Stach Szulist - Kumulacja - recenzja

by - 02:08:00

Dzisiejszej nocy znowu miałaś jeden z tych snów, w których skrwawione szpony z piekła rodem poprzez cienką zasłonę pościeli i starczej skóry wdzierają się wprost do Twojej duszy i grzebią w niej zapamiętale, pozostawiając szkarłatne ślady w samym sercu. Wszystko to dzieje się przy wtórze potępieńczych jęków, nie wiadomo czy błagających o okazanie litości, czy może oskarżycielsko przypominających o Twoich dawnych czynach. Tych, które czają się w mrokach umysłu, pokryte śniedzią niepamięci i patyną nieubłaganie upływającego czasu. Jak zwykle wybudziłaś się z koszmaru drżąca i zlana zimnym potem. Gorzko myślisz o tym, jak wiele prawdy jest w powiedzeniu, że stare grzechy rzucają długie cienie a od przeszłości w pełni uwolnić się nie sposób. Jeśli nie przywiodą jej zawistni ludzie, to zrobi to Twoja własna, zdradziecka głowa. Tym razem wybawczym urządzeniem okazuje się telefon na nocnym stoliku, który nagle rozdzwania się jak oszalały i odpycha nocne mary. Zerkasz na wyświetlacz i orientujesz się, że masz połączenie Norą - swoją córką. Krzywisz się z niechęcią, gdyż zanim wiele lat temu wyjechała do USA rozstałyście się w niezbyt przyjaznej atmosferze. Rozmawiacie krótko, na tyle jednak treściwie, byś dowiedziała się, że wkrótce przyjedzie do Polski, aby pozałatwiać ważne, bliżej nieokreślone sprawy. Oczywiście zamierza mieszkać w Twoim domu. Po odłożeniu słuchawki walczysz chwilę z uczuciem niepokoju. Z całą pewnością nie zjawia się bez jakiejś ukrytej przyczyny a to może zwiastować jedynie kłopoty. Zanim poddajesz się nowemu zmartwieniu, kątem oka zauważasz za uchylonymi drzwiami sypialni przygarbioną sylwetkę Karin, która najwidoczniej bez żenady podsłuchiwała rozmowę.

„Wciąż lękała się nazwania tego zbrodnią, choć w sennych koszmarach widziała siebie wraz z partnerką w czeluściach piekielnych, przy czym wyobraźnia podsuwała jej niezwykle plastyczne wizje tych czeluści.”

Twarz kobiety przybiera ciemnobordowy kolor, co wcale Cię nie dziwi, skoro zorientowała się, kto dzwoni. Z Norą zawsze łączyła ją szczera i nieukrywana niechęć, czemu zresztą daje wyraz, czyniąc kąśliwe uwagi na temat jej przyszłej wizyty. Starasz się nie dać wciągnąć w sprzeczkę i szybko ucinasz wymianę zdań. Zdajesz sobie sprawę, że bliźniaczo podobna nić awersji spoiła Cię z kobietą, którą oficjalnie nazywasz siostrą. A przecież nie zawsze tak było. Nie masz pojęcia, kiedy Wasza namiętność zaczęła przygasać, aż w końcu zupełnie zniknęła. Pożądanie ciała zamieniło się w pragnienie jak najczęstszego spostrzegania na licu interlokutorki wyrazu zakłopotania czynionymi złośliwościami. Drobnymi, lecz nieustającymi, drążącymi miłość niczym korniki silny przed laty pień drzewa, który z biegiem czasu coraz bardziej przypomina spróchniałą, zdeformowaną kłodę, pustą w środku i nienadającą się już do niczego. Wszelkie gesty wcześniej wypełnione czułością, przepoczwarzyły się w akty szarej codzienności, pozbawionej znaczenia i wyrazu. Wdajecie się w nieustanne potyczki i ciskacie w siebie słowami, które utrwalają się jakby kamiennymi obrazami, a czasami nawet rzucacie różnorakimi przedmiotami. Potem zamknięte w swoich pokojach, roniąc łzy, zastanawiacie się, jak mogło dojść do czegoś takiego po ponad pięćdziesięciu latach wspólnej egzystencji. Zmienne nastroje i wzrastającą zgorzkniałość zrzucasz na wiek, w końcu macie ponad osiemdziesiąt lat, więc trudno nadal snuć wizje ciągle zakochanych w sobie staruszek. Uważasz je zresztą za śmieszne i niestosowne, niewątpliwie bowiem po upływie tylu wiosen czas na nieuchronną, oziębłą stateczność w zachowaniu. Gdy więc z ulgą słyszysz, jak obrażona Karin kładzie się do łóżka, czynisz to samo, modląc się, aby koszmar nie powrócił. W środku nocy budzą Cię hałasy dobiegające z parteru. Ze złością myślisz, że Twoja partnerka jak zwykle buszuje w lodówce, choć w ciągu dnia ostentacyjnie żywi się jak ptaszek. Jest niemożliwa - choć sędziwa, cały czas to niepoprawna oszustka i pozerka! Chwilę kręcisz się w łóżku i pilnie nasłuchujesz, jednak w końcu morzy Cię sen. O poranku budzi Cię przeraźliwy krzyk kobiety. Zdjęta strachem, zwlekasz się z posłania, narzucasz na ramiona sfatygowany szlafrok i pukasz do jej drzwi. Gdy wchodzisz, zastajesz ją zupełnie roztrzęsioną.

„Umarły jakby śmiercią naturalną w nie wiadomo jakim momencie ich wspólnej egzystencji. Zamordował je czas bądź podrzucona przezeń podstępnie rutyna albo coś jeszcze gorszego, co każda z nich bała się określić odpowiednim słowem. Bo słowa najczęściej działały jak gaśnica na strzelające niegdyś wysoko płomienie uczuć.”

Wprawdzie nie pamięta, by wrzeszczała, ale twierdzi, że widziała jakiegoś mężczyznę. Nie potrafi określić, czy na jawie, czy też w nocnym widzie. Powołuje się także na dziwny zapach, jaki po sobie pozostawił, choć Ty wcale go nie czujesz. Karin zaprzecza również, by schodziła na dół. Nie dajesz po sobie poznać, że rewelacje wzbudziły w Tobie spory niepokój, więc najpierw ją uspokajasz, nie szczędząc jak zwykle złośliwości, a potem idziesz zaparzyć ziołową herbatę. Po włączeniu czajnika, tknięta przeczuciem schodzisz do piwnicy i stajesz tam jak wryta. Stare i bardzo ciężkie dębowe szafy tkwią nie pod ścianami, jak zostały dawniej ustawione, ale na środku pomieszczenia. Ani Ty, ani Karin nie macie tyle siły, aby w ten sposób je przestawić. Wyjaśnienie jest więc tylko jedno - uczynił to ktoś z zewnątrz. Ktoś, kogo być może widziała Twoja partnerka, wpadając w histerię, której teraz zupełnie przestajesz się dziwić. Niestety to nie jest jedyne zdarzenie, które tego dnia wyprowadza Cię z psychicznej równowagi. Gdy tylko Karin wyjeżdża do pobliskiego miasteczka swoim starym Mercedesem, który tylko cudem jeszcze jest w stanie się poruszać, ponownie schodzisz do piwnicy. I znowu przeżywasz szok - tym razem meble stoją karnie pod ścianami, niczym rząd świetnie wyszkolonych żołnierzy. Na ten widok zaczynasz tracić wiarę w swoje zdrowie umysłowe. A może wcześniej tylko Ci się wydawało, że zostały odsunięte od ścian? Zamyślona wracasz na parter tylko po to, by dostrzec czarny samochód, który zaparkował na podwórzu. Ponieważ kierowca siedzi w środku pojazdu bez ruchu, decydujesz się wyjąć mu na spotkanie. Zauważywszy Cię, wysiada i wyciąga rękę, przedstawiając się jako Karol Awers i błyskając przy tym rzędem idealnych zębów. To przystojny mężczyzna po trzydziestce, starannie ubrany i wyglądający jak filmowy gwiazdor. Gdy pytasz o powód przyjazdu, wskazuje, że przed godziną został powiadomiony, że dzieje się tutaj coś niezwykłego. Nie bardzo wiesz, jak się do tego ustosunkować, więc tylko nerwowo się uśmiechasz, myśląc gorączkowo, o co może mu chodzić. Ku Twojemu zdumieniu, odwiedzający dodaje, że nie rozumie, jak można być tak spokojnym, skoro na posesji znajduje się trup. Widząc, że oniemiałaś, żąda wyrażenia zgody na rozejrzenie się po obejściu. Gdy protestujesz, macha Ci przed oczyma jakąś legitymacją a potem demonstruje w swojej dłoni pistolet. Stoisz jak ogłuszona, więc realizuje swój zamiar i pewnie zmierza do stojącego obok domu chlewika. Po chwili wychodzi z niego, pokazując triumfalnie gruby portfel. Wyciąga z niego dowód wystawiony na nazwisko Feliksa Duraja i pyta, czy coś Ci ono mówi. Gwałtownie zaprzeczasz, a wtedy oświadcza, iż w sprawie morderstwa tego człowieka prowadzone jest śledztwo. Zdenerwowana, wypraszasz go z parceli. Ustępuje, jednak na odchodnym odgraża się, że wkrótce zjawi się tu z całym zespołem współpracowników oraz dodaje, że zna wiele wstydliwych epizodów z Twojej przeszłości i nie zawaha się ich wykorzystać. Kiedy znika za horyzontem powoli kierujesz się ku domowi, ze zgrozą konstatując, iż spokojne czasy dla Ciebie i Karen nieodwołalnie się skończyły…  

„Przez kilka sekund nie miała pojęcia, czy to jeszcze tylko przerażenie, czy już utrata przytomności. Albo po prostu koniec? Wiedziała tylko jedno: musiała działać, nie zastanawiając się, czemu to wszystko miałoby służyć.”

„Kumulacja”, którą napisał Stach Szulist to powieść obyczajowa połączona z intrygującym kryminałem i teatralnie komediowymi wątkami oraz staranną warstwą językową. Stery narracji przejmują naprzemiennie główni bohaterowie z uwagą na wizję Nataszy, jaka od ponad pięćdziesięciu lat pozostaje w związku z Karen i której życie obecnie ulega sporej rewolcie. Całość napisana jest z przymrużeniem oka i przybiera postać inteligentnie snutej czarnej komedii, ściśle zespolonej z epicką tragedią. Fabuła stopniowo ujawnia zdumiewające tajemnice, jakie skrzętnie kryją z pozoru zupełnie niewinne staruszki. Autor krok po kroku elokwentnie je odsłania zręcznie zdzierając kolejne zasłony z burzliwej przeszłości nestorek. Efektowny finał, w którym grzechy z dawnych lat kumulują się w nieprawdopodobny wręcz sposób i odsłaniają prawdziwą twarz postaci z pewnością zaskoczy każdego odbiorcę. Czytając tę intrygującą książkę, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że uczestniczę w dobrej sztuce teatralnej, w której najważniejsze są prawie nieuchwytne gesty, ukradkowe spojrzenia, rzucane od niechcenia słowa i towarzysząca im gra cieni, za którą kryją się gorejące sekrety, jakich nie sposób wyjawić postronnym, zatem muszą pozostać schowane na dnie serca. Czy uda się wydobyć je na światło dzienne? Myślę, że przeniesienie tej emocjonującej historii na deski skutkowałoby niewątpliwym sukcesem. Ciekawym zabiegiem jest nadanie przez Pisarza Nataszy własnego nazwiska - nie sposób nie zadać sobie pytania, czy może zna on sprawę z autopsji. Jeśli tak, to tylko pogratulować oryginalnych krewnych! 😉 Powieść nie stroni jednak i od poważnych tematów - stanowi przejmujące studium starości i więdnącego nieuchronnie z upływem lat uczucia miłości, które przeradza się w pełne goryczy przyzwyczajenie, kraszone konfliktami osobowościowymi. Plastycznie odmalowane są także reminiscencje z przeszłości bohaterek - często drastyczne i oblepione nieusuwalnym brudem podłych, lecz koniecznych uczynków. Czasy PRL przedstawione zostały z dużym wyczuciem - bez oblekania w często dzisiaj stosowany, tani sentymentalizm. Szulist bez ogródek uwypukla okropną naturę panującego wówczas systemu, w którym jednostka była niczym, państwo wszystkim, zaś wszechwładna Służba Bezpieczeństwa rządziła każdym przejawem życia, mogąc zrujnować zupełnie bezkarnie życie dowolnego człowieka. Systemu, w którym zawrotne kariery robiły zwykłe szumowiny, a łajdacy uchodzili za społeczne autorytety, rządząc szarym i pozbawionym kolorów światem. 8/10 - kunsztowna rozrywka, złożona równoważnie z gorzkości rzeczywistości i jasności uśmiechających epizodów. Skumulowane, świetnie się składają.

„Przez moment poczuła się, jakby spadała w mroczną otchłań, skąd droga wiedzie prosto do piekła. A zdążyła się już zorientować, choćby z licznych opowieści na temat śmierci klinicznej, że w drodze TAM rzadko zdarza się jakiś cud.”

You May Also Like

0 comments

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)