Stanisław Lem - Opowieści o Pilocie Pirxie - recenzja
Czym
może się zajmować nawigator statku kosmicznego w nieznającym granic gwiezdnym
uniwersum? Na tak zadane pytanie każdy wielbiciel fantastyki naukowej wyczaruje
w umyśle barwne obrazy epickich bitew z krwiożerczymi obcymi, niebezpiecznych
wypraw, mających na celu odkrycie nieznanych planet, na które w przyszłości będzie
mogła się przenieść ludzkość znękana ekologicznymi katastrofami czy też bohaterskich
akcji ratowania współziomków z katastrof o galaktycznych rozmiarach. I będzie
miał słuszność, gdyż większość autorów tego gatunku literackiego tak właśnie opisuje
przygody załóg orbiterów. Jednym z wyjątków jest Stanisław Lem, który w „Opowieściach
o pilocie Pirxie” przedstawił całą drogę kariery tytułowego pilota, począwszy
od statusu kadeta, a skończywszy na stopniu komandora, samodzielnie dowodzącego
taką jednostką. Wśród nich trudno jednak szukać równie efektownych epizodów, gdyż
postać ta zmaga się z, wydawałoby się, całkowicie prozaicznymi zjawiskami
takimi jak: ludzka głupota i niekompetencja, poczucie pustki i obezwładniającej
samotności, wzmagane bezlitosnym żywiołem kosmicznej przestrzeni czy bezwzględną
chciwością towarzystw eksploatujących odkryte planety. Nie stroni przy tym od
tematu, który dziś rozpala wyobraźnię współczesnych, czyli sztucznej
inteligencji, zamkniętej w układach komputerów marsjańskich krążowników lub
robotów mających udzielać pomocy człowiekowi, a buntujących się przeciw jego
władzy czy nabierających z biegiem czasu cech ludzkiej imaginacji. Część z tych
fascynujących OPOWIADAŃ ma charakter żartobliwy, inne tragiczny, niektóre przybierają
postać powiastek filozoficznych z zacięciem roztrząsających tajemnice wrodzonej
natury człowieczego rozumu. Wszystkie zaś składają się na sugestywny obraz jednostki
stającej przed wyzwaniami, jakie przyniesie być może wcale nie tak odległa
przyszłość. Pozwól, że zabiorę Cię do świata pilota Pirxa, nic nieznaczącego pyłku
w bezmiarze gwiezdnej przestrzeni, który codziennie udowadnia, że słowo
„człowiek” czasami brzmi dumnie, czasami zupełnie niejednoznacznie a nawet
wstydliwie.
TEST
„Była
to mucha-olbrzym, zielonkawoczarna, z obrzydliwego rodzaju, który stworzony
został jakby tylko po to, żeby uprzykrzać ludziom życie, nachalna, natarczywa,
kretyńska, a jednocześnie chytra i bystra mucha, która cudem jakimś (bo jak
inaczej?) wlazła do rakiety i latała sobie teraz na zewnątrz szklanego
pęcherzyka, trykając bzyczącą kulką oświetlone tarcze zegarów.”
Kadet
Pirx, który kończy czteroletni kurs dla nawigatorów statków kosmicznych, odbywa
w ramach egzaminu pierwszy samodzielny lot rakietą, podlegający surowej ocenie specjalnej
komisji. Ku jego przerażeniu, tenże okazuje się znacznie bardziej skomplikowany
niż mógł przypuszczać nawet w najgorszych snach, zaś głównym powodem kłopotów stają
się frywolne muchy, jakie w niepojęty sposób dostały się na pokład i czyniąc
sobie wzajemne karesy, omal nie doprowadzają do zagłady pojazdu - w nim
ambitnego młodzieńca u progu kosmicznej kariery.
Napisane
z przymrużeniem oka, sugestywne i dowodzące, że również owad może być kroplą,
która przepełni czarę, w jakiej mieści się człowieczy los. A także zwieńczone efektownym
finałem.
PATROL
„Jeśli
to wszystko przemyśleć, okaże się dopiero zrozumiałe, że przeróżne myśli i
majaki pilotów, z punktu widzenia Ziemi i zwykłych pasażerów rakietowych wręcz
zbrodnicze, były aż nadto ludzkie. Kiedy człowieka otacza półtora tryliona
kilometrów sześciennych próżni, w której nie znalazłoby się ani szczypty
popiołu z papierosa, wtedy życzenie, aby stało się cokolwiek - nawet jakaś
okropna katastrofa - zamienia się w istną obsesję.”
