• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Jako osoba, która dysponuje czymś wyjątkowym, a mianowicie debilo-radarem, jaki to przyciąga do mnie psychopatów znajdujących się w promieniu przynajmniej stu kilometrów, nader polubiłam Kamilę - główną bohaterkę najnowszej powieści Moniki Czarnowskiej pod tytułem „Ochronię Cię”, bowiem kobieta definitywnie posiada coś podobnego. W przeciwieństwie do niej nie mam za to niestety na stanie żadnego stalkera z kompleksem Mesjasza, a wielka szkoda - chętnie zamieniłabym na ową sztukę wszystkich niechcianych, nieodczepnie będących na stanie. 😉 A teraz na poważnie, choć bynajmniej nie żartowałam - muszę przyznać, iż druga książka w dorobku polskiej Pisarki zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Początkowo byłam przekonana, że czytam w pełni poprawny thriller - z toczącą się równo, niepokojącą akcją i… no właśnie, podejrzanie oczywistym zakończeniem, co uznałam za dość dziwne. Z każdą przewróconą stroną powieść wciągała mnie jednak silniej w swój świat, który zaczął nęcąco wirować. I choć moje pogłębiające się uczucia współczucia i sympatii do rzekomego złoczyńcy niezmiennie stawały się mocniejsze, końcowa część propozycji literackiej zszokowała mnie absolutnie niemożliwym do przewidzenia plot twistem. W moim prywatnym rankingu czerwiec podniósł poprzeczkę wymagań względem przeczytanych fabuł bardzo wysoko. To samo jednak uczyniła odnośnie swoich opowieści Autorka, w związku z czym już nie mogę się doczekać następnej gawędy spod ciemnej gwiazdy, jaka - mam nadzieję - zostanie przez nią wykreowana jak najszybciej. Najlepiej jeszcze tego lata - wszak to znienawidzony przeze mnie czas, w trakcie którego wszyscy skupiają się na lekkiej prozie, wówczas gdy ja, jak zawsze stosownie przekornie, z przyjemnością bytuję w światach mroczności i potworności. Wyobraziwszy sobie skrawki Arktyki, Atlantydy, Rosji i Finlandii, zyskuję chęci do życia i ognistą energię - która to pomnaża się właśnie w trakcie poznawania tak zmyślnie złożonych thrillerów psychologicznych. Gimme more - i pewnego obrońcę też!

03:04:00 No comments

Gdy zostajesz wezwany do majora Lenarda, zaciskasz pięści z bezsilnej wściekłości. Bydlak uczynił sobie rozrywkę z dręczenia Twojej osoby. Z nieznanych powodów czuje do Ciebie głęboką niechęć, więc co jakiś czas żąda, abyś stawiał się w jego kwaterze i z widoczną przyjemnością drwi z sytuacji, w jakiej się znalazłeś. Jako komendant wojskowego obozu karnego w Wertebrajsku, znajdującego się na krańcach imperium Zjednoczonych Królestw Eshal, jest panem życia i śmierci wszystkich, którzy się w nim znajdują, więc może to czynić całkowicie bezkarnie. Gdybyś próbował odpowiedzieć mu w sposób, jaki zwykle stosujesz w takich sytuacjach, trafiłbyś przed sąd wojskowy i nie wyszedłbyś stąd do końca życia, o ile nie skazano by Cię na śmierć. Gdy trafiłeś do tego przygnębiającego miejsca w ramach retorsji za naruszenie dyscypliny wojskowej, miałeś nadzieję, że odbębnisz okres kary, wystąpisz z wojska i wrócisz do swojego rodzinnego miasta. Tymczasem siedzisz w nim od dwóch lat, albowiem oficer ma prawo orzec, czy jesteś dostatecznie reedukowany, aby nie stanowić zagrożenia dla statecznych cywilów. Za każdym razem Ci o tym przypomina, z satysfakcją podkreślając, że tylko od niego zależy, czy będziecie się widzieć jeszcze przez dowolny okres czasu. Masz ochotę ukręcić mu ten głupi łeb, jednak wiesz, że nie możesz tego zrobić, więc jedynie wymieniasz z nim cierpkie uwagi. Tym razem jednak rozmowa wygląda zupełnie inaczej. Wprawdzie zaczyna się jak zwykle od wymiany niezbyt miłych uprzejmości, ale potem dzieje się coś, co wprawia Cię w prawdziwe zdumienie. Major wbija w Ciebie nienawistny wzrok, po czym syczy, że wywierasz zły wpływ na pozostałych żołnierzy, więc postanowił jak najprędzej się Ciebie pozbyć. Masz więc wybrać jeden z rozkazów leżących na stole w zalakowanych kopertach, wykonać określoną w nim misję i nigdy więcej tu nie wracać. Zszokowany perspektywą rychłej wolności, chwytasz pierwszy z brzegu i odmeldowujesz się z wielką ulgą.

23:55:00 No comments

Fabułę tej książki wspaniale byłoby zobaczyć na wielkim ekranie! Choć bowiem najczęściej do haseł na okładce podchodzę nader sceptycznie, z tym nie mogę się nie zgodzić. „Idea cieni”, którą napisał Tomasz Cechowski, powinna zostać nakręcona - najlepiej w starym, dobrym, amerykańskim stylu. Wydana estetycznie w solidnej, twardej oprawie - wewnątrz skrywa liczącą 542 strony historię, od jakiej nie można oderwać się ani na chwilę. Na domiar dobrego, z każdą przewróconą kartą, zaskakuje odbiorcę jeszcze bardziej. Początkowe rozdziały proponują czytelnikowi niepokojący thriller, jaki niedługo zostaje jednak skrzyżowany z powieścią szpiegowską oraz sensacyjną. Najbardziej szokuje chyba jednak zakończenie. Zaserwowane w formie przemowy pewnej… bohaterki, mimo charakteru, w tym wypadku bynajmniej nie jest patetyczne - raczej prorocze i trwożące. Przyznaję, iż jestem również pod dużym wrażeniem warstwy językowej całej opowieści, bowiem Autor składa przemyślane słowa w zdania zupełnie jak pisarze światowej klasy. Wyszedłszy z motywu „stawiam wszystko na jedną kartę i jadę do Vegas wygrać fortunę”, co to widywany w kinie i literaturze był już często i najpierw jawi się jako płytki, szybko udowadnia czytelnikowi, iż ta swoista próba zmylenia przeciwnika - czytelnika - była tylko punktem wyjścia do przedstawienia na wskroś złożonej narracji, która unaocznia, że… wcale nie tak trudno stać się bohaterem książkowej gawędy. Niekiedy człowiek, nawet bezwiednie, przez całe życie robi wszystko, aby postawić się na jego miejscu - i w końcu mu się to udaje. Informacje powierzone w Internecie, te udzielane aplikacjom, przekazywane nieznajomym - czyż wszystko to aż nie prosi się, by je wykorzystać? Wszak każdy literacki twórca uwielbia czerpać inspiracje z otaczającej go rzeczywistości. W obecnej erze jest to tak łatwe, jak nie było nigdy wcześniej. Teraz jednak wyobraź sobie, iż włączasz audiobooka… który opowiada o tym, co aktualnie robisz. 😲

19:51:00 No comments

A gdyby tak urzeczywistniło się wszystko, o czym pomyślisz? Przewrotna w mroczności i kreacyjnie komiczna - pierwsza książka, którą napisał Robert Grot okazuje się doskonałą rozrywką, co to uśmiechnie i porwie w zwichrowany świat podczas wakacyjnego odpoczynku, letnich wojaży oraz każdej innej pory, w jakiej szuka się kapitalnej zabawy fabularnej. Przeczytawszy początkowe rozdziały powieści „Piekielne natchnienie”, miałam w głowie dwa filmy, które lubię - majstersztyk, czyli „Adwokat diabła” oraz nieco lżejszą produkcję ekranową „Klik: i robisz, co chcesz”, choć rozwój narracji przeniósł mnie do unikatowej, jeszcze ciekawszej rzeczywistości. Tej, jaką odwiedził w swoim życiu prawdopodobnie każdy pisarz. Iście diabelskiego miejsca, w którym siedzi się przed pustym oknem edytora tekstowego i wpatruje w migający ni to potępieńczo, ni prześmiewczo kursor. I choć na co dzień każdy mijany człowiek jest dla Ciebie opowieścią, i mimo tego, iż dorabiasz życiom postronnych nader barwne teorie spiskowe, i chociaż słowa płyną w Twojej wyobraźni nieprzerwanym strumieniem… kiedy przychodzi do połączenia ich w ten jeden nurt, a nad głową wisi ten czy inny wyznaczony przez wydawcę termin, nagle - na skutek sławetnej blokady - nie masz pojęcia, co właściwie planowałeś napisać. Każde z klikanych zdań jest nieidealne, wszystkie pomysły głupie, zaś Ty masz ochotę jedynie spotkać głowę z murem lub inną ścianą, by przywrócić jej właściwe funkcjonowanie. Zamiast tego dalej się umartwiasz, w czym pomaga skupienie się na innych, co to kreują książkę za książką, w przeciwieństwie do miałkiego Ciebie. A potem, jakoby bez Twojego udziału, na ekranie pojawia się to jedno zdanie: czy jesteś pewien? I może nawet byś je zignorował, choć z pewnością nie uczyniłabym tego ja - jesteś pod kreską, zatem chętnie odwrócisz swoją uwagę dziwną konwersacją. Już wkrótce okaże się, że to była najlepsza decyzja Twojego życia…

PS Panie Grot - chciałabym jedynie wiedzieć, komu i gdzie powinnam odpisać na wiadomość, dzięki jakiej na Antoniego spadło piekielne natchnienie. 😉

18:47:00 No comments

Choć z natury jesteś osobą cierpliwą i wyrozumiałą, to jednak sytuacja zaczyna Cię przerastać. Wprawdzie obiecałaś solennie swojej przyjaciółce Zosi, że pomożesz jej powrócić do XVI wieku, jednak po kilku nieudanych próbach masz tego wszystkiego dosyć. Znudziło Ci się ciągłe wysłuchiwanie opowieści o jej przygodach na dworze królowej Bony i planach, aby dostać się nań ponownie i spróbować za wszelką cenę zmienić bieg historii. Początkowo podchodziłaś do tego pomysłu z entuzjazmem, zafascynowana całym tym niewiarygodnym zdarzeniem. Nie masz pojęcia, jakim cudem w ogóle do niego doszło, ale wymowa faktów jest jednoznaczna. Podczas seansu u tybetańskiego guru Pemy Rigsang Chema dziewczyna została wprowadzona w intensywny trans a jej duch znienacka wyruszył w fascynującą podróż do odległej przeszłości. Ocknęła się jako królowa Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Próbowała zapobiec wszystkim nieszczęściom, jakie spotkały tę postać pod koniec życia, ale zanim zdołała to uczynić, niespodzianie powróciła do teraźniejszości. Od tego momentu nie może myśleć o niczym innym, jak o ponownym „skoku” w przeszłość, aby dokończyć dzieła. Choć z początku byłaś sceptyczna wobec takich rewelacji, ostatecznie przekonał Cię do nich widok wspólnie wymyślonej w dziecięcych czasach rymowanki w zbiorze wierszy renesansowego poety Jana Dantyszka. Tylko Ty i Twoja przyjaciółka o nim wiedziałyście, więc stało się oczywiste, że kobieta nie mija się z prawdą. Odtąd regularnie urządzacie domowe seanse, próbując przy wtórze kontemplacyjnej muzyki ponownie osiągnąć to, co udało się Azjacie. Trwają całymi godzinami, jednak nie przynoszą żadnego skutku. Dlatego podchodzisz do tego przedsięwzięcia z coraz większą niechęcią…

23:33:00 No comments

Brandon Mull oczarował zwichrowaną twórczością lwią część świata - rozkochawszy w finezyjnie-fantazyjnych fabułach dzieci, nastolatków oraz dorosłych. Mimo popularności jego książek i faktu, iż część z nich posiadam w czeluściach piekielnej kolekcji, jego najnowsza propozycja literacka pod tytułem „Opiekunowie. Zakazana góra” jest pierwszą powieścią, którą miałam okazję poznać. Nastawiona dość sceptycznie, jak to w moim wypadku bywa względem większości tego, co cenione przez ogół, już po lekturze kilku rozdziałów rozpoczynającej nowy cykl narracji Pisarza zrozumiałam fenomen jego tekstów i dałam się porwać w wyimaginowany świat - zmyślony, choć wcale nie tak daleki od tego, który można by sobie wyobrazić i tego doskonale znanego, rzeczywistego. Jako żyjący wśród kamieni i najczęściej pod nimi Tyrannosaurus rex muszę także przyznać, iż pomimo tego, że (nie uwzględniając tych tytułowych, sprawujących pieczę i wzmacniających talenty) większość bohaterów liczy sobie zaledwie 13-14 wiosen, sama doskonale bawiłam się w trakcie czytania. Czy to za sprawą porywającej, pełnej sekretów, klątw i tajemnic przeznaczenia historii, czy może raczej nader barwnej i inteligentnej warstwy językowej - pewnym pozostaje, iż ta opowieść raczej nie może się nie podobać. Pozwolę sobie również nadmienić, iż samo skrzydełkowe przedstawienie Autora, zestawione z tymi w znacznym stopniu nadętymi i przeintelektualizowanymi, uśmiecha. Czytelnik może się z niego dowiedzieć, że Mull na co dzień ma towarzystwo w postaci żony, trzech psotnych kotów i jedenaściorga dzieci oraz relaksuje się, strzelając folią bąbelkową czy męcząc antystresowe piłki oraz gniotki. Cenię tego rodzaju poczucie humoru a poza tym jestem skłonna zaryzykować twierdzenie, iż może powieści Twórcy są tak dobre i cenione wśród młodzieży całego świata właśnie z tego powodu, że ich pierwszymi odbiorcami są jego dzieci i członkowie rodziny. W tejże najbardziej zakochałam się w samym motywie związania na całe życie z duchowym opiekunem. Sama onegdaj doświadczyłam podobnego zaszczytu, mimo iż teoretycznie jestem prawdziwa. 😉

03:09:00 No comments

Choć to, co ocalało z ludzkości weszło w XXVI wiek, pewne rzeczy pozostały niezmienne od zarania powstania Chrześcijaństwa. Niewątpliwie należy do nich reguła zakonna, zgodnie z którą spędzasz czterdzieści postnych dni na spalonej słońcem pustyni. To niezbędny warunek, aby dostąpić zaszczytu stania się pełnoprawnym członkiem Albertyńskiego Zakonu pod wezwaniem błogosławionego Leibowitza. Będziesz wówczas oficjalnie nazywany bratem Franciszkiem - oczywiście, jeśli podołasz próbie a opat nie zgłosi sprzeciwu. Czas spędzasz na modlitwach, walce z ułomnym ciałem oraz pragnieniami, jakie podsuwa Ci do umysłu diabeł. Wokół nie ma żywego ducha, jedynie wilki i kojoty odwiedzają miejsce Twojego odosobnienia a nad głową krążą uparte sępy, najwyraźniej pełne nadziei na rychłe pożywienie się Twoim truchłem. Nie zdają sobie sprawy, jak bardzo pragniesz zostać przy życiu, aby móc jego resztę spędzić w surowych, klasztornych murach, ślęcząc nad ręcznym kopiowaniem starodruków pochodzących z zamierzchłego XX wieku - na obecnym etapie rozwoju ludzkości to jedyna metoda, aby zachować ich treść dla potomności. Często dotyczą tajemniczych maszyn i urządzeń, których znaczenia i zastosowania nikt obecnie się nawet nie domyśla, ale może kiedyś, gdy cywilizacja nieco się rozwinie, znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie to wyjaśnić. Po potopie ognia, jaki nastąpił w połowie XX wieku, człowiecze uniwersum cofnęło się do epoki kamienia łupanego, by teraz dumnie wkroczyć we wczesne średniowiecze. O jego przyczynie i przebiegu czerpiesz wiedzę ze świętych ksiąg. Potrafisz wyrecytować z nich całe wersy, zgodnie z którymi genialni naukowcy stworzyli najdoskonalsze z narzędzi zagłady - broń, która mieściła w sobie cały ogień piekielny.

00:01:00 No comments

Mój ulubiony włoski autor może drżeć z niepokoju, bowiem na italskiej scenie prozatorskiej pojawiła się nowa gwiazda! Niewątpliwy kunszt literacki do tkania fabuł spod mrocznej gwiazdy, którym iście mistrzowsko dysponuje Piergiorgio Pulixi przypomina mi niewtórną jakością twórczość jednego z moich thrillerowych maestro, czyli Donato Carrisi. „Ty jesteś prawem” ma dużą szansę trafić do grona rankingu najlepszych przeczytanych przeze mnie w tym roku książek. Choć właściwie winnam napisać: pochłoniętych, jako że zaserwowaną przez Włocha ucztę ciemności skonsumowałam w jeden wieczór, mimo tego, iż składa się z 504 stron. W istocie da się także przypuszczać, iż to ona porwała mnie, zupełnie jak słynna tafla cieni, co to wpatruje się w Ciebie, jeśli sam zbyt długo w nią spoglądasz… Przyznaję, iż od długiego czasu nie uczestniczyłam w aż tak pysznej kolacji fabularnej, której każdy element semantycznego dania jest przemyślany w najmniejszym detalu. Na przystawkę, czyli prolog, Pulixi proponuje czytelnikowi zapoznanie się z krótką opowieścią dwudziestodwuletniej dziewczyny, która stoi przed obliczem sądu i słyszy, iż sprawa mężczyzny, jaki wykorzystywał ją w wiadomy sposób, gdy była w wieku od lat 4 do 7 właśnie przedawniła się po upływie półtorej dekady z powodu nieudolności systemu prawnego, z uwagą na błędy formalne prokuratury, przez jakie jej oprawca nie odsiedział praktycznie chwili za kratkami. Poznawszy wyrok, zwyrodnialec obrzydliwie się do niej uśmiecha i uchodzi wolno. Na stół wkracza jednak pierwsze danie - mściciel, który tylko czekał na to, by wymierzyć sprawiedliwość. Więcej: od wielu lat planował, jak uczynić to na wizji, w połączeniu z setkami tysięcy użytkowników Internetu, powierzając im los zboczeńca. Mam nadzieję, że rozbudziłam Twój apetyt, jako że druga potrawa okaże się jeszcze smaczniejsza - a to tylko początek uczty. Wyobraź sobie: masz okazję odpłacić pięknym za nadobne, uczynić słuszną karę za krzywdy i pozostać w ukryciu… Mniam. PS Serialowy Dexter kocha to!

02:57:00 No comments

Dzień, który zmienił Twoje życie, nadszedł całkowicie niespodziewanie i nic nie zapowiadało, że tak właśnie będzie. Gdy go sobie przypominasz, widzisz wszystko z pełną bólu ostrością, zaś każdy szczegół obracasz w pamięci, jakby to było wczoraj. A przecież minęło już tyle czasu... Rozpoczął się jak każdy inny - leniwie i niewinnie. Oglądałeś w telewizji wywiad z panem Makoto, pomysłodawcą i inicjatorem planu Danketsu, polegającym na powołaniu rządu światowego jednoczącego wszystkie państwa na Ziemi w jeden sprawny organizm - unię pod nazwą GAIA, od miana greckiej bogini. Po wielu latach idea udała się znakomicie - z błękitnej planety nieodwołalnie zniknęły wojny, głód i wiele innych nieszczęść, będących plagą ludzkości. W końcu ród człowieczy mógł żyć w spokoju i dobrobycie. Nawet dumny Nippon, którego jesteś mieszkańcem, poddał się nieuchronnemu i zrzekł niezależności. Z podziwem przyglądałeś się starszemu już człowiekowi, który z dumą mówił o swoich osiągnięciach, zachowując jednak ujmującą skromność. Dzięki niemu mogłeś przecież bez obaw o przyszłość mieszkać na przedmieściach Sakai w urokliwym domku, w którym brakowało tylko jednego - ojca. Pamiętasz go jak przez mgłę, gdyż zniknął, gdy miałeś trzy lata. Wychowała Cię rodzicielka, z jaką jesteś mocno związany. Pochodzi z Polski, zaś rodzice poznali się, kiedy przebywała na studiach w Norwegii. Ponieważ w tym czasie wybuchła wojna Polski i jej sąsiadów z Rosją, zdecydowała się na wyjazd z nowo poznanym chłopakiem do jego ojczyzny - Japonii i osiedliła się w tym kraju na stałe. Wkrótce potem przyszedłeś na świat, po którym kroczysz już od siedemnastu lat. Z zadumy wyrwa Cię gwałtowne pukanie do drzwi, jakie przeradza się w nieustanny łomot przy wtórze wrzaskliwych żądań otwarcia. Zdumiony i przestraszony, podrywasz się na nogi i kierujesz do korytarza, w którym zastajesz spanikowaną mamę. Nigdy nie widziałeś jej w takim stanie, więc zastygasz w bezruchu. Wtedy odrzwia uginają się pod wpływem olbrzymiej siły, ale zanim ustępują, kobieta ze łzami w oczach odwraca się do Ciebie i krzyczy, żebyś natychmiast uciekał. Dodaje przy tym, że jest z Ciebie dumna i prosi, abyś był dobrym człowiekiem - jak Twój ojciec.

19:32:00 No comments

Podróż do głębi siebie wymaga odwagi w podejmowaniu własnych decyzji, dużego nakładu pracy nad swoją osobą oraz ogromnej dozy stanowczości - jako że najczęściej okazuje się tą najtrudniejszą wyprawą. Pokusił się o nią Serhii Ratkin, czego dowodem i zapisem jest recenzowana książka. Złożona z emocji, w mojej ocenie stanowi przede wszystkim rozprawienie się z osobistymi demonami, prywatną formę terapii, przekształconą w opowieść, złożoną z trzydziestu dłuższych i krótszych rozdziałów, w jakich Autor daje wskazówki samemu sobie. Czytając je można jednak pokusić się o autorefleksje i zastanowić nad tym, na ile cenne okazałyby się prywatnie. Myślę, iż ten przewodnik po własnym „ja” może się również stać kopalnią estetycznych, motywacyjnych cytatów, wartych dalszych rozważań - te, które najsilniej ze mną rezonują przytoczę w dalszej części mojej historii o historii Pisarza. Opatrzona mroczną okładką, przywodzi mi na myśl ten smutny, ale jakże cenny odcień zdecydowania, kiedy to człowiek, dojrzawszy lub dostrzegłszy taką konieczność, dochodzi do wniosku, iż najwyższa pora na to, by odciąć się od wszystkiego, co toksyczne i każdego, kto nie przynosi mu żadnych wartości. Jak zresztą Twórca pisze już na samym początku propozycji literackiej: „<Chroniłem> siebie przed skutkami rezygnacji w tym, czego nie chcę, wchodząc w to, co mnie zabijało.”, dając odbiorcy do myślenia. Jak długo bowiem można tolerować to, co nijak nie jest korzystne? Ile znosić potwarzy od tych, dla jakich się starasz, choć Ci nigdy, przenigdy nie wybiorą Ciebie? Dlaczego by oddawać choć jedną z cennych chwil osobom, które na to nie zasługują; poświęcać myślom, co to tylko przyspieszają wewnętrzną degrengoladę? I wreszcie: kiedy powinien nadejść kres dzielenia się sobą kawałek po kawałku, zanim zniknie się całkowicie, jako że nie pozostanie już nic? Karma nie zawsze wraca, czynione dobro niekoniecznie zostanie pomnożone… Jeżeli czujesz, że gdzieś po drodze zacząłeś osuwać się w cienistość i znikać, ta książka Cię zainteresuje.

18:28:00 No comments

Drugi tom sagi „Rodzina Tylczyńskich”, którego Autorką jest Monika Klara Krajniak, nie uległ sławetnej klątwie drugiego tomu. Zamiast tego, okazał się równie dobry, co pierwszy, ponownie przenosząc mnie do świata bohaterów, których nie można nie polubić - i jakich poczynaniom kibicuje się na każdym kroku. Drzewiej wydawałoby się to oczywiste, dziś jest czymś, co należy pochwalić - Pisarka wtóry raz udowodniła, iż ma niesamowity talent do tkania wartościowych fabuł, w których najsilniej urzekają wszelkie wątki związane z relacjami oraz uczuciami. Chroniący honoru sióstr bracia, darzące się wyrozumiałością i szacunkiem rodzeństwo, mający na względzie dobro dzieci rodzice czy wreszcie młodzi mężczyźni, którzy zakochują się i przeżywają dziewicze miłości w sposób, jaki przywodzi na myśl urok minionych lat... Bez zbyt często obecnej w literaturze ohydy, różnorakiej maści zboczeństw i krzywd, które czasem nawet nikogo już nie dziwią - „Skąd ta nienawiść między Wami” zwyczajnie uśmiecha odbiorcę. Niedoścignioną klasą, pełnym zawirowań ukazaniem tego, co istotne - tak podczas budowania dorosłego życia, jak i tworzenia cennych znajomości - wszak tylko takie nie ugną się w chwili próby i przetrwają zwichrowane doświadczenia, które są udziałem niemalże każdego człowieka. W mojej ocenie lekką i nieprzesłodzoną warstwą językową Krajniak przedstawia odbiorcy rzeczywistość dokładnie w takim kształcie, w jakim chciałoby się ją widzieć. Pozbawioną zawiści, wyzutą z niezrozumienia dla porywów serca i umysłu, ogołoconą z zazdrości. Miast tego, nacechowaną wiernością - tak przekonaniom, jak i bliskim osobom - ciepłem oraz… dobrocią. Onegdaj oczywiste, teraz nierzadko okazuje się mrzonką. W świecie, w którym patrzy się tylko ocennie na drugiego człowieka, nijak nie starając się pojąć jego czy motywacji, jakimi się kreuje, moim zdaniem właśnie tego rodzaju proza jest elementem, który, potrzebny, potrafi coś zmienić. Dać do myślenia - albo choć roziskrzyć w czyimś życiu dawno wygasłą iskrę. Może rozmarzyć, jako że takich profamilijnych narracji można ze świecą szukać…

01:40:00 No comments

Praca w policji stanowiła Twoją pasję, jakiej oddawałaś się w pełni - i to przez całe dwadzieścia lat. Nie wyobrażałaś sobie, że mogłabyś z niej kiedykolwiek zrezygnować, a jednak życie Cię do tego zmusiło. Jak to często bywa, snute przez Ciebie i męża plany życiowe całkowicie pokrzyżował los i uczynił to niezwykle brutalnie. Dwanaście wiosen po zawarciu małżeństwa zaczęliście starać się o dziecko. Wyjechaliście do hotelu w Bieszczadach, a więc tam, gdzie się poznaliście, zaś w drodze powrotnej doszło do wypadku, w którym Tomek zginął na miejscu. Ponieważ siedziałaś za kierownicą, zaczęłaś obwiniać się o śmierć najbliższej osoby. Uciekłaś w alkohol i zaniedbywałaś nie tylko siebie, ale także pracę, aż w końcu ją porzuciłaś. Na chwilę przed całkowitym upadkiem pomocną rękę podała Ci rodzina. Chociaż stawiałaś opór, w końcu zdołała Cię zmusić, abyś powróciła do miejscowości dzieciństwa - Nałęczowa i zajęła się prowadzeniem pensjonatu o dźwięcznej nazwie „Jaśminowy Dwór”. Początkowo zakładałaś, że poświęcisz się temu zajęciu przez miesiąc, może dwa, ale mama, tata oraz młodszy brat nie chcieli o tym słyszeć. Do dzisiaj tkwisz więc w tym nieco sennym, ale i pięknym miasteczku, trwale zamieniając policyjny mundur na cywilne ciuchy a pasjonujące czynności śledcze na prozaiczne doglądanie familijnego interesu. Pewnym pocieszeniem jest świadomość, że potrzebujesz spokoju, gdyż nosisz w sobie cząstkę Tomka. Okazało się bowiem, że jesteś w ciąży. Nie znasz płci potomka, ale skrycie marzysz o synu. Z jednej strony bardzo się cieszysz, z drugiej niezwykle brakuje Ci drugiej połówki, na jaką zawsze mogłaś liczyć. Wiesz jednak, że musisz być silna i dbać o siebie, zatem odpoczywasz więcej niż to masz w zwyczaju. W Nałęczowie nie jest to trudne, gdyż atrakcji jest tu jak na lekarstwo. W zasadzie poruszasz się tylko między hotelikiem, domem rodziców i mieszkaniem Małgosi - przyjaciółki z dawnych lat.

19:47:00 No comments

Oto nadeszła wiekopomna chwila - bowiem wielbione przeze mnie Wydawnictwo Ale, do którego książek nigdy nie miałam ani jednego ale (!) uraczyło mnie opowieścią, która bez wątpienia rozkocha w sobie miłośników nowoczesności poglądowej oraz wolno roziskrzających się romansów, czyli tych utrzymanych w nurcie określanym mianem „slow burn” w wersji definitywnie nieszybkiej, a jaka to jednak moją osobę nie do końca przekonała. Wszystko za sprawą głównego bohatera, który względem mych prywatnych odczuć musiałby się dla odmiany zakwalifikować w kategorii literackich nie-mężów. O ile bowiem uważam, że zadziwiająca społecznie akcja panów pod tytułem me too i mężczyźni też płaczą (a i powinni - podczas narodzin pierworodnego, śmierci matki, tudzież współodczuwanych krzywd małżonki) jest czytelniczo ciekawa (choć u konserwatystów mego pokroju powoduje pogłębienie zmarszczek na czole od unoszenia brwi i przewracania oczyma w północne strony świata), o tyle Graham Kelly jest w swoim odwrotnym MOIM ZDANIEM (do jakiego mam pełne prawo) byciu męskim skrajnie przerysowany. Przez to druga część dylogii „Fire & Ice” pod tytułem „Broken ice”, którą napisała Karolina Żynda u kobiet tradycyjnych (cześć, tu Tyrannosaurus rex! 😉), hołdujących klasycznym wartościom i takimż rolom społecznym oraz pewnym przymiotom (rzekomo) brzydszej części ludzkości może wielokrotnie okazać się irytująca. Jako kochanka prozy traumatycznej i traumatyzującej, z przechyłem w niewiadomą stronę, znam doskonale pojęcie rzeczonej podstawy słowotwórczej, czyli traumy, jaka to dotknąć może każdego, niezależnie od płci - i wszyscy będą przeżywali ją różnie. Mam natomiast uzasadnione obawy co do tego, jaką obroną, wsparciem i pomocą byłby dla mnie mój mężczyzna (chwała, pokarało mnie personalnie wymarzonym księciem z b… naszego ukochanego koszmaru, którego sama sobie zazdroszczę) w chwili próby (chociażby napadu czy konfliktu militarnego), gdyby z tragediami NIE radził sobie jak Graham. Czytaj…

02:07:00 No comments

Ciemność potrafi pochłonąć nawet najpiękniejszy blask w taki sposób, że nie pozostanie po nim żaden, nawet najmniejszy ślad. Tak właśnie zrobiła z Twoją starszą, siedemnastoletnią siostrą Ellą, która wyszła z domu rok temu prosto w mrok i wszelki ślad po niej zaginął. Po upływie takiego czasu jej postać powoli zaczęła pokrywać się patyną niepamięci w umysłach mieszkańców sennego, szwedzkiego miasteczka Storforsy - z wyjątkiem najbliższej rodziny i funkcjonariuszy miejscowej policji, którzy ponieśli całkowitą porażkę, próbując dotrzeć do prawdy o jej losie. Była oparciem całego domu - Ciebie, mamy oraz trzech psów. Ty swojego ojca w ogóle nie poznałaś, ten Elli zupełnie się nią nie interesuje. Od kiedy pamiętasz wyręczała rodzicielkę w zajmowaniu się obejściem, gdyż ta nie stroniła od alkoholu i całkowicie zaniedbywała swoje obowiązki. Siostra gotowała, prała, sprzątała i użerała się z pracownikami opieki społecznej oraz komornikami, którzy często gościli w Waszych progach. Piękna i radosna, przyciągała wzrok mężczyzn i chłopców w swoim wieku, nawet bardziej tych pierwszych, co zawsze wyprowadzało Cię z równowagi. Byli jak psy, śliniące się na widok kości, bezwstydni w okazywaniu swoich zboczonych pragnień. Nienawidzisz brudu ich zachłannych oczu, którymi pożerali przecież jeszcze na poły dziecko. Najgorsze, że potencjalnymi pedofilami okazywali się ludzie, jacy posiadali rodziny, żony, dzieci i uchodzili za przykładnych obywateli. Dlatego poprzysięgłaś sobie, że nigdy nie zwiążesz się z nikim płci przeciwnej a myśl o jakimkolwiek zbliżeniu przyprawia Cię o mdłości. Zastanawiasz się, czy to któryś z tych potworów nie odpowiada za zniknięcie Elli. Pewnego dnia wyszła z domu, nie mówiąc nikomu dokąd zmierza. Policja ustaliła, że najpierw pojechała do odległego o piętnaście kilometrów Bollnäs, aby spotkać z byłym chłopakiem Liamem. Już samo to jest dziwne - przecież zerwała z nim rok wcześniej i przez wiele miesięcy nie odpowiadała na jego błagalne telefony.

23:44:00 No comments

Takiego thrillera w doskonale wyważony sposób skrzyżowanego z kryminałem definitywnie potrzebowałam! Choć dotychczas twórczość Agnieszki Anny Milewskiej nie była mi znana, niniejszym oświadczam, iż od tej pory będę z niecierpliwością wyczekiwać każdej kolejnej książki spod jej pióra. Co więcej, jest to jeden z tych najbardziej wyjątkowych, na wskroś pozytywnych zaskoczeń, jako że lektura początkowych kilkunastu stron „Kim jestem?”… niezmiernie mnie zirytowała - a wszystko to za sprawą pyskatej, nieznośnej i irytującej bohaterki. Wybudzona po ciężkim wypadku w szpitalu, w pierwszych rozdziałach odznacza się wręcz okrutnie roszczeniową i niesympatyczną postawą. I ciężko to nawet wytłumaczyć posttraumatyczną amnezją - jako że jej stosunek do personelu medycznego, który przecież przywrócił ją do świata żywych i czuwa nad jej dobrostanem, jest zwyczajnie nieuzasadnienie negatywny, zakrawający chwilami na skrajnie agresywny. W pewnym momencie przeszło mi nawet na myśl, że ciężko będzie dotrzeć do ostatniej strony książki, jeśli tymczasowo Bezimienna będzie się zachowywać w tak denerwujący sposób… i, och - jakże pięknie się rozczarowałam! Z każdą kolejną przewróconą kartą historia zaczynała porywać mnie coraz bardziej w swój złożony z niepewności, zwichrowanych zawirowań, niedorozumień i niedookreśleń świat a postawa naczelnej żeńskiej postaci okazała się o wiele silniej złożona niż można było w ogóle podejrzewać. Na skutek zderzenia ze skrajnie inną osobowością, nieskończenie dobrym lekarzem imieniem Olgierd, ewoluowała zresztą na tyle, iż pod koniec opowieści urzekała już jedynie odpowiednią ilością pazura. Tego rodzaju zakręcenie fabułą, bohaterami oraz samym czytelnikiem świadczy o dużym kunszcie literackim Autorki. Podobnie jak i fakt, że często wykorzystywany w historiach spod ciemnej gwiazdy motyw okresowej niepamięci został przez Pisarkę zaserwowany w niewtórny sposób. Pozostaje mi napisać: passo, trwaj, jesteś przepiękna - jako że ostatnio nareszcie mam szczęście do dobrych powieści!

00:29:00 No comments

Wydawnictwo Ale znowu to zrobiło… choć może właśnie czegoś nie uczyniło. „Twój ruch” Weroniki Jaczewskiej nie okazał się bowiem tą pierwszą książką opublikowaną pod jego szyldem, która nie przypadnie mi do gustu. Wręcz przeciwnie! Po lekturze tej powieści (jaką pochwalić trzeba także za sensualnie elegancką okładkę) muszę raczej bowiem stwierdzić, iż to jedna z najbardziej otulających czytelnika historii z motywem od przyjaciół do kochanków, jaką miałam okazję czytać w swojej cokolwiek długiej, recenzenckiej karierze. Wszystko za sprawą… Cava, głównego bohatera płci męskiej (to on zakochuje się pierwszy!). Autorka nader celnie i słusznie przestrzega na samym początku, iż przed odbiorcą poznanie literackiego księcia rodem z bajki - i to takiej, w której każda księżniczka powinna się znaleźć, najlepiej na całe życie. Podobnie szczęśliwe z uśmiechem pozdrawiam, jeszcze poszukującym właśnie takiego pana w prawdziwym życiu życzę. Ostrzegam lojalnie, Elliot Cavendish to pozycja obowiązkowa w kolekcji książkowych mężów każdej czytelniczki! Jestem także zdania, iż ten romans to świetny wybór na wakacyjne wojaże - nawet, jeżeli te odbywają się jedynie (tudzież: aż) ścieżkami wyobraźni. Albo właśnie przede wszystkim wówczas! Oprócz popularnego, choć bardzo ciekawie zaaranżowanego w tym wypadku, przedstawienia relacji między naczelnymi postaciami w linii biegnącej od dziecięcej sympatii do prawdopodobnego związku w dorosłym życiu, oczywiście po rozlicznych zawirowaniach losu, w książce występują także wątki dotyczące tenisa, jako że to właśnie z tą dziedziną zawodowo powiązany jest Cav. Nie dominują jednak one fabuły - przez co nie napiszę także, iż najnowsza propozycja prozatorska Jaczewskiej to romans sportowy; tego rodzaju semantyczne twory uważam za niesłuszne pod względem klasyfikacji gatunkowej. To po prostu romans - taki, z jakim chce się spędzić udany wieczór, ze wszech miar zrelaksować i docenić lekkość Autorki we władaniu słowami. Przyjacielsko, przyjaźnie przytulny. 😉

01:37:00 No comments

Gdy zostałaś wyznaczona do prowadzenia śledztwa w sprawie zabójstwa Stelli Pisicchio, nie przypuszczałaś, że będzie jednym z najtrudniejszych w Twojej bogatej karierze wiceprokuratora w niewielkim włoskim mieście - Materze. Z początku jej zejście ze świata sprawiało wrażenie zupełnie banalnego nieszczęścia, do którego doszło w trakcie gry dla dorosłych. Im bardziej jednak je analizujesz, tym silniej staje się zagadkowe. Denatkę znaleziono leżącą na brzuchu w łóżku w zmysłowej, koronkowej bieliźnie, zaś na jej nadgarstkach widniały liczne siniaki. Szybko ustalono, że została uduszona w środku dnia. O ile autopsja ciała nasuwa oczywiste wnioski, to już okoliczności zdarzenia zaczynają budzić wątpliwości. Nie stwierdzono żadnych śladów włamania, drzwi były zamknięte od wewnątrz na zamek z blokadą a mieszkanie znajduje na ostatnim piętrze kamienicy. Jak więc złoczyńca opuścił miejsce zbrodni? Nie mógł po prostu zejść schodami, gdyż przy wyjściu mieści się zakład krawiecki, którego właścicielka ma je cały czas na oku a w dniu morderstwa nikogo nie spostrzegła. Zresztą w owianej nienajlepszą sławą dzielnicy Serra Venerdi każdy zna każdego, więc obcy zostałby natychmiast zidentyfikowany. Została wybudowana dla rodzin przesiedlanych z rozpadających się budynków w najstarszej części miasta i z powodu ich nonszalancji w traktowaniu nowych mieszkań zyskała miano Osady Apaczów. Podobno nowi lokatorzy, nie wiedząc do czego służą wanny, hodowali w nich pietruszkę, choć nie bardzo w to wierzysz - do czego bowiem byłaby im potrzebna aż taka ilość tej rośliny? Początkowo sądzisz, że Stella zajmowała znacznie bardziej wyrafinowanymi czynnościami, na co wskazywał jej wyzywający strój, a także fakt licznych połączeń telefonicznych z zastrzeżonymi numerami, prowadzenie „obleganego” profilu w aplikacji randkowej oraz gruby zwitek banknotów w szufladzie szafki nocnej o wartości dwóch tysięcy Euro.

01:24:00 No comments

Spośród wielu publikacji dla młodszych czytelników czasem ciężko jest wybrać tę jedną, która okaże się odpowiednio wartościowa, będzie świetnym pretekstem do dalszych rozmów, prawdziwie zainteresuje dziecko - a może nawet poszerzy jego wyobraźnię i rozpali chęć do poznania bliżej tego czy innego tematu. Jeśli więc szukasz idealnej książki na wakacje dla syna, córki, brata czy siostry - albo po prostu znanej Ci pociechy, jaką chciałbyś uśmiechnąć i obdarować świetną historią - „Złodziej czasu” Michała Kuźmińskiego jest idealną propozycją. Napisana lekkim językiem treść, pełna absorbujących zagadek, prezentująca ważkie zagadnienia - z pewnością stanie się strzałem w dziesiątkę dla niemalże każdego odbiorcy, który już kocha lub dopiero uczy się uwielbiać opowieści tajemniczej treści. 203 strony zostały także ubarwione kilkoma pięknymi ilustracjami w czerni i bieli, stworzonymi kreską bez wątpienia utalentowanego rysownika. Choć powieść przeznaczona jest z założenia dla dzieci w wieku od 9 do 12 lat, po lekturze śmiem twierdzić, że nieco młodsze również świetnie odnajdą się w tej barwnej fabule - oczywiście z kilkoma objaśnieniami uczynionymi przez dorosłych. A co do tych ostatnich czy starszej młodzieży… jako siostra trójki młodszego rodzeństwa z ogromnym stażem w czytaniu wszelkich bajek i dziecięcych narracji, muszę przyznać, że sama zrelaksowałam się i dobrze bawiłam w trakcie poznawania kolejnych krótkich, ciepłych i intrygujących rozdziałów książki Autora. Sądzę także, iż - zważywszy na posłowie - Pisarza należy pochwalić za umiejscowienie akcji fikcyjnych wydarzeń w jednym z najpiękniejszych zakątków Polski, czyli na Dolnym Śląsku, jaki to miałam okazję zwiedzać podczas miesięcznych lub dłuższych wakacji ponad trzydzieści razy - i to właśnie za czasów dzieciństwa. Te pełne sekretów Ziemie i wszelkie zjawiskowe Zdroje aż proszą się o to, by stać się jakoby osobnym bohaterem historii… Dodatkową zaletą jest fakt, iż Kuźmiński tłem fabuły uczynił „poniemieckość” tamtych terenów, przybliżając młodym czytelnikom fragmenty rodzimej historii oraz… literaturę.

00:02:00 No comments

Prawdopodobnie w życiu nie czytałam tak świetnie napisanej książki sensacyjnej - dygresyjnej powieści drogi o niezwykle wciągającej akcji, zaserwowanej czytelnikowi gawędziarską warstwą językową, z wręcz zaskakującą ilością komizmu sytuacyjnego. Jestem zdania, iż „Bellwood Quarry”, w wersji zekranizowanej przez najlepszą ekipę filmową, mogłoby dumnie stanąć w szranki z serialami pokroju „Breaking Bad” i podobnie jakościowymi produkcjami. Bartłomiej Ludwisiak ma zaś rzadki talent. Pomimo tego, iż wykreowana przez niego fabuła wielowymiarowością i złożonością zaskakuje po wielokroć, składane przez niego umiejętnie zdania natychmiastowo materializują przed oczyma odbiorcy skomplikowaną fabułę. Na uwagę zasługuje przy tym fakt, iż jego 412-stronicowa opowieść praktycznie pozbawiona jest dialogów. W taką kreację narracyjną (w dodatku pierwszoosobową, kocham!) zdecydowanie trzeba umieć - i to na mistrzowskim poziomie! Co więcej, mój zachwyt nad tą propozycją literacką, która stała się bardzo silnym pretendentem do tytułu KSIĄŻKI ROKU w moim osobistym rankingu, trwał niezmiennie od pierwszego aż po ostatni rozdział - choć z przyjemnością przeczytałabym ich jeszcze setki więcej. Przyznaję, iż poprzeczka dla wszystkich historii, jakie będę miała okazję poznać w najbliższych miesiącach i które mogłyby ją zdetronizować, została ustawiona naprawdę wysoko. Jestem także przekonana, iż każdy miłośnik przeszywająco inteligentnych, zmyślnych treści spod ciemnej gwiazdy zakocha się w tekście Pisarza od początkowych wersów. Niewymuszone żarty sytuacyjne, wygłaszane niejako śmiechem przez łzy przez głównego bohatera, który każdą kolejną tragedię, jaka go dotyka, przyjmuje z męskością i swoistym spokojem, udowadniającym dystans do świata i rzeczywistości, są absolutnie urzekające. Nie brakuje jednak także smutnych konstatacji i rozważań opartych na prawdziwych wydarzeniach. Tytułowy Bellwood Quarry faktycznie zresztą istnieje. Po gigantycznej transformacji, dziś jest zielonym parkiem rozrywek wodnych. Onegdaj był kamieniołomem, w jakim wydarzyło się wiele mroczności…

02:41:00 No comments

Kiedy Twoje życie straciło wszelki cel, popadłeś w odrętwienie. A teraz postanowiłeś nieodwołanie je zakończyć. Na szczęście sceptycznie podchodzisz do spraw związanych z wiarą, więc żadne hamulce moralne nie są w stanie odwieść Cię od tej decyzji. Zresztą, nawet mocna wiara w Opatrzność nie skłoniłaby Cię do dalszej egzystencji w sytuacji, gdy nie ma to najmniejszego sensu, a każdy dzień i każda godzina są czystą udręką. Teraz stoisz na barierce mostu i patrzysz w czarną otchłań, na której końcu czeka Cię spotkanie z rzeką, jaka pozwoli nareszcie zasnąć na zawsze i nie czuć ciągłego bólu rozrywającego serce. W ostatnich chwilach gorzko myślisz, że czterdzieści lat, które spędziłeś na tym świecie, zostało dotknięte takim tsunami nieszczęść, że żaden człowiek by sobie z tym nie poradził. Pierwsze miało miejsce, kiedy ledwie skończyłeś trzynaście lat. Ukochana mama zachorowała na glejaka i choć starałeś się nie przyjmować tego do wiadomości, wkrótce z rozpaczą patrzyłeś, jak kona w szpitalnym łóżku, ściskając z całych sił Twoją dłoń. Byłeś z nią bardzo związany, więc z chwilą jej śmierci runęło Twoje kruche i bezpieczne dziecięce uniwersum. Na domiar złego, ojciec nie poradził sobie ze stratą. Uciekł w alkohol, który - jak to zwykle bywa - prowokował gwałtowne zachowania. Utalentowany malarz, jakiego dzieła znajdowały licznych wielbicieli i zapełniały ściany domostwa, stał się zwykłym pijakiem. Rodzinną siedzibę zmienił w melinę, z której uciekałeś przy każdej okazji - nocowałeś u babci, która jednak wkrótce zmarła. W Twoje osiemnaste urodziny przekroczył wszelkie granice. Przy zgromadzonych gościach rozpętał karczemną awanturę, a gdy dotknięty do żywego zwróciłeś mu uwagę, rzucił się na Ciebie z pięściami.

19:31:00 No comments

W literackiej przeszłości miałam już wiele okazji, by poznać twórczość Katarzyny Haner - polskiej Pisarki, którą cenię za wszechstronność. Jej romanse mafijne niezmiennie porywały mnie dynamiką do wykreowanych światów, komedie romantyczne bawiły żartami sytuacyjnymi, zaś mniej lub bardziej gorące historie o miłości kradły z codzienności i przenosiły do rzeczywistości fikcyjnych bohaterów. Co może Cię zaskoczyć, pierwsze książki Autorki poddawałam ocenie jeszcze za czasów blogosfery - około dekady temu! Z tego powodu mam do jej prozy spory sentyment i z niegasnącym zainteresowaniem wypatruję kolejnych propozycji literackich spod jej pióra, które - co naturalne przy tak dużym doświadczeniu w tworzeniu narracji przeznaczonych głównie dla kobiet - cechuje się przyjemną lekkością oraz sporą płynnością. Muszę jednak nadmienić, iż „Tajemnice, które nas niszczą” (opublikowane przez uwielbiane przeze mnie Wydawnictwo Ale, które wciąż nie sprostało mojemu wyzwaniu, nie przyjąwszy pod skrzydła opowieści, która mi się nie spodoba 😉) w znacznym stopniu mnie zaskoczyły. Oprócz tytułowych sekretów z minionych lat, co to wciąż odkładają się na życiu wykreowanych przez Haner sylwetek długim cieniem, fabułę naznacza bowiem jeden z najpopularniejszych motywów, czyli od przyjaciół do kochanków. Przyznaję, że… z tak jego smutną, tęskną i naznaczoną trwożącymi tragediami odsłoną nie miałam chyba do czynienia - choć w żadnym wypadku nie jest to przywara. W świecie przesłodzonych romansów, które przedstawiają rozwój relacji pomiędzy dwójką najlepszych kumpli, jakich to ciągnie do siebie zazwyczaj jeszcze od czasów wspólnego dzieciństwa, jest to złożona i na swój sposób bardzo ożywcza odmiana. Tekst traktuje także o ważkich kwestiach - radzeniu sobie z winą, wadze niesłusznych oskarżeń, wykluczeniu ze społeczności niewielkiego miasta czy… niejakiego syndromu Mesjasza, który jest mi doskonale znany. Często bowiem zatraca się siebie, walcząc o wszystkich pozostałych. Nawet, jeżeli ci wcale na to nie zasługują…

00:03:00 No comments

Niektóre marzenia umierają. Są jednak również takie, które wracają po latach i przybierają postać książki - zupełnie tak jak w wypadku DEBIUTU Iwony Sowińskiej - opowieści kontrowersyjnej, lecz wyczuwalnie złożonej z mrzonek snutych pod osłoną nocy. Oto historia, jaka udowadnia, iż fascynacje bynajmniej nie muszą odchodzić w zapomnienie - jeśli tylko, zmyślnymi słowy, da się im szansę zaistnieć. Nie spośród tych, które czyta się tylko śledząc wzrokiem linijki tekstu; nie nawet taka, którą poznaje się wyciągniętymi z pamięci wyrazami. W mojej ocenie tę narrację odczuwa się i poznaje miejscem, jakie uchodzi za znacznie bardziej niebezpieczne niż oczy oraz wspomnienia - tym, gdzie to przez lata odkładały się niespełnione tęsknoty, młodzieńcze zachwyty, wstydliwe fantazje i wszystkie te zdania, których z różnych powodów nikomu się nie opowiedziało. Myślę, iż „Rzeźbiarz z Maryland” nawet nie do końca jest powieścią - przyrównałabym go do nader osobliwego seansu spirytystycznego, który mógłby zostać odprawiony nad swego rodzaju popkulturowym wspomnieniem. Najtrafniej: to długi, gorączkowy monolog wyobraźni, jaka pewnego dnia postanowiła przestać przepraszać za własne marzenia. Dlaczego właściwie należałoby to czynić? Od pierwszych stron lektury miałam wrażenie, jakbym nie tyle otwierała książkę, ile uchylała drzwi do prywatnego muzeum obsesji. Takiego, w którym eksponaty nie stoją za szybą sztuczności - miast tego żyją własnym życiem, zaś stare filmy drżą, poruszone ofiarowanym tchnieniem. Kasety VHS szeleszczą niczym jesienne liście. Zapamiętane przed laty twarze wychodzą z ekranów odbiorników telewizyjnych i siadają z czytającym przy stole. Granica między rzeczywistością a fantazją rozmywa się powoli, niemal niezauważalnie. I w pewnym momencie odbiorca przestaje pytać, co wydarzyło się naprawdę, jako że istotniejszym staje się to, co rozegrało się w sercu bohaterki. A tam od dawna trwał osobny wszechświat. Liminalny, znajdujący się na granicy dwóch jaźni i rzeczywistości. Opowiem Ci o nim, wyjątkowo w oryginalnej, stosownej do treści powieści formie.

02:05:00 No comments

Tajlandia zawsze wabiła Cię bogactwem kolorów, imponującymi zabytkami z okresu dawnej świetności kraju, wspaniałą, egzotyczną przyrodą oraz fascynującymi mieszkańcami. Z pierwszego wyjazdu do tego kraju, poza związanymi z tym wspomnieniami, przywiozłaś coś jeszcze - wakacyjną miłość. W Twoim przypadku brzmi to nieco obrazoburczo, jesteś bowiem formalnie mężatką, jednak z Twoją drugą połówką od dawna nic Cię nie łączy - poza córką, wspólnymi kontem, domem i samochodem. Mieszkacie razem, ale tak naprawdę jesteście dla siebie całkowicie obcymi ludźmi. W październiku 2016 roku, po kolejnym kryzysie w związku, postanowiłaś zadbać również o siebie - porzuciłaś właśnie pisany doktorat, wzięłaś urlop w szpitalu i wyjechałaś do państwa Khmerów. Poznałaś tam pochodzącego z Niemiec Daniela, z którym przeżyłaś szalony romans w tropikalnej scenerii. Nigdy czegoś podobnego nie doznałaś a do Polski wróciłaś z mocnym postanowieniem, że więcej nie pozwolisz, aby Twoje życie układali inni. Los szybko zweryfikował Twoje oczekiwania. Wprawdzie na niwie zawodowej osiągnęłaś wiele sukcesów - zdobyłaś tytuł naukowy oraz otworzyłaś z koleżanką gabinet medycyny estetycznej, ale na najważniejszej, osobistej poniosłaś sromotną porażkę. Nic w tym zakresie się nie zmieniło - masz ponad czterdzieści lat i do teraz dzielisz dni z człowiekiem, za którym nawet nie przepadasz, gdyż wygoda i obawa przed rozwodem oraz wiążącymi się z nim perturbacjami skutecznie powstrzymała Cię przed podjęciem, wydawałoby się, oczywistych kroków. Co gorsza, z biegiem czasu straciłaś też kontakt z ukochanym mężczyzną. Początkowo pisaliście do siebie, dzwoniliście oraz wymienialiście się zdjęciami. Planowaliście również, że przyjedzie do Polski, gdy już odejdziesz od męża, ale nic z tego nie wyszło.

02:49:00 No comments

Życiowa - i może z tego powodu tak przepiękna. Albo dlatego, że złożona z wartości oraz udowadniająca, iż w każdym drzemie dobro. Nawet, jeżeli głęboko skryte i uśpione, jeśli się postarać - wciąż można je odnaleźć. Kiedy pisałam rekomendację na skrzydełko okładki pierwszej książki, którą z pełnych powabu zdań wykreowała Jaga Tuliszka, Autorka władająca niezwykłą lekkością pióra, nie spodziewałam się, iż później wielokrotnie będę wracała do jej opowieści. Jest w niej jednak coś na tyle magicznego, iż nawet wiele dni po lekturze odbiorca chce ponownie przeżyć ten czy inny fragment, zanurzywszy się w zwykłej-niezwykłej prozie debiutującej Pisarki. Pozornie można by ją określić literaturą obyczajową, lecz czytelnik w postaci kochanka niewtórnej jakości przyporządkuje ją z wielu względów do tej pięknej. Wydarzenia fabularne mogłyby zaś stać się udziałem każdego, przez co jestem zdania, iż to jedna z tych treści, które przypadną do gustu niemalże wszystkim. W mojej ocenie „Jak nie teraz, to kiedy?” to podróż przez życie - rodziny głównej bohaterki i znanych przez nią, nader barwnych kobiet - ale też ta, jakiej i Ty mogłeś kiedyś doświadczyć. Narracja o radzeniu sobie ze stratą, traumą oraz wyrzutami sumienia, które to często zatruwają rzeczywistość - także wówczas, gdy daleko im do słusznych. O walce z prywatnymi demonami, spośród których najgorsze bywają niezapowiedziane ataki paniki, dławiące jaźń i teraźniejszość. I jeszcze o byciu tym odtrącanym, w mniemaniu krzywdzącego rodzica, gorszym dzieckiem, jakie stara się pozbyć owej roli przez całe dorosłe trwanie. Choć nie są to radosne motywy, „pierwszy raz” Tuliszki uśmiecha, jako że nad wszystkie wymienione wysuwają się jeszcze inne, z których płynące wnioski radują i stają się swoistym światłem nadziei w obecnej, tak często pozbawionej go codzienności. Tekst za energiczną okładką udowadnia bowiem, iż relacje i familia wciąż pozostają najwyższą wartością, miłość względem dzieci jest niepowtarzalna, wiara w Boga przynosi ukojenie, małżeństwo jest opoką… a szlachetność nadal tkwi w ludziach. Czarujący wzór.

19:19:00 No comments
Nowsze posty
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (104)
    • ►  lip (9)
    • ▼  cze (24)
      • Monika Czarnowska - Ochronię Cię - recenzja
      • Mateusz Piotrowski - Zew pustki - recenzja
      • Tomasz Cechowski - Idea cieni - recenzja
      • Robert Grot - Piekielne natchnienie - recenzja
      • Joanna Kupniewska - Kuszenie ostatniego Jagiellona...
      • Brandon Mull - Opiekunowie. Zakazana góra - recenzja
      • Walter Miller - Kantyczka dla Leibowitza - recenzja
      • Piergiorgio Pulixi - Ty jesteś prawem - recenzja
      • Szymon Niordu Biadasz - Niechciane przeznaczenie -...
      • Serhii Ratkin - Do głębi siebie - recenzja
      • Monika Klara Krajniak - Skąd ta nienawiść między W...
      • Katarzyna Gacek - Zbrodnia, której nie było - rece...
      • Karolina Żynda - Broken ice - recenzja
      • Camilla Grebe - Ciemność - recenzja
      • A.A. Milewska - Kim jestem? - recenzja
      • Weronika Jaczewska - Twój ruch - recenzja
      • Mariolina Venezia - Tajemnica Serra Venerdi - rec...
      • Michał Kuźmiński - Złodziej czasu - recenzja
      • Bartłomiej Ludwisiak - Belwood Quarry - recenzja
      • Łukasz Piper - Kryształowa wieża - recenzja
      • KN Haner - Tajemnice, które nas niszczą - recenzja
      • Iwona Sowińska - Rzeźbiarz z Maryland - recenzja
      • Magdalena Stępień - Kinnari. W gąszczu Tajlandii i...
      • Jaga Tuliszka - Jak nie teraz, to kiedy? - recenzja
    • ►  maj (20)
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates