”, czyli „Niedola” (1892) oraz „Tempeste”, to jest „Burze” (1895). Przekładu dokonała Maria Konopnicka. Oryginalne oba tomy miały po 61 utworów, natomiast dawne warszawskie wydanie zawierało 41 wierszy z „Fatalità” i 52 z „Tempeste”. Nieprzypadkowo - carska cenzura nie dopuściła części tekstów, zwłaszcza tych o wyraźniejszej wymowie socjalistycznej, dotyczących nędzy, krzywdy czy wyzysku robotników.

23:27:00 No comments

Twórczość Keigo Higashino pokochałam od pierwszego przeczytania, toteż piszę tę recenzję z niemałym smutkiem, w związku z tym, że Autor niedawno zmarł. Coś podobnego przydarzyło mi się po raz pierwszy - zauroczyłam się każdą z jego książek, lecz tę ostatnio wydaną pod tytułem „Przybysz” przyszło mi poznać wówczas, gdy Pisarz stał się osobą świętej pamięci... Choć nijak nie rzutuje to na moją ocenę powieści, przyznaję, że towarzyszy mi cokolwiek dziwne uczucie. Jak jednak zapewnić sobie nieśmiertelność, jeśli nie dzięki opublikowanej prozie, która ma szansę żyć wiecznie, stać się pomnikiem trwalszym niż ten ze spiżu? W mojej pamięci tytuł „mistrz japońskiego kryminału” na zawsze pozostanie zarezerwowany właśnie dla Higashino. Tym bardziej, że jego historie… stanowią dla mnie pewien ewenement. Najczęściej nie znoszę, gdy lwią część fabuły pochłania śledztwo, przyćmiewając przemyślenia bohaterów, ich charakterystykę czy opisy życia wewnętrznego. Tymczasem opowieść, w jakiej naczelną postacią jest detektyw Kaga i o której kreślę dla Ciebie dzisiaj własną narrację, jest kryminałem… tak silnie kryminalnym, jak ten tylko może być. 😉 Mimo tego owa propozycja literacka pochłonęła mnie na tyle, iż nie potrafiłam jej odłożyć aż do poznania zakończenia. Świadczy to o wielkim kunszcie Prozaika, który miał niesłychany talent do zmyślnego konstruowania zagadek spod ciemnej gwiazdy. Nie jest to nawet „po nitce do kłębka”, a raczej: po maleńkim okruchu, który dla większości pozostaje niewidoczny, ku widowiskowemu pysznemu ciastu - finałowi. Pozornie niezwiązane ze sobą sylwetki majaczą w „Przybyszu” gdzieś na obrzeżach opowieści, ale ich losy szybko zaczynają się zazębiać. U kresu gawędy każda z nich staje się jednym z ogniw widowiskowo składającego się w jedną całość mechanizmu, którego ostateczny kształt potrafi zaskoczyć. I to mimo tego, że ofiara zbrodni była odbiorcy znana od samego początku! Takiż poziom sztukmistrzostwa uważam za niedościgniony. Kto wie, gdzie i komu Pisarz teraz prezentuje swoje godne podziwu, tekstowe układanki?

02:49:00 No comments

To byli Moi Przyjaciele. A potem, kiedy minęło to pierwsze i ostatnie wspólne lato o długości całego mojego życia, nie było już nikogo. Przecież wszyscy, których kocham i tak w końcu odchodzą - dlaczego więc miałbym się temu dziwić? Opowiem Ci jednak o tamtym morzu i słońcu, dwóch miesiącach zatrzymanych między próbą przetrwania a nieistnieniem, jedynym szczęśliwym czasie w życiu tej zgrai naznaczonej tragediami. O nastolatkach kąpiących się w marzeniach, choć obmywał je cały szlam świata, zwieszających nogi z molo na chwilę przed szalonym skokiem, tych uwiecznionych na obrazie, których większość nawet na nim nie dostrzega, bo i niewiele brakowało, żeby sam rysunek nigdy nie powstał. Żeby całej kuli ziemskiej nie przydarzył się artysta o talencie tak wielkim, że się na niej nie mieścił. Nakreślę ich słowami, bo wiele lat później poznałem dziewczynę, Ciebie - jedną z nas, choć nas od dawna nie było, a może istnieliśmy tylko w naszych głowach i nie było nas nigdy. A jednak nawet dziś czuję ten wiatr we włosach, kiedy w jednej z rzadkich chwil dziecięcego zwariowania pełnego beztroski zjeżdżaliśmy kradzionym sklepowym wózkiem z najwyższej górki naszego portowego miasta. Chłód piwnicznego pokoju, który urządziła mi mama, abym nie przebywał w domu składającym się z odchodzenia i śmierci taty, jakiego w pełnym zdrowiu nawet nie pamiętam. Ból, jaki sprawiało mi patrzenie na jednego z nich, na którego ciele jego własny ojciec postanowił przetestować sztukę łączenia dwóch barw - czerwieni krwiaków i fioletu siniaków, skomponowanych rzutem za trzy punkty wgniatającym kaloryfer raz niezliczony. Pamiętam tę, co nie znała strachu i chełpiła się najszaleńszymi z pomysłów tylko po to, by skryć całą miłość tej rzeczywistości, jaką dla nas w sobie nosi. Musisz poznać tę opowieść, choć ostrzegam - to będzie NAJPIĘKNIEJ NAJSMUTNIEJSZA KSIĄŻKA świata. Ktoś musi ocalić ich od zapomnienia, oddechem odżywić cień zasnuwający retrospekcje. A zatem przeczytaj. To były piękne wakacje. Mieliśmy czternaście lat i przed sobą… tylko śmierć.

00:21:00 No comments

Gdy tylko otwierasz oczy, natychmiast zalewa je światło jaskrawych jarzeniówek. Musisz często nimi mrugać, by osiągnąć odpowiednią precyzję widzenia. Jednocześnie czujesz, że Twoje serce podrywa się do intensywnej pracy - z uporem tłoczy krew do żył, aby zaspokoić potrzeby przebudzonego do życia ciała. Potem w Twoje nozdrza uderza duszący zapach płynów antyseptycznych i powoduje łzawienie. Wreszcie pojawia się natłok chaotycznych myśli, które krzyczą w środku głowy: kim jestem i gdzie się znajduję? Pamięć okazuje się prawdziwą „czarną dziurą” - mimo Twoich rozpaczliwych wysiłków, aby wywołać jakiekolwiek klisze na których zapisana została przeszłość. Jedna wielka pustka… Po chwili pojawia się jednak pewien obraz: siedzisz na kanapie w mieszkaniu i popijasz gorącą herbatę z filiżanki. Potem następuje cięcie niczym nożem i wszystko zapada w ciemność. Szybkie spojrzenie rzucone na otoczenie rejestruje gładkie, białe ściany, na których wiszą liczne ekrany, na jakich wyświetlane są parametry organizmu oraz zupełnie Ci nieznane, holograficzne obrazy. Wniosek jest oczywisty: znajdujesz się w szpitalu, ale nie jesteś w stanie sobie przypomnieć z jakiego powodu. Zadajesz gorączkowe pytania - spotkała Cię choroba, wypadek czy może jeszcze coś innego? Nagle słyszysz jak uchylają się drzwi do pokoju w którym się znajdujesz i w polu widzenia materializują się trzy sylwetki obleczone w białe kitle. Pierwsza z nich, kobieta, przedstawia się jako doktor Nowak i wskazuje jednocześnie, że pozostali to jej koledzy: doktorzy Miller oraz Davis. Spokojnym, jakby bezosobowym tonem informuje, że miałaś kolizję samochodową, w wyniku której doznałaś poważnych obrażeń - zwłaszcza głowy, co spowodowało utratę pamięci. Medycy walczyli o Twoje życie, ale musieli wprowadzić Cię w stan śpiączki farmakologicznej, która trwała aż trzy lata. Teraz jest zaś rok 2225 a Ty nazywasz się Emma Voss.

03:53:00 No comments

Spośród książek, które mogą otworzyć przed czytelnikiem drzwi do innego świata definitywnie wyróżniają się te, jakie… usiłują wyrwać je razem z futryną - dlatego, iż zabierają odbiorcę kilkadziesiąt miliardów lat świetlnych od domu, wkładają go w futurystyczną zbroję i oznajmiają, że od tej chwili ma do uratowania kawałek wszechświata. Mianem tej kategorii obdarzyłabym powieść „Endostella. Nasza pierwsza historia”, którą napisał Tomasz Wartnik, jako że mogę z czystym sumieniem wskazać, iż podobnej narracji jeszcze nigdy nie czytałam. Tysiące poznawanych fabuł… a ja definitywnie jeszcze nie spotkałam się z drugą tego rodzaju - która aż tak bezceremonialnie mieszałaby w finezyjnie-fantazyjnym kotle zadziwiająco dużą ilość gatunkowych składników. Cóż wyszło Pisarzowi z tej autorskiej potrawy? Science fiction z wkładką w postaci historii superbohaterskiej, szczyptą dramatu rodzinnego, dodatkiem szkolnej codzienności, przyprawione kosmiczną przygodą, filozoficznymi pytaniami o naturę świadomości, rozważaniami dotyczącymi wiary i z przystawką ze współczesnych problemów społecznych. To lektura dla zwichrowanych czytających, których umysły uwielbiają lawirować pomiędzy wydarzeniami - tak oto bowiem w jednej scenie można obserwować obcą planetę i zaawansowaną technologię, zaś kilka stron później znaleźć się w szkolnej szatni, na lekcji fizyki (brr, przypomniał mi się edukacyjny koszmar!) albo w domu głównej bohaterki, gdzie trzeba będzie po prostu odpowiedzieć mamie na niewygodne pytanie. Fani statycznych opowieści definitywnie poczują się zagubieni, jednak miłośnicy mocnych, skrajnie szalonych, zwichrowanych wrażeń polubią opowieść Autora od pierwszej strony. Z pewnością w gronie miłośników jego twórczości znajdą się także wszyscy gustujący w anime oraz najbardziej dynamicznych grach akcji. Pozostaje mi stwierdzić, że „Endostella…” zalicza się do debiutów ryzykownych - a kreatywnością Tomasz Wartnik mógłby obdzielić całe grono osób. A nawet i kosmicznych bytów! 😉

23:22:00 No comments

Z pozoru jesteś tylko zwykłym chłopcem, bawiącym się u stóp potężnego zamku jak wielu Twoich rówieśników. Tak naprawdę zaś Twoim przeznaczeniem jest zostać następcą tronu po śmierci ojca Karolesława Lupusa Wielkiego, władcy Ajuwaru. Jest jednak coś jeszcze: nie bez przyczyny nosisz imię Dragan, które zostało Ci nadane w chwili urodzin, aby strzegło Cię przed demonami i złymi duchami. Od najmłodszych lat wyczuwasz szczególną więź z jaszczurkami, jako jedyny człowiek rozumiesz ich język a nawet przyjaźniłeś się ze szczególnie sprytną, którą nazwałeś Gemanem. Mieszkała w Twoim pokoju, ale pewnego dnia służka tak przeraziła się jej widoku, że zaczęła wrzeszczeć bez opamiętania, próbując jednocześnie zabić zwierzątko miotłą. Nie było Cię przy tym, lecz od tego momentu gad zniknął i się nie odnalazł, mimo że szukałeś go przez bardzo długi czas. Bez jego towarzystwa czułeś się samotny, gdyż do pewnego czasu nie zdołałeś się zaprzyjaźnić z żadnym chłopcem. O swoich smutkach szeptałeś tylko Wielkiemu Dębowi, najstarszemu i najpotężniejszemu w pobliskim lesie, jaki przemierzasz od najmłodszych lat wszerz i wzdłuż. Pewnego dnia wszystko się zmieniło. Pod sędziwym drzewem spotkałeś wyrostka, który stał się Twoim najlepszym przyjacielem. Gdy leżałeś na trawie, oddając się kojącemu wpływowi przyrody, usłyszałeś głos pytający kim jesteś. Otworzyłeś oczy i ujrzałeś młodzieńca przyglądającego Ci się z uwagą bystrym, brązowym spojrzeniem. Przedstawił się jako Lelek a Ty od razu poczułeś, że to bratnia dusza. I wcale się nie myliłeś - szybko staliście się nierozłączni. Gdy w końcu zdradziłeś, kim jesteś, początkowo nie chciał wierzyć, ale w końcu przyjął to do wiadomości. Lelek wprawdzie jest synem najlepszego kowala w państwie, więc sam pochodzi z dość zamożnego domu, jednak daleko mu do królewskiego rodu. Na szczęście nie stało się to przeszkodą dla nawiązania pomiędzy Wami prawdziwego braterstwa.

00:44:00 1 comments

Jeśli budzisz się codziennie o tej samej godzinie, znękany tym czy innym koszmarem, jest duża szansa na to, że Twoja podświadomość próbuje Ci coś przekazać. Tym bardziej, jeżeli tak jak Wiktor - główny bohater powieści „4:44” - znajdujesz się aktualnie na życiowym zakręcie. Dawniej postrach ulicy i persona doskonale znana wśród szarości półświatka. Dziś ktoś, kto wespół z przyjacielem prowadzi dobrze prosperującą firmę, powiązaną z przemysłem paliwowym. Jak to jednak często bywa, właśnie wówczas, gdy rzeczywistość wydaje się układać aż nazbyt dobrze, całe na ubawione przybywa Przeznaczenie i postanawia co nieco zamieszać… Ta jedna propozycja nie do odrzucenia powoduje zamęt w myślach i kusi podejrzanie wielkimi korzyściami. Spotkanie u znajomego psychologa właśnie się odbyło, przemyślenia są o wiele spokojniejsze niż kiedyś, postanowienia poprawy wciąż stabilne i dojrzałe - do szczęścia brakuje tylko prawdziwej miłości. Tak się przynajmniej sądzi do czasu, kiedy usłyszy się, że już za moment posiadane bogactwo może być większe, kiedy zbudowane od zera przedsiębiorstwo stanie się graczem, z którym będzie musiał się liczyć absolutnie każdy na skutek wejścia na najsilniej lukratywny rynek… Chyba tylko święty by się nie skusił. Cudowna oferta szybko okazuje się jednak transakcją wiązaną - i to taką z rodzaju skrajnie niebezpiecznych. Czasu do namysłu jest coraz mniej a Ty niemalże słyszysz w głowie, jak uciekają kolejne pieniądze. Co uznasz za wartość nadrzędną, kiedy przyjdzie Ci wybierać pomiędzy ledwie odzyskaną wiarą w ludzi, obiecującą nową znajomością rodem z marzeń sennych i stabilną pracą a… szansą, jaka może już nigdy więcej Ci się nie trafić? Za wycieraczką Twojego samochodu ktoś umieścił już asa kier… lecz czy to tą właśnie kartą z talii się okażesz? Maciej M. Maślak książką skrytą za urzekająco mroczną okładką przenosi czytelnika w zwichrowanie zadumany świat. Taki, w jakim każda decyzja może się okazać skrajnie krytyczna…

19:54:00 No comments

Na początku było słowo… Ale nie to biblijne, zwiastujące powstanie człowieczego uniwersum pod bożą opoką, a zupełnie inne: krwiożercze i pełne nienawiści. Znajdujące apogeum w niewielkiej, skrajnie grafomańskiej książeczce „Mein Kampf” i sączone kropla po kropli już od XIX wieku w naród chełpiący się pochodzeniem od Arminiusza, wsławionego wycięciem w pień trzech rzymskich legionów cesarza Oktawiana Augusta. Wyniesionego na wyżyny europejskiej kultury przez takie jej posągowe postaci jak: Johann Goethe, Heinrich Heiene, Fredrich Schiller, Ludwig van Beethowen, Wolfgang Amadeus Mozart, Albrecht Dürer, Matthias Grünewald, Caspar Friedrich i tylu innych, którzy wprawiają w wibrację tę strunę w ludzkiej duszy, jaka odpowiada za podziwianie nieskończonego piękna doskonałej sztuki. Słynącego z filozofów o wielkich umysłach, z uwagą obracających w palcach człowieczą duszę i wywracających ją na nice z wdziękiem i sztuką przekonywania. Wystarczy wspomnieć Immanuela Kanta, Georga Friedricha Hegela, Arthura Schopenhauera czy Fryderyka Nietzsche. Wszyscy oni widząc, w jaki obłąkańczy, antyludzki szał popadł w latach trzydziestych naród, z którego się wywodzili i który kochali z całego serca, nie uwierzyliby własnym oczom. A jednak fakty krzyczą niezrównanej grozie: Niemcy podążając w przepaść samozagłady za dźwiękami instrumentu nowego flecisty z Hameln o austriackich korzeniach i śmiesznym wąsiku, wrzeszczącego na wiecach niczym opętaniec, gestykulującego na wzór nieuleczalnego szaleńca, pociągnęli za sobą w jej otchłań 6 milionów Żydów, 3 miliony Polaków, ponad 20 milionów obywateli ZSRR i niezliczone rzesze przedstawicieli innych narodów, umęczonych i pomordowanych z zimną krwią w imię stworzonej przez niego ideologii. Jak do tego doszło, próbują opowiedzieć Autorzy recenzowanej książki, jednocześnie przywołując imiona tych, którzy mieli odwagę postawić na szali własne życie, aby uratować bliźnich przed niechybną śmiercią, udowadniając w ten sposób, że polskie anioły mieszkają nie tylko w Bieszczadach…

19:58:00 No comments

Jako kochanka mroku uwielbiam przepadać w lekturach spod ciemnej gwiazdy, choć przyznaję - nie jest łatwo mnie zadowolić. Poznawszy tysiące cienistych narracji, wciąż poszukuję tych, które wywołają u mnie pożądane ciarki strachu i sprawią, że nocą nawiedzi mnie ten czy inny koszmar, jeśli zbytnio oddam się rozmyślaniom o niedawno przeczytanych opowieściach. „Zofiówka. Przebudzenie zła” to książka, która jawiła mi się jako doskonały kandydat na wieczór, podczas jakiego pragnęłam dreszczyku przerażenia. Justyna Jelińska zdecydowała się bowiem umiejscowić fabułę na faktycznie istniejącym terenie, co zawsze dodaje historii pewnej autentyczności. Bardziej emocjonalnie czyta się wszak o lokalizacjach, w jakich faktycznie wydarzyło się coś okrutnego. Położony w Otwocku, dzisiaj już opuszczony Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów Zofiówka za czasów drugiej wojny światowej był świadkiem niepowetowanej tragedii. W czasie likwidacji getta, na terenie jakiego się znalazł, stał się miejscem kaźni około 140 osób, spośród których część rozstrzelano na miejscu, zaś resztę wywieziono do Treblinki. Od tamtego czasu pojawiło się wiele świadectw, jakoby ruiny były odwiedzane przez duchy tam skrzywdzonych i straconych a samo miejsce uważane jest za jedno z bardziej nawiedzonych w Polsce. Takiż wybór lokalizacji akcji dla fikcyjnej prozy definitywnie niesie spory ciężar gatunkowy, choć moim zdaniem potencjał został nie do końca wykorzystany. Autorka przedstawiła dzieje dawnego szpitala dość pobieżnie, być może celowo oddając większe pole do popisu wykreowanym przez siebie bohaterom. Niestety, ci również nie do końca spełnili moje oczekiwania, podobnie jak sama akcja. Jestem jednak zdania, że ta definitywnie przypadnie do gustu miłośnikom horrorów w stylu „Paranormal activity” - w mojej ocenie raczej statycznych i niezbyt przerażających. Czas spędzony z najnowszą powieścią Pisarki nie był dla mnie jednak stracony - przyznaję, że niektóre sceny bardzo mnie… rozbawiły. Summa summarum ciekawa to była rozrywka.

19:09:00 No comments

Olivia Hayle zdecydowanie napisała najbardziej wakacyjną książkę, jaką przeczytałam w tym roku, jako że po lekturze powieści „Miesiąc miodowy dla singli” czuję się zrelaksowana zupełnie jak po egzotycznym urlopie. Co najważniejsze dla miłośnika kran śnieżnych i mroźnych w mojej postaci - tę odprężającą literacką podróż odbyłam bez wychodzenia z domu! Uwielbiam zwiedzać dzięki tak przemyślanie skrojonej prozie - która lekkimi opisami świetnie buduje klimat, a przy tym udanie maluje przed oczyma odbiorcy miejsce akcji. W prawdziwym życiu raczej nigdy nie znajdę się na Karaibach - konkretniej na Barbadosie - z uwagi na niechęć do lokalizacji gorących i słonecznych, toteż z przyjemnością zwiedziłam ich egzotyczne zakątki za sprawą nieznanej mi dotychczas Autorki romansów. Wykreowani przez nią bohaterowie okazali się doskonałymi towarzyszami - dzięki nim te orientalne kanikuły przyniosły mi wiele śmiechu. Zestawieni na bazie kontrastu, niejednokrotnie rozbawiają żartami sytuacyjnymi i perypetiami, w których… mogłabym się znaleźć. Naczelna żeńska postać imieniem Eden… wielokrotnie przypomina mi mnie samą. W prawdziwym świecie odpowiedzialna, dobrze zorganizowana i podążająca za skrzętnie złożonym planem, podczas tej wyprawy - która miała być jej niedoszłą podróżą poślubną - staje się szaloną wersją siebie i notorycznie stawia sobie zwariowane wyzwania, próbując wyjść ze strefy komfortu, przez co często ładuje się w tarapaty. Phillip, jej całkowite przeciwieństwo, dość wyniosłe i zdystansowane do świata, jest idealnym dopełnieniem. Potrafi zresztą w komplementy! Stwierdzenie, iż z nikim nie toczył dziwniejszych rozmów niż z Eden albo to, iż nie ma pojęcia, jak działa jej skaczący z tematu na temat mózg (z ADHD skłonnym do analizy miliona rzeczy równocześnie)… słyszałam od własnego Męża. 😉 Pozdrowienia! Ten duet nie może nie uśmiechnąć i nie rozśmieszyć. Jeżeli więc książka na wakacje, urlop lub poprawę humoru - to definitywnie ta! Relaksujący i komfortowy „Miesiąc miodowy dla singli”. Jedziesz?

19:58:00 1 comments
Nowsze posty
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (147)
    • ▼  paź (7)
      • Stanisław Lem - Powrót z gwiazd - recenzja
      • Anna Maria Trzepizur - Władza ponad życie - Zdradz...
      • Brian Aldiss - Halo, Ziemia!
      • Katherine Greene - Jezioro zaginionych dziewczyn -...
      • Joanna Klinger - Kwarantanna - recenzja
      • Paul Sado - Mit mitów - recenzja
      • Mateusz Marczewski & Grzegorz Wacławek - Chłopiec ...
    • ►  wrz (7)
      • Agnieszka Jakóbiec - Emerald blues - recenzja
      • Adele Parks - To, co ukryliśmy - recenzja
      • Toby Gloody - Czystka - recenzja
      • Katarzyna Mak - Szachista - recenzja patronacka
      • Mieczysław Gorzka - Copycat - recenzja
      • Stach Szulist - Miłość spod ziemi - recenzja
      • Agnieszka Szubert - Nie ratuj mnie - recenzja
    • ►  sie (19)
      • Krzysztof Domardzki - Pojedynek - recenzja
      • Witold Horwath Git-mana - recenzja
      • Dawid Sakowski - Napięcie krytyczne - recenzja
      • Vincent Vin - Prześmiewca - recenzja
      • MD Holloway - Zanim otworzysz drzwi - recenzja
      • Karsten Dusse - Moje wewnętrzne dziecko chce zabij...
      • album Pompeje. Odzyskana historia - recenzja
      • Helene Flood - Wdowa - recenzja
      • Jennifer Donnelly - Zatruta - recenzja
      • Ada Negri - Niedola / Burze - recenzja
      • Keigo Higashino - Przybysz - recenzja
      • Fredrik Backman - Moi przyjaciele - recenzja
      • Magdalena Michalak - Emma - recenzja
      • Tomasz Wartnik - Endostella - recenzja
      • Dorota Wakarecy - Dragan - recenzja
      • Maciej M Maślak - 4:44 - recenzja
      • Marek Tadeusz Frankowski & Jarosław Stolarski - Po...
      • Justyna Jelińska - Zofiówka. Przebudzenie zła - re...
      • Olivia Hayle - Miesiąc miodowy dla singli - recenzja
    • ►  lip (19)
    • ►  cze (24)
    • ►  maj (20)
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates