Joanna Bober - Księżyce Jowisza - recenzja
Gdybym miała zarysować
semantycznie, jak widzę książkę Joanny Bober… Wyobraź sobie. Na pograniczu jawy
i snu, w jednym z piekielnych kręgów lub miejscu, które mogłoby nim być,
mieszkają oniryczne smutki. Jest ich niezliczenie wiele, choć każdy ma inny
odcień szarości. Ten otaczający chłopca po prawej stronie przybrał gołębią
barwę, przystającą do niewidoczności, jaka towarzyszyła mu każdego dnia zbyt krótkiego
życia. Obok niego tęsknie w bezkresną ciemność dali wpatruje się nieco starszy
nastolatek. Spowijają go cienie niezrozumienia, które przeniósł tu z
sąsiedniego świata - innego wymiaru, domeny - jak to się tutaj nazywa. W krainie
bez lokalizacji, nie Piekle, lecz również nie Niebie. Tam, gdzie nigdy nie ma Słońca
ani światła a każdy z popielatych kolorów otaczających mieszkańców, zebrany razem,
złożony w społeczność - kumuluje się w najprawdziwszy odcień czerni. Nawet w pałacu
Księcia ciepłą poświatę rzucają jedynie pochodnie czy okoliczne latarnie. To rzeczywistość
mroku, kolejnej doby i zawsze, choć czas płynie tu inaczej, potęgowana przez następnych
przybyłych. Coraz młodszych, jeśliby spojrzeć chociażby na tego stojącego na
brukowanej uliczce jedenastolatka. Spowija go ołowiowa poświata, choć przebijają
w niej mysie obłoki - dymki słów, którymi podli koledzy i okrutni rodzice
naznaczali jego duszę jeszcze chwilę temu. Jak wielką część przebywających w
Limbo do najokrutniejszego z czynów przeciwko sobie pchnęły obelżywe zdania? Nieprzemyślane
czyny dorosłych, którzy już nigdy nie odwrócą skutków swoich poczynań, zakładając,
iż te w ogóle zostały zauważone i przemyślane? Dzieci zrezygnowane, odchodzące
od wszystkiego i uwalniające się od cierpienia, zawieszone tu między Aniołami i
Demonami - to one tworzą tę masę szarości bez promienia jasności. Może tutaj
nie będą czuły już niczego lub znajdą dawno utracone szczęście. Tak jak ten
jeden Książę Piekieł, chroniony przez dwóch Skrzydlatych, który przez światy,
wcielenia i wymiary goni za jedyną miłością. Za nim. Orfeusz i Eurydyka,
inaczej…
„Bezwartościowy śmieć. Odpad. (…) Był sam w całym wszechświecie. Aż zachłysnął się tym smutkiem i łzy napłynęły mu do oczu. Wtedy odruchowo, jak tonący łapiący ostatni oddech nad taflą wody, powędrował do jedynej osoby, która dała mu odrobinę ciepła. Sama myśl o tym, że ktoś taki istnieje - i być może teraz o nim myśli - ogromnie go pocieszyła. (…) Moc płynąca z takiego cierpienia, które zostało tu wygenerowane, jest potężna. Taka siła tworzy demony. Otwiera piekło i sprowadza na Ziemię jeszcze więcej zła.”
Jedenaście miesięcy śpiączki. Spędziłeś je w krainie koszmarów, zamiast łagodnych snów, bo to z najbardziej przerażających mar składało się niemalże całe Twoje życie. Cierpisz na światłowstręt i boisz się otwartych przestrzeni, zaś walka z agorafobią może okazać się tą wieczną i niewygraną. Równocześnie odczuwasz strach przed niewielkimi pomieszczeniami, zaś nagłe pojawienie się kogokolwiek wywołuje w Tobie panikę. Nie pamiętasz życia przed, kim jesteś ani kim byłeś. Nie potrafisz czytać, choć widzisz litery i niechętnie toczysz konwersacje ze wszystkimi osobami, które w szpitalu dbały o Twój dobrostan. Kto przynosi Ci jedzenie, wymienia pościel, jak mają na imię wolontariusze szukający dla Ciebie mieszkania, czy psychiatra była Ci znana wcześniej - brak pojęcia. Marzysz tylko o tym, by osłonić się kołdrą, nie czuć, nie być - lecz, najważniejsze, nie śnić. Ile czasu w majakach próbowałeś uciec do wykreowanej w głowie, jedynej bezpiecznej lokalizacji w postaci piaszczystej, bezludnej plaży, okolonej szumiącą wodą i bezkresem horyzontu? Jak wiele więcej spędziłeś go w zatęchłej piwnicy, przykuty łańcuchami, kiedy nie udało Ci się tego zrobić? Gdy Twoje ciało było krzywdzone, zaś umysł zniewolony, powoli pogrążający się w nicości? Gdzie jest teraz Drań, który przychodził do Ciebie nocą, zawsze bez zapowiedzi - choć z czasem zacząłeś oczekiwać tych wizyt, przywiązując się do oprawcy? Czy w istocie to on był tym złym, a może takim uczyniły go okoliczności, bo przecież to nie do końca on odpowiada za Twój niezmywalny z duszy horror? Jakże żałujesz, że nie pozwolono Ci przestać istnieć. Jak silnie nie możesz się doczekać, by dokończyć dzieła odchodzenia i znaleźć się tam, gdzie nic ani nikt, ale Drań…
„Patrzę i widzę. Że z Was
są wielcy poeci. Wersy Waszej poezji co prawda jeszcze nie zostały spisane. Ale
wibrują wokół Was jak stado niespokojnych, smutnych motylomyśli.” 🦋
Początek psychodeli, choroby
psychicznej albo nareszcie udało Ci się odejść z tego świata. Tylko dlaczego
siedzisz na podłodze przygotowanego dla Ciebie lokum, wypluwając do toalety
wnętrzności, zbiegłszy - jak sądzisz - z krainy snu, podczas gdy do
pomieszczenia wkraczają dwaj majestatyczni mężczyźni? Przesadziłeś z ilością
leków, wydaje Ci się, bo przysiągłbyś, iż obaj mają na plecach… kruczoczarne
skrzydła. Aniołowie? Nie zasłużyłeś na ich obecność, nie po tym wszystkim, co
brukało Cię wiele lat. A jeśli to inne życie, szalona transformacja,
paranoiczne odrodzenie się w odmiennej postaci? Wszystko przestaje mieć
znaczenie, kiedy Nim i Io zdradzają, że przybyli tu po długim czasie poszukiwań,
by zabrać Cię do tego, który Cię oczekuje - Drania, Księcia Ciemności. Kochasz
go, to jedyne pozytywne uczucie, jakie kiedykolwiek żywiłeś, choć równocześnie
masz świadomość tego, w jak ogromnym stopniu jest to chore, zważywszy na każdą
z doznanych krzywd. Gdy jeden z mężczyzn chwyta Cię na ręce, ulatujesz ku
nieznanemu lecz do jedynego cenionego. Piekła, Nieba, nie ma to żadnego
znaczenia. Najważniejsze jest to, że ktoś znów współdzielić będzie z Tobą najstraszniejsze
majaki i nie pozwoli, byś zatracił się w nich bezpowrotnie… Pod Księżycami
Jowisza jest to, dla czego warto byłoby zejść w najciemniejsze z czeluści, po
raz pierwszy, następny i wieczny. Kołysze bezkonieczna spokoju ciemność…
„Zrobią z niego pierwszorzędnego
demona. Wreszcie odetchnie z ulgą. Koniec z poczuciem winy i lęku, koniec ze złymi
wspomnieniami, koniec z rozpaczą i smutkiem. On sam stanie się rozpaczą i
grozą, sam będzie lękiem i lamentem innych. To on będzie twórcą złych wspomnień.
Wreszcie będzie miał siłę.”
Joanna Bober stworzyła mistycznie oniryczną opowieść, którą teoretycznie należałoby przyporządkować do nurtu fantasy i pochwalić za ubarwiające treść, przepiękne, autorskie obrazy oraz ciekawą kreację motywów anielsko-diabelskich w finezyjnie-fantazyjnej wariacji. W mojej ocenie to jednak rozpaczliwy manifest dusz nieprzystających do tego świata i tych, które zostały przezeń odrzucone. Smutna historia pod tytułem: Mistyk wystygł. Wynik? Cynik… Choć bowiem „Księżyce Jowisza” wielokrotnie rozśmieszają odbiorcę, chociażby kreacją sepleniącego kowala, stwierdzeniami w stylu: „Najgorzej, gdy Twój szef ma chorobę dwubiegunową z ekstremalnie szybką zmianą faz.” (znajome) albo nazwami własnymi miejsc czy złożeniami zdań, które udowadniają ogromną biegłość pisarską Autorki - przesłania płynące z książki okazują się dojmujące. Szczególnie, jeśli posiada się wrażliwą na krzywdę duszę a przy tym rozumie przenośny sens złożonych przez Bober, pełnych niedookreśleń i niedorozumień fragmentów. Rozdziały powieści, wzbogacone o tytuły pasujących utworów muzycznych, kawałki tęsknych wierszy czy senne cytaty z innej prozy, zabierają czytelnika w świat bohaterów skrzywdzonych przez najgorszy Los. Dramatycznie tragiczny, być może przeznaczony - choć niekoniecznie przypisany na zawsze. W centralnym punkcie opowieści stoi walka o upodloną duszę pewnego młodzieńca, toczona zarówno przez Demony jak i Anioły, choć w mojej ocenie jest ona tylko punktem wyjścia do bardziej przerażających rozważań. Wyłaniają się one z fabuły tak przekonująco, że aż przyćmiewają dwie zauważone przeze mnie wady w postaci niezbyt trafiającego do mnie przedstawienia syndromu sztokholmskiego oraz agitacyjnej przemowy jednej z sylwetek pod koniec narracji, która skojarzyła mi się raczej charakterem z flagą opatrzoną sierpem i młotem; przewrót, towarzysze. Niewielkie przywary ulatują natomiast w niepamięć, jeśli się odbierze powieść Pisarki podobnie do mnie: jako przestrogę przed przegapieniem przedwczesnego pozwolenia na odejście z tego świata komuś, komu Niebo winno przeznaczyć długie, przeszczęśliwe życie. Pełne przedmiotów przystających dzieciom i należnego ciepła. Uwagi oraz reakcji na jakiekolwiek zło. Rozmowy i zrozumienia. Wdrażania w świat dorosłych odpowiednim tempem i czasem. Wśród degrengolady i wszechobecnej nienawiści wydarzyło się już wystarczająco nieszczęść tych najmłodszych, by dać zgodę na kolejne. Ilu tragedii dałoby się uniknąć, gdybyś podniósł wzrok? Nawet, gdy uwypuklą się fatalistycznie piękne „Księżyce…” - chęć w nicości nietrwania lub odebrania sobie możliwości następnego oddechu przez dziecko, najtrwożniejszy z autodestrukcyjnych aktów jest tak samo katastroficzny. A może niektórzy nie przystają, nie należą do tego świata, jak i Orfeusz nigdy nie przestałby kochać Eurydyki... Opatrzone plusem za złożoną wręcz poetycko semantykę: 8/10.
„(…) jakbyś szedł przez ciemność
z jasno świecącą latarnią w ręku (…) byłeś ścigany (…) Takie piękne dusze. (…)
Upodlone i odebrane przedwcześnie światu. Cały czas zadaję sobie to pytanie:
jak Niebo mogło tego nie dopilnować? Nie ochronić Was…”
0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)