• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Dopóki nie poznałeś Natalii sądziłeś, że nikogo już nie pokochasz. Twój poprzedni związek zakończył się kompletną katastrofą, więc czułeś się zupełnie wypalony. Najbardziej przygnębiała Cię myśl, że ponosiłeś za to pełną odpowiedzialność. Nawet nie spostrzegłeś, kiedy zacząłeś skrajnie zaniedbywać Iwonę. Najważniejsza była dla Ciebie praca. Myślałeś o niej, gdy kładłeś się spać, a także jak tylko rano unosiłeś powieki. Wypełniła Twoje życie do tego stopnia, że nie zostało w nim miejsca dla kobiety, z którą spędziłeś całe pięć lat. A najgorsze było to, że wpadłeś w zaklęty krąg. Policyjna służba z jednej strony dawała Ci satysfakcję, z drugiej rodziła stres i obrzydzenie do podłości, jakich może dopuścić się człowiek. Ucieczkę od przygnębiających myśli umożliwiał alkohol, z którym w zasadzie przestałeś się rozstawać. Gdy Twoja partnerka podjęła decyzję o odejściu, nie czułeś nawet żalu. Co więcej, uznałeś to za doskonały pretekst, aby tym bardziej topić smutki w procentach. Nic dziwnego, że wkrótce potem zrezygnowałeś z pracy i znalazłeś się na kompletnym dnie. I gdyby pomocnej dłoni nie wyciągnął do Ciebie znajomy z dawnych lat, z pewnością już byś na nim pozostał. Gdy zobaczył, jak stoisz brudny i śmierdzący w kolejce do sklepu monopolowego, był głęboko wstrząśnięty. Zabrał Cię do swojego domu i zmusił do leczenia odwykowego. Kiedy trochę doszedłeś do siebie, zaproponował, abyś podjął zatrudnienie na prywatnej uczelni w Szczecinie. Zasiadał w jej władzach i polecił Cię jako doskonałego fachowca z dziedziny kryminalistyki. Początkowo martwiłeś się, czy złapiesz odpowiedni kontakt z młodzieżą, ale szybko okazało się, że nadajecie na podobnych falach. Młodzi ludzie zaczęli też cenić Twoje konkretne podejście do wykładanego przedmiotu, który potrafiłeś ubarwiać licznymi przykładami wziętymi z autopsji. 

22:06:00 No comments

Powieściowy pojedynek na śmierć i życie, rozegrany na arenie zwanej Warszawą pomiędzy genialnym w swoim fachu złodziejem, wybierającym klientów do obrabowania niczym samomianowany Robin Hood a mordercą na zlecenie, zajmującym się oczyszczaniem świata z ofiar wskazanych przez podmiejską mafię? Et voilà - właśnie taką historią zaskoczył mnie Krzysztof Domardzki, którego twórczość zdążyłam pokochać za sprawą iście genialnej narracji pod tytułem „Error”. Co okazało się dla mnie dużą niespodzianką, tym razem Pisarz pokusił się o wykreowanie fabuły z pogranicza sensacji, akcji oraz książek szpiegowskich, jaka to charakterem przypomina mi nieco koncepcję, którą Forsyth zastosował w świetnej propozycji literackiej „Szakal”. Nie jest to jednak pomysł wtórny, albowiem urodzony w Łodzi Twórca „Pojedynku” stworzył zupełnie inną wersję prozy, jaka dzięki krótkim rozdziałom i niesamowitej dynamice nie pozwala czytającemu na to, by przerwać lekturę przed poznaniem zakończenia. Całość okraszona została do tego wersami z polskich utworów z gatunku rap - a hip-hop starej, dobrej jakości, wpleciony umiejętnie w treść, zawsze ubarwia mi odbiór dzieła. Za zabieg ryzykowny uznaję natomiast umiejscowienie akcji rodem z amerykańskich filmów i to tych, w których fajerwerków nie brakuje, w rodzimej stolicy - mnóstwo pościgów, jeszcze więcej strzelanin, niezliczenie mnogo trupów oraz widowiskowe porachunki policji z elementami przystającymi do gangów… Czy Autorowi udało się tą wersją mnie przekonać, tradycyjnie dowiesz z subiektywnej części recenzji. Tymczasem pozostaje mi stwierdzić, iż jeden z filmowych bohaterów, którego działania oglądane na wielkim ekranie darzę miłością niezrozumiale ogromną, to jest niepowtarzalny John Wick, jakiego to odgrywa jeszcze bardziej wyjątkowo Keanu Reeves… w mojej ocenie całkiem dobrze bawiłby się, jeśli miałby okazję przeczytać powieść Domardzkiego. A może i zrodziłoby to u aktora kilka nowych pomysłów odnośnie widowiskowości roli, w którą się wciela? 

02:39:00 No comments

Jestem szczęśliwym człowiekiem, jako że uczęszczałam do gimnazjum, w którym kadra nauczycielska składała się z pasjonatów, traktujących zawód jak misję. Z osób, które w większości nie tylko chciały przekazać posiadaną wiedzę, ale i zarazić miłością do wykładanego przedmiotu. Jeden z nich zaszczepił we mnie uczucia do historii, nieprzemijalne do teraz. Nauczycielka języka polskiego sprawiła, że proza i poezja stały się moim domem i zapoczątkowały coś, co na zawsze ukształtowało mój świat - fakt, iż zaczęłam pisać własne teksty i zakochałam się w literaturze, zaś wiele lat później znalazłam się tutaj jako recenzent literacki. Pozostaje zresztą moją Muzą i zajmuje specjalną lokatę w mrocznym sercu po wieczność, lecz to historia zbyt prywatna, bym chciała się nią dzielić. Swoją najnowszą powieścią „Git-mana” Witold Horwath zafundował mi jednak swoisty powrót do przeszłości - choć przecież przeniósł się narracją jeszcze dalej, do tej prywatnej z końca lat 60. i początku 70. aż po współczesność. Ta literacka podróż wielokrotnie mnie wzruszyła i silnie rozrzewniła, bo… niewiele różniła się od mojego szkolnego kiedyś. Ile oddałabym za jeszcze jedną lekcję polskiego w sali numer 309, której kochałam każdy centymetr z uwagi na wszystko-to i to mimo tego, że notorycznie przeświecało przez nią rażące słońce, którego nie znoszę? Mnóstwo. Za kolejny wykład o gramatyce rodzimego języka, ze skomplikowanymi rozbiorami zdań, przedmiot dziś już zapomniany, jakie to były dla mnie najwyższą przyjemnością? Wiele. Za to, by jeszcze raz poczuć się tak jak wtedy, niczym królowa szkoły, wygrzewająca czarne skrzydła w blasku sympatii? Majestat. Niepowetowane. Niedawno opublikowana książka utalentowanego Pisarza traktuje głównie o gitowcach, przedstawicielach wywrotowej subkultury zafascynowanej światem przestępczym, lecz dla mnie to najsmutniejsza opowieść o nauczycielach, jakich już nie ma, zbuntowanym bracie, co to dla siostry podpaliłby świat oraz pięknej postaci dyrektorki szkoły, która wzięła pod swoją aureolę wychowanków - dwa ranne ptaki, dając początek przyjaźni po kres dni…

00:34:00 No comments

Jak w każdy powszedni dzień, szybkim ruchem dłoni wyłączasz budzik, zanim jego donośny sygnał wypełni niewielką sypialnię. Nie możesz przecież dopuścić, aby o piątej rano poderwał całą rodzinę, z jaką gnieździsz się w pięćdziesięciometrowej klitce o papierowych ścianach. Nastawiasz go tylko z przyzwyczajenia, gdyż Twój organizm zawsze wybija się ze snu parę chwil wcześniej. Potem ostrożnie zwlekasz się z łóżka, aby nie zbudzić śpiących żony i dzieci. Zachowujesz się jak automat, w którego pamięć wpisano zawsze tę samą sekwencję ruchów: trucht do kuchni, nastawienie wody na kawę, którą wypijasz paroma szybkimi haustami, narzucenie wierzchniego okrycia i pośpieszny spacer na przystanek, aby zdążyć na autobus. Jeśli odjedzie bez Ciebie, spóźnisz się do pracy, a to będzie miało swoje konsekwencje. Należy do nich nie tylko upokarzająca rozmowa dyscyplinująca, ale także obcięcie pensji. A ta, którą otrzymujesz i tak ledwo starcza na utrzymanie rodziny: Ciebie, Magdy i dwojga maluchów. Już teraz nie opłacasz wszystkich rachunków, których ilość rośnie w zastraszającym tempie. Jeden dług pociąga za sobą następny i tak bez końca, aż w końcu zjawi się tłusty, zadowolony z siebie komornik i zabierze nawet ten skromny dobytek, jaki posiadasz. Doskonale o tym wiesz, więc nie możesz pogrążać się w rezygnacji, bo Twoim podstawowym zadaniem jest utrzymanie bliskich. Zaciskasz więc zęby w akcie bezsiły i pakujesz się do starego, kopcącego niemiłosiernie Jelcza. On sam jest jak miasto w którym mieszkasz - brudny i wyglądający, jakby miał się za chwilę rozpaść. Gdy spoglądasz na pozostałych pasażerów, widzisz to, co zawsze. Wszyscy mają te same szare i pozbawione jakiejkolwiek nadziei twarze. Siedzą zgarbieni, wbijając pusty wzrok w podłogę lub w umorusaną szybę, przez jaką i tak niczego nie widać. Nawet gdyby było inaczej, przed ich oczyma rozpostarłby się mało zachęcający widok - Włocławek umiera, powoli, ale nieubłaganie.

01:47:00 1 comments

Mawiają, iż ten się śmieje, kto śmieje się ostatni… jednak zdarza się także, iż na koniec wcale nie ma komu się śmiać. Jeśli w istocie tak właśnie się dzieje, lekturę uznaję za udaną. Jeżeli na domiar cieniście dobrego ta mrocznieje z każdą przewróconą stroną i co chwila zaskakuje czytelnika niespodziewaną złożonością oraz skrętem fabuły w nieprzewidzianym kierunku - twierdzę, iż jest świetna. I dokładnie do takich zaliczam powieść pod tytułem „Prześmiewca”, której autorem jest Vincent Vin. Po przeczytaniu pierwszych rozdziałów byłam przekonana, że przede mną historia z cenionym motywem okrutnego, iście diabelskiego dziecka. Chwilę później sądziłam, iż będzie to dramatyczna opowieść o matce z piekła rodem, by moment potem dojść do wniosku, że może to raczej przesmutna opowieść o istocie zła. Wszystkie te założenia były zarówno prawdziwe, jak i całkowicie fałszywe - jako że Twórca umiejętnie lawiruje pomiędzy thrillerem, horrorem, kryminałem i obyczajową tragedią, splatając je w jedną narrację, okraszoną dodatkowo… tematyką wierzeń pewnego odległego kulturowo plemienia czy obłożonych klątwą bytów rodem spod skrzydeł samego Lucyfera, które to na skutek anatemy zmaterializowały się wśród żywych. Jej fabuła to również powieść drogi odbywanej do wtóru szaleńczo szybko przesuwających się zegarowych wskazówek czy gawęda traktująca o toksycznej miłości. Trzeba dużego talentu, aby tak różnorodną wielowątkowość złożyć w nieodkładalną prozę - i stwierdzam, że Pisarz bez wątpienia nim dysponuje. Bez epatowania ohydą krwawych detali zbrodni, zbędnego patosu czy często obecnej w „książkach z dreszczykiem” śmieszności - zabiera odbiorcę do rzeczywistości, która jest tyleż straszna, co… na swój sposób prawdziwa. Porywa go w podróż po wielu stanach, nomen omen, Stanów Zjednoczonych, prezentując amerykańską jakość treści - tę bardzo dobrej klasy, jaką aż chciałoby się zobaczyć w zekranizowanej wersji. A kim jest Kruk Prześmiewca, jeśli naprawdę chcesz się przekonać?

01:40:00 No comments

W końcu spełniło się Twoje marzenie. Z zimnego, hałaśliwego Londynu, którego nie cierpiałaś z całego serca, przeniosłaś się na spokojną, sielską prowincję. I to do pięknego domu. Wprawdzie niezbyt dużego i wymagającego odświeżenia, ale pełnego czaru i posiadającego własne drzewo, które dumnie wznosi się tuż przy oknie sypialni. Jest poskręcane ze starości i wygląda jak rekwizyt wyciągnięty z mrocznej baśni, lecz niewątpliwie dodaje uroku całemu siedlisku. Zakochałaś się w nim, jak tylko je ujrzałaś, więc wiele się nie zastanawiając, postanowiłaś je kupić. Wydałaś na ten cel całe oszczędności, które na szczęście uzupełniła hojna zapomoga udzielona ze strony rodziców, sięgająca połowy ceny. Sam zwieńczony czarnym dachem budynek znajduje się na wzniesieniu i wykonany jest czerwonej cegły. Posiada także taras i spory ogród. To idealne otoczenie dla gabinetu psychologicznego, jaki zamierzasz otworzyć, kiedy tylko przeprowadzisz niewielki remont. Co ciekawe, nie będziesz miała konkurencji, gdyż takiego przybytku to niewielkie miasteczko nie posiada. Będziesz więc pionierem, z nadzieją na zdobycie stałej i niemałej klienteli. Różnego rodzaju zaburzeń emocjonalnych z pewnością nie brakuje nawet mieszkańcom prowincji. A Ty bardzo chcesz im pomóc, bo uzdrawianie ludzkich umysłów to nie tylko Twój zawód, ale przede wszystkim powołanie. Na razie kontaktujesz się z firmą „JERRY ADAMS AND SONS”, prowadzącą jak głosi jej slogan reklamowy, usługi remontowe na każdą kieszeń. I okazuje się, że jest pełni zgodny z prawdą. Szybko ustalasz należne wynagrodzenie i zakres prac a dwaj bracia bliźniacy, z imionami jak bohaterowie kreskówki: Ben i Ken, niezwłocznie przystępują do ich wykonania.

06:47:00 No comments
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (134)
    • ▼  wrz (1)
      • Agnieszka Szubert - Nie ratuj mnie - recenzja
    • ►  sie (19)
    • ►  lip (19)
    • ►  cze (24)
    • ►  maj (20)
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates