Dzisiaj otworzyłaś kolejny
rozdział w życiu. Odprowadzając syna na dworzec z trudem się uśmiechasz i udajesz,
że nie jest Ci smutno. Chłopak rozpoczyna studia w Gdyni i musisz pogodzić się
z tym, że na długi czas opuszcza rodzinne gniazdo. Pozostaniesz w nim sama, do
czego zupełnie nie jesteś przyzwyczajona. Z jednej strony cieszysz się, że
realizuje ambitną drogę życiową. Z drugiej - zdajesz sobie sprawę, iż odtąd
będą witały Cię w domu jedynie cztery ściany. Zaledwie pół roku temu wzięłaś
rozwód z człowiekiem, który bardziej cenił alkohol niż Ciebie a co gorsza
stawał się po nim agresywnym zwierzęciem i posuwał do rękoczynów. Na szczęście się
od niego uwolniłaś, choć nie umiesz się pozbyć przejmującego lęku, że nie da Ci
spokoju. Wprawdzie od zapadnięcia wyroku nie masz z Darkiem kontaktu, jednak
dręczy Cię przekonanie, że ten czeka tylko na okazję, aby zemścić się za to, że
jego „własność” w końcu się zbuntowała. I wcale się nie mylisz. Gdy nadchodzą
święta Bożego Narodzenia, odpuszczasz ubieranie choinki - uznajesz, że dla
samej siebie nie warto tego robić. Wieczorem nalewasz lampkę wina dla
rozluźnienia i zabierasz się do pracy. Jesteś zatrudniona w biurze
architektonicznym i zajmujesz się sporządzaniem projektów domów oraz aranżacją
wnętrz. Bardzo lubisz to zajęcie i wykonujesz je z prawdziwą pasją, więc czas,
jaki przy nim spędzasz, sprawia Ci przyjemność. Ledwie zdążyłaś włączyć
laptopa, gdy słyszysz dzwonek. Machinalnie otwierasz drzwi wejściowe, nie
zastanawiając się kogo za nimi ujrzysz. Chwilę potem serce podchodzi Ci do
gardła, gdyż przed Tobą stoi były mąż, w dodatku wyglądający niezwykle
niechlujnie. Jest brudny i jak zwykle agresywny, a także śmierdzi procentami.
Dawno, dawno temu - a może wcale w tak odległych czasach - za siedmioma górami i wieloma lasami… choć niekoniecznie tak daleko, w śnieżnej Krainie Legend żyła sobie Bajarka, która opowiadała historie z morałem, nader przystające do gustu niejakiej Thrillerly. Słowami skreślonymi przez Joannę Kurek, tworzyła baśnie utkane ze smutków i tragedii, w których jednak, co kochającej łamanie bajkowych konwencji Julii niekoniecznie już tak się podobało, zakończenia niosły dozę światła i nadziei. Och, gdyby tak zamordować po drodze widowiskowo wszystkich bohaterów… rozmarzyła się w trakcie lektury autorka niniejszej recenzji. Jej złożony z cienistości, odcieni czerwieni i czerni mózg poczynił zresztą odpowiednie wizualizacje. Kto wie, być może kiedyś przemienią się w halucynacje semantyczne, jak zresztą drzewiej się działo… 😉 Tymczasem pora oddać głos skrytemu za przepiękną okładką zbiorowi opowiadań „The Storyteller from the Land of Snow. Bajarka z Krainy Legend”, jaki idealnie przystaje do urzekającej zimowością pory. Dwanaście narracji - chłodnych niczym lód i przenoszących w zaczarowane, choć realistyczne światy, spośród których każdy jest niepowtarzalny zupełnie jak płatek śniegu. Tom gawęd idealny dla miłośników nieoczywistych legend i podań, którzy lubią zastanowić się nad sensem rzeczywistości. Przed Tobą iście północne fabuły o moście osób zniechęconych egzystencją, Duchu Wigilijnej Dobroci, Czarnej Łapie, Choince Cudów, krwawych śladach na śniegu, Zimowej Pani Frau Perchcie, Śnieżnym Koźle - Strażniku Zimowej Rogatki, Strażniku Fiordu, Yuki-Onnie, Księżycowej Wilczycy, Diabełku co stał się Aniołkiem oraz… przyszłości. Opowieści idealne do czytania pod ulubionym kocem, z kubkiem rozgrzewającej herbaty czy przy kominku - w samotności, z dziećmi, mężem… albo zawsze, kiedy potrzebujesz uwierzyć w to, że na świecie wciąż jest miejsce dla cudów i baśni, mimo szalejącego na nim zła. Nawet wówczas, gdy wydaje Ci się, że majaczące na obrzeżach wzroku światełko w tunelu zwiastuje li przybycie Pendolino. Może to jednak przebłysk magii?
Żal Ci tej dziewczyny, ale
postanowiłaś od razu, że nie zostaniesz dla niej „nową matką”. Nie będzie
zabawy w partnerstwo czy wspólny, rodzinny dom. Zapewnisz jej opiekę, wikt i
opierunek dopóki nie dorośnie, ale to wszystko, co jesteś w stanie zaoferować.
Miejsca w Twoim wielkim warszawskim mieszkaniu, położonym w prestiżowym pałacu
Teppera jest dosyć, by wszystkich z łatwością pomieścić. Żyjesz w nim z
gosposią Anką, którą przed wielu laty sprowadziłaś ze wsi do miasta, aby
pomagała Ci w prowadzeniu gospodarstwa. A teraz przybędzie Ci dodatkowy lokator
- córka bliskiej kuzynki Stefanii, zmarłej przed ponad dwoma laty. Kiedy to się
stało, Stasia była jeszcze dziewczynką i półsierotą. Jej ojciec, wiejski
nauczyciel, odszedł w zaświaty niedługo po jej urodzeniu. Matka była silną
kobietą - na tyle, że pomimo stanowczego sprzeciwu zamożnych rodziców,
wyprowadziła się z ich domu, aby osiąść wraz z ukochanym na odległym przysiółku
pod Lwowem, klepiąc ciągłą biedę. Dziadkowie nie chcieli mieć nic wspólnego z
wnuczką, więc obowiązek zaopiekowania się dzieckiem przypadł w udziale właśnie
Tobie, choć między Bogiem a prawdą wcale się do tego nie paliłaś. Jednak, po
pierwsze - jesteś kobietą, po drugie - nie masz męża, po trzecie - dysponujesz
po zgonie rodziców wystawnym lokum. Po czwarte wreszcie, tak zdecydował za
Ciebie wuj Andrzej, będący głową rodziny, wcale nie pytając Cię o zdanie. Na
szczęście mała była już w wieku odpowiednim, abyś mogła ją posłać do szkoły.
Zdecydowałaś, że będzie to ciesząca się wielkim uznaniem pensja pani
Zamoyskiej. Bardzo Ci pasowało, że znajduje się aż w Zakopanem, dzięki czemu
nie miałaś zbyt wielu kontaktów z niespodziewaną podopieczną. Przez dwa lata
Stasia uczyła się w niej przyrządzania posiłków, sztuki towarzyskiej
konwersacji, zachowań właściwych dla socjety, noszenia gorsetu i sukien, a więc
wszystkiego tego, co musi umieć panienka pochodząca z dobrego domu.
Witaj w piekle, które
składa się z ośmiu kręgów, spośród jakich każdy jest jeszcze bardziej
przerażający od poprzedniego. Jeśli sądziłaś, że walka o uzyskanie doktoratu na
Cambridge - jednym z najbardziej prestiżowych magicznych uniwersytetów na całym
globie - przypomina wojnę o przetrwanie resztkami sił oraz energii, ogromnie
się myliłaś. Dopiero teraz przekonasz się, jak wiele niebezpieczeństw czyha na
czarownika, jeżeli ten poważy się na szalenie ryzykowny krok i dzięki
odpowiednim ułożeniu zaklęć zdecyduje się zstąpić do samych diabelskich czeluści.
Nawet teoretycznie przygotowana, skoro przecież przeczytałaś na ich temat każdą
akademicką księgę, narażasz się na zetknięcie z siłami, o jakich nie śniło Ci
się w koszmarach najczarniejszych nocy. Cóż zresztą w walce z nimi miałyby
pomóc źródła sprzed wielu wieków albo te starożytne? Jak właściwie wygląda ta
owiana najgorszą sławą kraina, do której trafiają osoby po niesławnym żywocie,
złożonym ze złych uczynków? Już za chwilę poznasz odpowiedzi na te powodujące
ciarki na ciele pytania. W plecaku masz kilka opakowań kredy - mag nigdzie nie
powinien się ruszać bez tej najwyższej jakości, gdyby przyszło mu za chwilę
rozrysowywać zaklęcie - obrzydliwe w smaku, lecz sycące batony energetyczne, ciepłe
okrycie i całą resztę niezbędnego ekwipunku. Cóż, przynajmniej taką, która daje
Ci nikłą nadzieję na przeżycie. O ile cała misja się powiedzie, bo przecież
działasz mocno intuicyjnie, mimo całej uniwersyteckiej kariery i faktu, że
jesteś jednym z najlepszych doktorantów. Ponoć ceną za przekroczenie bram
piekieł za życia oraz teoretyczne wydostanie się z niego jest połowa lat, jakie
pozostały Ci na ziemskim padole. Uważasz, że warto je poświęcić. Udajesz się na
sam dół w bardzo konkretnym celu. Masz zamiar sprowadzić z powrotem duszę
Jacoba Grimesa - prawdziwego mistrza w dziedzinie magii, pod okiem jakiego
kształcisz się od lat, by otworzyć dla siebie najświetniejszą ścieżkę kariery i
zdobyć upragniony dyplom. Bez mężczyzny nadzieja na wszystko przepadła… i to z
Twojej winy.
Uwięzione w tragicznie zlodowaciałej bajce nieszczęścia, namalowane onirycznymi słowami “Kwiaty zimnej wiosny” Katarzyny Hewy nie rozkwitają pod warstwą śnieżnego puchu, którego ilość wydaje się ogromnieć wraz z każdą przewróconą stroną książki. Ich płatki zaczynają zamarzać na samych krawędziach i obrastają warstwą szronu, by kolejny podmuch przenikającego do szpiku kości wiatru spróbował sprawić, że ugną się pod ciężarem nieuniknionego losu. Prawie żadna dusza nie dostrzega jednak tego zmyślnego spektaklu. Skrzydła rośliny tak oślepiają jasnością bieli, że aż niemalże idealnie wtapiają się w tło rozszalałego przedstawienia przyrody. Może właśnie to było jej celem? Napisałam kiedyś kilka wersów, które w oryginale głoszą: Любовь сильнее смерти и опаснее рока, потому что ведёт вперёд, даже когда путь растворяется в тумане обречённости. Она не ищет спасения, выбирает верность чувству и своим ценностям. За этот выбор всегда платят высшей ценой… - i jakie w mojej ocenie doskonale przystają do twórczości Hewy, władającej literackimi zdaniami wziętymi jakby z zupełnie innej rzeczywistości. Lepiej brzmią po rosyjsku, lecz wolnym tłumaczeniu znaczą: Miłość silniejsza jest niż śmierć i groźniejsza niż fatum, wszak prowadzi naprzód nawet wówczas, gdy droga rozpływa się we mgle przeznaczenia. Nie szuka ocalenia. Wybiera wierność uczuciu i swoim wartościom, za jaki to wybór zawsze płaci się najwyższą cenę... Gdybym miała krótko podsumować “Kwiaty zimnej wiosny” - wybrałabym te właśnie wersy i dodała do nich dwie znaczące informacje. Po pierwsze, choć przewidziałam możliwy rozwój fabuły, ta opowieść złamała mi serce, rozbiwszy je na milion kawałków. Cóż, a przynajmniej tak by zrobiła, gdybym nim dysponowała. Na domiar złego wycisnęłaby z mrocznych oczu łzy. Po wtóre, to JEDNA Z NAJPIĘKNIEJSZYCH historii o miłości, jakie przeczytałam W ŻYCIU. Jej narracja majestatycznie odziewa czytelnika woalem utkanym ze smutku. Otula go także mistrzowską liryką, która szepcze do ucha opowieść o kwiecie, jaki musiał delikatne płatki zahartować niczym stal. Jest wspaniała.
Kochasz wolność i przygody. Nigdy nie pasowałeś do zwykłej, szarej egzystencji, jaką wiodą inni ludzie. Nie czujesz się od nich lepszy, po prostu jesteś odmienny - Twój niespokojny duch co rusz domaga się nowych podniet. Gdy wielokrotnie wracałeś do rodzinnej, pięknej Barcelony, liczyłeś ostatnie grosze, które pozostały Ci z ostatniej wyprawy i spoglądałeś na swoje podziurawione spodnie, zadając sobie jednocześnie pytanie, czy warto włóczyć się po całym świecie. Czy nie lepiej osiąść spokojnie w niewielkim mieszkanku, jakie pozostawiła Ci ukochana babcia, znaleźć pracę, poznać kobietę i wreszcie się ustatkować. Ale zawsze po paru dniach stagnacji nogi wiodą Cię do portu, w którym wciągasz pełną piersią słone od morskiej wody powietrze i ogarnia Cię niezmierzona tęsknota za wolnością. Taką, którą mierzy się głębią lazurowej wody pod kilem, wysokością palm na odległym wybrzeżu oraz szerokością kół, wykonywanych nad głową przez majestatyczne Albatrosy. Chodząc po uliczkach miasta, czujesz się coraz bardziej wyobcowany. Nie potrafisz znaleźć z ludźmi wspólnego języka, nie brakuje Ci też za towarzystwa dawnych przyjaciół, którzy, widząc, że ich nie potrzebujesz, już dawno odsunęli się od Ciebie. A może to właśnie Ty zacząłeś unikać ich bliskości. Tak czy inaczej, za każdym razem wracasz do starych nawyków i pędzisz przed siebie w poszukiwaniu przygody, nie zastanawiając się, co zdarzy się jutro. Przemierzyłeś świat wszerz i wzdłuż a odciski Twoich stóp można by znaleźć na Karaibach, nad Morzem Czerwonym, w Zanzibarze, Tajlandii, obu Amerykach i w innych niezliczonych krainach.
„(...) coraz bardziej oddalałem się od świata, do którego - jak czułem - nigdy naprawdę nie pasowałem. Jakby inni wiedzieli coś, czego nikt mi nie powiedział, a co było niezbędne, by poczuć się częścią całości.”
Tylko przetrwać, nawet za cenę stracenia lub chwilowego ukrycia w mroku niepamięci wszystkiego, co się przeżyło i tego, kim tak naprawdę się jest. Dostosować się do teraźniejszych okoliczności, skryć osobowość jak najgłębiej w środku, za codzienność przyjmując ciszę i niewychylanie się pod żadnym pozorem. Słowo w niewłaściwym języku może przynieść najgorsze z konsekwencji. Zbyt głośna rozmowa z sąsiadką o długim języku - nieszczęście. Zdradzenie córce, kim w istocie był jej ojciec i w jakich okolicznościach się poczęła - zniszczenie jej zaufania i zachwianie całym światopoglądem. Po naznaczonym wojenną pożogą, wciąż złożonym z szarości mieście najlepiej przemykać niezauważonym. Możliwie pod osłoną nocy, w ciszy, bez spoglądania komukolwiek prosto w oczy. To nie jest łatwe życie ani takie, którego powinno się życzyć nawet obcej osobie. Człowiek nie ma jednak władzy nad wyborem tego, na jakim kawałku świata i w jakim czasie się narodzi. Wrzucony w rozszalały wir dziejowych odmętów, stara się za wszelką cenę wpasować we własny kawałek rzeczywistości. To nie jest heroiczne, lecz normalne. A mimo tego, gdy śledzi się losy niektórych książkowych bohaterów, odczuwa się głęboką zadumę. Próbuje się postawić na ich miejscu, czego w mojej opinii nigdy robić nie należy. Jak głosi znana maksyma, tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono. Ocenianie poczynań minionych z perspektywy miękkiego fotela, ustawionego w wygodnym, bezpiecznym pokoju wydaje się niewłaściwe. “Cudze oddechy”, jakie tchnął w wykreowane postaci Paweł J. Sochacki, sprawiają jednak, że czytelnik mimowolnie zastanawia się: jak odnalazłbym się w powojennej rzeczywistości? Czy pokusiłbym się o bliźniacze wybory, a może wolę myśleć, że zachowałbym się zupełnie inaczej? Trzy kobiety - każda z własną historią, nierozerwalnie powiązaną z opowieściami tych pozostałych. Córka, matka i dobrodziejka, złączone tajemnicami i nieustającymi zagrożeniami, teraz splecione jeszcze ciaśniej na skutek niewyjaśnionego zaginięcia sąsiadki. Niewielka miejscowość zamieniona na klimat prowincji z czasów głębokiego PRL-u... Ukojenia brak.
Literacka uczta dla wytrawnych smakoszy - opowieść, jaka wymyka się wszelkim ramom gatunkowym. Pozornie można by stwierdzić, iż Agnieszka Płonka stworzyła fantastyczną narrację, jednak wnikliwi już po kilku stronach lektury “Starego przyjaciela” zaczną dostrzegać, że oryginalnie wyglądające przystawki to w istocie historia skomponowana z niezliczonej ilości metafor w wielu aromatach. Choć jej fabułę należy określić mianem skomplikowanej - zapewniam, że jeśli się w niej rozsmakujesz, będziesz nad nią rozmyślał przez kolejne dni i zapragniesz skosztować jej ponownie. Pisarka, zupełnie niczym opatrzony gwiazdką Michelin artysta, włada piórem w sposób dojrzały i pewny, zabierając w czytelnika w podróż tak niewtórną, jak tylko da się to wyobrazić. Z pogranicza jawy oraz snu, mrzonek i koszmarów, przeszłości oraz teraźniejszości - a wszystko to okolone wręcz poetycką warstwą językową. Jej głębię, wbrew pozorom, sugeruje już sama okładka. Prosta, a jednak po poznaniu tej niezwykłej gawędy, nabierająca tak wiele znaczeń. To historia o tym, że połączenie krwistej czerwieni, nieodłącznie kojarzącej się z obmierzłością kom*unizmu, z nieskalaną niewinnością błękitu daje odcień fioletu. Ten zaś przybiera postać siniaka, co to zbyt długo pozostaje na skórze. Opowieść o niedostrzeżonym nietoperzu, nadającym na niesłyszalnych falach. Stającym w płomieniach Feniksie, jaki chroni własne tajemnice i rzadko daje się dostrzec ludziom. Lwie uwięzionym w klatce, którego nie da się uciszyć. Tak jak najsilniejszych spośród odmiennie myślących, jakich propagandziści nieustannie deprecjonują, próbując zamknąć im usta. Nieosądzonych zbrodniach. Dla mnie jednak “Stary przyjaciel” jest przede wszystkim świadectwem niezłomności pewnej kobiety z Fioletowego Podwórka. Kasandry, jaka mimo wielkich możliwości w razie przemiany i autozdrady, pozostała wierna swoim przekonaniom. To zaś zawsze pozostaje najwyższą wartością... pod niebem, które nigdy nie przestaje błękitnieć. Jeśli tylko patrzy się na nie z dobrej strony.
Nienawidzisz krawaciarzy. Zawsze nimi gardziłeś - tym stadem szczurów, które nie zważają na godność własną oraz innych ludzi i pną się po chyboczącej drabinie do raju wyśnionej kariery, jaki w ostatecznym rozrachunku okazuje się jedynie nędzną namiastką szczęścia. Krzywdzą bez zastanowienia słabszych i korzą się na widok silniejszych... A pech chce, że dzisiaj właśnie będziesz musiał zanurzyć się w tym obmierzłym dla Ciebie świecie. Musisz bowiem przesłuchać pracownicę modnej firmy architektonicznej o “zaskakującej” nazwie Dom-In. To przyjaciółka zaginionej bez śladu przed prawie miesiącem kobiety i ostatnią osobą, która widziała ją przed tym tajemniczym zdarzeniem. Wchodząc na klatkę biurowca, natykasz się na jednego z „białych kołnierzyków” i z trudem powstrzymujesz się, aby nie przyciąć go drzwiami. Dzierży karton pełen osobistych rzeczy i na pytanie, czy pracuje tu Joanna Niedźwiadek, wyraźnie roztrzęsiony odpowiada, że owszem, ale on już nie jest jej szefem. Z satysfakcją odprowadzasz go wzrokiem, uradowany, że nawet tym z samego świecznika zdarzają się „wylania” z roboty. Wkrótce potem siadasz naprzeciw nader zdenerwowanej dziewczyny. Jest jedyną szansą na ustalenie czegoś konkretnego i złapanie choćby najmniejszego śladu, który wyjaśniłby, co stało się z zaginioną. Początkowo niewiele udaje Ci się z kobiety wyciągnąć, ale w końcu pod silnym naciskiem zaczyna sobie przypominać szczegóły. Z zeznań wynika, że z Katarzyną Jaworską spotkała się na pogaduchy we wrocławskim parku dokładnie 26 grudnia zeszłego roku. Po krótkim spacerze pożegnały się, więc przesłuchiwana wróciła do domu. Jednak jest coś, co nie daje jej spokoju. Ciemny samochód, który mijał ją, gdy szła na spotkanie... Potem widziała go zaparkowanego blisko nich i to na niedozwolonym miejscu. Zauważyła też, że ruszył za przepadłą zaraz po tym, jak się rozstały...
Przezabawna, a przy tym posiadająca wielobarwne tło fabularne oraz świetnie zarysowane sylwetki psychologiczne postaci... Właśnie taka powinna być najlepszej jakości komedia romantyczna - i dokładnie te wymogi spełnia powieść kanadyjskiej Pisarki o zwracającym uwagę tytule “Jak poskromić Diabła” (któż nie marzył, by odpowiedzieć na to pytanie w praktyce, kompleks mesjasza i te sprawy albo po prostu szczere uczucie względem najtrudniejszych wyzwań 😉). Choć zimą mam najwięcej energii a styczeń uważam za nader wesoły miesiąc roku, ponoć większość postrzega go jako najbardziej depresyjny. Jeśli się do niej zaliczasz (lub też kochasz żarty sytuacyjne w doskonałych fabułach), mam dla Ciebie idealne remedium, które zapewni Ci dużą dawkę szczerego śmiechu co najmniej kilkudziesięciokrotnie - nieodkładalną narrację Kyry Parsi. Początkowo podchodziłam do niej z równie silnym pociągiem co do opalających się na różowo, nordyckich blondynów 😉, to jest ujemnym, zapomniawszy na chwilę o zaskakującym fakcie - Wydawnictwo Ale to fenomen, jaki nie wziął jeszcze pod skrzydła ni jednej historii, która by mi się nie podobała. Obawiałam się lektury szatańskiej opowieści, ponieważ widziałam o niej niemalże same zachwycone opinie. A jak wieloletnia praktyka zrzędliwego, recenzenckiego wyjadacza wskazuje - jeżeli większość chwali propozycję literacką, niespełna w stu procentach znajdę się w opozycji. I to bynajmniej nie z powodu zwyczajowej przekory, która dinozaurom w pewnym wieku, pełniących określoną profesję już nie przystoi. Niewyjaśnialne, lecz po prostu prawie zawsze tak bywa. Tymczasem... oto mistrzowski kawałek prozy, wręcz stworzony do tego, aby rozpocząć z nim czytelniczo rok, miesiąc czy tydzień. Najeżona przekomarzankami pomiędzy głównymi postaciami sztuka, od jakiej nie można się oderwać. Wyposażona w dodatku w wielowymiarowe tło psychologiczne, którego pewien fragment nieomal mnie wzruszył, a to nie lada gratka. Tym razem z niechęcią zgodzę się z ogółem - ta książka jest świetna, poproszę o więcej!
).jpg)
).jpg)


