czwartek, 4 grudnia 2014

Wella Koleston Special Blondes 12/22

Witajcie ponownie.
Zgodnie z obietnicą w poprzednim poście, pojawiam się z prezentacją efektów farbowania farbą Wella Koleston special blondes. Wybrałam odcień rozjaśniający, 12/22, czyli podwójną perłę (najjaśniejszą). Farby te są zdecydowanie moimi ulubionymi, jeśli chodzi o farby profesjonalne. Kolor utrzymuje się długo, przy odpowiednich proporcjach oxydantu, bezproblemowo się nakłada. Zapach nie jest jakiś szczególnie gryzący, co poczytuję za plus. Odcień 12/22 nakładałam po raz drugi, dlatego na wymagany czas (50 minut)- a właściwie nawet dla pewności równego rozjaśnienia, dodałam z 5 więcej; naturalnie mam brąz 4.0) farbę kładłam tylko na odrost. Na resztę, dla odświeżenia, położyłam ją tylko na 10 minut- a i tak miejscami wyszła platyna. Odcień ów nakładamy w proporcji 1 (farba) : 1,5 (oxydant). Ustawowo mieszamy ją z 12% oxydantem, ale że miałam już bardzo jasne włosy, zarówno przy pierwszym, jak i drugim farbowaniu wybrałam ten 9%. Zważywszy na proporcje, farby starczyło mi na pokrycie całych włosów (co aż dziwne, ponieważ zazwyczaj używam dwóch opakowań. Zniszczenia znikome, choć wiadomo, iż farby rozjaśniające bardziej dają włosom w łuskę, aniżeli te zwykłe. Ano i wysoki oxydant mimo wszystko też robi swoje przy którejś tam z rzędu farbie. Jednak czegóż się nie zrobi dla platynowego blondu, o którym marzyło się przez bardzo długi czas? ;-) Ano właśnie.
Właściwie zastanawiam się, dlaczego dopiero teraz zdecydowałam się na blond (schodzić z czerni zaczęłam pod koniec maja) i to na tak jasny- takie zawsze najbardziej mi się podobały. Stoi chyba za tym brak odwagi przede wszystkim- a nuż nie wyjdzie, a nuż akurat tym razem sobie nie poradzę, włosy się zniszczą... Ale udało się- z czerni do platyny, choć droga była bardzo długa. trzy kąpiele rozjaśniające, jasna farba średnio raz na dwa tygodnie (przy ciemnych naturalkach irytowało mnie nawet 0,5 cm odrostu...), potem farby rozjaśniające... Jednak jestem dumna z siebie, bowiem w końcu odważyłam się spełnić swoje marzenie. Może w platynie nie do końca czułam się sobą, jednak kocham blond włosy i była to dla mnie niebywale przyjemna odmiana.
Dodam dla ciekawskich, iż właśnie ze względu na to, że włosy coraz bardziej się niszczyły, wróciłam ostatnio do granatowej czerni (Garnier 1.1 + Palette pro salon 1.1) i... czuję się o wiele bardziej wyraziście. Jednak chyba to kolor, w którym jest mi zdecydowanie najlepiej. Pewnie swój udział ma tutaj też fakt ciemnej oprawy oczu i niejasnej cery (brzoskwinka). Pokażę Wam zaraz zdjęcia z farbowania 12/22 i dla kontrastu to w granatowej czerni. Oceńcie sami. ;-) 

Tutaj zdjęcie samej farby. Poziom rozjaśniający, jak widzicie, ma nieco inne pudełko, aniżeli ich ,,normalna" seria.







O ile bardzo dobrze czułam się w platynie, o tyle zdecydowanie bardziej drapieżnie czuję się w czerni. Na zdjęciu widzicie też moje pierwsze hybrydki. Zapuszczamy i robimy migdałki! Że też ja nigdy wcześniej nie wpadłam na to, żeby je sobie zrobić... Zdecydowanie pozostanę przy nich na dłużej. Tylko co teraz z moim milionem lakierów?

Jeśli więc szukacie dobrej farby profesjonalnej, zapraszam do przejrzenia bardzo szerokiej palety kolorów Welli Koleston. Myślę, iż dla każdego znajdzie się tam odpowiedni kolor.
Jak się Wam podoba efekt farbowania 12/22? Lepiej w blondzie, czy w czerni?
PS Jest to post numer 500! Dziękuję Wam, że jesteście ze mną. Myślę, że przez ten czas wiele się nauczyłam i że przeszłam naprawdę wielką metamorfozę. Nie wiem, czy jest tutaj jeszcze ze mną ktoś, kto byl od samego początku, ale jeśli był- na pewno moje pierwsze posty pamięta. Z części sama się czasem śmieję, ale chyba każda bloggerka kosmetyczna tak ma... ;-)
xoxo

Recenzja ostatnio zakupionych kosmetyków

Witajcie, Kochani.
Jeśli zapoznaliście się z zapowiedzią i czekaliście na którąś z recenzji- here we are. Swoje ostatnie zamówienie poświęciłam głównie pielęgnacji włosów (such a surprise). Choć częściowo były to kompletne strzały w ciemno, większość z nich okazała się jak najbardziej słuszna. Nie wiem, jak to się dzieje, aczkolwiek zazwyczaj udaje mi się trafić na dobre kosmetyki w ciekawej cenie, nie zaś na buble. Nie narzekam, tylko się cieszę- gdyby przy takiej ilości zamawianych i kupowanych produktów większość okazywała się bublami, chyba popadłabym w załamanie nerwowe w dość porządnej odmianie. ;-)
Muszę się zdecydowanie zabrać za zużywanie wszystkich kosmetyków, jakie mam- jak tak dalej pójdzie, będę mogła otworzyć sklep kosmetyczny. Przede wszystkim jednak muszę się skupić na odżywieniu włosów- po nakładanych średnio co dwa tygodnie farbach rozjaśniających, potrzebują ogromu nawilżenia i odżywienia. Nie wyglądają źle, dalej są gęste i się falują (2a/2b), jednak mam niebywałe problemy z rozczesywaniem ich. Wróciłam do czerni ze względu na ich kondycję i obiecałam sobie, iż najwcześniej włosy pofarbuję w marcu, przed swoimi urodzinami (11). Niewyobrażalny jest wprost fakt, iż to już dwudziesta pierwsza wiosenka będzie... Nie wiem zupełnie, kiedy to wszystko minęło... Cóż, jestem chyba mistrzem dygresji, haha. Pora przejść do właściwej części postu.

O czym w tym poście? Już pokazuję. Oprócz tego zamówiłam jeszcze Wellę Koleston 12/22, ale o tym (wraz z prezentacją efektów farbowania) w osobnym poście. I pomyśleć, iż jest to moja ostatnia blond farba na długi, długi czas...


Nivea Color Protect, szampon do włosów farbowanych w zasadzie pozytywnie mnie zaskoczył. Miałam styczność z kilkoma ich produktami i z żadnego nie byłam jakoś specjalnie zadowolona. Szczególnie już z tych, które rzekomo miały prostować włosy... bubel jak nic, jedyny efekt to obciążone włosy. Konsystencja tegoż jest kremowa, zapach niczego sobie. Całkiem przyjemny. Kolor faktycznie fajnie się utrzymywał, ale myślę, ze spore udziały ma tu fakt, iż platynowe blondy się nie płuczą, a jedynie żółkną. Moja mama jednak również go używała (czerń) i farba (z jej relacji) płukała się o wiele mniej, niż zazwyczaj.
Szampon Garnier Fructis oil repair zaprzyjaźnił się ze mną tak, jak kiedyś odżywka z tej samej serii. Żelowa konsystencja sprawia, iż jest bardzo wydajny. Dodatkowo, bardzo przyjemny zapach. Włosy lekkie, bardziej wygładzone, acz w żadnym razie nieobciążone. Chociaż wolę ultra doux, ten fructis jakoś się u mnie sprawdza. Zdecydowanie na tak.


Garnierowska nowość, Color Resist Color Sealer trafiła zarówno do mnie, jak i do mojej mamy. Po pierwsze- zapach!!! Coś naprawdę pięknego. Nie spotkałam odżywki, której zapach podobałby mi się aż do tego stopnia. Nic, tylko wąchać. Konsystencja... miła w dotyku, dokładnie tak bym to nazwała. Bardzo lekko kremowa, jakby mus. Cóż, na pewno nie chroni koloru aż przez dziesięć tygodni, ale przez kilka na pewno. Przy tym bardzo ułatwia rozczesywanie włosów, sprawia, iż są one lekkie i lejące. Jakby wygładzała zniszczenia. Zdanie mojej mamy wygląda dokładnie tak samo. Trzy razy na tak, przechodzisz dalej!


Jasny cień Paese średnio się ze mną zaprzyjaźnił. Właściwie mam do niego dość neutralne podejście, ale raczej nie będę więcej eksperymentować z tą firmą. Pewnie było to moje pierwsze i ostatnie zarazem podejście do Paese. Trwałość średnia (kilka godzin bez uszczerbku). Lekkie osypywanie się przy nakładaniu. Cóż, niezbyt mnie urzekł. Zdecydowanie wolę jasne My Secret, Kobo, Sensique, czy Ruby Rose.
Za to maska Loreal Elseve Arginine Resist zdecydowanie na plus. Ma dość zbitą, kremową konsystencję, przez co nie potrzeba jej wiele- jest wydajna. Bardzo przyjemny zapach. Trzymałam ją czasem na włosach nawet dwie-trzy godziny. Wówczas włosy były naprawdę miękkie i odżywione. Przy krótszym czasie jednak również sobie radzi. Najlepsza jest mleczna (jasnofioletowa) Elseve, jednak ta też przechodzi test pomyślnie. Szampon z tej serii średnio się u mnie sprawdził. Cóż jednak miałby zdziałać szampon, który ma z włosami styczność zaledwie przez kilka minut. Maska tak. Zdecydowane tak.

Używaliście któregoś z tych produktów? Jesteście którymś zaciekawieni?
Miłego popołudnia.
xoxo

Zapowiedź recenzji - iperfumy

Witajcie, Kochani.
Dzisiaj pojawię się z aż trzema postami - zapowiedzią recenzji produktów z mojego ostatniego zamówienia z iperfumy, efektami farbowania Wellą Koleston 12/22 (choć zdążyłam już wrócić do granatowej czerni) oraz recenzją pozostałych produktów z w/w zamówienia. 
Wiele ostatnio zmieniło się w moim życiu, dlatego piszę troszeczkę rzadziej. Kosmetyczna miłość jednak pozostała- wciąż testuję nowości. Ano i wreszcie udało mi się znaleźć wolną chwilę na recenzje, które powinnam była zrobić już dawno. Cóż, lepiej późno, aniżeli wcale.
Cóż u mnie? Zmiana kierunku studiów, przeprowadzka do Bydgoszczy, mała kotka w domu (Anabelle). Właśnie śpi mi na kolanach, po uprzednim niemalże godzinnym zahipnotyzowaniu przez pralkę. Mam również pieska, kota jednak nigdy nie miałam. Nie mogę się nadziwić, cóż to te zwierzaki nie nawymyślają. Pora zapoznać się z życiem kocim i ichnimi zwyczajami, bowiem mam o tym niestety dość nikłe pojęcie, poza tym podstawowym, zasłyszanym. Ano i- nowa miłość. Tym razem wszystko zapowiada się nader poważnie, toteż nic tylko wierzyć w szczęście, starać się i trzymać kciuki, żeby naprawdę się udało. Jak to się czasem różnie w życiu plecie. 

O czym jeszcze dzisiaj? Oczywiście głównie o włosowej pielęgnacji, na punkcie której mój kręciek zdecydowanie nie minął, a wprost przeciwnie. Martwi mnie trochę, iż kiedyś przyjdzie taki moment, że przetestuję już wszystkie kosmetyki... i nie wiem, cóż pocznę ze sobą dalej. Na szczęście od czasu do czasu pojawiają się nowości, zatem póki co ni nudy ni zastoju nie zaznaję.

Szampon Nivea do włosów farbowanych zamówiłam właściwie z czystej ciekawości. Szczerze mówiąc, średnio lubię się z tą firmą. Miałam od nich kilka szamponów, a nawet preparat, prostujący rzekomo włosy- jednak na dłuższą metę nic tejże firmy się u mnie nie sprawdziło. Dla samego testu jednak jednorazowo można przecież zaryzykować. Zresztą, nie byłabym chyba sobą, gdybym wszystkiego nie sprawdziła. Zrażać po kilku porażkach się przecież nie można.
Szampon Garnier oil repair do włosów zniszczonych to już nie strzał w ciemno, bowiem bardzo polubiłam się z odżywką z tej samej serii. Czy się sprawdził? Zapraszam do kolejnego postu, w którym już nie zapowiedź, a recenzja. Naszła mnie dzisiaj wena i wolna dłuższa chwila, więc sobie w końcu mogę postukać i pasją się zająć. Jak wena, korzystać trza!


A tutaj zupełna nowość, Garnier fructis color resist color sealer- odżywka do włosów farbowanych, mająca zapewnić długotrwałą ochronę koloru- nawet na dziesięć tygodni. Kupiłam, bowiem uwielbiam produkty garniera (choć bardziej od fructis lubię ultra doux) i byłam ciekawa, jak też spisze się ich najnowszy produkt. W ogóle, patrząc na rzeczywistość, Garnier jest chyba moją ulubioną sklepową marką, jeśli chodzi o pielęgnację włosów. Choć, czasem i koloryzację- jeśli mam wybierać z drogeryjnych farb (co co prawda robię dość rzadko), wybieram właśnie Garniera lub ewentualnie Wellaton. Szeroki wybór farb mają, ceny całkiem przystępne a i kolor na włosach utrzymuje się przyzwoicie długo.


Tutaj próbka JOOP miss wild- gratis. Muszę przyznać, iż gratisy, dodawane do każdego zamówienia to fajna sprawa- za każdym razem można zapoznać się z innym zapachem. A, jak każda kobieta, ładnie pachnieć lubię. Poprzez takie sprawdzanie próbek można trafić na coś nowego, czego wcześniej nie znaliśmy. Ciekawa sprawa, doprawdy.
Dalej oczywiście moja ulubiona farba, jeśli chodzi o fryzjerskie- Wella Koleston, tutaj w wersji rozjaśniającej z serii special blondes- 12/22. Używałam jej już trzykrotnie i jestem zdania, iż warto do niej wracać. Szerzej jednak o tym w osobnym poście z efektami farbowania. Nie dziwcie się innemu pudełku, niż klasyczne- w końcu to osobna seria, bo rozjaśniająca. Jeśli tejże marki farb fryzjerskich nie znacie- przejrzyjcie palety. Mają naprawdę szeroki wybór odcieni.


Cień Paese był akurat w ciekawej promocji. Skusiłam się na niego, gdyż wiele o tej marce słyszałam, acz nigdy nie wypróbowałam żadnego ich produktu. Zaskakujące, iż nigdy nie wybrałam nic tej marki, tyle razy o niej słysząc. To mi się naprawdę rzadko zdarza. A że jako cienie bazowe zazwyczaj używam jasnych barw- postanowiłam przetestować i ten. Czy test się udał? Po odpowiedź zapraszam do postu kolejnego.
Maska Loreal Elseve arginine resist to propozycja dla włosów zniszczonych, suchych, pozbawionych objętości. Bardzo lubię ich mleczną maskę (jasnofioletową) i żółtą, dlatego też chciałam bliżej przyjrzeć się i tej pozycji. Moje biedne, skatowane farbami włosy, zapewne ucieszyły się na decyzję o tym eksperymencie. Czeka mnie co najmniej półroczna regeneracja, choć mój TŻ uważa, iż mam piękne i bardzo gęste włosy (w damskim słowniku czyt. siano). Na szczęście dalej falowane i o odpowiednim stopniu błyszczenia się.

Jeśli jesteście ciekawi recenzji, zapraszam do kolejnych dwóch postów, które już za chwilę. Wam zaś życzę miłego dnia... i żeby było choć ciut cieplej!
xoxo