Michael Connelly - Wilcza jagoda - recenzja
Gdy wysyłano Cię na tę
niewielką wyspę, wrogowie zacierali ręce - licząc, że zupełnie na niej
zgnuśniejesz. A tymczasem piękna Catalina, mekka dla turystów, którzy tłumnie
przybywają na nią jachtami i statkami pasażerskimi, dała Ci drugie życie. I za
nic nie zamieniłbyś go na rozgardiasz Los Angeles, jakim do niedawna tak się
zachwycałeś. W ten sposób intrygi, które wypchnęły Cię z Wydziału Zabójstw
wielkiego miasta i przekształciły w prowincjonalnego gliniarza, niespodziewanie
obróciły się na Twoją korzyść. Nie masz tu zbyt wiele roboty, a najpoważniejszymi
sprawami, jakie się trafiają, są akty wandalizmu, drobne kradzieże oraz
nieustanne zakłócenia porządku publicznego, najczęściej przybierające postać
pijackich burd, wszczynanych przez podchmielonych wycieczkowiczów. Co ciekawe,
z lotu ptaka wyspa ma kształt znaku nieskończoności, co bierzesz za dobrą
wróżbę, przemawiającą za tym, iż nigdy jej nie opuścisz. Odnalazłeś tu spokój
ducha i równowagę psychiczną, nadwątloną wydarzeniami w byłej jednostce i co
najważniejsze - miłość. Tash jest młodsza o osiem lat i stanowi dla Ciebie ideał
urody. Energiczna, szczupła i zalotna, o kruczoczarnych włosach i takiej samej
barwy oczach, od razu zwróciła Twoją uwagę. Początkowo podchodziłeś do niej z
rezerwą, obawiając się, że różnica wieku jest zbyt wielka, byście znaleźli
wspólny język. Ale szybko się przekonałeś, że nadajecie na tej samej fali. Na
razie mieszkacie osobno, lecz Wasz związek nabrał już takich rumieńców, że z
pewnością wkrótce to się zmieni. Kobieta jest zastępcą kapitana portu, zatem
bardzo często kieruje ruchem jednostek pływających chcących zacumować w
imponującej marinie, która może pomieścić ich aż kilkaset. Z tego względu masz
z nią częsty kontakt służbowy, ale starcie się nie afiszować ze swoją relacją,
choć i tak wszyscy ją dostrzegają.
„Opowiedz mi, co się wydarzyło. Ona się Tobą bawiła, wykorzystywała Cię (…) Nie chciałeś zabić, tylko sprawić jej ból. Jej ból za Twój. Zabójstwo w afekcie, nieumyślne spowodowanie śmierci. Jedyne światełko w tunelu.”
Gdy Tash zadzwoniła do Ciebie z samego rana, nie spodziewałeś, że usłyszysz wiadomość, która całkowicie zburzy Twoją sielankową egzystencję. Zgodnie z nią, miejscowy czyściciel kadłubów Abott odkrył ludzkie zwłoki pod jednym z nich w trakcie wykonywania prac przy pełnomorskim jachcie o dźwięcznej nazwie „Aurora”. Natychmiast ruszasz do biura szeryfa, aby przebrać się w strój piankowy a następnie udajesz w kierunku mariny. Tam wsiadasz do łodzi i wkrótce nurkujesz w lodowatej wodzie. Gdy docierasz do rufy jednostki, od razu spostrzegasz czarny worek, z którego wystają długie, kobiece włosy z fioletowym pasemkiem, falujące zgodnie z rytmem morskich prądów. Rysy twarzy trudno rozpoznać, co wskazuje na to, że ciało leży w wodzie przynajmniej od czterech dni. Aby nie wypłynęło na powierzchnię, obciążono je pięciokilogramową kotwicą, jednak gazy wytwarzane w trakcie procesu rozkładu spowodowały, że zwiększyło wyporność i uniosło się z dna, a następnie zaczepiło o poszycie denne Aurory, docierając wraz z nią do portu. Tak czy inaczej, nie masz wątpliwości, że to ofiara morderstwa, więc zabezpieczasz zwłoki pasem balastowym, aby pozostały na miejscu do czasu przybycia ekipy policyjnych płetwonurków. Ci zjawiają się już następnego dnia wraz ze śledczym od koronera. Natychmiast przystępują do pracy i wydobywają ciało z wody, zaś Twoją rolą jest wyjaśnić, w jaki sposób się w niej znalazło. Na początek prosisz Tash o sporządzenie listy jednostek, jakie przebywały w porcie od ostatniego weekendu. Masz nadzieję, że to naprowadzi Cię na jakiś trop, bo być może morderca zjawił się na jednej z nich. Potem zabierasz się za najtrudniejsze zadanie - identyfikację tożsamości ofiary. Rozpytujesz wśród znajomych z wyspy, czy nie widzieli w ostatnich dniach kobiety z fioletowym pasemkiem we włosach, ale niestety wszyscy zaprzeczają. I wtedy z pomocą przychodzi Ci przypadek. Gdy przeglądasz raporty ze zgłoszonych przestępstw, Twoją uwagę zwraca nietypowa kradzież, o której powiadomił dyrektor Klubu Czarnego Marlina. To szacowne stowarzyszenie o ponad stuletniej tradycji, jakiego członkostwo zarezerwowane jest dla bardzo zamożnych rodzin z kontynentu, dysponujących nie tylko odpowiednim bogactwem, ale także wpływami w najwyższych kręgach władzy USA. I właśnie z jego siedziby zniknęła niewielka rzeźba z czarnego jaspisu, przedstawiająca wyskakującego z oceanu marlina - wielkiej ryby, której złowienie stanowi marzenie wielu zapalonych wędkarzy. Stanowiła symbol tego ekskluzywnego przybytku, stojąc na postumencie w głównym holu od jego zarania, więc jej utrata spowodowała spore zamieszanie.
„(...) pojedzie po bandzie,
będzie przesuwał granice, nawet gdyby kolejne ruchy wiązały się z wyjazdem z
wyspy i powrotem na kontynent, gdzie nic go nie chroniło i gdzie wszystko mogło
się wydarzyć.”
Jako osobę podejrzewaną o przywłaszczenie figurki wskazano Leight-Anne Moss, która została zatrudniona pół roku wcześniej na stanowisku kelnerki w przyklubowych: restauracji i barze. Wyrzucono ją z powodu niewłaściwego zachowania wobec bywalców, jacy zgłaszali z tego powodu liczne skargi. Według zeznań dyrektora, odeszła po burzliwej awanturze i w akcie zemsty popełniła kradzież, wiedząc z jak cennym artefaktem ma do czynienia. Ze znajdującego się w aktach sprawy opisu wynika, że kobieta posiadała długie, ciemne włosy z rzucającym się w oczy fioletowym pasemkiem po lewej stronie głowy. Już wiesz, że posiadasz pierwszy trop i właśnie od niego musisz zacząć śledztwo. Następnego dnia idziesz do klubu, który znajduje się w sporym budynku przy prywatnym molo, po północnej stronie portu. Gdy przekraczasz próg, od razu uderza Cię wykwintny zapach drogich cygar i pieniędzy. Dyrektor okazuje się typem oślizłym i niezbyt przyjemnym. Z jego słów wynika, że brak figurki sprzątaczka spostrzegła tydzień po zwolnieniu dziewczyny i natychmiast powiadomiła o tym pracodawcę a ten zgłosił sprawę na policję. Nieodpowiednie zachowanie Moss polegało na „klejeniu” się do klientów i proponowaniu spotkań poza obrębem przybytku, co naruszało regulamin. W pełni potwierdza to także kierownik restauracji. Z kwestionariusza osobowego kobiety wynika, że jej stałym miejscem zamieszkania było Los Angeles. Na podstawie zebranych danych ustalasz w biurze szeryfa dokładny adres ofiary a następnie rezerwujesz miejsce na prom płynący do Miasta Aniołów. W Twojej głowie powoli układa się scenariusz wydarzeń. Dochodzisz do wniosku, że Anne, którą nazywano Wilczą Jagodą, zamordowano ciosem w głowę na którymś z luksusowych jachtów a potem zapakowano we worek i wrzucono do morza. Twój niezawodny policyjny instynkt wskazuje, że narzędziem zbrodni była zaginiona figurka marlina a dyrektor klubu chroni jej sprawcę. A być może sam nim jest…
„Nie było to jednoznaczne
przyznanie się do winy, ale niewiele do tego brakowało. (…) poczuł, że zimny
dreszcz przebiega mu po kręgosłupie. Prawie miał to, czego potrzebował.”
„Wilcza jagoda” Michaela
Connelly'ego to sztandarowy kryminał, który bez dwóch zdań potrafi porwać
czytelnika w świat mrocznej zbrodni. Głównym bohaterem książki jest detektyw
Stilwell z biura szeryfa hrabstwa Los Angeles, który prowadzi śledztwo w
sprawie zabójstwa byłej kelnerki, pracującej na wyspie Catalina w ekskluzywnym
klubie jachtowym. Tropy przestępstwa prowadzą na kontynent i wskazują na udział
wpływowych osób ze środowiska prawniczego. Czy okażą się słuszne? Cóż… Jako
znany i ceniony Pisarz, Connelly prowadzi akcję całkiem dynamicznie - choć
dodałabym jej nieco pazura - a przy tym umiejętnie gubi czytelnika w świecie licznych
wskazówek i mnożonych co rusz, nowych wątków. Narracji nie można wiele zarzucić
- w pełni przystaje do kryminałów w typowo amerykańskim stylu. Warstwa
literacka jest oszczędna w wyrazie, lecz przy tym Autor celnie obrazuje odbiorcy
zachodzące wydarzenia. Sama pokusiłabym się o dodanie większej ilości literackich
opisów oraz przemyśleń, jednak to prywatna inklinacja. Za znaczący plus poczytuję
kreację sylwetki Stilwella, który z jednej strony świetnie zaaklimatyzował się
na nieco sennej Catalinie po tym, jak pozbyto się go z biura szeryfa Los
Angeles, lecz z drugiej nie stracił nic ze swojej dawnej zajadłości w ściganiu
sprawców morderstw. Choć wciąż kieruje się nieco zapomnianym kodeksem moralnym,
nie waha się łamać ustalonych procedur i sięgać poza przyznane mu prawem
kompetencje. Uznaje, iż cel uświęca środki - nawet, jeżeli może to na niego
sprowadzić spore kłopoty. Postać dwuznaczna - a takie przecież ceni się
najbardziej, szczególnie wziąwszy pod uwagę pewien staroświecki urok Stilwella.
Finał ocenić mogę jedynie jako efektowny - wszak udowadnia, iż każde miejsce,
nawet z pozoru rajska wyspa, posiada swoją ciemniejącą cienistością stronę... Dla
kochanków klasycznych kryminałów w dawnym, dobrym amerykańskim stylu -
zbrodniczo dobra gratka. 7/10
„Sierżant tylko pokiwał
głową. (…) w ten sposób toczyła się większość postępowań. Ludzie wchodzili w
układy i wystawiali innych, by ratować swoją skórę. Na wyrównanie rachunków nie
mógł tutaj liczyć.”

0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)