Weronika Jaczewska - Twój ruch - recenzja
Wydawnictwo Ale znowu to
zrobiło… choć może właśnie czegoś nie uczyniło. „Twój ruch” Weroniki
Jaczewskiej nie okazał się bowiem tą pierwszą książką opublikowaną pod jego
szyldem, która nie przypadnie mi do gustu. Wręcz przeciwnie! Po lekturze tej
powieści (jaką pochwalić trzeba także za sensualnie elegancką okładkę) muszę
raczej bowiem stwierdzić, iż to jedna z najbardziej otulających czytelnika
historii z motywem od przyjaciół do kochanków, jaką miałam okazję czytać w
swojej cokolwiek długiej, recenzenckiej karierze. Wszystko za sprawą… Cava,
głównego bohatera płci męskiej (to on zakochuje się pierwszy!). Autorka nader
celnie i słusznie przestrzega na samym początku, iż przed odbiorcą poznanie
literackiego księcia rodem z bajki - i to takiej, w której każda księżniczka
powinna się znaleźć, najlepiej na całe życie. Podobnie szczęśliwe z uśmiechem
pozdrawiam, jeszcze poszukującym właśnie takiego pana w prawdziwym życiu życzę.
Ostrzegam lojalnie, Elliot Cavendish to pozycja obowiązkowa w kolekcji
książkowych mężów każdej czytelniczki! Jestem także zdania, iż ten romans to
świetny wybór na wakacyjne wojaże - nawet, jeżeli te odbywają się jedynie (tudzież:
aż) ścieżkami wyobraźni. Albo właśnie przede wszystkim wówczas! Oprócz
popularnego, choć bardzo ciekawie zaaranżowanego w tym wypadku, przedstawienia
relacji między naczelnymi postaciami w linii biegnącej od dziecięcej sympatii
do prawdopodobnego związku w dorosłym życiu, oczywiście po rozlicznych
zawirowaniach losu, w książce występują także wątki dotyczące tenisa, jako że
to właśnie z tą dziedziną zawodowo powiązany jest Cav. Nie dominują jednak one
fabuły - przez co nie napiszę także, iż najnowsza propozycja prozatorska
Jaczewskiej to romans sportowy; tego rodzaju semantyczne twory uważam za
niesłuszne pod względem klasyfikacji gatunkowej. To po prostu romans - taki, z
jakim chce się spędzić udany wieczór, ze wszech miar zrelaksować i docenić
lekkość Autorki we władaniu słowami. Przyjacielsko, przyjaźnie przytulny. 😉
„To było cudowne doświadczenie, kochać się z moim najlepszym przyjacielem i jedynym mężczyzną, który szczerze o mnie dbał. (…) gdybym mogła, zatrzymałabym czas dokładnie w tej chwili i została tu na zawsze. (…) Wizja, że złamiemy sobie serca (…) skutecznie mnie przerażała.”
Odkąd sięgasz pamięcią, byłaś jego bezpieczną przystanią. Chłopiec z bogatej rezydencji, od najmłodszych lat przygotowywany do przejęcia schedy po ojcu i zostania kolejnym światowym mistrzem tenisa, znajdował ukojenie tylko w Twoim małym pokoju, w jakim niezliczoną ilość razy pomagałaś mu dojść do siebie. Po tym, gdy znowu nie był wystarczający dla taty a jego plecy zyskiwały kolejne czerwone pręgi od pasa. Kiedy nie tak trzymał rakietę, źle się odezwał lub próbował buntować przeciwko wszystkiemu, co wyznaczyła mu głowa rodziny. Gdy było najgorzej, zjawiał się u Ciebie lub na Waszym wzgórzu. I dla ciemnowłosego chłopca, później nastolatka, na powrót pojawiało się słońce. Może od zawsze je stanowiłaś - ruda, z twarzą pełną piegów i temperamentem kilku kolegów, których dzięki Tobie nie potrzebował wcale. I tak mijały lata - na wspólnym dzieciństwie, w jakim inni byli zbędni, choć Cav zawsze cieszył się niechcianą popularnością. Później jednak Theodore zdecydował, że najwyższa pora, aby jego następca zmężniał i wysłał go do szkoły z internatem w odległym od Farwell Paryżu. Myślałaś, że to koniec całego znanego świata, lecz szybko okazało się, że Wasza jakby odwieczna przyjaźń wymyka się wszelkim schematom a jej siła pozwala przetrwać absolutnie każdą przeciwność losu. Spotkania twarzą w twarz przemieniły się w listy, dzięki którym wciąż byliście sobie najbliżsi na świecie. Ty jednak pozostałaś w malutkim miasteczku, w jakim się narodziłaś, nadzorując rodzinny sklep i ledwo wiążąc koniec z końcem, Twoja bratnia dusza w końcu rozpoczęła zaś nieuniknienie pretendowaną karierę. Później zdarzył się ten jeden nader dorosły weekend we Francji, kiedy postanowiłaś odwiedzić dojrzałego już Cava. I z uwagi na fakt, że jesteście niczym dwie połówki tego samego kamienia, ten mógłby zmienić wszystko, lecz zdecydowałaś, że dla mogącej skończyć się niepowodzeniem próby związku nie warto ryzykować przyjaźni. Minęły cztery lata i pomijając wciąż przychodzące listy, zmieniło się wszystko… choć nie zmieniło się nic. A teraz to Elliot wrócił, nareszcie przyjeżdżając w odwiedziny i proponuje… byś została jego asystentką.
„(…) mnie też miło Cię
słyszeć. Nie sądzisz, że to piękne? Piszę do Ciebie ostatni list, przynajmniej
w tym roku, aby powiedzieć Ci, że nie będziemy musieli pisać więcej listów.”
Boisz się zostawić znane Ci życie, dorastającą siostrę, upadający biznes i coraz starszą babcię, jednak wiesz, że to jedyna szansa na milion - taka, dzięki jakiej pomożesz finansowo rodzinie i równocześnie spełnisz marzenie o tym, by wyrwać się z miasta, w którym coraz bardziej się dusisz. Poza tym widzisz wyraźnie, że pod presją ojca i zbliżających się mistrzostw w tenisie, do jakich przystąpi po przymusowym i niesłusznym zawieszeniu, przyjaciel potrzebuje Twojego wsparcia. Dbanie o jego prezencję w mediach czy promocję opłaconych produktów nie jest jednak wszystkim, co pociąga Cię w tej ofercie, nie oszukujesz się. Chcesz towarzyszyć Elliotowi w tej wielkiej życiowej przygodzie - i również mieć okazję jakąkolwiek przeżyć. Poza światłem jupiterów pozostaje jeszcze kwestia Twojego chłopaka, jednak ten ani nie jest wartościowym partnerem, ani też specjalnie nie protestuje przeciw wyjazdowi do Londynu za pieniądze Cava, choć darzy go nienawiścią. Odkąd wierny druh wrócił do Twojego życia, nareszcie na powrót poczułaś się pełna, bo to właśnie jego w nim brakowało, lecz tego jeszcze akurat nie chcesz przyznać. Postanawiasz podjąć próbę i wyjechać, co u boku przyjaciela okazuje się zaskakująco łatwe, ekscytujące i przyjemne. Boisz się tylko jednego… że to wyczuwalne coraz silniej napięcie między Wami po raz drugi przerodzi się w coś niespodziewanego, co zachwieje Waszą wieloletnią relacją lub nieszczęśliwie niepowetowanie ją zrujnuje. Sienna Taylor jest jednak uparta w tak dużym stopniu, że i z utrzymaniem znajomości w odpowiednich ryzach sobie poradzi, uspokajasz się co rusz i coraz częściej. Co wyniknie z tej szaleńczej eskapady od zwyczajnego życia? Czy dzięki Tobie Cav nareszcie pokona ostatnie, wciąż dręczące go demony z dzieciństwa, a Ty przekonasz się o tym, iż… tak naprawdę nigdy nie było innego nikogo poza Tobą? Może to w istocie Twój ruch - jednak dopiero, jak to często bywa, ostatni set może odmienić dzieje świata. Także tego, po jakiego orbicie zawsze krążyły tylko dwie piłki.
„Chcę, żebyś właśnie tyle
przy mnie była. W nieskończoność (…) nie potrzebowałem lampki. Ona była moim
światłem.”
Gdyby stwierdzić, iż „Twój
ruch” Weroniki Jaczewskiej jest bajkowym romansem o dwójce przyjaciół, którzy
naturalną koleją rzeczy stają się kochankami, można by definitywnie się pomylić.
Choć bowiem barwność, ciepło oraz wartościowość głównych bohaterów budzą uznanie,
historia miłosna zrównoważona jest porcją gorzkości. Smutną, bo biorącą się
przede wszystkim z wygórowanych oczekiwań i przemocy, których ojciec dopuszczał
się względem Cava. Gdyby nie Sienna, ten ostatni przez całe dzieciństwo byłby
sam na świecie, a przecież wychowywał go król tenisa. Przez tragiczne dzieciństwo,
mimo sukcesów i całej medialnej otoczki, to mężczyzna… nieśmiały, który stroni
od zdobytej uwagi publiczności, stąd oczywistym wydaje się wniosek, że rany z
przeszłości naznaczają na całe życie. Zapewne również z tego powodu jego postać
jest urzekająca - wszak niezepsuta blichtrem świata wielkich. Scena, w jakiej
biorąc to za oczywiste, bez żadnej krytyki, ochoczo ogląda z Sienną „Legalną
blondynkę” nader uśmiecha. Podobnie jak ta, w której wielki Elliot Cavendish obawia
się przekroczenia wytyczonych granic relacji i stwierdza, że musi jeszcze
popracować w mieszkaniu, co po chwili kwituje zganieniem się i ironicznymi gratulacjami,
bo przecież mógłby co najwyżej „ponapierdalać w ścianę salonu piłeczką”. Urocza
pozostaje również kreacja babci naczelnej żeńskiej postaci, a w całej fabule mogłabym
pochwalić jeszcze więcej właśnie uroczych elementów. I choć w swej mroczności i
ciemności nienawidzę tego przymiotnika, tym razem używam go w pełni pozytywnym
znaczeniu tego słowa. Pozostaje mi stwierdzić, że tendencja postponowania
ludzi, całego świata i wartości rodzinnych chyba nareszcie odwraca się w
polskiej literaturze - i że raduje mnie to w niezmiernym stopniu. Niechże proza,
mimo że nasączona łyżką dziegciu, pozostanie komfortowym miejscem rodem z baśni
- tych życiowych, na wskroś autentycznych. 9/10 i rekomendacja dla każdej osoby
poszukującej kolejnego książkowego męża 😉,
inspiracji ku temu jak traktować innych oraz… miłośników świetnych romansów, po
prostu.
Na koniec crème de la crème:
„Wiesz, jak to jest? (…)
Być czyimś aż tak bardzo, że już nawet nie należy się do samego siebie? Marzyć
o kimś tak mocno, że przestaje się marzyć w ogóle?”
0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)