Bartłomiej Ludwisiak - Belwood Quarry - recenzja

by - 02:41:00

Prawdopodobnie w życiu nie czytałam tak świetnie napisanej książki sensacyjnej - dygresyjnej powieści drogi o niezwykle wciągającej akcji, zaserwowanej czytelnikowi gawędziarską warstwą językową, z wręcz zaskakującą ilością komizmu sytuacyjnego. Jestem zdania, iż „Bellwood Quarry”, w wersji zekranizowanej przez najlepszą ekipę filmową, mogłoby dumnie stanąć w szranki z serialami pokroju „Breaking Bad” i podobnie jakościowymi produkcjami. Bartłomiej Ludwisiak ma zaś rzadki talent. Pomimo tego, iż wykreowana przez niego fabuła wielowymiarowością i złożonością zaskakuje po wielokroć, składane przez niego umiejętnie zdania natychmiastowo materializują przed oczyma odbiorcy skomplikowaną fabułę. Na uwagę zasługuje przy tym fakt, iż jego 412-stronicowa opowieść praktycznie pozbawiona jest dialogów. W taką kreację narracyjną (w dodatku pierwszoosobową, kocham!) zdecydowanie trzeba umieć - i to na mistrzowskim poziomie! Co więcej, mój zachwyt nad tą propozycją literacką, która stała się bardzo silnym pretendentem do tytułu KSIĄŻKI ROKU w moim osobistym rankingu, trwał niezmiennie od pierwszego aż po ostatni rozdział - choć z przyjemnością przeczytałabym ich jeszcze setki więcej. Przyznaję, iż poprzeczka dla wszystkich historii, jakie będę miała okazję poznać w najbliższych miesiącach i które mogłyby ją zdetronizować, została ustawiona naprawdę wysoko. Jestem także przekonana, iż każdy miłośnik przeszywająco inteligentnych, zmyślnych treści spod ciemnej gwiazdy zakocha się w tekście Pisarza od początkowych wersów. Niewymuszone żarty sytuacyjne, wygłaszane niejako śmiechem przez łzy przez głównego bohatera, który każdą kolejną tragedię, jaka go dotyka, przyjmuje z męskością i swoistym spokojem, udowadniającym dystans do świata i rzeczywistości, są absolutnie urzekające. Nie brakuje jednak także smutnych konstatacji i rozważań opartych na prawdziwych wydarzeniach. Tytułowy Bellwood Quarry faktycznie zresztą istnieje. Po gigantycznej transformacji, dziś jest zielonym parkiem rozrywek wodnych. Onegdaj był kamieniołomem, w jakim wydarzyło się wiele mroczności…

„Nowe osoby od razu wiedziały, jaką pryczę wybrać, by nie stracić głowy. A mówiąc o jej utracie, mam na myśli dosłowne pozbawienie człowieka owej części ciała, ponieważ był to dość częsty sposób okazywania sobie braku sympatii.” 😂

Mija siódmy rok, odkąd na skutek zatrważających zbiegów okoliczności, co to postanowiły spleść się w jeden nader długi i przytłaczający akt oskarżenia, zakończony gargantuicznym wyrokiem pozbawienia wolności, przebywasz w jednym z najgorszych miejsc na ziemi - w meksykańskim więzieniu. Nie narzekasz na swój los z wielu powodów, spośród których najważniejszy jest ten, iż wciąż żyjesz, choć wielu krócej lub dłużej dzielących z Tobą tę czy inną celę nie miało takiego wątpliwego szczęścia. Ironii niech dopełni fakt, że jesteś synem jednego z najbardziej zasłużonych funkcjonariuszy SWAT-u, szczycącego się chociażby ogromnymi zasługami w walkach z przestępczością zorganizowaną. I może jeszcze drugi - iż do Las Cruces w Acapulco trafiłeś za zbrodnię, jakiej definitywnie nie popełniłeś - w dodatku podczas wyjazdu do Meksyku z Twoją przepiękną małżonką, której jedyny napisany do Ciebie po uwięzieniu list okazał się być pozwem rozwodowym. Cóż. Czy warto byłoby dodać, że jesteś także byłym policjantem, z którym to raczej już nikt z tej właściwej strony prawa raczej nie będzie chciał współpracować? Starasz się tego nie roztrząsać, wszak nieco zhardziałeś, przebywając wśród największych wykolejeńców tego kawałka Stanów Zjednoczonych. Było nie stronić przez całe życie od kłopotów wszelakich, a może los złośliwy nie postanowiłby Cię zdeprawować. Na dolę lub niedolę, dawno już temu, obudziwszy się bez pamięci i zakajdankowany (oraz z twarzą zoperowaną plastycznie tak, iż wcale nie przypominała Twojej!), odkryłeś frapującą rzecz - na Twojej szyi zmaterializował się definitywnie uprzednio na niej nieobecny tatuaż, który w meksykańskim więzieniu uplasował Cię na choć trochę niemartwej pozycji, jako że klasyfikował Cię jako członka jednego z dwóch tam obecnych, walczących o wpływy ganków. I tak sobie żyłeś, nie wadząc prawie nikomu, pod osłoną nocy naprawiawszy silniki i części pojawiających się tam notorycznie, szemranych jachtów i innych pojazdów wodnych, jaką to profesję otrzymałeś kolejnym przypadkiem. Aż do momentu, kiedy ktoś postanowił zorganizować w więzieniu bunt, wyeksterminować połowę więźniów, a Ciebie… porwać i porzucić na wolności - niedalekiej w dodatku mieszczącego się w okolicy Fioletowego Zakątka, Twojego dawnego domu, nieczynnego kamieniołomu Bellwood Quarry.

„Po takich specjalnych namowach, w trakcie których mogło dojść do przypadkowego pobicia lub złamaniu mogła ulec któraś z kończyn, świeżo upieczony rekrut widział już same zalety wstąpienia w szeregi gangu.” (Też bym się skusiła! 😉)

Po siedmiu latach bytowania wśród „kopalnego gatunku ludzkiego, formy przejściowej między australopitekiem a człowiekiem neandertalskim” czujesz się, oględnie rzecz ujmując, nieco oszołomiony. Dookoła nie widzisz ani jednej żywej osoby, zaś Twoją tymczasową przystań stanowi nieznany Ci pojazd. Nie namyślając się długo, postanowisz nie zwlekać i nie sprawdzać, czy ktoś Cię jednak szuka i chce przywrócić kajdany. Zwiedziwszy najbliższą okolicę i zaliczywszy pierwszą przejażdżkę, w trakcie jakiej miałeś okazję obserwować, jak głowa stróża prawa, który nieopatrznie postanowił Cię zatrzymać, rozpryskuje się na karoserii niczym dojrzały arbuz pod wpływem celnego oka snajpera, żwawo ruszasz w trasę, jaka okaże się być dłuższa od planowanej. Droga po wspomnieniach i tropach pozostawionych przez nieżyjącego już ojca, który wcale nie był tak nieczułym draniem, na jakiego pozował, zawiedzie Cię wprost do największych możliwych zbrodni - meksykańskich oraz amerykańskich interesów na wielomilionową skalę - a jej milowe trasy poprowadzą przez liczne stany USA, spośród których każdy zaoferuje Ci inne niebezpieczeństwo. Wielokrotnie pomyślisz światle i jakże adekwatnie: „Co tu się, kurwa, wyrabia?!” - bo aż trudno uwierzyć będzie w to, iż na jednego człowieka przypaść może tak wiele tragicznych zbiegów okoliczności. Więcej niż setki tysięcy dolarów stracone przez kataklizm pogodowy, spotkanie z rzekomym pastorem o morderczych skłonnościach, przejęta po tacie kryminalna zagadka, jakiej rozwiązania się podjąłeś, z uwagi na setki zgonów zainteresowanych z pewnością obarczona klątwą, pościg za Tobą choć w istocie innym przestępcą poszukiwanym przez FBI… to tylko wierzchołek góry lodowej. Choć właściwiej byłoby stwierdzić, iż szczytu kamieniołomu lub też najdalszego punktu podziemi znacznej części Ameryki, w jakich rozgrywają się najciemniejsze z możliwych sprawy… Meksykańskie więzienie szybko zacznie Ci przypominać wytęsknione wakacje. Nazywasz się jednak Carter Williams i nigdy się nie poddajesz - wszak oczywistym jest, że wszystkie możliwe nieszczęścia przypadną w udziale właśnie Tobie.

„Niełatwo jest pogodzić się z myślą, że ktoś, kto był dla Ciebie całym światem i komu bezgranicznie ufałeś, mógł postąpić z Tobą aż tak bezdusznie.”

Sensacja, akcja, powieść drogi, gawędziarska historia dygresyjna, pechowe zdarzenia nawarstwiające się niczym w komedii, chwile zadumy rodem z moralitetów, stworzenie fikcyjnej fabuły na kanwie rzeczywistych wydarzeń, elementy kryminalne… Można stwierdzić, iż Bartłomiej Ludwisiak stworzył książkę holistyczną, bo za nią właśnie uważam ze wszech miar kapitalną opowieść pod tytułem „Bellwood Quarry” - w dodatku pozbawioną jakichkolwiek dziur fabularnych, błędów logicznych czy innych - nie dopatrzyłam się nawet ni literówki czy niepoprawnie postawionego przecinka. Sama narracja jest zaś z rodzaju tych, jakie określiłabym mianem podanych w najstaranniejszym, starym, dobrym amerykańskim stylu. Na domiar świetnego, jest pierwszoosobowa, co pozwala czytelnikowi stać się niemalże aktywnym uczestnikiem zdarzeń, które w barwny i nieprzewidywalny sposób stają się udziałem głównego bohatera. Darowana mu przez Autora osobowość sprawia zaś, iż nie da się nie kibicować mu na wyboistych ścieżkach, na jakie co rusz rzuca go, złośliwie chichocząc, Los. Wplątany od samego początku w sprawę, jaka przerosłaby szereg instytucji rozwiązujących największe afery kryminalne, nie traci determinacji ani poczucia humoru czy pogodzenia z aktualną rzeczywistością, niezmiennie zmierzając do założonego celu - przez co przypomina niezłomnego stróża prawa lub superbohatera, nie tracąc jednak nijak na prawdziwości, to nie typ nieśmiertelnika jak Wick. Nie stroni jednak także od gorzkich refleksji o straconych na docenienie bliskich szansach, choć równocześnie, mimo wszelkich plag, wciąż jest zdolny żartować. Chociażby, w trakcie sprawdzania spisu wypadków samochodowych z danego dnia, bawi czytelnika do łez historią: „starszej pani, dla odmiany całkowicie trzeźwej, która spieszyła z kotem do weterynarza i pędziła pod prąd na autostradzie stanowej numer 285, przekraczając niemal dwukrotnie dozwoloną na niej prędkość”, choć chwilę wcześniej smucił poetycko opisem wymarłego miasta duchów, jakie jeden z jego ostatnich mieszkańców wciąż widzi jako tętniące życiem. Świadczy to o niezwykłym talencie pisarskim, jakim dysponuje Ludwisiak Bezapelacyjnie najlepsza, najbardziej finezyjnie-fantazyjna książkowa podróż po Ameryce, jaką odbyłam - 10/10!

„To niebywałe, ile wspomnień potrafi zachować czasem ludzki umysł. Wspomnień, które powracając po wielu latach, pozwalają nam choć na moment cofnąć się do chwil, gdy pragnęliśmy, by na zawsze zatrzymał się czas.”

You May Also Like

0 comments

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)