Po
zostaniu pilotem Pirx w swojej niewielkiej rakiecie patroluje przestrzeń
kosmiczną w odległych częściach Układu Słonecznego w celu wykrycia ewentualnych
niebezpieczeństw grożących statkom handlowym i pasażerskim ze strony nieoczekiwanych
rojów meteorytów. Wszystkie misje są monotonne i niemiłosiernie się dłużą, wpędzając
bohatera w narastającą paranoję podczas ich trwania. Sytuacja się zaostrza, gdy
pewnego dnia z zadania nie wraca dwóch załogantów a ich los pozostaje nieznany.
Zarządzone przez władze śledztwa i szczegółowe kontrole techniczne pojazdów nie
przynoszą żadnych rezultatów, więc wszyscy lotnicy zaczynają sobie zdawać sobie
sprawę, że zagraża im nieznane i śmiertelne w skutkach niebezpieczeństwo.
Znakomicie dojmujące studium kosmicznej samotności, która wiedzie do urojeń i udowadnia, że najbardziej zawodnym czynnikiem w gwiezdnej układance może być ludzki rozum i jego złudne imaginacje, wspomagane błędami nieomylnej, wydawałoby się, aparatury.
ALBATROS
„Naraz
telegrafista zdjął słuchawki i odłożył je - jakby przestały już być potrzebne.
Przynajmniej wydawało się tak Pirxowi. Podszedł do niego z tyłu. Chciał spytać,
co z ludźmi Albatrosa - czy udało im się wyjść. Radiowiec poczuł jego obecność,
podniósł głowę i popatrzył mu w twarz. Pirx nie spytał go już o nic.”
Pirx
wracający z Marsa na Ziemię staje się okazyjnym pasażerem luksusowego statku
pasażerskiego „Tytan”. Jego nadzieje na spokojną podróż rozwiewają się, gdy
dzięki doświadczeniu spostrzega, że doszło do gwałtownej zmiany kursu liniowca.
Gdy udaje się do sterówki, dowiaduje się, że odebrano rozpaczliwą wiadomość z
innej rakiety o nazwie „Albatros”, która wzywa pomocy z uwagi na awarię
pokładowego reaktora atomowego, grożącej jej zniszczeniem i śmiercią całej
załogi.
Przejmujące
świadectwo bezsilności wobec kosmicznej katastrofy, jakiej nie są w stanie
zapobiec żadne ludzkie wysiłki oraz świadomości, że człowiecze życie nie znaczy
nic wobec bezlitosnego i milczącego ogromu kosmosu.
TERMINUS
„Zmęczenie
zalewało go jak czarna woda. Może nie należało tego słuchać? Było w tym coś
ohydnego, tak przypatrywać się utrwalonej w każdym szczególe agonii, śledzić
jej postępy, żeby analizować potem każdy sygnał, wołanie o tlen, krzyk. Nie
wolno tego robić - jeśli nie można pomóc.”
Pirx
obejmuje pierwsze w życiu dowództwo nad starym i rozpadającym się statkiem
kosmicznym „Błękitna Gwiazda”. W czasie wertowania dziennika pokładowego
dowiaduje się, że 19 lat wcześniej nazywał się „Koriolan” i został prawie zniszczony
wskutek zderzenia z rojem meteorytów. Cała załoga zginęła, choć jej część
jeszcze przez wiele miesięcy bytowała na pokładzie aż do wyczerpania zapasów
tlenu. Wrak statku został odnaleziony i gruntownie wyremontowany a teraz
używany jest do nowej misji, bez baczenia na zły stan techniczny i tragiczną
przeszłość. Jakby tego było mało, Pirx natyka się na robota o tytułowym mianie,
w którego pamięci zapisały się sygnały alfabetu Morese’a, jakim ginący
astronauci, zamknięci w różnych częściach jednostki, porozumiewali się przed
śmiercią. Podczas pracy przy usuwaniu radioaktywnych wycieków z reaktora
atomowego, wystukuje je na rurach, odzwierciedlając makabryczne szczegóły prowadzonych
konwersacji. Zapadają one w umysł bohatera, wiodąc go na skraj szaleństwa. Wszelkie
próby powstrzymania maszyny przed wysyłaniem posępnych wiadomości nie zdają się
na nic…
Wstrząsająca kronika powolnej śmierci kosmonautów w czeluściach skazanego na zagładę statku kosmicznego, która zadaje pytanie, czy mechaniczna istota jest tylko bezduszną sumą umieszczonych w niej układów scalonych i trybików, czy też zdolna jest także do współodczuwania?
ODRUCH
WARUNKOWY
„(…)
żelazny i kamienny grad walił bezustannie w cienką skorupę Księżyca, przebijał
ją, wyrzucał na powierzchnię fale magmy, a kiedy przestrzeń po nieskończenie
długim czasie oczyściła się i opustoszała, bezpowietrzny glob zamarł w
pobojowisko (…). Aż jego zmasakrowana bombardowaniami kamienna maska stała się
natchnieniem poetów i lampą liryczną zakochanych.”
Pirx,
uczestnik trzeciego roku akademii pilotażu, celująco zdaje test przeprowadzany
w komorze deprywacyjnej, który polega na długotrwałym leżeniu w słonej wodzie w
stanie całkowitego bezruchu z zasłoniętą twarzą i uszami. Jako że wytrzymał aż
siedem godzin bez żadnych oznak psychicznego kryzysu, otrzymuje pierwszą
lokatę, w wyniku czego w ramach praktyki dyplomowej skierowany zostaje do
księżycowej stacji, aby zbadać przyczyny wypadku, któremu niedawno uległa dwuosobowa
załoga. Ponieważ powołane komisje nie są w stanie wyjaśnić rzeczywistych przyczyn
tajemniczej śmierci, dowództwo liczy, że kadet o tak dużej odporności będzie w
stanie zrekonstruować przebieg zdarzeń. Pirx, który wraz z przydanym mu do
towarzystwa naukowcem o mało nie podziela losu nieszczęśników, dochodzi do
zaskakujących wniosków.
Intrygujące
opowiadanie o niespodziewanym zakończeniu, które skłania do refleksji nad
człowieczym umysłem i odruchami wpisanymi w jego konstrukcję, jakie często wiodą
do tragedii.
POLOWANIE
„Na
długie lata został mu w pamięci obraz ułamkowych chwil, kiedy otarł się o
śmierć i wyszedł cało po to, by nigdy nie poznać całej prawdy - i gorzka była
świadomość, że w sposób tyleż podstępny, co nikczemny zabił, ciosem w plecy,
swego zbawcę.”
Podczas
pobytu na Księżycu Pirx staje się uczestnikiem łowów na uszkodzonego w wyniku
uderzenia meteorytu i niebezpiecznego robota górniczego uzbrojonego w laser.
„Zbuntowana” maszyna przecina kable systemu łączności i atakuje pojazdy oraz
ludzi na ich pokładzie. Staje się więc zagrożeniem dla załogi przebywającej na
satelicie Ziemi, zatem konieczne jest jej jak najszybsze unieszkodliwienie przy
użyciu wszelkich środków.
Ciekawe, dynamiczne i stawiające pytanie, czy maszyna jest w stanie świadomie poświęcić własne istnienia, aby ratować ludzkie życie. Opowiadanie obrazuje także z pozoru absurdalne, ale jakże ludzkie wyrzuty sumienia sprawcy jej unicestwienia.
WYPADEK
„Wiedział
jeszcze jedno: że nikomu o tym nie powie. Każdy człowiek trzymałby się kurczowo
hipotezy defektu, najprostszej i najbardziej naturalnej, jedynej, która nie
zmieniała obrazu świata.”
Tym
razem główny bohater przebywa na półrocznej misji badawczej na planecie poza Układem
Słonecznym. Tuż przed jej zakończeniem i planowanym odlotem dochodzi do
zaginięcia robota, więc załoga stacji wyrusza na poszukiwania, aby odnaleźć
pechową maszynę.
Przewrotne
i zakończone zaskakującą puentą, która dowodzi, że androidy też ludzie.
OPOWIADANIE
PIRXA
„Każdy
z Was wie, jak to jest - po paru dniach nachodzi człowieka taka szalona chętka,
żeby coś zrobić, wszystko jedno co, dać pełny ciąg, pognać gdzieś, pokręcić, na
wielkim przyspieszeniu, żeby język wyszedł… Dawniej myślałem, że to jakieś
nieprzyzwoite, człowiek nie powinien sobie tak folgować. Ale to jest w gruncie
rzeczy tylko rozpacz, tylko chęć pokazania tego języka - Kosmosowi.”
Główny
bohater dzieli się opowiadaniem o przebiegu służby na statku kosmicznym jak z
koszmaru: cała załoga zapada na chorobę zwaną świnką, zaś jedyni jej zdrowi
członkowie to pilot, który nie jest kosmonautą, a inżynierem drogowym, oraz
radiotelegrafista - niepoprawny alkoholik. W tym stanie rzeczy prawie wszystkie
obowiązki spoczywają na nawigatorze Pirxie, który nagle dostrzega dryfującą w roju
meteorytów jednostkę, jaka niechybnie należy do obcej cywilizacji. Czy uda się
nawiązać kontakt z obcymi bądź chociaż utrwalić obraz, jakiego żaden człowiek
nie jest w stanie zapomnieć?
Utrzymane w żartobliwym tonie i dowodzące, że niewykorzystane okazje nigdy już nie wracają.
ROZPRAWA
„W
ostatecznym rozrachunku uratowało więc nas, a jego zgubiło – moje
niezdecydowanie, moja ślamazarna <poczciwość>, ta <poczciwość>
ludzka, którą tak bezgranicznie gardził.”
Komandorowi
Pirx, który jest już bardzo doświadczonym astronautą, zostaje powierzone
zadanie dowodzenia załogą statku kosmicznego, jaka składa się nie tylko z
ludzi, ale także doskonale naśladujących ich człekokształtnych androidów. Oczywiście
nie ma on pojęcia, kto jest kim, zaś prowadzony eksperyment ma dać odpowiedź na
pytanie, czy maszyny mogą zastąpić żywe istoty w międzygwiezdnych wyprawach.
Najbardziej
obszerne i znane z opowiadań, przeniesione nawet na ekran przez radzieckiego
reżysera Marka Piestraka pod tytułem „Test pilota Pirxa”. Stanowi przenikliwe
studium „antyludzkiego” rozumowania stworzonej przez człowieka sztucznej
inteligencji przekonanej o swej wyższości nad istotami z krwi i kości oraz
zagrożeń, jakie mogą z tego wyniknąć. Porusza także zagadnienie problemów
związanych z procesem zastępowania ludzi przez maszyny, wiodące do bezrobocia i
niepokojów społecznych. Obrazowe i bardzo na czasie. Jednocześnie hołd dla człowieczego
pierwiastka, niedostępnego zimnym, pozbawionym uczuć robotom.
ANANKE
„Każdy
z tych komputerów cierpiał na syndrom anankastyczny: przymusowe powtarzanie
operacji, komplikowanie czynności prostych, manieryzm, obrządkowość,
uwzględnianie <wszystkiego naraz>.”
Pirx,
który akurat przebywa na Marsie, staje się mimowolnym świadkiem tragedii.
Podchodzący do lądowania statek kosmiczny ulega katastrofie wskutek wydawania przez
główny komputer całkowicie nieracjonalnych poleceń, realizowanych
bezrefleksyjnie przez załogę. Jako członek komisji powołanej do wyjaśnienia
przyczyn zdarzenia, bada szczegółowo wszystkie aspekty i dochodzi do
paradoksalnych oraz niechętnie widzianych wniosków.
Powikłane, o filozoficznym zacięciu - podnosi jednocześnie kwestię możliwości powielania przez komputery niedomagań i usterek tkwiących w umyśle ich twórcy.
„Opowieści
o pilocie Pirxie” Stanisława Lema to należący do klasyki gatunku zbiór
opowiadań science-fiction, który opisuje przygody tytułowej postaci od stopnia
kadeta po komandora dowodzącego samodzielnie olbrzymimi statkami, jakie
przemierzają bezmiar międzygwiezdnej przestrzeni. Każde z nich stanowi
samodzielną całość i w fascynujący sposób przedstawia zmagania człowieczej
jednostki z zagrożeniami, które niesie nie tylko sam kosmos, ale także własne,
niezmienne usposobienie oraz wytwory umysłu w postaci sztucznej inteligencji,
ucieleśnionej w postaci wszędobylskich komputerów oraz robotów. Intrygujące, przenikliwe,
często filozoficzne w wyrazie - napisane świetnie warstwą językową, której
dzisiaj się już nie uświadczy. Zbiór ów nie stroni przede wszystkim od
zadawania fundamentalnych pytań o istotę ludzkiej natury. Każdy z zamieszczonych
zaś w pięknym wydaniu tekstów stanowi lekturę, którą można polecić każdemu, kto
ceni dobrą literaturę, lecz jednocześnie zadaje sobie pytanie, dokąd nieustanny
rozwój ludzkości ją zaprowadzi. Bez oceny punktowej, klasyki notą opatrzeć nie
jestem władna - za to ze zdecydowaną rekomendacją.
„Być może zresztą Pirx mylił się. Jakkolwiek tkwi w tym pewna niewspółmierność, szczególnie dolega mu we własnym uczynku jego koturnowo-teatralny styl, rodem z Poego. Podszedł Corneliusa jego umiłowanym pisarzem i w jego stylu, który mu brzmiał fałszywie, od którego się zżymał, bo nie upatrywał zgrozy życia w zwłokach powracających zza grobu, co wskazują okrwawionym palcem mordercę. Zgroza ta była, zgodnie z jego doświadczeniem, raczej szydercza niż malownicza.”

0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)