„Medalion” to DEBIUT, jaki można by określić
mianem finezyjnie-fantazyjnego. Przede wszystkim dlatego, iż Paweł M. Arent
zdecydował się na cokolwiek ryzykowny wybór gatunku czy raczej podgatunku
literackiego, czyli high fantasy. Najczęściej z założenia: akcja osadzona we w
pełni alternatywnym, fikcyjnym świecie, jaki rządzi się własnymi prawami magii
czy fizyki, złożona mitologia, wręcz epicki rozmach czy obecność nieludzkich
ras - to najważniejsze z wyznaczników, pozwolę sobie zarysować, choć
specjaliści w tej materii z pewnością dodaliby o wiele więcej cech charakterystycznych.
Nie na tym jednak koniec - ponieważ początkowo fabuła przystaje do low fantasy
(okoliczności zbliżone do rzeczywistych). Nieźle! Moim zdaniem pierwsza
propozycja Pisarza nie jest jednak li książką traktującą o żywiołach i uwikłanych
w przepowiednie wybrańcach. To bowiem także narracja o postaciach, które zostały
wrzucone w rzeczywistość, jaka okazuje się ich przerastać, na skutek czego pożądana
przez wielu magia nie lśni nęcącym blaskiem niczym piękna błyskotka, a raczej
ciąży zupełnie jak stary, rodowy grzech. Autor zdecydował się zaś na wykreowanie
rzeczywistości, jakiej kształt przypomina mi sen śniony w malignie: pełen
jakoby pradawnych nazw i niepokojących symboli, nasączony proroctwami, co to są
zapisane językiem przywodzącym na myśl treści rytuałów. Choć sama historia na
początku wymaga od odbiorcy dużej dozy skupienia (niniejszym pozdrawiam własne
siedem osobowości, i skrajne ADHD imieniem NM - narwany multitasking), jeśli pozwoli
się przenieść do innej krainy, szybko poczuje się wciągnięty… - tak to sobie wyobrażam
- w pusty wagon, pędzący wprost do lasu wonnego od deszczu, w którym nasłuchuje
się kroków kogoś lub czegoś, czego wcale nie powinno w nim być. Ta książka
pachnie dla mnie bowiem burzą - i to nie taką metaforyczną. Może słowa stron
skropione są starym borem i smakują rdzą kolejowych torów. Albo są ciężkie niczym
wiszące nad bohaterami niebo, które próbuje zapowiedzieć katastrofę… Ciszę
przed wybuchem, utkaną z niezaprzeczalnego przeczucia.
Książka, której treść zaserwowana
jest czytelnikowi nie standardową prozą, a rozmową jakoby żywcem wziętą z
komunikatora internetowego - w dodatku w nietypowym formacie A4, o stronach
podzielonych na połowy? Każdorazowo, gdy sądzę, iż w literackim świecie wiekowego
i doświadczonego wyjadacza niewiele może już zaskoczyć, pojawia się novum, które
udowadnia, iż się myliłam. Ja zaś bynajmniej nie mam nic przeciwko, wszakże
podobne niespodzianki wciąż mają moc rozjaśniającą mroczne i chmurne oblicze.
Miłosz Wołk-Łaniewski to zupełnie nowe nazwisko na scenie rodzimej twórczości,
na jakiej jego posiadacz postanowił zagościć z unikatowym DEBIUTEM. Najszczerszej
przyznawszy, choć w zwichrowanej głowie walczę średnio z milionem szalonych
pomysłów na minutę, nie wystąpił w niej jeszcze taki, by zamiast tradycyjnym tekstem,
przedstawić odbiorcy historię za pomocą okraszonych rzadkimi wtrętami narratora
zdjęć i wiadomości, które wymieniają między sobą dwie osoby, jakie zetknęły się
ze sobą w Internecie za sprawą zrządzenia losu, zupełnego przypadku czy trudnych
do przewidzenia meandrów przeznaczenia. Zadanie trudne do wykonania a do tego na
wskroś innowatorska forma! Szczęśliwie nie posiadam większości archiwum własnych
maili, Messengera czy popularnego onegdaj Gadu-Gadu, jako że jestem przekonana
o tym, iż Autor zainspirowałby mnie na tyle, aby przekształcić część spośród
nich w książkę - choć musiałabym najpierw sprawdzić, czy w zakładach bardzo
zamkniętych można korzystać z Sieci. 😉 Tekst
Pisarza uważam za nader ciekawy eksperyment twórczy. Choć byłam do niego nieco
sceptycznie nastawiona, szybko udało mi się wciągnąć w tę nieszablonową treść.
Poznając opowieść, jaka wydarzyła się naprawdę, o czym widnieje informacja na
okładce, w tego rodzaju wariacji, czytający czuje się niczym… uczestnik reality
show lub wynajęty detektyw czy też osoba, która przypadkowo znalazła w dowolnej
sytuacji odblokowany telefon komórkowy lub laptop, na jakim widnieje otwarte
okno obszernej, intrygującej, toczonej przez dłuższy czas konwersacji. Zdarzało
się. 😉
Książkę znajdziesz pod linkiem: [KLIK].
„Tam i z powrotem + trzy
metry” to książka, która stanowi pewien ewenement - bowiem po tym, jak pochłonęłam
ją w jeden wieczór, zdecydowałam się przyjąć propozycję, jaką złożył mi
Sebastian Orszulik. Niniejszym obwieszczam, iż objęłam tę wyjątkową,
zwichrowaną i pełną zawirowań historię PATRONATEM MEDIALNYM. Wstępnie zgodziłam
się wziąć pod swoje mroczne, medialne skrzydła całą trylogię - choć część druga
i trzecia dopiero powstają, zatem przed ostatecznym werdyktem naturalnie
zapoznam się z tekstami, nim będę mogła ostatecznie to potwierdzić. 🔥 Dlaczego uznałam, iż pierwsza powieść
Autora współgra ze mną na więcej niż wymagane sto procent? Ta cienista narracja
zaskoczyła mnie dziesiątki razy. Początkowe rozdziały zapowiadały spokojną
historię, z jakiej mógłby się wyłonić przedstawiany z perspektywy dwóch
bohaterów, rodzący się dopiero romans. Co ciekawe, zarówno Sebastian, jak i
Anna opowiadali czytelnikowi o tych samych wydarzeniach, po części powtarzając
gawędę, za czym to w literaturze nie przepadam. Już kilkanaście przewróconych stron
później zrozumiałam jednak sens tego zabiegu, a kiełkująca opowieść o miłości zaczęła
ewoluować w wiele innych kierunków - przy czym każdy z nich okazywał się bardziej
dynamiczny. Wątki kryminalne skręcały w stronę najlepszych opowieści sensacji
oraz akcji, powodując szybsze bicie serca i rosnące wykładniczo zainteresowanie
lekturą. Na domiar dobrego chwilę później dołączyła do tego jeszcze mocniejsza
warstwa, jakiej tekst określiłabym mianem: dark thriller. Jakąż pyszną ilością zagrożeń,
suspensów, niepewności i żywiołowości Orszulik nasączył swój tekst! Jestem pod
wrażeniem doskonale stopniowanego napięcia - kolejne rozdziały tej niewtórnej
treści mrocznieją coraz silniej. Przez co nie tyle zabierają odbiorcę w pełną
niebezpieczeństw rzeczywistość, ile właściwie porywają go na najbardziej
szaloną karuzelę zdarzeń, jaką tylko można… nie: jakiej nawet nie sposób sobie
wyobrazić przed lekturą. Kapitalne ujęcie motywu: podpaliłbym dla niej cały
świat i zstąpił do piekieł…
Od kiedy sięgniesz
pamięcią, wiedziałaś, że jesteś wyjątkowa i z tego właśnie powodu zagraża Ci
wielkie niebezpieczeństwo. Masz wrażenie, że ktoś lub coś ciągle bacznie obserwuje
- i że nękają Cię przez byty, o istocie których nie masz najmniejszego pojęcia.
Jednak zjawiają się w niektóre noce i wprowadzają w stan paniki... Próbujesz
sobie wmawiać, ze to tylko omamy, lecz w głębi serca zdajesz sobie sprawę, że
są równie prawdziwe jak ludzie, jacy Cię otaczają. Co jakiś czas śni Ci się
także straszny moment, w którym straciłaś oboje rodziców. Miałaś wtedy zaledwie
siedem lat, ale pamiętasz wszystko do najdrobniejszego szczegółu. Tego dnia
poszłaś z nimi na wybrzeże, aby pooglądać wylegujące się na plaży foki. Gdy
wracaliście, zaczepił Was wyraźnie podchmielony mężczyzna. Tata, będący
niezwykle spokojnym i miłym człowiekiem, próbował go uspokoić, ale ten
wykrzyczał mu coś mu prosto w twarz i rzucił się do morza. Potem wypadki
potoczyły się błyskawicznie. Ojciec nagle zmienił się nie do poznania - nigdy
nie widziałaś, aby zachowywał się tak gwałtownie. Zaatakował matkę, ale ta
odepchnęła go na tyle silnie, że zsunął się z leżących nieopodal kamieni. Potem
rzuciłyście się do ucieczki. Gdy dotarłyście do łąki za miastem, zmęczone
przystanęłyście. Niczego nie rozumiałaś z całej sytuacji, więc pomimo protestów
rodzicielki zaczęłaś wołać tatę. I wkrótce się pojawił, ale nie był sobą. Twarz
zmieniła mu się nie do poznania a oczy stały się czerwone niczym rozżarzone
węgle. Mama zasłoniła Cię własnym ciałem i zapłaciła za to najwyższą cenę. Po
chwili jej ciało upadło na ziemię, obficie znacząc ją krwią. Ciebie uratowało
nagłe pojawienie się nieznajomego, który stanął w Twojej obronie. Zapamiętałaś
go jako czarodzieja - podczas walki z jego dłoni wydobywało się niebiesko-białe
światło. Dalszych wypadków sobie nie przypominasz - popadłaś w omdlenie.
Od thrillerów zabarwionych
odcieniami kryminałów o niewielkiej objętości oczekuję przede wszystkim, poza
porywającą od pierwszych zdań historią, doskonałej dynamiki. Zarówno jednym,
jak i drugim bez wątpienia cechuje się liczące zaledwie 181 stron „Wcielone zło”
- druga beletrystyczna książka, którą napisał Karol Husak, lecz równocześnie
pierwsza, jaką miałam okazję poznać. Początkowe rozdziały tej nietuzinkowej
opowieści porwały mnie do wykreowanego przez Pisarza świata, co uszyniły przede
wszystkim… bardzo zaskakującą narracją. Wyobraź sobie bowiem, iż - jak to często
masz w zwyczaju - właśnie odbywasz rowerową przejażdżkę. Po wielu
naznaczających traumą, ciężkich przeżyciach z przeszłości zawsze starasz się
mieć pozytywne nastawienie do ludzi oraz otaczającego świata. Nie inaczej jest
tym razem. Zauważywszy czatującą na obrzeżach miejscowego targu grupę biedaków,
liczących na to, że uda im się tego dnia znaleźć jakieś odrzuty, chociażby w
postaci kilku warzyw, owoców lub innych produktów spożywczych, postanawiasz
zaczepić jednego ze znanych Ci mężczyzn. Zupełnie ignorujesz fakt, jakiego
znaczenie miałeś już wielokrotnie okazję obserwować w praktyce - że Marcin
znany jest z tego, iż nijak nie panuje nad swoją agresją. Zmęczony trudami życia,
tego dnia ma wyjątkowo podły humor. Zupełnie jak gdyby na chwilę odjęło Ci
rozum, witasz się z nim uśmiechniętym dzień dobry, po czym rzucasz kilka wesołych
haseł, nie zwracając uwagi na to, że z każdym z nich wściekłość mijanego
ogromnieje. Moment później postanawia wdać się z Tobą w pościg i mimo, że
pedałujesz z całych sił - udaje mu się Cię pochwycić. Widzisz w jego oczach
czyste szaleństwo, lecz… i tak nucisz mu wręcz słoneczną piosenkę. Ciosy
spadają na Ciebie niczym grad, lądujesz w szpitalu i wymagasz częściowej
rekonstrukcji twarzy. Oprawca trafia na trzy lata do więzienia. Osobą, jaka go
z niego odbiera… jesteś Ty sam. I na dodatek postanawiasz stać się jego mentorem…
Właśnie tak oryginalnym wstępem opatrzył fabułę Karol Husak. Niewtórne.
Zdaniem starego wyjadacza
mrocznych lektur w mojej postaci, Brytyjczycy od wielu lat pozostają
niekwestionowanymi mistrzami thrillerów. Nie inaczej jest w przypadku Cathryn
Croft, spod której pióra przeczytałam absolutnie każdą opowieść. Tym większa była
moja radość, kiedy dowiedziałam się, iż w Polsce ukaże się kolejna jej książka o
obiecującym tytule „Ostatniej nocy” - i nadzieja na nieodkładalną narrację,
pełną absolutnie nieprzewidywalnych zwrotów akcji, nie okazała się próżna. Za przystającą
do treści okładką w pięknej kolorystyce skrywa się bowiem historia, która złożona
jest z napięć, niedopowiedzeń i niewyobrażalnych w pozornej naiwności,
niewytłumaczalnie niepokojących tragedii. W świecie thrillerów, oprócz udanego
transferu emocji wprost z kart powieści na odbiorcę, za najcenniejszy zabieg
uważam wplecenie do cienistych fabuł elementów dramatu rodzinnego. Tego rodzaju
skrzyżowanie, znane pod nazwą domestic noir, jest tym, co bardzo rozbrykane
tygrysy lubią najbardziej, przeformułowując nieco znane powiedzenie. Oto właśnie
„The Last One To See Him” - bogate w plot twisty, które - na domiar dobrego - powodują
u czytelnika może mało inteligentny, ale jakże pożądany wyraz twarzy, gdy jego
brwi po raz wtóry wędrują gdzieś w okolice czoła a usta samoistnie otwierają
się w związku z szokiem oraz podziwem dla kunsztu angielskiej Autorki.
Zapewniam, że po lekturze tej wielowymiarowo moralnie szarej propozycji
literackiej kilkukrotnie zastanowisz się nad tym, czy warto odwiedzić dopiero
co poznanego znajomego - lub umówić się na randkę. Może bowiem dojdziesz do
wniosku, iż przekroczenie progu jego mieszkania będzie tak znamienne w skutki,
jak to miało miejsce w przypadku Kate, głównej bohaterki, którą zwrot przypadków,
co to wcale przypadkowe się nie okazały, doprowadził tam, gdzie miała się już
nigdy nie znaleźć. Wprost do odmętów piekielnej przeszłości, jaka
zdeterminowała całe jej dalsze życie. W samo serce nieuleczalnej traumy sprzed
wielu lat i historii, co to zbyt często się powtarza…
Powieść „Escape room” holenderskiej
autorki Maren Stoffels, która zadebiutowała w roku 2005, mając zaledwie siedemnaście
lat, bez wątpienia sprawi, że kilkukrotnie zastanowisz się, nim przyjdzie Ci do
głowy udać się do tytułowego przybytku. Pełen zagadek pokój, z którego należy uwolnić
się w określonym czasie z założenia jest bowiem doskonałą zabawą i dobrym
pomysłem na spędzenie wolnych chwil z grupą przyjaciół czy znajomych. Jak udowadnia
fabuła Autorki, tego rodzaju rozrywka szybko może zmienić się w straszną
przygodę, z której… nie wszyscy wyjdą bez szwanku. Wyobraź sobie bowiem, że
zamiast dbającej o bezpieczeństwo uczestników rozgrywki osoby, jaka nadzoruje
jej przebieg na kamerach, tkwi psychopata. Na domiar złego - taki, który ma z nimi
niedokończone sprawy z przeszłości i właśnie znalazł doskonały sposób na zrealizowanie
krwawej vendetty. Zapętlona we własnym zwichrowaniu, napiszę: brzmi świetnie,
prawda? 😉 Dokładnie taka jest też narracja
pierwszej książki Pisarki, jaka ukazała się w Polsce. Choć niepozbawiona drobnych
wad, w moim odczuciu pozostaje niezłym przykładem młodzieżowego thrillera, w
jakim napięcie eskaluje wraz z każdą przewróconą stroną. Tychże jest zaledwie
247, co w połączeniu z wręcz zaskakująco krótkimi rozdziałami nadaje opowieści
rzadko spotykanej w literaturze dynamiki. Za jej snucie odpowiada czwórka
bohaterów, naprzemiennie przejmujących stery, dzięki czemu odbiorca może spojrzeć
na wydarzenia wieloperspektywicznie. Do tego dochodzą jeszcze mroczne wtrącenia
złoczyńcy, oznaczone jedynie literą X… Cóż - gdybym nie obawiała się pójścia do
jakiejkolwiek tajemniczej komnaty z powodu możliwości pojawienia się w niej ośmionogich
ohydztw oraz faktu, że nie z noszę
niewielkich i zamkniętych pomieszczeń, po spędzeniu wieczoru z propozycją
literacką Mieszkanki Amsterdamu z pewnością… uznałabym wizytę w escape roomie
za kapitalną ideę. Ta adrenalina - zupełnie jak w rosyjskiej ruletce, mmm… Choć
wziąwszy pod uwagę trzymający się mnie wiernie i dzielnie pech…
Od kiedy ludzkość dobrnęła
do punktu, w którym zdała sobie sprawę, że może nie być w Kosmosie sama,
poczęła marzyć o kontakcie z „obcymi”. Najpierw poszukiwała ich śladów przy
pomocy dość prymitywnych instrumentów optycznych z rodzaju teleskopów. Jednak
gdy nadeszła rewolucja przemysłowo-technologiczna, zaczęła stosować bardziej
wyrafinowane środki. 16 listopada 1974 roku miało miejsce spektakularne
wydarzenie: z największego na świecie radioteleskopu w Obserwatorium Arecibo w
Portoryko wysłano potężny przekaz radiowy w kodzie binarnym w stronę gromady
kulistej M13, a więc zgrupowaniu powiązanych ze sobą grawitacyjnie gwiazd w
gwiazdozbiorze Herkulesa. Składał się z 1679 impulsów, będących iloczynem dwóch liczb pierwszych: 23 i 73. Po
ułożeniu w siatce o tych właśnie wymiarach, impulsy te tworzą monochromatyczny
obraz, zwany piktogramem, który zawiera liczby od 1 do 10, listę pierwiastków
chemicznych, wzór DNA, schematyczną postać ludzką wraz z informacjami na temat
liczby „człowieków” i ich budowie fizycznej, a także widok Układu Słonecznego.
To pokolenie Ziemian i wiele następnych nie dowie się nigdy, czy próba była
skuteczna, gdyż pokonanie przez wysłany sygnał drogi do miejsca przeznaczenia
zajmie około dwadzieścia pięć tysięcy lat. Los radioteleskopu jest także bardzo
symptomatyczny, gdyż w 2020 roku zerwały się systemy podwieszenia i uległ on
całkowitemu zniszczeniu. Najbardziej oryginalną próbę kontaktu z kosmitami
podjął ZSRR, który w 1964 roku wysłał w kierunku Wenus alfabetem Morse'a
wiadomość zawierającą słowa: „мир” (Mir
- pokój lub świat), „Lenin” i „SSSR”. Wielce prawdopodobne jest, że
„ufoludkowie” na widok nazwiska krwawego wodza rewolucji październikowej i
nazwy zbudowanego przezeń państwa popadli w takie przerażenie, że
intencjonalnie nie próbowali na nią odpowiedzieć, nie chcąc podzielić losu
kilkudziesięciu milionów ofiar. Who knows?
Oto imponujący reprint -
unikalne dzieło o tajemnicach polskiej przyrody, widzianej okiem jej uznanego
popularyzatora i wysoce wykształconego biologa, żyjącego na początku XX wieku.
Przyroda, jaka jest - każdy
widzi, trawestując znane hasło z pierwszej rodzimej encyklopedii księdza
Benedykta Chmielowskiego. Czy aby na pewno? Człowiek dzisiejszych czasów nie
dość, że ma blade pojęcie, jak naprawdę wyglądają fauna i flora jego ojczyzny,
to jeszcze jest w stanie dostrzec jedynie jej okruchy. Tylko te nieliczne,
które jeszcze nie zostały dotknięte degradacją wynikającą ze zmian
cywilizacyjnych, jakie wypchnęły je na margines życia, czyniąc niemal
niewidzialnymi i niedotykalnymi. Zresztą współczesna ludzka istota, wiecznie
goniąca za mamoną i zajęta swoimi sprawami, pewnie nie zauważyłaby nawet żubra,
który stanąłby dumnie przed jej oczyma, nie wspominając już o zwierzętach
bardziej mikrej postury czy roślinach, które - choć piękne, nie zwracają
zbytnio na siebie uwagi. Tymczasem świat nie składa się tylko z samych osób i
wytworów ich umysłów - towarzyszy im bowiem pozostające obecnie w cieniu
niezliczone i bujne bogactwo przyrody. I choć mocno ograniczone w czasach
przemysłowo-technologicznej rewolucji, nadal potrafi zadziwić bogactwem form i
często niewysłowionymi: urodą i wdziękiem. Wystarczy na chwilę zatrzymać się i
uważnie spojrzeć, aby dostrzec to, czemu już nie poświęca się uwagi. A przecież
jeszcze niedawno było zupełnie inaczej. Przed zaledwie stu laty przyroda
stanowiła nieodłączną część zamkniętego kręgu żywota i śmierci, towarzysząc
człowiekowi od rana do nocy w jego codziennych zajęciach. Była zespolona z
"koroną stworzenia" w mocarnym, nierozerwalnym uścisku, jaki dawał
niewątpliwe korzyści obu stronom. Trud opisania tego stanu rzeczy zadał sobie
Autor recenzowanej książki, piszący na początku XX stulecia, jeszcze pod
rosyjskim zaborem. Jak jego dzieło odbiera dzisiejszy czytający?
W końcu nadszedł tak niecierpliwie wyczekiwany przez Ciebie długi weekend. Jutro wypada 11 listopada, więc będziesz mógł trochę się rozluźnić i zająć od dawna zaniedbywanymi osobistymi pasjami. Dziś, jak to często robisz w niedzielę, siedzisz w ulubionej knajpce na lunchu. Gdy więc rozlega się dzwonek telefonu odbierasz go z dużą niechęcią. Ku swojej irytacji dostajesz rozkaz, aby w trybie pilnym stawić się w Hotelu Sheraton, w którym odkryto zwłoki niemieckiego obywatela. Nie rozumiesz, jaki udział w prowadzeniu śledztwa związanego z prozaicznym morderstwem może mieć służba odpowiadająca za ochronę państwa, czyli Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jednak nawet Twój kapitański stopień nie daje prawa do dyskutowania z decyzjami przełożonych, więc niechętnie wstajesz od stolika i wychodzisz na ulicę. Pogoda jest pod psem, leje deszcz, zatem mocniej wciskasz na głowę swój staromodny, „gangsterski” kapelusz. Nie cierpisz używać parasoli, toteż z jego ronda cieknie na Twoje wierzchnie okrycie powiększająca się systematycznie strużka wody. Gdy docierasz na miejsce, z daleka dostrzegasz stojącą przed budynkiem komisarz Ewę Dzik, która na Twój widok pośpiesznie gasi cienkiego papierosa. Razem wsiadacie do windy i wjeżdżacie na szóste piętro. Na korytarzu mijacie policjanta w cywilu i techników obładowanych różnorakim sprzętem. W końcu wchodzicie do apartamentu wynajmowanego przez Georga Telmana. Na środku stoi krzesło z przywiązanym do niego ciałem. Jego stan wskazuje, że do zabójstwa doszło kilka godzin temu. Mężczyzna miał około pięćdziesięciu lat, a na jego twarzy zakrzepła krew spływająca z oczu, uszu i nosa...
„Ponownie weszła do darknetu i zostawiła umówiony znak wykonanego zadania. Teraz musiała czekać. Wkrótce będzie wiedziała, czy Dzień Wolności nadszedł, czy też czeka ich kolejna bitwa.”
Pamięć gubi drogowskazy.
Skrywa za opadającą z każdym przeszłym dniem mgłą zapomnienia wszystko, co wcześniej
wydawało się istotne. Chowa w najgłębsze zakamarki wydarzenia, które stworzyły
Twoją osobę, jeśli były jakkolwiek traumatyczne. Usuwa w cień to, czego
potrzebujesz mniej niż dawniej. I tylko niekiedy, w rzadkich przebłyskach
świadomości, łapiesz się na tym, iż być może istniało coś więcej, co wcale nie
miało się w zapomnieniu znaleźć. Jak jednak odtworzyć to, co zostało w znacznej
części skasowane? Czy naprawdę istniało - a może to tylko jedna z mrzonek,
które raz wtóry sprawiły, że bezksiężycowa, najciemniejsza noc okazała się
bezsenna? Poduszka nie jest dłużej zimna z jednej ni z drugiej strony a koc
wydaje się ważyć tonę, przez co ciężej Ci oddychać. Jeszcze kilka niespokojnych
myśli temu byłaś pewna, że istnieje rzecz, jaką musisz sobie przypomnieć.
Teraz, zaraz, natychmiast, nim skrawki minionego znowu ulecą w niebyt, w którym
znalazły się z jeszcze nieznanej Ci przyczyny. Jutro będzie nowy dzień a Ty jak
zawsze udasz się do ukochanej kwiaciarni zająć tworzeniem strojnych bukietów i
urzekających urodą wieńców. Przycinając łodygi i usuwając kolce róż może tym
razem dojdziesz do wniosku, że ich zapach nie jest naprawdę piękny, bo tak
słodki, iż aż duszący. W powietrzu uniesie się coś jeszcze - woń zagrożenia, strachu
i wyczuwalnie zbliżającego się powrotu… przeszłości. Czegoś, co nie pamięta. A
może Ciebie, która zdecydowała się pamięć zatracić, gdyż tak było łatwiej,
wygodniej; albo pamiętanie oznaczałoby śmierć. Czy jednak lepiej miast żyć
wegetować, kiedy cała ta otoczka dookoła jest tylko li pustą wydmuszką,
wykreowaną dla bezpieczeństwa miałkiego istnienia? Spomiędzy uroczystych
kwiatów, bo dziś znienawidzone przez Ciebie, komercyjne i tandetne Walentynki,
wypada biała kartka. List przeznaczony nie dla Twoich oczu, jak sądzisz lub próbujesz
się łudzić i okłamywać. Było ich więcej. A każda wiadomość sprawiała, że nie
przypomniało Ci się nic, lecz trwało ciężej i straszniej. „Ona wie więcej niż
pamięta” - czernieje tym razem tusz. Kto jest nadawcą?
Będąc na miejscu Hrabiego
Draculi, uchyliłabym wieko swojej wygodnej trumny, następnie wychynęła z
grobowca i zawołała rozpaczliwie w głąb ludzkiego uniwersum: „A cóż zrobiło Wam
moje szlachetne plemię, że jego imieniem nazwaliście najgorszych spośród Was,
najbardziej odrażających zboczeńców, skrzyżowanych z sadystycznymi
wykolejeńcami, czerpiącymi uciechę z dręczenia i makabrycznego mordowania
swoich bliźnich, którzy niczym im nie zawinili? Czyż któryś z nas chłeptał krew
dla samej przyjemności, a nie z potrzeby przetrwania?” Może taka manifestacja
szczerego oburzenia skłoniłaby tych wszystkich, którzy na określenie seryjnych
zabójców używają terminu „wampiry” do zaprzestania tej oburzającej praktyki... 😉 Oczywiście etymologia nazwy jest
stosunkowo łatwa do wyjaśnienia. Jest stosowana do tych spośród zbrodniarzy,
którzy nie tylko dopuszczają się gwałtownego usuwania ludzi z tego świata, ale
dodatkowo pastwią się nad ich ciałami, zarówno za życia, jak i po śmierci.
Czyli do postaci nawet wśród zatwardziałych przestępców na swój sposób
„wyjątkowych”. Najważniejszą role odgrywa tu kojarząca się z „nieumarłymi”
symbolika krwiożerczości i kanibalizmu, często o seksualnym podtekście. Ci
bowiem według wierzeń piją krew ofiar, a czasem także pożerają ich zewnętrzną
powłokę. Bardzo często tak właśnie postępują niektórzy seryjni mordercy.
Wystarczy przywołać przykład tych, którzy działali na terenie Stanów
Zjednoczonych, jakie są ich istną Mekką. Największą „gwiazdą” jest niewątpliwie
Gary Leon Ridgway, który w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych
ubiegłego wieku w Seattle i jego okolicach zamordował 71 kobiet (do tylu się
przyznał), choć według policji było ich przynajmniej dwa razy więcej.
Dopuszczał się także drastycznych czynów wobec ich ciał, nie wyłączając
nekrofilii…
„Seryjni zabójcy seksualni odzwierciedlają szczególnie przerażający rodzaj przestępców, których motywację stanowią głównie perwersyjne potrzeby cielesne.”
„Niewierny” udowadnia, iż
Piotr Żymełka ma niekwestionowany talent. Dotychczas znany z wyśmienicie
napisanych kryminałów retro, tym razem przybywa z w pełni współczesną odsłoną
gatunku - na domiar dobrego udanie skrzyżowaną z thrillerem. (Z uwagi na charakter
tej propozycji literackiej, czuję się w obowiązku przestrzec wszystkich panów -
zaręczam, iż po tej lekturze dwukrotnie zastanowicie się, nim przyjdzie Wam do
głowy skusić się na tak zwany skok w bok - skądinąd słusznie. 😉) O biegłości Autora w halucynacjach
semantycznych świadczy również umiejętne, naprzemienne prowadzenie dwóch linii
narracyjnych - trzecioosobowej, przybliżanej czytelnikowi przez komisarza, jaki
na szczęście bynajmniej nie jest przedstawicielem typowych dla rodzimych powieści
spod ciemnej gwiazdy stróżów prawa oraz pierwszoosobowej, za jaką odpowiada
tytułowy bohater. Niepowielane, podane całkowicie odmienną warstwą językową,
dodają historii niesamowitej wręcz wielowymiarowości oraz ukazują wydarzenia w
dynamiczny sposób. To jedna z tych książek, których zwyczajnie nie sposób
odłożyć przed poznaniem zakończenia, choć dbająca o niewtórną jakość publikacji
Sonia Draga, moje ulubione wydawnictwo, zdążyło już do podobnie niedoścignionego
poziomu przyzwyczaić. Nadzorowane przez policjanta śledztwa nijak nie dominuje
fabuły, a jedynie staje się barwnym tłem teatralnej rozgrywki dla uciekającego
przed sprawiedliwością męża, jaki - męczony kryzysem wieku średniego - połasił
się na wdzięki pewnej pani, mimo rzekomo szczęśliwego pozostawiania od ponad
dekady w zaobrączkowanym stanie i… szybko tego pożałował. Ustaliwszy, iż pewne
części ciała bezpieczniej jednak trzymać na niewłasnym terenie w szczelnie
zapiętych spodniach, walczy z niewidocznym przeciwnikiem, który z sobie tylko
znanych przyczyn, postanowił go wrobić w niejedną zbrodnię… Czas ucieka, zabójczy
przestępca czeka - a gra zaczyna się toczyć o coraz wyższą stawkę. Wszystko to
w otoczeniu przekornie mrocznego humoru z postaciami, jakie mogły opuścić tylko
pełną finezjo-fantazji głowę. Brawo, panie Żymełka - to się robi tak.
RECENZJA PATRONACKA! 🔥
Trzecią powieść, jaką zdecydowałam się w bieżącym roku wziąć pod medialne skrzydła, niezaprzeczalnie można nazwać wyjątkową. Debiutancka książka Autorki tworzącej pod pseudonimem MAESTRIA to bowiem jedna z tych historii, które wyróżniają się pod każdym względem. „Selena. Córka dwóch światów” to zaledwie 233 strony treści… na jakie składają się dwa tomy narracji, przedzielone na domiar dobrego kartami, które charakteryzują najważniejszych bohaterów. Oprócz tego za mistyczną okładką czytelnik znajdzie wprowadzenie do krainy naczelnej postaci - w tym chociażby przedstawienie żyjących w niej ras, z uwagą na wszystkie cechy, jakie je wyróżniają. Unikatowości wielości pomysłów Pisarki dopełnia sama warstwa językowa. Wielokrotnie zakrawająca na poetycką, złożona jest z nader krótkich rozdziałów i ekspresyjnych zdań, które doskonale oddziałują na emocje odbiorcy. Jak sama Maestria informuje, jej literacki „pierwszy raz” to świetny wybór dla każdej osoby, która nie ma zbyt wiele czasu na czytanie lub też nie przepada za długimi i obszernymi tekstami. Jest to novum w realiach polskiej literatury, jakie moim zdaniem rozkocha w sobie każdego nastolatka, lubującego się w fantasy - jednak nie tylko. Urzeknie także tych, jacy z pewnych powodów czują się odrzuceni, wykluczeni i niepasujący do miejsca, w którym przyszło im egzystować, niezależnie od wieku. Właśnie z powodu kreacji tytułowej Seleny zdecydowałam się na objęcie tej opowieści patronatem medialnym. To postać wyklęta, swoisty odmieniec; ktoś, kto nie przystaje do żadnej grupy. Wychowywana wśród ludzi wody, sztuki i poezji, co prawda jest na wskroś wrażliwa, ale jednak nie przejawia cech typowych dla własnego gatunku. Dawno już przestała szukać jakiejkolwiek przystani, w której czułaby się dobrze. Zwyczajnie… jest niewidzialna. W szkole niczym wystrój wnętrza, wśród Akuarystów najczęściej obdarzana strachem z uwagi na bliżej niesprecyzowaną inność. Wszak każdy boi się tego, co mu nieznane… i zaczyna to nienawidzić.
Jak zniszczyć stosunki rodzinne w kilka minut i narobić sobie kłopotów na długie miesiące? Odpowiedź jest prozaiczna i w zasadzie oczywista: odziedziczyć majątek, a konkretnie dom. Zwłaszcza taki, który położony jest w malowniczej miejscowości nad pięknym jeziorem. Nawet przez głowę Ci nie przeszło, że tak właśnie może rozwinąć się sytuacja, choć prawdę mówiąc nigdy ze swoją matką i siostrą nie egzystowałaś w szczególnie zażyły sposób. Pierwsza jest zaborcza i krytykuje wszystko, co robisz. Druga, całkowicie od niej uzależniona, zatraciła osobowość i wściekle zazdrości Ci tego, co osiągnęłaś. W przeciwieństwie do nich, dzięki wyjątkowemu uporowi, prowadzisz stabilną egzystencję. Masz stałego partnera, z którym żyjesz od wielu lat, własne mieszkanie i firmę zajmującą handlem kosmetykami w Internecie. Niby niewiele, ale bardzo dużo wysiłku kosztowało Cię, aby do tego wszystkiego dojść. Z pozoru wygląda to różowo, jednak coraz częściej dostrzegasz, iż na Twój los padają długie cienie. Tymon to mężczyzna po przejściach, a raczej „z odzysku” - i to wielokrotnego. Posiada dwoje dzieci, każde z inną kobietą, a jego „przychówek” nieodmiennie wyprowadza Cię z równowagi roszczeniowością i cechami charakteru. Synalek Grzegorz, choć od siedmiu lat jest dorosły, cały czas zachowuje się jak dziecko i pod względem finansowym żeruje na ojcu bez umiaru, co rusz wyciągając od niego pieniądze na zachcianki. Dwunastoletnia córeczka Sara to istne „diable pacholęcie” - rozwydrzone ponad wszelką miarę i posiadające zdumiewającą umiejętność manipulowania rodzicielem. Nienawidzi Cię z całego serca, z czym zresztą wcale się nie kryje i za każdym razem stara się sprowokować tę wyśnioną awanturę, która trwale Was podzieli. Do tego co chwilę domaga się dodatkowych funduszy, choć ojciec płaci sute alimenty.
Choć ciężko w to uwierzyć,
w całym majestacie mroczności… wciąż przepadam za komediami romantycznymi - i
poszukuję tych, które są w stanie mnie rozbawić, o co doprawdy niełatwo. Wybredna
i zakochana we wszystkim, co złe, okrutne, smutne i depresyjne, dla odmiany
lubię niekiedy odnaleźć uśmiech w nietuzinkowych historiach, jakie mimowolnie podnoszą
kąciki ust ku górze. Z pomocą w tym nieprostym zadaniu po raz wtóry przybyło do
mnie Wydawnictwo Ale - swoisty ewenement, jako że nie ukazała się w nim jeszcze
ani jedna książka, która nie przypadłaby mi do gustu! Kyra Parsi i jej
najnowsza propozycja literacka zatytułowana ujmująco „Jak rozkochać gbura” to -
nie przesadzając - kapitalna opowieść. Nasączona ogromną dozą dobrego humoru, złożona
z wielu pomyłek o nieprzewidywalnych skutkach, lecz przede wszystkim o nader
wartościowym tle. Przedstawieni czytelnikowi przez Autorkę bohaterowie są
wielowymiarowi, przez co pozostają na wskroś prawdziwi. Zamiast papierowych
sylwetek czy pustych osobowości - osoby o ujmującej przeszłości, naznaczone
tragediami czy uparcie dążące do wyznaczonych celów. Nie sposób nie kibicować w
trakcie lektury niemalże wszystkim, co należy uznać za rzadkie zjawisko wśród
podobnych publikacji. Kanadyjska Pisarka to dla mnie duże odkrycie, jako że z
pozornie lekkich narracji tworzy wielowymiarowe historie, w jakich relacje
międzyludzkie czy kreacje rodzinne wciąż pozostają jednym z najważniejszych
elementów. Okrywa to woalem uroku ale i smutku - wszak kiedyś było to na
porządku dziennym, a w dzisiejszych czasach pustki i pustoty należy za to
pochwalić. Druga część serii „Grzeszni miliarderzy” (jakiej wszystkie tomy
można czytać oddzielnie) okazała się nawet lepsza niż pierwsza, przynajmniej w
mojej ocenie. Zabiorę Cię zatem do świata pewnego bardzo nieznośnego bogacza,
który nie wierzy w przeznaczenie, kobiety, jaka kocha miłość i zawodowo zajmuje
się kojarzeniem ludzi w pary, wróżki, cudownej służby oraz definitywnie kapryśnego
i jeszcze bardziej puszystego kota, jakiemu pewnego dnia zamarzy się mieszkać w
pałacu.
Wielu polskich aktorów
marzyło o podboju hollywoodzkiej fabryki snów. Paru było blisko osiągnięcia
tego celu, ale w pełni udało się to tylko jednej osobie - Joannie Pacule.
Zaoceaniczna kariera skromnej dziewczyny z Tomaszowa Lubelskiego ma charakter
stricte bajkowy a jej przebieg stanowi wypadkową niewyobrażalnego wprost
szczęścia, sumy niepozornych przypadków, budzącej zachwyt specyficznej,
słowiańskiej urody, niebywałej pracowitości oraz talentu, którego nawet
najbardziej niechętni nie są w stanie zanegować. W Polsce często darzona jest
niechęcią jako wyniosła i zarozumiała a także zbyt „zamerykanizowana”.
Niektórzy posuwali się nawet do podłych insynuacji, jakoby zrobiła karierę
„poprzez łóżko”, pomimo iż brak na to najmniejszego nawet dowodu. Co
symptomatyczne, nigdy nie brała udziału w żadnym ze skandali, tropionych z taką
lubością przez brukowce, paradoksalnie nie miała też „parcia na szkło”, poza
tym stricte ekranowym. Nie obnażała przed publicznością pikantnych szczegółów życia
osobistego, nie stała się też ani celebrytką, ani „gwiazdą”, a sam ten status
uważała za „coś okropnego”. Nie pozwoliła, aby mamidło blichtru i próżnej sławy
zepsuło jej charakter, co nader wydatnie udowadnia siłę jej magnetycznej
osobowości. Tej, która tak naprawdę stanowiła podwalinę sukcesu, jaki stał się
udziałem aktorki o polskim pochodzeniu i sercu. Drwiono, iż grała w filmach
klasy B, ale czy dla dziewczyny ze wschodniej Europy, której położenia wielu
jej amerykańskich przyjaciół nawet nie znało, bramy do kariery największego
formatu były do końca otwarte? Stugębna plotka wieszczy, że złamała ją u samego
progu, wdając się w romans z Hawkiem Winchelem Kochem Jr., mężczyzną żonatym i
„dzieciatym”, co na tyle rozzłościło „damy Hollywood”, że te poprzysięgły, iż
upojnego sukcesu nigdy nie osiągnie. Jak zwykle w takich wypadkach, ziarnko
prawdy wydaje się w tej nieprawdopodobnej historii aż nadto namacalne...
To pierwsza książka, jaką napisała moja ulubiona polska Autorka - Katarzyna Hewa, ale czwarta spod jej pióra, którą miałam okazję przeczytać - jako że Pisarka zdecydowała się wydać stworzoną przez siebie historię współczesną po trzech powieściach historycznych, co to dołączyły do zaszczytnego grona mych ulubieńców. „Małe wstrząsy” nie urzekają akcją toczącą się kilka wieków wstecz - osadzone w teraźniejszości, zabierają czytelnika na niewielką wioskę, pełną mieszkańców, jacy każdego dnia doświadczają niewielkich kolapsów, mających moc zachwiać całym znanym im dotychczas światem. Pierwsze jedynie wzruszają jego posady i powodują mikroskopijne pęknięcia. Następne poszerzają rysy i potęgują narastającą niestabilność rzeczywistości. Ostatnie staną się przyczyną upadku - runie wszystko, co dotychczas uważane było za pewne… Jako wierny fan Mistrzyni Słów, dostrzegam pewne podobieństwo między całością jej twórczości: silna bohaterka o talencie do popadania w tarapaty, niedoceniona przez absolutnie nikogo, traktująca odmowę jako wyzwanie i wrzucona w wir szaleństw we wrogim jej otoczeniu. Naprzeciwko niej wyniosły mężczyzna o gołębim sercu - najczęściej ukrywający dobre intencje pod płaszczem oschłości zimnego serca. Co uśmiecha najbardziej, Hewa nie skupia fabuły na relacji romantycznej, choć w istocie - tak jak i w moim mniemaniu ta - wszystkie opowieści są tak naprawdę o miłości. Możliwa sympatia pomiędzy naczelnymi postaciami jest tylko fragmentem narracji - i stanowi tło dla wielowymiarowości pozostałych sylwetek. Tym razem: na wskroś oryginalnie o pewnym narcyzie - rzadko spotykanym w rodzimej literaturze, jako że w osobie babci. I jeśli myślałby kto, iż chodzi o wiejską babuleńkę w kwiecistej chuście, to bardzo by się pomylił. Wyobraź sobie raczej szukającego wszędzie korzyści, potwora-przedsiębiorcę w eleganckiej spódnicy, stukającego laską, któremu obce są jakiekolwiek uczucia, za to znane i poważane kolokacje, konwenanse i korzyści. Tak oto do akcji wkraczają: Barbara i jej wnuczka Lara, zesłana z emigracji… do piekła.
Gdy wysyłano Cię na tę
niewielką wyspę, wrogowie zacierali ręce - licząc, że zupełnie na niej
zgnuśniejesz. A tymczasem piękna Catalina, mekka dla turystów, którzy tłumnie
przybywają na nią jachtami i statkami pasażerskimi, dała Ci drugie życie. I za
nic nie zamieniłbyś go na rozgardiasz Los Angeles, jakim do niedawna tak się
zachwycałeś. W ten sposób intrygi, które wypchnęły Cię z Wydziału Zabójstw
wielkiego miasta i przekształciły w prowincjonalnego gliniarza, niespodziewanie
obróciły się na Twoją korzyść. Nie masz tu zbyt wiele roboty, a najpoważniejszymi
sprawami, jakie się trafiają, są akty wandalizmu, drobne kradzieże oraz
nieustanne zakłócenia porządku publicznego, najczęściej przybierające postać
pijackich burd, wszczynanych przez podchmielonych wycieczkowiczów. Co ciekawe,
z lotu ptaka wyspa ma kształt znaku nieskończoności, co bierzesz za dobrą
wróżbę, przemawiającą za tym, iż nigdy jej nie opuścisz. Odnalazłeś tu spokój
ducha i równowagę psychiczną, nadwątloną wydarzeniami w byłej jednostce i co
najważniejsze - miłość. Tash jest młodsza o osiem lat i stanowi dla Ciebie ideał
urody. Energiczna, szczupła i zalotna, o kruczoczarnych włosach i takiej samej
barwy oczach, od razu zwróciła Twoją uwagę. Początkowo podchodziłeś do niej z
rezerwą, obawiając się, że różnica wieku jest zbyt wielka, byście znaleźli
wspólny język. Ale szybko się przekonałeś, że nadajecie na tej samej fali. Na
razie mieszkacie osobno, lecz Wasz związek nabrał już takich rumieńców, że z
pewnością wkrótce to się zmieni. Kobieta jest zastępcą kapitana portu, zatem
bardzo często kieruje ruchem jednostek pływających chcących zacumować w
imponującej marinie, która może pomieścić ich aż kilkaset. Z tego względu masz
z nią częsty kontakt służbowy, ale starcie się nie afiszować ze swoją relacją,
choć i tak wszyscy ją dostrzegają.
Musisz nareszcie rozliczyć
się z przeszłością, choć bynajmniej tego nie chcesz. Położony nad jeziorem dom,
który odziedziczyłaś po zmarłej mamie to miejsce, z jakim masz ostatnie ze
szczęśliwych wspomnień z dzieciństwa. Wtedy jeszcze było Was troje - Ty oraz
rodzice. Uśmiechnięci na zdjęciu, objęci, niewiedzący wówczas, że za chwilę
cały świat runie w gruzach. Kiedy miałaś zaledwie osiem lat ze szczerbatej i
gotowej na wszystko ośmiolatki musiałaś stać się niemalże dorosła. Matka zmarła,
rodząc Twoją młodszą siostrę Holly. Tego dnia trupem za życia zaczął być także
Twój ojciec, który - zamiast się Wami opiekować - pogrążył się w powolnej,
wyniszczającej degrengoladzie, nasączonej coraz większą liczbą używek. Z ukochanego
domku nad wodą przenieśliście się do cokolwiek nieciekawego mieszkania, z jakim
właśnie udało Ci się pożegnać - jako że tata finalnie doprowadził się do
śmierci. Nie wspominasz tego lokum dobrze, zatem potrwało to tylko chwilę. Masz
jednak świadomość, że przed Tobą o wiele trudniejsze zadanie. Opróżnienie całkiem
sporej wilii po matce, w jakiej nie byłaś zresztą od półtorej dekady, niesie za
sobą ogromny ładunek emocjonalny. Nie wiesz, czy udałoby Ci się pojechać tam
samej, zatem postanowiłaś poprosić o pomoc najbliższych. Towarzyszy Ci Liam -
ukochany chłopak, który jawi Ci się niczym anioł, co to postanowił zmaterializować
się w Twoim życiu. Wciąż powtarzasz sobie, iż jest dla Ciebie o wiele za dobry
i że z pewnością opuściłby Cię, gdyby poznał Twoje najmroczniejsze sekrety,
zatem starasz się robić wszystko, by trzymać własne demony w ukryciu. Jedzie z
Wami również jego siostra bliźniczka, z jaką udało Ci się zakumplować oraz
Twoja wieloletnia przyjaciółka Brooks. Co z kolei Cię nie cieszy, ma do Was dołączyć
także jej chłopak, przemocowiec, tyran i narcyz, jakiego najchętniej
skasowałabyś z jej życia. W miejscu przeznaczenia okaże się jednak, że dom jest
o wiele bardziej zrujnowany niż sądziłaś - i są tam dwie dodatkowe osoby…
Choć starasz się nie
dopuszczać owej myśli do siebie, w głębi duszy wiesz, że w znacznym stopniu
ponosisz odpowiedzialność za śmierć tej dziewczyny. Rozmawiałeś z nią jeszcze
parę godzin temu, a teraz patrzysz na jej przywiązane do drzewa, nagie zwłoki z
poderżniętym gardłem. Od początku czułeś, ze coś jest nie tak. Miałeś niejasne
przeczucie, że Klaudia Piekarz prowadzi własną grę, jednak nie zdołałeś
odgadnąć jej zasad. Twój współpracownik, programista Mufin, przeprowadził
wcześniej research w Sieci - zarówno jej osoby, jak i ewentualnych powiązań,
ale nie znalazł niczego istotnego. Teraz już wiesz, że nie przyłożył się
należycie do wykonania zadania. Policzysz się z nim później, na razie nie masz
do tego głowy. Gorzko myślisz, że nigdy nie posuwałeś się zatrudniania testerek
wierności, choć w zawodzie prywatnego detektywa stanowią one bardzo przydatne
narzędzie. Jednak to sprzeczne z Twoimi zasadami. Uważasz tę profesję za
głęboko niemoralną i wiodącą ludzi na manowce - rodzi konsekwencje, jakich
nigdy tak naprawdę nie chcieliby osiągnąć a tym bardziej oglądać. Ten raz
zrobiłeś wyjątek, zresztą studentka psychologii, nowy współpracownik, wcale nie
miała dokonać uwiedzenia, ale spróbować wydostać z Tymoteusza Rudzińskiego
jakiekolwiek przydatne informacje, dzięki którym będziesz w stanie znaleźć na
niego haki i dotrzeć do głęboko ukrytych relacji. Wcześniej zjawiła się u
Ciebie żona mężczyzny i zleciła jego śledzenie. Podejrzewała, że dokonuje
licznych zdrad, w czym zresztą wcale się nie myliła. Jednak potem zerwała
kontakt. Twój „obiekt” to bogaty deweloper, który stał się potentatem na
miejscowym rynku nieruchomości. Pojawił się znikąd, zaczął sypać gotówką i
wykosił całą konkurencję. Jesteś przekonany, że ma powiązania z Czarnym Domem -
piekielną organizacją, która trzęsie całym Beskidem Żywieckim.
Psychofanka powraca - z
recenzją najnowszego dzieła Eseisty Śmierci… a może Reportażysty Sztuki
Umierania. Zafascynowany ars moriendi Max Czornyj o duszy równie starej i
zwichrowanej co moja własna, sprezentował czytelnikom propozycję literacką,
jakiej w tym kształcie niewątpliwie jeszcze nie było. „Śmierciologia” to bowiem
swoiste kompendium mroczności, które wiedzie w świat życia i odchodzenia -
wyprawa poprzez meandry kryminalistyki, szeroko pojętą sztukę oraz zagadki
medycyny, z jakiej odbiorca wraca całkowicie odmieniony. Nakarmiony cienistą
wiedzą iście zabójczych ciekawostek, przewróciwszy ostatnią stronę wyjątkowej
książki, z pewnością niespokojnie obejrzy się za ramię, chcąc się upewnić, które
demony czyhają na jego duszę. Czerniejącą, odrobinę zbrukaną - jednak przede
wszystkim wciąż powierzającą swoje odłamki myślom, jakie wciąż, dzięki
Pisarzowi, błądzą po krainie już nieżyjących albo właśnie zmierzających tam,
gdzie sam Lucyfer mówi dobranoc… Do miejsca, które na przestrzeni lat stało mi
się doskonale znane; w jakim bytuję wręcz z psychopatyczną z przyjemnością,
lubując się w przebywaniu na granicy rzeczywistości mroku i światła. Zanim jednak
istnienie irracjonalnie szalonej jaźni uda się na wieczny spoczynek, zapraszam
Cię do odbycia niewtórnej przygody. Za spisem treści czy też raczej autorskich
- rzeczy: „Ze śmiertelną powagą” rzec musisz: „Słowo daję, pan Andersen tylko
wygląda na martwego”. Zapytasz później: „Co mi powiesz, ścięta głowo?” oraz „Którego
konia dosiada śmierć i czy to ona na pewno”, trwając jeszcze przez chwilę w
fazie wyparcia, bo ostatnia odchodzi nadzieja, że to nie moment Twojego
odejścia. Dowiesz się, „Jak umierali ludzie” oraz zaczniesz roztrząsać „Jak
naprawdę zatryumfować nad nieuniknionym”, zauważając, iż jedno w człowieku pozostaje
niezmienne: chęć zaczerpnięcia kilku płytkich oddechów, zanim powieki zamkną
się na zawsze w nieutulonym żalu niezrealizowanego. Ustalisz także po raz wtóry,
iż „Kiedy maszyna przestaje działać, pokrywa ją rdza”…
Zamiast dnia takiego jak
wszystkie inne - początek huraganu, który zdemoluje Twoje uładzone życie. Nigdy
byś nie przypuścił, że zetkniesz się z siłami, jakie ze swej natury skrywają
się za maskami pozorów, spowite tajemnicami nieprzeniknionymi dla zwykłych
śmiertelników. Gra wywiadów, akronimy CIA czy ABW... to wszystko znałeś jedynie
z filmów i sensacyjnej literatury, a tymczasem stałeś się częścią gry, w której
ludzkie życie nie ma znaczenia. Jak zwykle to bywa, brzemienny w wydarzenia
poranek zaczyna się całkowicie niewinnie, obleczony w zwyczajną, szarą rutynę.
Już o siódmej wyprowadzasz na spacer psa - piękną wyżlicę weimarską, prezent od
siostry na pięćdziesiąte urodziny. Ostatnim, jaki od niej dostałeś. Wkrótce
potem Eliza i jej mąż, Estończyk Esben Koppel ponieśli śmierć, gdy ich jacht
znajdujący się w drodze do Tallina przewrócił niespodziewany, gwałtowny poryw
wiatru. Bardzo to przeżyłeś, byliście bowiem nie tylko zżyci, ale też wiele jej
zawdzięczałeś. To ona wymusiła na Tobie rezygnację z kariery w żandarmerii
wojskowej, a następnie wymogła, byś skończył aplikację i dołączył do założonej
przez nią kancelarii adwokackiej. Prowadzisz ją do dzisiaj z wieloma sukcesami,
dzięki którym szyld „Koppel i Szczerzec” zdobył spore poważanie i renomę. Po
trzygodzinnej przechadzce przekraczasz próg biura, jak zwykle od razu wypytując
o stan bieżących spraw. Prosisz sekretarkę o podanie kawy i rozsiadasz w
wygodnym fotelu, stojącym w zajmowanym gabinecie a pies posłusznie mości się w
legowisku. Zanim udaje Ci się przystąpić do ułożenia planu dnia, rozdzwania się
telefon. Ze zdziwieniem spostrzegasz, że
dobija się do Ciebie znajomy, z którym w zasadzie nie utrzymujesz bliższych
kontaktów…
Joanna Gracjasz stworzyła
jedną z książek, jakich nie czyta się jedynie dla samej historii, a przede
wszystkim dla poznania prawdy. Takiej, jaka uwiera niczym przysłowiowy kamyk w
bucie i zostawia po sobie ślad głębszy od fabuły. „Tajemnica
zawodowa” to zbiór opowiadań, który nie jest literackim popisem czy bezpieczną
opowieścią o szkolnej rzeczywistości. To raczej zapis doświadczeń, emocji i
sytuacji, które wydarzyły się naprawdę lub mogły się wydarzyć na znanych
każdemu korytarzach… Ich ciężar nie wynika z dramatycznych zwrotów akcji, tylko
z autentyczności. Już we wstępie Autorka zaznacza wprost, że to narracje
inspirowane rzeczywistością i próba oddania emocji tych, którzy często
pozostają niewidoczni, choć funkcjonują tuż obok - w systemie edukacji, co to z
zewnątrz wydaje się uporządkowany, a od środka bywa miejscem cichych dramatów,
jakie rozgrywają się każdego dnia.
Najsilniej oddziałuje na
mnie opowiadanie „Granica” - studium relacji między nauczycielką a uczennicą i
jednocześnie opowieść o tym, jak łatwo przekroczyć niewidzialną linię
oddzielającą pomoc od uzależnienia emocjonalnego. Anna to nauczycielka z
powołania - ktoś, kto naprawdę wierzy, że może zmienić czyjeś życie; iż
odpowiednie wsparcie potrafi wyrwać człowieka z najgorszego miejsca. Marta jest
z kolei dziewczyną zagubioną, zamkniętą w sobie, funkcjonującą w świecie, w
którym nie ma stabilności ani zainteresowania ze strony rodziców a szkoła staje
się jej przestrzenią obcą i przytłaczającą. Jej problemy z nauką, wagary, brak
zaangażowania nie są bynajmniej lenistwem, tylko konsekwencją głębszego chaosu,
w którym żyje. I w jakim tak łatwo przecież się pogrążyć… Pisarka nader celnie
ukazuje cały proces kształtowania się i przekształcania relacji - nie sam punkt
kulminacyjny. Anna zaczyna od drobnych gestów, dodatkowych zajęć, rozmów, prób
zrozumienia. Stopniowo wchodzi coraz głębiej w życie Marty, poświęca swój czas,
energię a w końcu także siebie. I właśnie w tym miejscu pojawia się coś, co
czyni tę historię tak… wyjątkową i zarazem niepokojącą. Pomoc przestaje być
wsparciem, a zmienia się w potrzebę. Anna zaczyna definiować siebie przez to,
czy jest w stanie uratować dziewczynę. Marta natomiast uczy się tej znajomości
w sposób, który jest jej najbliższy, czyli przez manipulację, kontrolę i
testowanie granic. Jej zachowania eskalują - od wagarów, przez kłamstwa, aż po
kradzieże i szantaż emocjonalny wobec rówieśników, co nie jest przedstawione
jako nagła transformacja, ale jako naturalna konsekwencja środowiska i
mechanizmów, które wcześniej się w niej ukształtowały. Najbardziej bolesny
moment tej historii nie polega jednak na tym, co robi Marta, ale na tym, jak
świat reaguje na Annę. Jej zaangażowanie zostaje podważone, jej działania
odczytane jako przekroczenie granic a matka dziewczyny obraca sytuację
przeciwko niej, oskarżając ją o niewłaściwe zachowanie i brak kompetencji. W
tym jednym punkcie cała konstrukcja, którą Anna budowała miesiącami, zaczyna
się rozpadać. I to nie jest dramat w stylu literackim, to jest coś znacznie
bardziej realnego, moment, w którym człowiek zaczyna wątpić nie tylko w swoje
decyzje, ale w sens tego, co robi… Jakże doskonale mi zresztą znany. Kulminacją
tej historii nie jest jednak konflikt, ale konsekwencje. Wyczerpanie,
emocjonalne wypalenie i w końcu diagnoza choroby, która nie pojawia się jako
przypadek, tylko jako efekt nagromadzonego stresu, napięcia i ignorowania
własnych granic. Scena, w której Anna zostaje sama z tą informacją, jest jedną
z najmocniejszych w całym zbiorze, jako że nie opiera się na dramatycznych
środkach, tylko na ciszy, na załamaniu i na świadomości, że człowiek, który
próbował ratować innych, zapomniał o sobie…
Drugie opowiadanie, które
szczególnie zostaje w mojej głowie, czyli „Wrony”, działa inaczej, ale równie druzgocąco.
Tutaj nie ma jednej relacji, która się rozpada, tylko cały system, jaki powoli
niszczy jednostkę. Maria jest nauczycielką pełną pasji - kreatywną,
zaangażowaną, taką, która naprawdę chce uczyć inaczej, głębiej, bardziej
świadomie. Jej podejście stoi jednak w sprzeczności z rzeczywistością szkoły, w
której liczą się wyniki, dokumentacja i podporządkowanie zasadom. To
opowiadanie pokazuje coś, co rzadko jest nazywane wprost, czyli systemowe
wypalenie, które nie rodzi się z jednego wydarzenia, tylko z ciągłego nacisku,
braku wsparcia i poczucia, że to, co robisz, nie ma znaczenia. Maria stopniowo
traci energię, sens a w końcu także siebie. Autorka bardzo precyzyjnie opisuje
narastające lęki, napięcie, problemy ze snem, izolację i poczucie osamotnienia,
które nie wynikają z braku ludzi wokół, tylko z niezrozumienia. Relacje w pracy
się zmieniają, wsparcie znika a ona sama zaczyna funkcjonować jak cień - obecna
fizycznie, ale coraz bardziej wycofana psychicznie. Ten tekst nie potrzebuje
wielkich zwrotów akcji, bo jego siła tkwi w powtarzalności, w monotonii, w tym,
jak dzień po dniu coś w człowieku gaśnie… Czy bezpowrotnie?
Styl całego zbioru opowiadań jest spójny i podporządkowany emocjom. Nie ma tu przesadnej stylizacji ani literackiego nadmiaru. Jest prostota, która momentami boli bardziej niż najbardziej poetyckie zdania, bo nie daje czytelnikowi dystansu. To książka, którą się nie tyle czyta, co przechodzi przez każdą z akcji razem z bohaterami, czując ich zmęczenie, frustrację i bezsilność. Smutek… i reminiscencje prywatne. „Tajemnica zawodowa” to nie jest tom treści o szkole. To teksty o ludziach zamkniętych w systemie, o granicach, które się zacierają, o pomocy, która potrafi zniszczyć, i o tym, jak łatwo zatracić i potracić siebie, kiedy za wszelką cenę próbuje się uratować kogoś innego. Nie daje pocieszenia ani nie ofiarowuje czytelnikowi łatwych odpowiedzi. Prezentuje mu za to coś znacznie cenniejszego - świadomość. Poza tym, jestem pewna, iż po lekturze także i Ty pozostaniesz z powracającym raz i co rusz pytaniem: ile z siebie ofiarujesz, nim Cię zabraknie… i w imię czego właściwie?
Sagi rodzinne to opowieści złożone z wartości - jakże potrzebne w pędzącym dzisiaj coraz szybciej świecie, w jakim relacje z bliskimi często są odsuwane na dalszy plan. Wykreowane wielowymiarowo i napisane w uśmiechający sposób, gwarantują doskonałą rozrywkę i relaks, tak niezbędny po kolejnym trudnym dniu. Jeśli ich bohaterowie są zarysowani wielobarwnie i prezentują sobą i własnymi wyborami pewien starodawny urok, tym większa przyjemność z poznawania ich losów. Dokładnie takich znalazłam za przywołującą wiosnę okładką powieści „Jesteście tylko przyjaciółmi?” - pierwszego tomu serii „Rodzina Tylczyńskich” autorstwa Moniki Klary Krajniak. Choć najczęściej przebywam w mrocznych książkowych rzeczywistościach, tego rodzaju odprężające narracje są dla mnie dobrą odskocznią. Lekką, pozwalającą odpocząć skołatanym nerwom i uciekającym wiecznie w rozbieżnych kierunkach myślom, a przy tym pełną… nadziei. Autorka debiutuje pozytywną, skupioną na rodzinie, więzach oraz przyjaźniach fabułą, którą w takim kształcie niestety rzadko obecnie można znaleźć w rodzimej prozie. Niezepsutą, skoncentrowaną na najważniejszych wartościach - a do tego podaną estetyczną warstwą językową. Podobną codzienności, w pełni realistyczną, a jednak ma się wrażenie, że przenoszącą równocześnie w minione czasy. Przyznaję, iż poznawszy 367 stron historii Pisarki w jeden wieczór, nie mogę się doczekać, aby się przekonać, jak potoczą się dalsze perypetie wielodzietnej rodziny Tylczyńskich, której członków zdążyłam polubić niemalże bez wyjątku od pierwszego rozdziału opowieści. Oto gawęda, jaka otula - zabiera do krainy pewnej przyjaźni, z której być może wyniknie coś więcej… W małej wiosce Dąbrowa żyje bowiem dwójka młodych ludzi, jacy od dziecka pozostają nierozłączni i wiedzą o sobie niemalże wszystko. Przed jednym z nich otwierają się jednak bramy dorosłości - czas studiów i wolności, którymi to niestety można się szybko zachłysnąć i zapomnieć o wszystkim, co kiedyś było nader ważne… Choć może relacje na całe życie przezwyciężą chwilową fascynację nieznanym?
Główna bohaterka powieści „Piekielna
osiemnastka” ma na imię Julka… i w tak wielkim stopniu jest mną, że chyba
powinnam podejrzewać Autorkę o rzeczywiste konszachty z diabłem. Każdą kolejną
stronę tego naznaczonego wątkami paranormalnymi thrillera czytałam z wręcz
makiawelicznym uśmiechem, jako że w literaturze nie trafiłam jeszcze na postać,
która miałaby ze mną tak wiele wspólnego. Julia ubiera się jedynie na czarno -
nie uznaje innych kolorów a jej stylizacje należałoby określić mianem mrocznie
rockowych. Uwielbia słuchać muzyki i ma do niej niesamowitą pamięć. Jeśli raz
wpadnie jej w ucho jakiś utwór, jest w stanie odtworzyć go z głowy. Za najciekawszą
spośród jej umiejętności uznaję natomiast niezwykłą smykałkę do języków obcych.
Uczy się ich z ogromną łatwością, najwięcej czerpiąc z tłumaczeń tekstów, które
niekiedy… jakoby same materializują się w jej jaźni. To natomiast wprawia w
konsternację nauczycieli, jacy za wszelką cenę usiłują udowodnić jej próbę oszustwa
czy niewiedzę - i irytują się niezmiernie za każdym razem, gdy okazuje się to niemożliwe.
Pozornie nie uważa na lekcjach, lecz mimo tego potrafi odpowiedzieć bezbłędnie
na wszystkie pytania belfrów. Nie musi spędzać licznych godzin na nauce jak
reszta jej rówieśników - co dla wykładających niemiecki lub angielski jest na
tyle podejrzane, że podczas zajęć niemalże zatruwają życie dziewczyny zagadnieniami
wykraczającymi ponad podstawę programową. Wydawać by się mogło, iż tego rodzaju
książkowy wątek jest mało realistyczny - jednak, kto chodził do mojego
prestiżowego z nazwy liceum, ten w cyrku się nie śmieje, chyba, że przez łzy. 😉 Zaręczam, zdarzają się i historie, o
jakich filozofom się nie śniło, a co dopiero jednostkom innym niż przeciętne.
Julka jest na domiar dla niej złego odmienna niż reszta - a przy tym wychowuje
się w małej wiosce, w jakiej niczego nie da się utrzymać w tajemnicy. Jako
jedyna nieochrzczona, pozostaje także szkolnym wyrzutkiem, za przyjaciółkę
mając tylko wyklętą dziewczynę. Cóż… tak bohaterka jest mną, jak i ja jestem
nią. Wielce.
Opowiadania nie należą do
łatwej formy literackiej, wszak przy użyciu niedużej ilości słów ich autor musi
wyrazić bardzo wiele, jeśli mają być uznane za udane. Z drugiej strony, to
właśnie one uważane są za oddające w pełni kunszt, jakim dysponuje pisarz. Sama
najbardziej lubię historie spowite ulotną mgiełką ezoteryki, które przemawiają
do tej cząstki duszy, jaka doskonale wie, że - cytując Hamleta: „świat jest
pełen tajemnic, zjawisk i niezwykłości, których ludzki rozum, nauka czy
filozofia nie są w stanie pojąć lub przewidzieć”. Która przyjmuje, że Mickiewiczowskie:
„czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko” jest w
pełni zasadne, ponieważ to, co
transcedentalne, stanowi immanentną część ludzkiego świata i świadomości. A
także wyobraźni, która często zabiera człowieczą istotę w podróż po tym,
czego nie da się przeniknąć rozumem a
tym bardziej namacalnie dotknąć. Niewątpliwymi mistrzami tego rodzaju opowiadań
byli Edgar Allan Poe oraz H. P. Lovecratft, którzy wyznaczyli ich niedościgły
wzorzec. Wykreowana w ich dziełach atmosfera, pełna niepewności i przeszyta na
wskroś tajemniczością, niejednokrotnie balansuje na granicy jawy i snu, a także
racjonalności i szaleństwa. Nie tylko zachwyca, ale i daje poczucie obcowania z
niewytłumaczalnym, które przez szeroko otwarte odrzwia imaginacji zyskuje
dostęp do samego serca, by już nigdy z niego nie ustąpić. Gatunek ten na ogół
stanowi emocjonalne połączenie fantastyki, science-fiction, ludowych wierzeń, i
horroru, czerpiąc pełnymi garściami z gotyckiej tradycji. Ujęty w odpowiednio
obrazowo przedstawione wydarzenia, zawsze pozostawia po sobie niezapomniane
wrażenie. Udowadnia to recenzowany zbiór opowiadań.
„Trzymani przez nich za
ręce, powoli wkraczamy do Krainy Cieni - tam, gdzie kończą się wszystkie
ludzkie ścieżki.”
Zdanie zamykające ostatnie
z opowiadań doskonale oddaje klimat utworów Pisarki, do których przeniosę Cię
właśnie teraz.
Pięknie mroczna wyklejka,
zaczernione pierwsze strony rozdziałów, pełne zwracających uwagę grafik, rysunkowe
ilustracje oraz elegancka okładka z literami, które skrzą się odcieniem fuksji
- właśnie w tak estetycznym wydaniu Iwona Feldmann sprezentowała czytelnikom
pierwszy tom serii „Wakacje z szefem” o podtytule „Rosy”, wziętym od imienia
głównej bohaterki. Jako miłośnik wizualizacji, muszę stwierdzić, iż tego
rodzaju spójność jest więcej niż mile widziana. Z pewnością wszelkie fanki
historii romantycznych przyznają mi rację - wszak opowieści o relacjach dobrze
jest okrasić odpowiednio przyciągającą wzrok warstwą optyczną! Wystarczy jednak
o zaletach, które można dostrzec na pierwszy rzut oka, bo przecież w każdej
książce, mimo wszystko najważniejsza jest treść. W tę standardowo wprowadzę Cię
w recenzji - zwichrowanej halucynacji semantycznej, która zaprosi Cię do
odbycia pewnej nieplanowanej podróży z mężczyzną, jakiego do tej pory znałaś
tylko z firmowych zebrań, niemiłych rozmów i eleganckich korytarzy. Choć pracujesz
dla Cartera Bellamy od ponad sześciu lat, dotychczas nie miałaś o nim
najlepszego zdania. I trudno Ci się dziwić - w końcu wyniosła pyszałkowatość
młodego i nieprzyzwoicie przystojnego miliardera raczej nie są cechami, jakich
inteligentna kobieta, utalentowany analityk finansowy, może poszukiwać u
mężczyzny. Jak to jednak często bywa, w każdej grze karty zmieniają się co
rozdanie - i potrafią tak nagle, co niespodziewanie odwrócić passę. Tymczasowa
nieobecność zarządzającego Twoim działem przyjaciela sprawi, że już niedługo będziesz
miała okazję pracować dla samego prezesa i poznać go znacznie lepiej niż do tej
pory. Ogarnięta prywatnymi problemami z pogarszającym się stanem matki na
czele, wcale nie potrzebowałaś akurat teraz nowych wyzwań. Nikt jednak nie
pytał o Twoje chęci, a raczej z ironicznie uniesionym kącikiem pięknie
wykrojonych ust stwierdził, że przed Tobą delegacja do Kalifornii. Tyleż słonecznej,
co gorącej - i to niekoniecznie za sprawą samej pogody…
Napisanie powieści z wątkami dla dorosłych czytelników nie jest prostym zadaniem. Jeśli ma być czymś więcej niż tylko przedstawieniem czysto fizycznej relacji pomiędzy bohaterami, trzeba dodatkowo zadbać o wiele istotnych kwestii. W mojej ocenie przede wszystkim same postaci nie mogą być płaskie - a tak skonstruowane, by czytelnik chciał się dowiedzieć, co się pomiędzy nimi wydarzy. Otoczone odpowiednimi przeżyciami i okraszone właściwą dawką charakterystycznych cech, zdecydowanie zachęcą odbiorcę do poznania swoich losów. Jeśli autor zdecyduje się nadać im inteligentnego poczucia humoru - tym lepiej. Poza tym uważam, że rzadko kiedy w literaturze wywodzącej się z romansu teatr dwóch aktorów, czyli naczelnych sylwetek, okazuje się wystarczający. Doskonale zatem, jeśli dodatkowo wprowadzi się do narracji wątki rodzinne czy powiązane z przyjaciółmi. Czym barwniejsze, tym ciekawsze okazuje się książkowe tło - wszak jego wielowątkowość zawsze jest zaletą. Jeżeli są wartościowe - zaczynam uśmiechać się, tym razem nie makiawelicznie, jeszcze szerzej. Pewien ewenement, ponieważ podczas lektury „Dalii” Patrycji Dzień poczułam się nader zachęcona do jak najszybszego poznania dalszych stron historii już po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron. Główna bohaterka, pisarka Maria jest bowiem tak przykuwającą uwagę osobą, że niemalże od razu kradnie serce odbiorcy nader nietypową kreacją. Choć na co dzień tworzy udane fabuły fantasy, tym razem staje przed nią zupełnie inne wyzwanie: napisać erotyk. Początkowo narzeka na ten pomysł, kierując skargi do psa malamuta, który jest absolutnie uroczym towarzyszem, ale - jak to ma w zwyczaju, decyduje się na spróbowanie sił w nieznanym gatunku. Po krótkim ochłonięciu w przydomowym warsztacie, w jakim produkuje na zamówienie oryginalne, drewniane wyroby, zgadza się na cokolwiek szalony pomysł wydawcy - i odwiedziny pewnego klubu, który ma jej posłużyć za inspirację. I tu cały galimatias dopiero się rozpoczyna… Może bezpieczniej byłoby zostać przy fantastyce? 😉
.jpg)
.jpg)







.png)

