• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

„Medalion” to DEBIUT, jaki można by określić mianem finezyjnie-fantazyjnego. Przede wszystkim dlatego, iż Paweł M. Arent zdecydował się na cokolwiek ryzykowny wybór gatunku czy raczej podgatunku literackiego, czyli high fantasy. Najczęściej z założenia: akcja osadzona we w pełni alternatywnym, fikcyjnym świecie, jaki rządzi się własnymi prawami magii czy fizyki, złożona mitologia, wręcz epicki rozmach czy obecność nieludzkich ras - to najważniejsze z wyznaczników, pozwolę sobie zarysować, choć specjaliści w tej materii z pewnością dodaliby o wiele więcej cech charakterystycznych. Nie na tym jednak koniec - ponieważ początkowo fabuła przystaje do low fantasy (okoliczności zbliżone do rzeczywistych). Nieźle! Moim zdaniem pierwsza propozycja Pisarza nie jest jednak li książką traktującą o żywiołach i uwikłanych w przepowiednie wybrańcach. To bowiem także narracja o postaciach, które zostały wrzucone w rzeczywistość, jaka okazuje się ich przerastać, na skutek czego pożądana przez wielu magia nie lśni nęcącym blaskiem niczym piękna błyskotka, a raczej ciąży zupełnie jak stary, rodowy grzech. Autor zdecydował się zaś na wykreowanie rzeczywistości, jakiej kształt przypomina mi sen śniony w malignie: pełen jakoby pradawnych nazw i niepokojących symboli, nasączony proroctwami, co to są zapisane językiem przywodzącym na myśl treści rytuałów. Choć sama historia na początku wymaga od odbiorcy dużej dozy skupienia (niniejszym pozdrawiam własne siedem osobowości, i skrajne ADHD imieniem NM - narwany multitasking), jeśli pozwoli się przenieść do innej krainy, szybko poczuje się wciągnięty… - tak to sobie wyobrażam - w pusty wagon, pędzący wprost do lasu wonnego od deszczu, w którym nasłuchuje się kroków kogoś lub czegoś, czego wcale nie powinno w nim być. Ta książka pachnie dla mnie bowiem burzą - i to nie taką metaforyczną. Może słowa stron skropione są starym borem i smakują rdzą kolejowych torów. Albo są ciężkie niczym wiszące nad bohaterami niebo, które próbuje zapowiedzieć katastrofę… Ciszę przed wybuchem, utkaną z niezaprzeczalnego przeczucia.

01:29:00 No comments

Książka, której treść zaserwowana jest czytelnikowi nie standardową prozą, a rozmową jakoby żywcem wziętą z komunikatora internetowego - w dodatku w nietypowym formacie A4, o stronach podzielonych na połowy? Każdorazowo, gdy sądzę, iż w literackim świecie wiekowego i doświadczonego wyjadacza niewiele może już zaskoczyć, pojawia się novum, które udowadnia, iż się myliłam. Ja zaś bynajmniej nie mam nic przeciwko, wszakże podobne niespodzianki wciąż mają moc rozjaśniającą mroczne i chmurne oblicze. Miłosz Wołk-Łaniewski to zupełnie nowe nazwisko na scenie rodzimej twórczości, na jakiej jego posiadacz postanowił zagościć z unikatowym DEBIUTEM. Najszczerszej przyznawszy, choć w zwichrowanej głowie walczę średnio z milionem szalonych pomysłów na minutę, nie wystąpił w niej jeszcze taki, by zamiast tradycyjnym tekstem, przedstawić odbiorcy historię za pomocą okraszonych rzadkimi wtrętami narratora zdjęć i wiadomości, które wymieniają między sobą dwie osoby, jakie zetknęły się ze sobą w Internecie za sprawą zrządzenia losu, zupełnego przypadku czy trudnych do przewidzenia meandrów przeznaczenia. Zadanie trudne do wykonania a do tego na wskroś innowatorska forma! Szczęśliwie nie posiadam większości archiwum własnych maili, Messengera czy popularnego onegdaj Gadu-Gadu, jako że jestem przekonana o tym, iż Autor zainspirowałby mnie na tyle, aby przekształcić część spośród nich w książkę - choć musiałabym najpierw sprawdzić, czy w zakładach bardzo zamkniętych można korzystać z Sieci. 😉 Tekst Pisarza uważam za nader ciekawy eksperyment twórczy. Choć byłam do niego nieco sceptycznie nastawiona, szybko udało mi się wciągnąć w tę nieszablonową treść. Poznając opowieść, jaka wydarzyła się naprawdę, o czym widnieje informacja na okładce, w tego rodzaju wariacji, czytający czuje się niczym… uczestnik reality show lub wynajęty detektyw czy też osoba, która przypadkowo znalazła w dowolnej sytuacji odblokowany telefon komórkowy lub laptop, na jakim widnieje otwarte okno obszernej, intrygującej, toczonej przez dłuższy czas konwersacji. Zdarzało się. 😉

Książkę znajdziesz pod linkiem: [KLIK]. 

02:37:00 No comments

„Tam i z powrotem + trzy metry” to książka, która stanowi pewien ewenement - bowiem po tym, jak pochłonęłam ją w jeden wieczór, zdecydowałam się przyjąć propozycję, jaką złożył mi Sebastian Orszulik. Niniejszym obwieszczam, iż objęłam tę wyjątkową, zwichrowaną i pełną zawirowań historię PATRONATEM MEDIALNYM. Wstępnie zgodziłam się wziąć pod swoje mroczne, medialne skrzydła całą trylogię - choć część druga i trzecia dopiero powstają, zatem przed ostatecznym werdyktem naturalnie zapoznam się z tekstami, nim będę mogła ostatecznie to potwierdzić. 🔥 Dlaczego uznałam, iż pierwsza powieść Autora współgra ze mną na więcej niż wymagane sto procent? Ta cienista narracja zaskoczyła mnie dziesiątki razy. Początkowe rozdziały zapowiadały spokojną historię, z jakiej mógłby się wyłonić przedstawiany z perspektywy dwóch bohaterów, rodzący się dopiero romans. Co ciekawe, zarówno Sebastian, jak i Anna opowiadali czytelnikowi o tych samych wydarzeniach, po części powtarzając gawędę, za czym to w literaturze nie przepadam. Już kilkanaście przewróconych stron później zrozumiałam jednak sens tego zabiegu, a kiełkująca opowieść o miłości zaczęła ewoluować w wiele innych kierunków - przy czym każdy z nich okazywał się bardziej dynamiczny. Wątki kryminalne skręcały w stronę najlepszych opowieści sensacji oraz akcji, powodując szybsze bicie serca i rosnące wykładniczo zainteresowanie lekturą. Na domiar dobrego chwilę później dołączyła do tego jeszcze mocniejsza warstwa, jakiej tekst określiłabym mianem: dark thriller. Jakąż pyszną ilością zagrożeń, suspensów, niepewności i żywiołowości Orszulik nasączył swój tekst! Jestem pod wrażeniem doskonale stopniowanego napięcia - kolejne rozdziały tej niewtórnej treści mrocznieją coraz silniej. Przez co nie tyle zabierają odbiorcę w pełną niebezpieczeństw rzeczywistość, ile właściwie porywają go na najbardziej szaloną karuzelę zdarzeń, jaką tylko można… nie: jakiej nawet nie sposób sobie wyobrazić przed lekturą. Kapitalne ujęcie motywu: podpaliłbym dla niej cały świat i zstąpił do piekieł…

23:56:00 No comments

Od kiedy sięgniesz pamięcią, wiedziałaś, że jesteś wyjątkowa i z tego właśnie powodu zagraża Ci wielkie niebezpieczeństwo. Masz wrażenie, że ktoś lub coś ciągle bacznie obserwuje - i że nękają Cię przez byty, o istocie których nie masz najmniejszego pojęcia. Jednak zjawiają się w niektóre noce i wprowadzają w stan paniki... Próbujesz sobie wmawiać, ze to tylko omamy, lecz w głębi serca zdajesz sobie sprawę, że są równie prawdziwe jak ludzie, jacy Cię otaczają. Co jakiś czas śni Ci się także straszny moment, w którym straciłaś oboje rodziców. Miałaś wtedy zaledwie siedem lat, ale pamiętasz wszystko do najdrobniejszego szczegółu. Tego dnia poszłaś z nimi na wybrzeże, aby pooglądać wylegujące się na plaży foki. Gdy wracaliście, zaczepił Was wyraźnie podchmielony mężczyzna. Tata, będący niezwykle spokojnym i miłym człowiekiem, próbował go uspokoić, ale ten wykrzyczał mu coś mu prosto w twarz i rzucił się do morza. Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie. Ojciec nagle zmienił się nie do poznania - nigdy nie widziałaś, aby zachowywał się tak gwałtownie. Zaatakował matkę, ale ta odepchnęła go na tyle silnie, że zsunął się z leżących nieopodal kamieni. Potem rzuciłyście się do ucieczki. Gdy dotarłyście do łąki za miastem, zmęczone przystanęłyście. Niczego nie rozumiałaś z całej sytuacji, więc pomimo protestów rodzicielki zaczęłaś wołać tatę. I wkrótce się pojawił, ale nie był sobą. Twarz zmieniła mu się nie do poznania a oczy stały się czerwone niczym rozżarzone węgle. Mama zasłoniła Cię własnym ciałem i zapłaciła za to najwyższą cenę. Po chwili jej ciało upadło na ziemię, obficie znacząc ją krwią. Ciebie uratowało nagłe pojawienie się nieznajomego, który stanął w Twojej obronie. Zapamiętałaś go jako czarodzieja - podczas walki z jego dłoni wydobywało się niebiesko-białe światło. Dalszych wypadków sobie nie przypominasz - popadłaś w omdlenie.

19:03:00 No comments

Od thrillerów zabarwionych odcieniami kryminałów o niewielkiej objętości oczekuję przede wszystkim, poza porywającą od pierwszych zdań historią, doskonałej dynamiki. Zarówno jednym, jak i drugim bez wątpienia cechuje się liczące zaledwie 181 stron „Wcielone zło” - druga beletrystyczna książka, którą napisał Karol Husak, lecz równocześnie pierwsza, jaką miałam okazję poznać. Początkowe rozdziały tej nietuzinkowej opowieści porwały mnie do wykreowanego przez Pisarza świata, co uszyniły przede wszystkim… bardzo zaskakującą narracją. Wyobraź sobie bowiem, iż - jak to często masz w zwyczaju - właśnie odbywasz rowerową przejażdżkę. Po wielu naznaczających traumą, ciężkich przeżyciach z przeszłości zawsze starasz się mieć pozytywne nastawienie do ludzi oraz otaczającego świata. Nie inaczej jest tym razem. Zauważywszy czatującą na obrzeżach miejscowego targu grupę biedaków, liczących na to, że uda im się tego dnia znaleźć jakieś odrzuty, chociażby w postaci kilku warzyw, owoców lub innych produktów spożywczych, postanawiasz zaczepić jednego ze znanych Ci mężczyzn. Zupełnie ignorujesz fakt, jakiego znaczenie miałeś już wielokrotnie okazję obserwować w praktyce - że Marcin znany jest z tego, iż nijak nie panuje nad swoją agresją. Zmęczony trudami życia, tego dnia ma wyjątkowo podły humor. Zupełnie jak gdyby na chwilę odjęło Ci rozum, witasz się z nim uśmiechniętym dzień dobry, po czym rzucasz kilka wesołych haseł, nie zwracając uwagi na to, że z każdym z nich wściekłość mijanego ogromnieje. Moment później postanawia wdać się z Tobą w pościg i mimo, że pedałujesz z całych sił - udaje mu się Cię pochwycić. Widzisz w jego oczach czyste szaleństwo, lecz… i tak nucisz mu wręcz słoneczną piosenkę. Ciosy spadają na Ciebie niczym grad, lądujesz w szpitalu i wymagasz częściowej rekonstrukcji twarzy. Oprawca trafia na trzy lata do więzienia. Osobą, jaka go z niego odbiera… jesteś Ty sam. I na dodatek postanawiasz stać się jego mentorem… Właśnie tak oryginalnym wstępem opatrzył fabułę Karol Husak. Niewtórne.

01:52:00 No comments

 

Zdaniem starego wyjadacza mrocznych lektur w mojej postaci, Brytyjczycy od wielu lat pozostają niekwestionowanymi mistrzami thrillerów. Nie inaczej jest w przypadku Cathryn Croft, spod której pióra przeczytałam absolutnie każdą opowieść. Tym większa była moja radość, kiedy dowiedziałam się, iż w Polsce ukaże się kolejna jej książka o obiecującym tytule „Ostatniej nocy” - i nadzieja na nieodkładalną narrację, pełną absolutnie nieprzewidywalnych zwrotów akcji, nie okazała się próżna. Za przystającą do treści okładką w pięknej kolorystyce skrywa się bowiem historia, która złożona jest z napięć, niedopowiedzeń i niewyobrażalnych w pozornej naiwności, niewytłumaczalnie niepokojących tragedii. W świecie thrillerów, oprócz udanego transferu emocji wprost z kart powieści na odbiorcę, za najcenniejszy zabieg uważam wplecenie do cienistych fabuł elementów dramatu rodzinnego. Tego rodzaju skrzyżowanie, znane pod nazwą domestic noir, jest tym, co bardzo rozbrykane tygrysy lubią najbardziej, przeformułowując nieco znane powiedzenie. Oto właśnie „The Last One To See Him” - bogate w plot twisty, które - na domiar dobrego - powodują u czytelnika może mało inteligentny, ale jakże pożądany wyraz twarzy, gdy jego brwi po raz wtóry wędrują gdzieś w okolice czoła a usta samoistnie otwierają się w związku z szokiem oraz podziwem dla kunsztu angielskiej Autorki. Zapewniam, że po lekturze tej wielowymiarowo moralnie szarej propozycji literackiej kilkukrotnie zastanowisz się nad tym, czy warto odwiedzić dopiero co poznanego znajomego - lub umówić się na randkę. Może bowiem dojdziesz do wniosku, iż przekroczenie progu jego mieszkania będzie tak znamienne w skutki, jak to miało miejsce w przypadku Kate, głównej bohaterki, którą zwrot przypadków, co to wcale przypadkowe się nie okazały, doprowadził tam, gdzie miała się już nigdy nie znaleźć. Wprost do odmętów piekielnej przeszłości, jaka zdeterminowała całe jej dalsze życie. W samo serce nieuleczalnej traumy sprzed wielu lat i historii, co to zbyt często się powtarza…

01:59:00 No comments

Powieść „Escape room” holenderskiej autorki Maren Stoffels, która zadebiutowała w roku 2005, mając zaledwie siedemnaście lat, bez wątpienia sprawi, że kilkukrotnie zastanowisz się, nim przyjdzie Ci do głowy udać się do tytułowego przybytku. Pełen zagadek pokój, z którego należy uwolnić się w określonym czasie z założenia jest bowiem doskonałą zabawą i dobrym pomysłem na spędzenie wolnych chwil z grupą przyjaciół czy znajomych. Jak udowadnia fabuła Autorki, tego rodzaju rozrywka szybko może zmienić się w straszną przygodę, z której… nie wszyscy wyjdą bez szwanku. Wyobraź sobie bowiem, że zamiast dbającej o bezpieczeństwo uczestników rozgrywki osoby, jaka nadzoruje jej przebieg na kamerach, tkwi psychopata. Na domiar złego - taki, który ma z nimi niedokończone sprawy z przeszłości i właśnie znalazł doskonały sposób na zrealizowanie krwawej vendetty. Zapętlona we własnym zwichrowaniu, napiszę: brzmi świetnie, prawda? 😉 Dokładnie taka jest też narracja pierwszej książki Pisarki, jaka ukazała się w Polsce. Choć niepozbawiona drobnych wad, w moim odczuciu pozostaje niezłym przykładem młodzieżowego thrillera, w jakim napięcie eskaluje wraz z każdą przewróconą stroną. Tychże jest zaledwie 247, co w połączeniu z wręcz zaskakująco krótkimi rozdziałami nadaje opowieści rzadko spotykanej w literaturze dynamiki. Za jej snucie odpowiada czwórka bohaterów, naprzemiennie przejmujących stery, dzięki czemu odbiorca może spojrzeć na wydarzenia wieloperspektywicznie. Do tego dochodzą jeszcze mroczne wtrącenia złoczyńcy, oznaczone jedynie literą X… Cóż - gdybym nie obawiała się pójścia do jakiejkolwiek tajemniczej komnaty z powodu możliwości pojawienia się w niej ośmionogich ohydztw oraz faktu, że nie z  noszę niewielkich i zamkniętych pomieszczeń, po spędzeniu wieczoru z propozycją literacką Mieszkanki Amsterdamu z pewnością… uznałabym wizytę w escape roomie za kapitalną ideę. Ta adrenalina - zupełnie jak w rosyjskiej ruletce, mmm… Choć wziąwszy pod uwagę trzymający się mnie wiernie i dzielnie pech…

22:56:00 No comments

Od kiedy ludzkość dobrnęła do punktu, w którym zdała sobie sprawę, że może nie być w Kosmosie sama, poczęła marzyć o kontakcie z „obcymi”. Najpierw poszukiwała ich śladów przy pomocy dość prymitywnych instrumentów optycznych z rodzaju teleskopów. Jednak gdy nadeszła rewolucja przemysłowo-technologiczna, zaczęła stosować bardziej wyrafinowane środki. 16 listopada 1974 roku miało miejsce spektakularne wydarzenie: z największego na świecie radioteleskopu w Obserwatorium Arecibo w Portoryko wysłano potężny przekaz radiowy w kodzie binarnym w stronę gromady kulistej M13, a więc zgrupowaniu powiązanych ze sobą grawitacyjnie gwiazd w gwiazdozbiorze Herkulesa. Składał się z 1679 impulsów, będących  iloczynem dwóch liczb pierwszych: 23 i 73. Po ułożeniu w siatce o tych właśnie wymiarach, impulsy te tworzą monochromatyczny obraz, zwany piktogramem, który zawiera liczby od 1 do 10, listę pierwiastków chemicznych, wzór DNA, schematyczną postać ludzką wraz z informacjami na temat liczby „człowieków” i ich budowie fizycznej, a także widok Układu Słonecznego. To pokolenie Ziemian i wiele następnych nie dowie się nigdy, czy próba była skuteczna, gdyż pokonanie przez wysłany sygnał drogi do miejsca przeznaczenia zajmie około dwadzieścia pięć tysięcy lat. Los radioteleskopu jest także bardzo symptomatyczny, gdyż w 2020 roku zerwały się systemy podwieszenia i uległ on całkowitemu zniszczeniu. Najbardziej oryginalną próbę kontaktu z kosmitami podjął ZSRR, który w 1964 roku wysłał w kierunku Wenus alfabetem Morse'a wiadomość zawierającą słowa: „мир” (Mir - pokój lub świat), „Lenin” i „SSSR”. Wielce prawdopodobne jest, że „ufoludkowie” na widok nazwiska krwawego wodza rewolucji październikowej i nazwy zbudowanego przezeń państwa popadli w takie przerażenie, że intencjonalnie nie próbowali na nią odpowiedzieć, nie chcąc podzielić losu kilkudziesięciu milionów ofiar. Who knows?

20:39:00 No comments

Oto imponujący reprint - unikalne dzieło o tajemnicach polskiej przyrody, widzianej okiem jej uznanego popularyzatora i wysoce wykształconego biologa, żyjącego na początku XX wieku.

Przyroda, jaka jest - każdy widzi, trawestując znane hasło z pierwszej rodzimej encyklopedii księdza Benedykta Chmielowskiego. Czy aby na pewno? Człowiek dzisiejszych czasów nie dość, że ma blade pojęcie, jak naprawdę wyglądają fauna i flora jego ojczyzny, to jeszcze jest w stanie dostrzec jedynie jej okruchy. Tylko te nieliczne, które jeszcze nie zostały dotknięte degradacją wynikającą ze zmian cywilizacyjnych, jakie wypchnęły je na margines życia, czyniąc niemal niewidzialnymi i niedotykalnymi. Zresztą współczesna ludzka istota, wiecznie goniąca za mamoną i zajęta swoimi sprawami, pewnie nie zauważyłaby nawet żubra, który stanąłby dumnie przed jej oczyma, nie wspominając już o zwierzętach bardziej mikrej postury czy roślinach, które - choć piękne, nie zwracają zbytnio na siebie uwagi. Tymczasem świat nie składa się tylko z samych osób i wytworów ich umysłów - towarzyszy im bowiem pozostające obecnie w cieniu niezliczone i bujne bogactwo przyrody. I choć mocno ograniczone w czasach przemysłowo-technologicznej rewolucji, nadal potrafi zadziwić bogactwem form i często niewysłowionymi: urodą i wdziękiem. Wystarczy na chwilę zatrzymać się i uważnie spojrzeć, aby dostrzec to, czemu już nie poświęca się uwagi. A przecież jeszcze niedawno było zupełnie inaczej. Przed zaledwie stu laty przyroda stanowiła nieodłączną część zamkniętego kręgu żywota i śmierci, towarzysząc człowiekowi od rana do nocy w jego codziennych zajęciach. Była zespolona z "koroną stworzenia" w mocarnym, nierozerwalnym uścisku, jaki dawał niewątpliwe korzyści obu stronom. Trud opisania tego stanu rzeczy zadał sobie Autor recenzowanej książki, piszący na początku XX stulecia, jeszcze pod rosyjskim zaborem. Jak jego dzieło odbiera dzisiejszy czytający? 

16:57:00 No comments

W końcu nadszedł tak niecierpliwie wyczekiwany przez Ciebie długi weekend. Jutro wypada 11 listopada, więc będziesz mógł trochę się rozluźnić i zająć od dawna zaniedbywanymi osobistymi pasjami. Dziś, jak to często robisz w niedzielę, siedzisz w ulubionej knajpce na lunchu. Gdy więc rozlega się dzwonek telefonu odbierasz go z dużą niechęcią. Ku swojej irytacji dostajesz rozkaz, aby w trybie pilnym stawić się w Hotelu Sheraton, w którym odkryto zwłoki niemieckiego obywatela. Nie rozumiesz, jaki udział w prowadzeniu śledztwa związanego z prozaicznym morderstwem może mieć służba odpowiadająca za ochronę państwa, czyli Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jednak nawet Twój kapitański stopień nie daje prawa do dyskutowania z decyzjami przełożonych, więc niechętnie wstajesz od stolika i wychodzisz na ulicę. Pogoda jest pod psem, leje deszcz, zatem mocniej wciskasz na głowę swój staromodny, „gangsterski” kapelusz. Nie cierpisz używać parasoli, toteż z jego ronda cieknie na Twoje wierzchnie okrycie powiększająca się systematycznie strużka wody. Gdy docierasz na miejsce, z daleka dostrzegasz stojącą przed budynkiem komisarz Ewę Dzik, która na Twój widok pośpiesznie gasi cienkiego papierosa. Razem wsiadacie do windy i wjeżdżacie na szóste piętro. Na korytarzu mijacie policjanta w cywilu i techników obładowanych różnorakim sprzętem. W końcu wchodzicie do apartamentu wynajmowanego przez Georga Telmana. Na środku stoi krzesło z przywiązanym do niego ciałem. Jego stan wskazuje, że do zabójstwa doszło kilka godzin temu. Mężczyzna miał około pięćdziesięciu lat, a na jego twarzy zakrzepła krew spływająca z oczu, uszu i nosa...

„Ponownie weszła do darknetu i zostawiła umówiony znak wykonanego zadania. Teraz musiała czekać. Wkrótce będzie wiedziała, czy Dzień Wolności nadszedł, czy też czeka ich kolejna bitwa.”

19:00:00 No comments

Pamięć gubi drogowskazy. Skrywa za opadającą z każdym przeszłym dniem mgłą zapomnienia wszystko, co wcześniej wydawało się istotne. Chowa w najgłębsze zakamarki wydarzenia, które stworzyły Twoją osobę, jeśli były jakkolwiek traumatyczne. Usuwa w cień to, czego potrzebujesz mniej niż dawniej. I tylko niekiedy, w rzadkich przebłyskach świadomości, łapiesz się na tym, iż być może istniało coś więcej, co wcale nie miało się w zapomnieniu znaleźć. Jak jednak odtworzyć to, co zostało w znacznej części skasowane? Czy naprawdę istniało - a może to tylko jedna z mrzonek, które raz wtóry sprawiły, że bezksiężycowa, najciemniejsza noc okazała się bezsenna? Poduszka nie jest dłużej zimna z jednej ni z drugiej strony a koc wydaje się ważyć tonę, przez co ciężej Ci oddychać. Jeszcze kilka niespokojnych myśli temu byłaś pewna, że istnieje rzecz, jaką musisz sobie przypomnieć. Teraz, zaraz, natychmiast, nim skrawki minionego znowu ulecą w niebyt, w którym znalazły się z jeszcze nieznanej Ci przyczyny. Jutro będzie nowy dzień a Ty jak zawsze udasz się do ukochanej kwiaciarni zająć tworzeniem strojnych bukietów i urzekających urodą wieńców. Przycinając łodygi i usuwając kolce róż może tym razem dojdziesz do wniosku, że ich zapach nie jest naprawdę piękny, bo tak słodki, iż aż duszący. W powietrzu uniesie się coś jeszcze - woń zagrożenia, strachu i wyczuwalnie zbliżającego się powrotu… przeszłości. Czegoś, co nie pamięta. A może Ciebie, która zdecydowała się pamięć zatracić, gdyż tak było łatwiej, wygodniej; albo pamiętanie oznaczałoby śmierć. Czy jednak lepiej miast żyć wegetować, kiedy cała ta otoczka dookoła jest tylko li pustą wydmuszką, wykreowaną dla bezpieczeństwa miałkiego istnienia? Spomiędzy uroczystych kwiatów, bo dziś znienawidzone przez Ciebie, komercyjne i tandetne Walentynki, wypada biała kartka. List przeznaczony nie dla Twoich oczu, jak sądzisz lub próbujesz się łudzić i okłamywać. Było ich więcej. A każda wiadomość sprawiała, że nie przypomniało Ci się nic, lecz trwało ciężej i straszniej. „Ona wie więcej niż pamięta” - czernieje tym razem tusz. Kto jest nadawcą?

01:54:00 No comments

Będąc na miejscu Hrabiego Draculi, uchyliłabym wieko swojej wygodnej trumny, następnie wychynęła z grobowca i zawołała rozpaczliwie w głąb ludzkiego uniwersum: „A cóż zrobiło Wam moje szlachetne plemię, że jego imieniem nazwaliście najgorszych spośród Was, najbardziej odrażających zboczeńców, skrzyżowanych z sadystycznymi wykolejeńcami, czerpiącymi uciechę z dręczenia i makabrycznego mordowania swoich bliźnich, którzy niczym im nie zawinili? Czyż któryś z nas chłeptał krew dla samej przyjemności, a nie z potrzeby przetrwania?” Może taka manifestacja szczerego oburzenia skłoniłaby tych wszystkich, którzy na określenie seryjnych zabójców używają terminu „wampiry” do zaprzestania tej oburzającej praktyki... 😉 Oczywiście etymologia nazwy jest stosunkowo łatwa do wyjaśnienia. Jest stosowana do tych spośród zbrodniarzy, którzy nie tylko dopuszczają się gwałtownego usuwania ludzi z tego świata, ale dodatkowo pastwią się nad ich ciałami, zarówno za życia, jak i po śmierci. Czyli do postaci nawet wśród zatwardziałych przestępców na swój sposób „wyjątkowych”. Najważniejszą role odgrywa tu kojarząca się z „nieumarłymi” symbolika krwiożerczości i kanibalizmu, często o seksualnym podtekście. Ci bowiem według wierzeń piją krew ofiar, a czasem także pożerają ich zewnętrzną powłokę. Bardzo często tak właśnie postępują niektórzy seryjni mordercy. Wystarczy przywołać przykład tych, którzy działali na terenie Stanów Zjednoczonych, jakie są ich istną Mekką. Największą „gwiazdą” jest niewątpliwie Gary Leon Ridgway, który w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku w Seattle i jego okolicach zamordował 71 kobiet (do tylu się przyznał), choć według policji było ich przynajmniej dwa razy więcej. Dopuszczał się także drastycznych czynów wobec ich ciał, nie wyłączając nekrofilii…

„Seryjni zabójcy seksualni odzwierciedlają szczególnie przerażający rodzaj przestępców, których motywację stanowią głównie perwersyjne potrzeby cielesne.”

16:56:00 No comments

„Niewierny” udowadnia, iż Piotr Żymełka ma niekwestionowany talent. Dotychczas znany z wyśmienicie napisanych kryminałów retro, tym razem przybywa z w pełni współczesną odsłoną gatunku - na domiar dobrego udanie skrzyżowaną z thrillerem. (Z uwagi na charakter tej propozycji literackiej, czuję się w obowiązku przestrzec wszystkich panów - zaręczam, iż po tej lekturze dwukrotnie zastanowicie się, nim przyjdzie Wam do głowy skusić się na tak zwany skok w bok - skądinąd słusznie. 😉) O biegłości Autora w halucynacjach semantycznych świadczy również umiejętne, naprzemienne prowadzenie dwóch linii narracyjnych - trzecioosobowej, przybliżanej czytelnikowi przez komisarza, jaki na szczęście bynajmniej nie jest przedstawicielem typowych dla rodzimych powieści spod ciemnej gwiazdy stróżów prawa oraz pierwszoosobowej, za jaką odpowiada tytułowy bohater. Niepowielane, podane całkowicie odmienną warstwą językową, dodają historii niesamowitej wręcz wielowymiarowości oraz ukazują wydarzenia w dynamiczny sposób. To jedna z tych książek, których zwyczajnie nie sposób odłożyć przed poznaniem zakończenia, choć dbająca o niewtórną jakość publikacji Sonia Draga, moje ulubione wydawnictwo, zdążyło już do podobnie niedoścignionego poziomu przyzwyczaić. Nadzorowane przez policjanta śledztwa nijak nie dominuje fabuły, a jedynie staje się barwnym tłem teatralnej rozgrywki dla uciekającego przed sprawiedliwością męża, jaki - męczony kryzysem wieku średniego - połasił się na wdzięki pewnej pani, mimo rzekomo szczęśliwego pozostawiania od ponad dekady w zaobrączkowanym stanie i… szybko tego pożałował. Ustaliwszy, iż pewne części ciała bezpieczniej jednak trzymać na niewłasnym terenie w szczelnie zapiętych spodniach, walczy z niewidocznym przeciwnikiem, który z sobie tylko znanych przyczyn, postanowił go wrobić w niejedną zbrodnię… Czas ucieka, zabójczy przestępca czeka - a gra zaczyna się toczyć o coraz wyższą stawkę. Wszystko to w otoczeniu przekornie mrocznego humoru z postaciami, jakie mogły opuścić tylko pełną finezjo-fantazji głowę. Brawo, panie Żymełka - to się robi tak.

01:13:00 No comments

RECENZJA PATRONACKA! 🔥

Trzecią powieść, jaką zdecydowałam się w bieżącym roku wziąć pod medialne skrzydła, niezaprzeczalnie można nazwać wyjątkową. Debiutancka książka Autorki tworzącej pod pseudonimem MAESTRIA to bowiem jedna z tych historii, które wyróżniają się pod każdym względem. „Selena. Córka dwóch światów” to zaledwie 233 strony treści… na jakie składają się dwa tomy narracji, przedzielone na domiar dobrego kartami, które charakteryzują najważniejszych bohaterów. Oprócz tego za mistyczną okładką czytelnik znajdzie wprowadzenie do krainy naczelnej postaci - w tym chociażby przedstawienie żyjących w niej ras, z uwagą na wszystkie cechy, jakie je wyróżniają. Unikatowości wielości pomysłów Pisarki dopełnia sama warstwa językowa. Wielokrotnie zakrawająca na poetycką, złożona jest z nader krótkich rozdziałów i ekspresyjnych zdań, które doskonale oddziałują na emocje odbiorcy. Jak sama Maestria informuje, jej literacki „pierwszy raz” to świetny wybór dla każdej osoby, która nie ma zbyt wiele czasu na czytanie lub też nie przepada za długimi i obszernymi tekstami. Jest to novum w realiach polskiej literatury, jakie moim zdaniem rozkocha w sobie każdego nastolatka, lubującego się w fantasy - jednak nie tylko. Urzeknie także tych, jacy z pewnych powodów czują się odrzuceni, wykluczeni i niepasujący do miejsca, w którym przyszło im egzystować, niezależnie od wieku. Właśnie z powodu kreacji tytułowej Seleny zdecydowałam się na objęcie tej opowieści patronatem medialnym. To postać wyklęta, swoisty odmieniec; ktoś, kto nie przystaje do żadnej grupy. Wychowywana wśród ludzi wody, sztuki i poezji, co prawda jest na wskroś wrażliwa, ale jednak nie przejawia cech typowych dla własnego gatunku. Dawno już przestała szukać jakiejkolwiek przystani, w której czułaby się dobrze. Zwyczajnie… jest niewidzialna. W szkole niczym wystrój wnętrza, wśród Akuarystów najczęściej obdarzana strachem z uwagi na bliżej niesprecyzowaną inność. Wszak każdy boi się tego, co mu nieznane… i zaczyna to nienawidzić.

23:06:00 No comments

Jak zniszczyć stosunki rodzinne w kilka minut i narobić sobie kłopotów na długie miesiące? Odpowiedź jest prozaiczna i w zasadzie oczywista: odziedziczyć majątek, a konkretnie dom. Zwłaszcza taki, który położony jest w malowniczej miejscowości nad pięknym jeziorem. Nawet przez głowę Ci nie przeszło, że tak właśnie może rozwinąć się sytuacja, choć prawdę mówiąc nigdy ze swoją matką i siostrą nie egzystowałaś w szczególnie zażyły sposób. Pierwsza jest zaborcza i krytykuje wszystko, co robisz. Druga, całkowicie od niej uzależniona, zatraciła osobowość i wściekle zazdrości Ci tego, co osiągnęłaś. W przeciwieństwie do nich, dzięki wyjątkowemu uporowi, prowadzisz stabilną egzystencję. Masz stałego partnera, z którym żyjesz od wielu lat, własne mieszkanie i firmę zajmującą handlem kosmetykami w Internecie. Niby niewiele, ale bardzo dużo wysiłku kosztowało Cię, aby do tego wszystkiego dojść. Z pozoru wygląda to różowo, jednak coraz częściej dostrzegasz, iż na Twój los padają długie cienie. Tymon to mężczyzna po przejściach, a raczej „z odzysku” - i to wielokrotnego. Posiada dwoje dzieci, każde z inną kobietą, a jego „przychówek” nieodmiennie wyprowadza Cię z równowagi roszczeniowością i cechami charakteru. Synalek Grzegorz, choć od siedmiu lat jest dorosły, cały czas zachowuje się jak dziecko i pod względem finansowym żeruje na ojcu bez umiaru, co rusz wyciągając od niego pieniądze na zachcianki. Dwunastoletnia córeczka Sara to istne „diable pacholęcie” - rozwydrzone ponad wszelką miarę i posiadające zdumiewającą umiejętność manipulowania rodzicielem. Nienawidzi Cię z całego serca, z czym zresztą wcale się nie kryje i za każdym razem  stara się sprowokować tę wyśnioną awanturę, która trwale Was podzieli. Do tego co chwilę domaga się dodatkowych funduszy, choć ojciec płaci sute alimenty.

18:24:00 No comments

Choć ciężko w to uwierzyć, w całym majestacie mroczności… wciąż przepadam za komediami romantycznymi - i poszukuję tych, które są w stanie mnie rozbawić, o co doprawdy niełatwo. Wybredna i zakochana we wszystkim, co złe, okrutne, smutne i depresyjne, dla odmiany lubię niekiedy odnaleźć uśmiech w nietuzinkowych historiach, jakie mimowolnie podnoszą kąciki ust ku górze. Z pomocą w tym nieprostym zadaniu po raz wtóry przybyło do mnie Wydawnictwo Ale - swoisty ewenement, jako że nie ukazała się w nim jeszcze ani jedna książka, która nie przypadłaby mi do gustu! Kyra Parsi i jej najnowsza propozycja literacka zatytułowana ujmująco „Jak rozkochać gbura” to - nie przesadzając - kapitalna opowieść. Nasączona ogromną dozą dobrego humoru, złożona z wielu pomyłek o nieprzewidywalnych skutkach, lecz przede wszystkim o nader wartościowym tle. Przedstawieni czytelnikowi przez Autorkę bohaterowie są wielowymiarowi, przez co pozostają na wskroś prawdziwi. Zamiast papierowych sylwetek czy pustych osobowości - osoby o ujmującej przeszłości, naznaczone tragediami czy uparcie dążące do wyznaczonych celów. Nie sposób nie kibicować w trakcie lektury niemalże wszystkim, co należy uznać za rzadkie zjawisko wśród podobnych publikacji. Kanadyjska Pisarka to dla mnie duże odkrycie, jako że z pozornie lekkich narracji tworzy wielowymiarowe historie, w jakich relacje międzyludzkie czy kreacje rodzinne wciąż pozostają jednym z najważniejszych elementów. Okrywa to woalem uroku ale i smutku - wszak kiedyś było to na porządku dziennym, a w dzisiejszych czasach pustki i pustoty należy za to pochwalić. Druga część serii „Grzeszni miliarderzy” (jakiej wszystkie tomy można czytać oddzielnie) okazała się nawet lepsza niż pierwsza, przynajmniej w mojej ocenie. Zabiorę Cię zatem do świata pewnego bardzo nieznośnego bogacza, który nie wierzy w przeznaczenie, kobiety, jaka kocha miłość i zawodowo zajmuje się kojarzeniem ludzi w pary, wróżki, cudownej służby oraz definitywnie kapryśnego i jeszcze bardziej puszystego kota, jakiemu pewnego dnia zamarzy się mieszkać w pałacu.

00:47:00 No comments

Wielu polskich aktorów marzyło o podboju hollywoodzkiej fabryki snów. Paru było blisko osiągnięcia tego celu, ale w pełni udało się to tylko jednej osobie - Joannie Pacule. Zaoceaniczna kariera skromnej dziewczyny z Tomaszowa Lubelskiego ma charakter stricte bajkowy a jej przebieg stanowi wypadkową niewyobrażalnego wprost szczęścia, sumy niepozornych przypadków, budzącej zachwyt specyficznej, słowiańskiej urody, niebywałej pracowitości oraz talentu, którego nawet najbardziej niechętni nie są w stanie zanegować. W Polsce często darzona jest niechęcią jako wyniosła i zarozumiała a także zbyt „zamerykanizowana”. Niektórzy posuwali się nawet do podłych insynuacji, jakoby zrobiła karierę „poprzez łóżko”, pomimo iż brak na to najmniejszego nawet dowodu. Co symptomatyczne, nigdy nie brała udziału w żadnym ze skandali, tropionych z taką lubością przez brukowce, paradoksalnie nie miała też „parcia na szkło”, poza tym stricte ekranowym. Nie obnażała przed publicznością pikantnych szczegółów życia osobistego, nie stała się też ani celebrytką, ani „gwiazdą”, a sam ten status uważała za „coś okropnego”. Nie pozwoliła, aby mamidło blichtru i próżnej sławy zepsuło jej charakter, co nader wydatnie udowadnia siłę jej magnetycznej osobowości. Tej, która tak naprawdę stanowiła podwalinę sukcesu, jaki stał się udziałem aktorki o polskim pochodzeniu i sercu. Drwiono, iż grała w filmach klasy B, ale czy dla dziewczyny ze wschodniej Europy, której położenia wielu jej amerykańskich przyjaciół nawet nie znało, bramy do kariery największego formatu były do końca otwarte? Stugębna plotka wieszczy, że złamała ją u samego progu, wdając się w romans z Hawkiem Winchelem Kochem Jr., mężczyzną żonatym i „dzieciatym”, co na tyle rozzłościło „damy Hollywood”, że te poprzysięgły, iż upojnego sukcesu nigdy nie osiągnie. Jak zwykle w takich wypadkach, ziarnko prawdy wydaje się w tej nieprawdopodobnej historii aż nadto namacalne...       

17:39:00 No comments

To pierwsza książka, jaką napisała moja ulubiona polska Autorka - Katarzyna Hewa, ale czwarta spod jej pióra, którą miałam okazję przeczytać - jako że Pisarka zdecydowała się wydać stworzoną przez siebie historię współczesną po trzech powieściach historycznych, co to dołączyły do zaszczytnego grona mych ulubieńców. „Małe wstrząsy” nie urzekają akcją toczącą się kilka wieków wstecz - osadzone w teraźniejszości, zabierają czytelnika na niewielką wioskę, pełną mieszkańców, jacy każdego dnia doświadczają niewielkich kolapsów, mających moc zachwiać całym znanym im dotychczas światem. Pierwsze jedynie wzruszają jego posady i powodują mikroskopijne pęknięcia. Następne poszerzają rysy i potęgują narastającą niestabilność rzeczywistości. Ostatnie staną się przyczyną upadku - runie wszystko, co dotychczas uważane było za pewne… Jako wierny fan Mistrzyni Słów, dostrzegam pewne podobieństwo między całością jej twórczości: silna bohaterka o talencie do popadania w tarapaty, niedoceniona przez absolutnie nikogo, traktująca odmowę jako wyzwanie i wrzucona w wir szaleństw we wrogim jej otoczeniu. Naprzeciwko niej wyniosły mężczyzna o gołębim sercu - najczęściej ukrywający dobre intencje pod płaszczem oschłości zimnego serca. Co uśmiecha najbardziej, Hewa nie skupia fabuły na relacji romantycznej, choć w istocie - tak jak i w moim mniemaniu ta - wszystkie opowieści są tak naprawdę o miłości. Możliwa sympatia pomiędzy naczelnymi postaciami jest tylko fragmentem narracji - i stanowi tło dla wielowymiarowości pozostałych sylwetek. Tym razem: na wskroś oryginalnie o pewnym narcyzie - rzadko spotykanym w rodzimej literaturze, jako że w osobie babci. I jeśli myślałby kto, iż chodzi o wiejską babuleńkę w kwiecistej chuście, to bardzo by się pomylił. Wyobraź sobie raczej szukającego wszędzie korzyści, potwora-przedsiębiorcę w eleganckiej spódnicy, stukającego laską, któremu obce są jakiekolwiek uczucia, za to znane i poważane kolokacje, konwenanse i korzyści. Tak oto do akcji wkraczają: Barbara i jej wnuczka Lara, zesłana z emigracji… do piekła.

00:17:00 No comments

Gdy wysyłano Cię na tę niewielką wyspę, wrogowie zacierali ręce - licząc, że zupełnie na niej zgnuśniejesz. A tymczasem piękna Catalina, mekka dla turystów, którzy tłumnie przybywają na nią jachtami i statkami pasażerskimi, dała Ci drugie życie. I za nic nie zamieniłbyś go na rozgardiasz Los Angeles, jakim do niedawna tak się zachwycałeś. W ten sposób intrygi, które wypchnęły Cię z Wydziału Zabójstw wielkiego miasta i przekształciły w prowincjonalnego gliniarza, niespodziewanie obróciły się na Twoją korzyść. Nie masz tu zbyt wiele roboty, a najpoważniejszymi sprawami, jakie się trafiają, są akty wandalizmu, drobne kradzieże oraz nieustanne zakłócenia porządku publicznego, najczęściej przybierające postać pijackich burd, wszczynanych przez podchmielonych wycieczkowiczów. Co ciekawe, z lotu ptaka wyspa ma kształt znaku nieskończoności, co bierzesz za dobrą wróżbę, przemawiającą za tym, iż nigdy jej nie opuścisz. Odnalazłeś tu spokój ducha i równowagę psychiczną, nadwątloną wydarzeniami w byłej jednostce i co najważniejsze - miłość. Tash jest młodsza o osiem lat i stanowi dla Ciebie ideał urody. Energiczna, szczupła i zalotna, o kruczoczarnych włosach i takiej samej barwy oczach, od razu zwróciła Twoją uwagę. Początkowo podchodziłeś do niej z rezerwą, obawiając się, że różnica wieku jest zbyt wielka, byście znaleźli wspólny język. Ale szybko się przekonałeś, że nadajecie na tej samej fali. Na razie mieszkacie osobno, lecz Wasz związek nabrał już takich rumieńców, że z pewnością wkrótce to się zmieni. Kobieta jest zastępcą kapitana portu, zatem bardzo często kieruje ruchem jednostek pływających chcących zacumować w imponującej marinie, która może pomieścić ich aż kilkaset. Z tego względu masz z nią częsty kontakt służbowy, ale starcie się nie afiszować ze swoją relacją, choć i tak wszyscy ją dostrzegają.

17:52:00 No comments

Musisz nareszcie rozliczyć się z przeszłością, choć bynajmniej tego nie chcesz. Położony nad jeziorem dom, który odziedziczyłaś po zmarłej mamie to miejsce, z jakim masz ostatnie ze szczęśliwych wspomnień z dzieciństwa. Wtedy jeszcze było Was troje - Ty oraz rodzice. Uśmiechnięci na zdjęciu, objęci, niewiedzący wówczas, że za chwilę cały świat runie w gruzach. Kiedy miałaś zaledwie osiem lat ze szczerbatej i gotowej na wszystko ośmiolatki musiałaś stać się niemalże dorosła. Matka zmarła, rodząc Twoją młodszą siostrę Holly. Tego dnia trupem za życia zaczął być także Twój ojciec, który - zamiast się Wami opiekować - pogrążył się w powolnej, wyniszczającej degrengoladzie, nasączonej coraz większą liczbą używek. Z ukochanego domku nad wodą przenieśliście się do cokolwiek nieciekawego mieszkania, z jakim właśnie udało Ci się pożegnać - jako że tata finalnie doprowadził się do śmierci. Nie wspominasz tego lokum dobrze, zatem potrwało to tylko chwilę. Masz jednak świadomość, że przed Tobą o wiele trudniejsze zadanie. Opróżnienie całkiem sporej wilii po matce, w jakiej nie byłaś zresztą od półtorej dekady, niesie za sobą ogromny ładunek emocjonalny. Nie wiesz, czy udałoby Ci się pojechać tam samej, zatem postanowiłaś poprosić o pomoc najbliższych. Towarzyszy Ci Liam - ukochany chłopak, który jawi Ci się niczym anioł, co to postanowił zmaterializować się w Twoim życiu. Wciąż powtarzasz sobie, iż jest dla Ciebie o wiele za dobry i że z pewnością opuściłby Cię, gdyby poznał Twoje najmroczniejsze sekrety, zatem starasz się robić wszystko, by trzymać własne demony w ukryciu. Jedzie z Wami również jego siostra bliźniczka, z jaką udało Ci się zakumplować oraz Twoja wieloletnia przyjaciółka Brooks. Co z kolei Cię nie cieszy, ma do Was dołączyć także jej chłopak, przemocowiec, tyran i narcyz, jakiego najchętniej skasowałabyś z jej życia. W miejscu przeznaczenia okaże się jednak, że dom jest o wiele bardziej zrujnowany niż sądziłaś - i są tam dwie dodatkowe osoby…

19:02:00 No comments

Choć starasz się nie dopuszczać owej myśli do siebie, w głębi duszy wiesz, że w znacznym stopniu ponosisz odpowiedzialność za śmierć tej dziewczyny. Rozmawiałeś z nią jeszcze parę godzin temu, a teraz patrzysz na jej przywiązane do drzewa, nagie zwłoki z poderżniętym gardłem. Od początku czułeś, ze coś jest nie tak. Miałeś niejasne przeczucie, że Klaudia Piekarz prowadzi własną grę, jednak nie zdołałeś odgadnąć jej zasad. Twój współpracownik, programista Mufin, przeprowadził wcześniej research w Sieci - zarówno jej osoby, jak i ewentualnych powiązań, ale nie znalazł niczego istotnego. Teraz już wiesz, że nie przyłożył się należycie do wykonania zadania. Policzysz się z nim później, na razie nie masz do tego głowy. Gorzko myślisz, że nigdy nie posuwałeś się zatrudniania testerek wierności, choć w zawodzie prywatnego detektywa stanowią one bardzo przydatne narzędzie. Jednak to sprzeczne z Twoimi zasadami. Uważasz tę profesję za głęboko niemoralną i wiodącą ludzi na manowce - rodzi konsekwencje, jakich nigdy tak naprawdę nie chcieliby osiągnąć a tym bardziej oglądać. Ten raz zrobiłeś wyjątek, zresztą studentka psychologii, nowy współpracownik, wcale nie miała dokonać uwiedzenia, ale spróbować wydostać z Tymoteusza Rudzińskiego jakiekolwiek przydatne informacje, dzięki którym będziesz w stanie znaleźć na niego haki i dotrzeć do głęboko ukrytych relacji. Wcześniej zjawiła się u Ciebie żona mężczyzny i zleciła jego śledzenie. Podejrzewała, że dokonuje licznych zdrad, w czym zresztą wcale się nie myliła. Jednak potem zerwała kontakt. Twój „obiekt” to bogaty deweloper, który stał się potentatem na miejscowym rynku nieruchomości. Pojawił się znikąd, zaczął sypać gotówką i wykosił całą konkurencję. Jesteś przekonany, że ma powiązania z Czarnym Domem - piekielną organizacją, która trzęsie całym Beskidem Żywieckim.

21:37:00 No comments

Psychofanka powraca - z recenzją najnowszego dzieła Eseisty Śmierci… a może Reportażysty Sztuki Umierania. Zafascynowany ars moriendi Max Czornyj o duszy równie starej i zwichrowanej co moja własna, sprezentował czytelnikom propozycję literacką, jakiej w tym kształcie niewątpliwie jeszcze nie było. „Śmierciologia” to bowiem swoiste kompendium mroczności, które wiedzie w świat życia i odchodzenia - wyprawa poprzez meandry kryminalistyki, szeroko pojętą sztukę oraz zagadki medycyny, z jakiej odbiorca wraca całkowicie odmieniony. Nakarmiony cienistą wiedzą iście zabójczych ciekawostek, przewróciwszy ostatnią stronę wyjątkowej książki, z pewnością niespokojnie obejrzy się za ramię, chcąc się upewnić, które demony czyhają na jego duszę. Czerniejącą, odrobinę zbrukaną - jednak przede wszystkim wciąż powierzającą swoje odłamki myślom, jakie wciąż, dzięki Pisarzowi, błądzą po krainie już nieżyjących albo właśnie zmierzających tam, gdzie sam Lucyfer mówi dobranoc… Do miejsca, które na przestrzeni lat stało mi się doskonale znane; w jakim bytuję wręcz z psychopatyczną z przyjemnością, lubując się w przebywaniu na granicy rzeczywistości mroku i światła. Zanim jednak istnienie irracjonalnie szalonej jaźni uda się na wieczny spoczynek, zapraszam Cię do odbycia niewtórnej przygody. Za spisem treści czy też raczej autorskich - rzeczy: „Ze śmiertelną powagą” rzec musisz: „Słowo daję, pan Andersen tylko wygląda na martwego”. Zapytasz później: „Co mi powiesz, ścięta głowo?” oraz „Którego konia dosiada śmierć i czy to ona na pewno”, trwając jeszcze przez chwilę w fazie wyparcia, bo ostatnia odchodzi nadzieja, że to nie moment Twojego odejścia. Dowiesz się, „Jak umierali ludzie” oraz zaczniesz roztrząsać „Jak naprawdę zatryumfować nad nieuniknionym”, zauważając, iż jedno w człowieku pozostaje niezmienne: chęć zaczerpnięcia kilku płytkich oddechów, zanim powieki zamkną się na zawsze w nieutulonym żalu niezrealizowanego. Ustalisz także po raz wtóry, iż „Kiedy maszyna przestaje działać, pokrywa ją rdza”…

19:06:00 No comments

Zamiast dnia takiego jak wszystkie inne - początek huraganu, który zdemoluje Twoje uładzone życie. Nigdy byś nie przypuścił, że zetkniesz się z siłami, jakie ze swej natury skrywają się za maskami pozorów, spowite tajemnicami nieprzeniknionymi dla zwykłych śmiertelników. Gra wywiadów, akronimy CIA czy ABW... to wszystko znałeś jedynie z filmów i sensacyjnej literatury, a tymczasem stałeś się częścią gry, w której ludzkie życie nie ma znaczenia. Jak zwykle to bywa, brzemienny w wydarzenia poranek zaczyna się całkowicie niewinnie, obleczony w zwyczajną, szarą rutynę. Już o siódmej wyprowadzasz na spacer psa - piękną wyżlicę weimarską, prezent od siostry na pięćdziesiąte urodziny. Ostatnim, jaki od niej dostałeś. Wkrótce potem Eliza i jej mąż, Estończyk Esben Koppel ponieśli śmierć, gdy ich jacht znajdujący się w drodze do Tallina przewrócił niespodziewany, gwałtowny poryw wiatru. Bardzo to przeżyłeś, byliście bowiem nie tylko zżyci, ale też wiele jej zawdzięczałeś. To ona wymusiła na Tobie rezygnację z kariery w żandarmerii wojskowej, a następnie wymogła, byś skończył aplikację i dołączył do założonej przez nią kancelarii adwokackiej. Prowadzisz ją do dzisiaj z wieloma sukcesami, dzięki którym szyld „Koppel i Szczerzec” zdobył spore poważanie i renomę. Po trzygodzinnej przechadzce przekraczasz próg biura, jak zwykle od razu wypytując o stan bieżących spraw. Prosisz sekretarkę o podanie kawy i rozsiadasz w wygodnym fotelu, stojącym w zajmowanym gabinecie a pies posłusznie mości się w legowisku. Zanim udaje Ci się przystąpić do ułożenia planu dnia, rozdzwania się telefon.  Ze zdziwieniem spostrzegasz, że dobija się do Ciebie znajomy, z którym w zasadzie nie utrzymujesz bliższych kontaktów…

17:59:00 No comments

Joanna Gracjasz stworzyła jedną z książek, jakich nie czyta się jedynie dla samej historii, a przede wszystkim dla poznania prawdy. Takiej, jaka uwiera niczym przysłowiowy kamyk w bucie i zostawia po sobie ślad głębszy od fabuły. „Tajemnica zawodowa” to zbiór opowiadań, który nie jest literackim popisem czy bezpieczną opowieścią o szkolnej rzeczywistości. To raczej zapis doświadczeń, emocji i sytuacji, które wydarzyły się naprawdę lub mogły się wydarzyć na znanych każdemu korytarzach… Ich ciężar nie wynika z dramatycznych zwrotów akcji, tylko z autentyczności. Już we wstępie Autorka zaznacza wprost, że to narracje inspirowane rzeczywistością i próba oddania emocji tych, którzy często pozostają niewidoczni, choć funkcjonują tuż obok - w systemie edukacji, co to z zewnątrz wydaje się uporządkowany, a od środka bywa miejscem cichych dramatów, jakie rozgrywają się każdego dnia.

Najsilniej oddziałuje na mnie opowiadanie „Granica” - studium relacji między nauczycielką a uczennicą i jednocześnie opowieść o tym, jak łatwo przekroczyć niewidzialną linię oddzielającą pomoc od uzależnienia emocjonalnego. Anna to nauczycielka z powołania - ktoś, kto naprawdę wierzy, że może zmienić czyjeś życie; iż odpowiednie wsparcie potrafi wyrwać człowieka z najgorszego miejsca. Marta jest z kolei dziewczyną zagubioną, zamkniętą w sobie, funkcjonującą w świecie, w którym nie ma stabilności ani zainteresowania ze strony rodziców a szkoła staje się jej przestrzenią obcą i przytłaczającą. Jej problemy z nauką, wagary, brak zaangażowania nie są bynajmniej lenistwem, tylko konsekwencją głębszego chaosu, w którym żyje. I w jakim tak łatwo przecież się pogrążyć… Pisarka nader celnie ukazuje cały proces kształtowania się i przekształcania relacji - nie sam punkt kulminacyjny. Anna zaczyna od drobnych gestów, dodatkowych zajęć, rozmów, prób zrozumienia. Stopniowo wchodzi coraz głębiej w życie Marty, poświęca swój czas, energię a w końcu także siebie. I właśnie w tym miejscu pojawia się coś, co czyni tę historię tak… wyjątkową i zarazem niepokojącą. Pomoc przestaje być wsparciem, a zmienia się w potrzebę. Anna zaczyna definiować siebie przez to, czy jest w stanie uratować dziewczynę. Marta natomiast uczy się tej znajomości w sposób, który jest jej najbliższy, czyli przez manipulację, kontrolę i testowanie granic. Jej zachowania eskalują - od wagarów, przez kłamstwa, aż po kradzieże i szantaż emocjonalny wobec rówieśników, co nie jest przedstawione jako nagła transformacja, ale jako naturalna konsekwencja środowiska i mechanizmów, które wcześniej się w niej ukształtowały. Najbardziej bolesny moment tej historii nie polega jednak na tym, co robi Marta, ale na tym, jak świat reaguje na Annę. Jej zaangażowanie zostaje podważone, jej działania odczytane jako przekroczenie granic a matka dziewczyny obraca sytuację przeciwko niej, oskarżając ją o niewłaściwe zachowanie i brak kompetencji. W tym jednym punkcie cała konstrukcja, którą Anna budowała miesiącami, zaczyna się rozpadać. I to nie jest dramat w stylu literackim, to jest coś znacznie bardziej realnego, moment, w którym człowiek zaczyna wątpić nie tylko w swoje decyzje, ale w sens tego, co robi… Jakże doskonale mi zresztą znany. Kulminacją tej historii nie jest jednak konflikt, ale konsekwencje. Wyczerpanie, emocjonalne wypalenie i w końcu diagnoza choroby, która nie pojawia się jako przypadek, tylko jako efekt nagromadzonego stresu, napięcia i ignorowania własnych granic. Scena, w której Anna zostaje sama z tą informacją, jest jedną z najmocniejszych w całym zbiorze, jako że nie opiera się na dramatycznych środkach, tylko na ciszy, na załamaniu i na świadomości, że człowiek, który próbował ratować innych, zapomniał o sobie…

Drugie opowiadanie, które szczególnie zostaje w mojej głowie, czyli „Wrony”, działa inaczej, ale równie druzgocąco. Tutaj nie ma jednej relacji, która się rozpada, tylko cały system, jaki powoli niszczy jednostkę. Maria jest nauczycielką pełną pasji - kreatywną, zaangażowaną, taką, która naprawdę chce uczyć inaczej, głębiej, bardziej świadomie. Jej podejście stoi jednak w sprzeczności z rzeczywistością szkoły, w której liczą się wyniki, dokumentacja i podporządkowanie zasadom. To opowiadanie pokazuje coś, co rzadko jest nazywane wprost, czyli systemowe wypalenie, które nie rodzi się z jednego wydarzenia, tylko z ciągłego nacisku, braku wsparcia i poczucia, że to, co robisz, nie ma znaczenia. Maria stopniowo traci energię, sens a w końcu także siebie. Autorka bardzo precyzyjnie opisuje narastające lęki, napięcie, problemy ze snem, izolację i poczucie osamotnienia, które nie wynikają z braku ludzi wokół, tylko z niezrozumienia. Relacje w pracy się zmieniają, wsparcie znika a ona sama zaczyna funkcjonować jak cień - obecna fizycznie, ale coraz bardziej wycofana psychicznie. Ten tekst nie potrzebuje wielkich zwrotów akcji, bo jego siła tkwi w powtarzalności, w monotonii, w tym, jak dzień po dniu coś w człowieku gaśnie… Czy bezpowrotnie?

Styl całego zbioru opowiadań jest spójny i podporządkowany emocjom. Nie ma tu przesadnej stylizacji ani literackiego nadmiaru. Jest prostota, która momentami boli bardziej niż najbardziej poetyckie zdania, bo nie daje czytelnikowi dystansu. To książka, którą się nie tyle czyta, co przechodzi przez każdą z akcji razem z bohaterami, czując ich zmęczenie, frustrację i bezsilność. Smutek… i reminiscencje prywatne. „Tajemnica zawodowa” to nie jest tom treści o szkole. To teksty o ludziach zamkniętych w systemie, o granicach, które się zacierają, o pomocy, która potrafi zniszczyć, i o tym, jak łatwo zatracić i potracić siebie, kiedy za wszelką cenę próbuje się uratować kogoś innego. Nie daje pocieszenia ani nie ofiarowuje czytelnikowi łatwych odpowiedzi. Prezentuje mu za to coś znacznie cenniejszego - świadomość. Poza tym, jestem pewna, iż po lekturze także i Ty pozostaniesz z powracającym raz i co rusz pytaniem: ile z siebie ofiarujesz, nim Cię zabraknie… i w imię czego właściwie?

17:26:00 No comments
Żoną miałam być, miał być ślub… i wesele też - mogłabyś z powodzeniem zanucić tekst pewnej znanej kilka lat temu piosenki. Aż tu nagle, gdy do uroczystości zostało całkiem niedużo czasu, natrafiłaś na ten jeden artykuł, który wywrócił do góry nogami całe Twoje życie i sprawił, że przygotowania do dnia, w którym na Twoim palcu zalśni obrączka, zeszły na dalszy plan. Gdyby jeszcze niedawno ktoś Ci powiedział, że pojedyncza notka pośledniego czasopisma wpłynie na Twoją całkiem poukładaną rzeczywistość w tak wielkim stopniu, stwierdziłabyś, że chyba postradał zmysły. A jednak tak właśnie się stało, choć niektórzy powiedzieliby pewnie, iż poznany przypadkiem tekst tylko obudził to, czego od zawsze pragnęłaś - i co było w Tobie głęboko uśpione a dopiero teraz odnalazło drogę na zewnątrz. Przerzucałaś nieco bezmyślnie, bo dla zabicia czasu, kolejne treści damskich magazynów, kiedy nagle Twoją uwagę zwróciła ta, która zdeterminuje wszystko, co wydarzy się później. Szokujący na pierwszy rzut oka artykuł przedstawiał losy kobiety, jaka jednocześnie pozostawała w związku z dwoma mężczyznami - mężem oraz trenerem personalnym. Choć początkowo ślubny nie wiedział o istnieniu tego drugiego, finalnie całe trio nawiązało niecodzienną relację - i zaczęło „cieszyć się” życiem w stałym trójkącie. Kiedy przeczytałaś tę informację po raz pierwszy, jedynie zmarszczyłaś brwi, uznając ją za cokolwiek kontrowersyjną. Po kilku godzinach rozmyślań doszłaś natomiast do wniosku, że… zważywszy na Twoje nudne i stabilne życie z narzeczonym, który nie dba o Twoje potrzeby, sama chętnie spróbowałabyś takiego układu, jeśli oczywiście miałabyś na to szansę. Zazwyczaj stroniąca od eksperymentów, skupiona raczej na tym, co stałe - taka odmiana dobrze by Ci zrobiła. Pora jednak odłożyć mrzonki na bok, bo oto wybierasz się na poszukiwania sukni ślubnej. Ciężko Ci się do nich dostroić po ognistym śnie z dwoma Hiszpanami w roli głównej, który nawiedził Cię w nocy… I cóż, pech chce, że opowiesz o nim ze szczegółami przyjaciółce, na skutek czego wszechświat oszaleje.
23:45:00 No comments

Sagi rodzinne to opowieści złożone z wartości - jakże potrzebne w pędzącym dzisiaj coraz szybciej świecie, w jakim relacje z bliskimi często są odsuwane na dalszy plan. Wykreowane wielowymiarowo i napisane w uśmiechający sposób, gwarantują doskonałą rozrywkę i relaks, tak niezbędny po kolejnym trudnym dniu. Jeśli ich bohaterowie są zarysowani wielobarwnie i prezentują sobą i własnymi wyborami pewien starodawny urok, tym większa przyjemność z poznawania ich losów. Dokładnie takich znalazłam za przywołującą wiosnę okładką powieści „Jesteście tylko przyjaciółmi?” - pierwszego tomu serii „Rodzina Tylczyńskich” autorstwa Moniki Klary Krajniak. Choć najczęściej przebywam w mrocznych książkowych rzeczywistościach, tego rodzaju odprężające narracje są dla mnie dobrą odskocznią. Lekką, pozwalającą odpocząć skołatanym nerwom i uciekającym wiecznie w rozbieżnych kierunkach myślom, a przy tym pełną… nadziei. Autorka debiutuje pozytywną, skupioną na rodzinie, więzach oraz przyjaźniach fabułą, którą w takim kształcie niestety rzadko obecnie można znaleźć w rodzimej prozie. Niezepsutą, skoncentrowaną na najważniejszych wartościach - a do tego podaną estetyczną warstwą językową. Podobną codzienności, w pełni realistyczną, a jednak ma się wrażenie, że przenoszącą równocześnie w minione czasy. Przyznaję, iż poznawszy 367 stron historii Pisarki w jeden wieczór, nie mogę się doczekać, aby się przekonać, jak potoczą się dalsze perypetie wielodzietnej rodziny Tylczyńskich, której członków zdążyłam polubić niemalże bez wyjątku od pierwszego rozdziału opowieści. Oto gawęda, jaka otula - zabiera do krainy pewnej przyjaźni, z której być może wyniknie coś więcej… W małej wiosce Dąbrowa żyje bowiem dwójka młodych ludzi, jacy od dziecka pozostają nierozłączni i wiedzą o sobie niemalże wszystko. Przed jednym z nich otwierają się jednak bramy dorosłości - czas studiów i wolności, którymi to niestety można się szybko zachłysnąć i zapomnieć o wszystkim, co kiedyś było nader ważne… Choć może relacje na całe życie przezwyciężą chwilową fascynację nieznanym?

00:09:00 No comments

Główna bohaterka powieści „Piekielna osiemnastka” ma na imię Julka… i w tak wielkim stopniu jest mną, że chyba powinnam podejrzewać Autorkę o rzeczywiste konszachty z diabłem. Każdą kolejną stronę tego naznaczonego wątkami paranormalnymi thrillera czytałam z wręcz makiawelicznym uśmiechem, jako że w literaturze nie trafiłam jeszcze na postać, która miałaby ze mną tak wiele wspólnego. Julia ubiera się jedynie na czarno - nie uznaje innych kolorów a jej stylizacje należałoby określić mianem mrocznie rockowych. Uwielbia słuchać muzyki i ma do niej niesamowitą pamięć. Jeśli raz wpadnie jej w ucho jakiś utwór, jest w stanie odtworzyć go z głowy. Za najciekawszą spośród jej umiejętności uznaję natomiast niezwykłą smykałkę do języków obcych. Uczy się ich z ogromną łatwością, najwięcej czerpiąc z tłumaczeń tekstów, które niekiedy… jakoby same materializują się w jej jaźni. To natomiast wprawia w konsternację nauczycieli, jacy za wszelką cenę usiłują udowodnić jej próbę oszustwa czy niewiedzę - i irytują się niezmiernie za każdym razem, gdy okazuje się to niemożliwe. Pozornie nie uważa na lekcjach, lecz mimo tego potrafi odpowiedzieć bezbłędnie na wszystkie pytania belfrów. Nie musi spędzać licznych godzin na nauce jak reszta jej rówieśników - co dla wykładających niemiecki lub angielski jest na tyle podejrzane, że podczas zajęć niemalże zatruwają życie dziewczyny zagadnieniami wykraczającymi ponad podstawę programową. Wydawać by się mogło, iż tego rodzaju książkowy wątek jest mało realistyczny - jednak, kto chodził do mojego prestiżowego z nazwy liceum, ten w cyrku się nie śmieje, chyba, że przez łzy. 😉 Zaręczam, zdarzają się i historie, o jakich filozofom się nie śniło, a co dopiero jednostkom innym niż przeciętne. Julka jest na domiar dla niej złego odmienna niż reszta - a przy tym wychowuje się w małej wiosce, w jakiej niczego nie da się utrzymać w tajemnicy. Jako jedyna nieochrzczona, pozostaje także szkolnym wyrzutkiem, za przyjaciółkę mając tylko wyklętą dziewczynę. Cóż… tak bohaterka jest mną, jak i ja jestem nią. Wielce.

02:13:00 No comments

Opowiadania nie należą do łatwej formy literackiej, wszak przy użyciu niedużej ilości słów ich autor musi wyrazić bardzo wiele, jeśli mają być uznane za udane. Z drugiej strony, to właśnie one uważane są za oddające w pełni kunszt, jakim dysponuje pisarz. Sama najbardziej lubię historie spowite ulotną mgiełką ezoteryki, które przemawiają do tej cząstki duszy, jaka doskonale wie, że - cytując Hamleta: „świat jest pełen tajemnic, zjawisk i niezwykłości, których ludzki rozum, nauka czy filozofia nie są w stanie pojąć lub przewidzieć”. Która przyjmuje, że Mickiewiczowskie: „czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko” jest w pełni  zasadne, ponieważ to, co transcedentalne, stanowi immanentną część ludzkiego świata i świadomości. A także wyobraźni, która często zabiera człowieczą istotę w podróż po tym, czego  nie da się przeniknąć rozumem a tym bardziej namacalnie dotknąć. Niewątpliwymi mistrzami tego rodzaju opowiadań byli Edgar Allan Poe oraz H. P. Lovecratft, którzy wyznaczyli ich niedościgły wzorzec. Wykreowana w ich dziełach atmosfera, pełna niepewności i przeszyta na wskroś tajemniczością, niejednokrotnie balansuje na granicy jawy i snu, a także racjonalności i szaleństwa. Nie tylko zachwyca, ale i daje poczucie obcowania z niewytłumaczalnym, które przez szeroko otwarte odrzwia imaginacji zyskuje dostęp do samego serca, by już nigdy z niego nie ustąpić. Gatunek ten na ogół stanowi emocjonalne połączenie fantastyki, science-fiction, ludowych wierzeń, i horroru, czerpiąc pełnymi garściami z gotyckiej tradycji. Ujęty w odpowiednio obrazowo przedstawione wydarzenia, zawsze pozostawia po sobie niezapomniane wrażenie. Udowadnia to recenzowany zbiór opowiadań.

„Trzymani przez nich za ręce, powoli wkraczamy do Krainy Cieni - tam, gdzie kończą się wszystkie ludzkie ścieżki.”

Zdanie zamykające ostatnie z opowiadań doskonale oddaje klimat utworów Pisarki, do których przeniosę Cię właśnie teraz.

01:33:00 No comments

Pięknie mroczna wyklejka, zaczernione pierwsze strony rozdziałów, pełne zwracających uwagę grafik, rysunkowe ilustracje oraz elegancka okładka z literami, które skrzą się odcieniem fuksji - właśnie w tak estetycznym wydaniu Iwona Feldmann sprezentowała czytelnikom pierwszy tom serii „Wakacje z szefem” o podtytule „Rosy”, wziętym od imienia głównej bohaterki. Jako miłośnik wizualizacji, muszę stwierdzić, iż tego rodzaju spójność jest więcej niż mile widziana. Z pewnością wszelkie fanki historii romantycznych przyznają mi rację - wszak opowieści o relacjach dobrze jest okrasić odpowiednio przyciągającą wzrok warstwą optyczną! Wystarczy jednak o zaletach, które można dostrzec na pierwszy rzut oka, bo przecież w każdej książce, mimo wszystko najważniejsza jest treść. W tę standardowo wprowadzę Cię w recenzji - zwichrowanej halucynacji semantycznej, która zaprosi Cię do odbycia pewnej nieplanowanej podróży z mężczyzną, jakiego do tej pory znałaś tylko z firmowych zebrań, niemiłych rozmów i eleganckich korytarzy. Choć pracujesz dla Cartera Bellamy od ponad sześciu lat, dotychczas nie miałaś o nim najlepszego zdania. I trudno Ci się dziwić - w końcu wyniosła pyszałkowatość młodego i nieprzyzwoicie przystojnego miliardera raczej nie są cechami, jakich inteligentna kobieta, utalentowany analityk finansowy, może poszukiwać u mężczyzny. Jak to jednak często bywa, w każdej grze karty zmieniają się co rozdanie - i potrafią tak nagle, co niespodziewanie odwrócić passę. Tymczasowa nieobecność zarządzającego Twoim działem przyjaciela sprawi, że już niedługo będziesz miała okazję pracować dla samego prezesa i poznać go znacznie lepiej niż do tej pory. Ogarnięta prywatnymi problemami z pogarszającym się stanem matki na czele, wcale nie potrzebowałaś akurat teraz nowych wyzwań. Nikt jednak nie pytał o Twoje chęci, a raczej z ironicznie uniesionym kącikiem pięknie wykrojonych ust stwierdził, że przed Tobą delegacja do Kalifornii. Tyleż słonecznej, co gorącej - i to niekoniecznie za sprawą samej pogody…

02:00:00 No comments

Napisanie powieści z wątkami dla dorosłych czytelników nie jest prostym zadaniem. Jeśli ma być czymś więcej niż tylko przedstawieniem czysto fizycznej relacji pomiędzy bohaterami, trzeba dodatkowo zadbać o wiele istotnych kwestii. W mojej ocenie przede wszystkim same postaci nie mogą być płaskie - a tak skonstruowane, by czytelnik chciał się dowiedzieć, co się pomiędzy nimi wydarzy. Otoczone odpowiednimi przeżyciami i okraszone właściwą dawką charakterystycznych cech, zdecydowanie zachęcą odbiorcę do poznania swoich losów. Jeśli autor zdecyduje się nadać im inteligentnego poczucia humoru - tym lepiej. Poza tym uważam, że rzadko kiedy w literaturze wywodzącej się z romansu teatr dwóch aktorów, czyli naczelnych sylwetek, okazuje się wystarczający. Doskonale zatem, jeśli dodatkowo wprowadzi się do narracji wątki rodzinne czy powiązane z przyjaciółmi. Czym barwniejsze, tym ciekawsze okazuje się książkowe tło - wszak jego wielowątkowość zawsze jest zaletą. Jeżeli są wartościowe - zaczynam uśmiechać się, tym razem nie makiawelicznie, jeszcze szerzej. Pewien ewenement, ponieważ podczas lektury „Dalii” Patrycji Dzień poczułam się nader zachęcona do jak najszybszego poznania dalszych stron historii już po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron. Główna bohaterka, pisarka Maria jest bowiem tak przykuwającą uwagę osobą, że niemalże od razu kradnie serce odbiorcy nader nietypową kreacją. Choć na co dzień tworzy udane fabuły fantasy, tym razem staje przed nią zupełnie inne wyzwanie: napisać erotyk. Początkowo narzeka na ten pomysł, kierując skargi do psa malamuta, który jest absolutnie uroczym towarzyszem, ale - jak to ma w zwyczaju, decyduje się na spróbowanie sił w nieznanym gatunku. Po krótkim ochłonięciu w przydomowym warsztacie, w jakim produkuje na zamówienie oryginalne, drewniane wyroby, zgadza się na cokolwiek szalony pomysł wydawcy - i odwiedziny pewnego klubu, który ma jej posłużyć za inspirację. I tu cały galimatias dopiero się rozpoczyna… Może bezpieczniej byłoby zostać przy fantastyce? 😉  

23:27:00 No comments
Nowsze posty
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (71)
    • ▼  maj (20)
      • Paweł M. Arent - Medalion - recenzja
      • Miłosz Wołk - Łaniewski - Miejmy to za sobą - rece...
      • Sebastian Orszulik - Tam i z powrotem + trzy metry...
      • Joanna Kurek - Amartu-Ziqqu. Przebudzenie - recenzja
      • Karol Husak - Wcielone zło - recenzja
      • Kathryn Croft - Ostatniej nocy - recenzja
      • Maren Stoffels - Escape room - recenzja
      • Stanisław Lem - Głos Pana - recenzja
      • B. Dyakowski - Z naszej przyrody - recenzja
      • WP Rdzanek - Akord - recenzja
      • Bożena Bisewska - To, co nie pamięta - recenzja
      • Krzysztof Drozdowski - Wampir z Osielska - recenzja
      • Piotr Żymełka - Niewierny - recenzja
      • MAESTRIA - Selena. Córka dwóch światów - recenzja ...
      • Agnieszka Łepki - Domek nad jeziorem Borzymskim - ...
      • Kyra Parsi - Jak rozkochać gbura - recenzja
      • Marta Górna - Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świe...
      • Katarzyna Hewa - Małe wstrząsy - recenzja
      • Michael Connelly - Wilcza jagoda - recenzja
      • Barbara Seleman - Zanim spłonę - recenzja
    • ►  kwi (10)
      • Michał Zgajewski - Dolina czarownic - recenzja
      • Max Czornyj - Śmierciologia - recenzja
      • W.P. Rdzanek - Algorytm - recenzja
      • Joanna Gracjasz - Tajemnica zawodowa - recenzja
      • Justyna Pawlikowska - Zakazana - recenzja
      • Monika Klara Krajniak - Jesteście tylko przyjaciół...
      • Dagmara Warszewska-Kołacz - Piekielna osiemnastka ...
      • Beata Ziaja - U schyłku czasów - recenzja
      • Iwona Feldmann - Wakacje z szefem. Rosy - recenzja
      • Patrycja Dzień - Dalia - recenzja
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates