Katarzyna Hewa - Małe wstrząsy - recenzja

by - 00:17:00

To pierwsza książka, jaką napisała moja ulubiona polska Autorka - Katarzyna Hewa, ale czwarta spod jej pióra, którą miałam okazję przeczytać - jako że Pisarka zdecydowała się wydać stworzoną przez siebie historię współczesną po trzech powieściach historycznych, co to dołączyły do zaszczytnego grona mych ulubieńców. „Małe wstrząsy” nie urzekają akcją toczącą się kilka wieków wstecz - osadzone w teraźniejszości, zabierają czytelnika na niewielką wioskę, pełną mieszkańców, jacy każdego dnia doświadczają niewielkich kolapsów, mających moc zachwiać całym znanym im dotychczas światem. Pierwsze jedynie wzruszają jego posady i powodują mikroskopijne pęknięcia. Następne poszerzają rysy i potęgują narastającą niestabilność rzeczywistości. Ostatnie staną się przyczyną upadku - runie wszystko, co dotychczas uważane było za pewne… Jako wierny fan Mistrzyni Słów, dostrzegam pewne podobieństwo między całością jej twórczości: silna bohaterka o talencie do popadania w tarapaty, niedoceniona przez absolutnie nikogo, traktująca odmowę jako wyzwanie i wrzucona w wir szaleństw we wrogim jej otoczeniu. Naprzeciwko niej wyniosły mężczyzna o gołębim sercu - najczęściej ukrywający dobre intencje pod płaszczem oschłości zimnego serca. Co uśmiecha najbardziej, Hewa nie skupia fabuły na relacji romantycznej, choć w istocie - tak jak i w moim mniemaniu ta - wszystkie opowieści są tak naprawdę o miłości. Możliwa sympatia pomiędzy naczelnymi postaciami jest tylko fragmentem narracji - i stanowi tło dla wielowymiarowości pozostałych sylwetek. Tym razem: na wskroś oryginalnie o pewnym narcyzie - rzadko spotykanym w rodzimej literaturze, jako że w osobie babci. I jeśli myślałby kto, iż chodzi o wiejską babuleńkę w kwiecistej chuście, to bardzo by się pomylił. Wyobraź sobie raczej szukającego wszędzie korzyści, potwora-przedsiębiorcę w eleganckiej spódnicy, stukającego laską, któremu obce są jakiekolwiek uczucia, za to znane i poważane kolokacje, konwenanse i korzyści. Tak oto do akcji wkraczają: Barbara i jej wnuczka Lara, zesłana z emigracji… do piekła.

„Nic w moim życiu nie może być normalne. Zawsze ściągam na siebie totalny kataklizm. (…) To po prostu taka gra, prawda? (…) niezwykle bystra, odważna. (…) produktywna, profesjonalna.”

W imię wizji utkanej z cieni i iluzji zobaczonej w falowaniu wody można potracić całą siebie - a także wszystko, co składało się z fragmentów życia w minionych latach. Miłość. Źle ulokowana, prowadzi do najgorszego, lecz dostrzega się to dopiero, gdy jest już za późno, by mieć na cokolwiek wpływ. Kochałaś i właśnie to doprowadziło Cię do zguby i całkowitej klęski. Nie ma już prestiżowej pracy w Nowym Jorku, szacunku współpracowników, sowitego wynagrodzenia ani samorozwoju. Zamiast tego czerń w papierach i konieczność wyjazdu do Polski, bo doskonale postarano się o to, by nie zatrudniono Cię nigdzie w NY. Zniszczona wewnętrznie, tak w sercu jak i duszy, nie miałaś nawet siły na to, aby odpierać zarzuty czy ataki. Postanowiłaś powrócić do podlaskiego domu, z którym wiążą Cię tylko bolesne wspomnienia dzieciństwa. Nie miałabyś podziać się gdziekolwiek indziej, a zresztą apodyktyczna Babcia - och, jakże Ty pięknie się jeszcze łudzisz - chyba dojrzała do tego, aby się z Tobą pojednać. Może naprawić więzi, zreflektować się za minione cokolwiek, zabezpieczyć Twoją przyszłość dzięki wdrożeniu w rodzinny biznes, skoro lata temu wygnała Cię z matką do Stanów Zjednoczonych. Złagodniała na stare lata, zmądrzała, zależy jej jednak na wnuczce… Karmisz się mrzonkami z mchu i paproci, gdy oczekujesz na spotkanie przyrodniej siostry, która ma Cię odebrać i zawieźć do ledwo pamiętanej wsi. Tak… Już pierwsza rozmowa z Dianą, jaka w końcu się pojawia, gotując Ci przy okazji bardzo wrogie powitanie, uzmysławia Ci jedno: nie jesteś tutaj mile widziana. Jedną nieprzychylność otoczenia zamieniłaś prawdopodobnie na jeszcze gorszą. Tu, poza babką z jej mnogością intratnych interesów, nikt bynajmniej Cię nie oczekuje. Poza tym, nawet jeszcze nieznana, zajmujesz przegraną pozycję jako ta pani z wielkiego USA, co to przecież nie ma czego tutaj szukać. Na szczęście nie wiedzą, dlaczego wracasz w miejsce wyklęcia z wilczym biletem… Choć drżysz, iż to jedynie kwestia czasu, a wtedy dopiero będą mieli używanie. Ot, Lara Grossmann, której… nigdzie nie zostało nic.

„Dopiero teraz doszło do niej, ile cierpienia babka sprawiała wszystkim ludziom, którzy decydowali się na przebywanie w jej strefie promieniowania.”

Ostatnie złudzenia, które jeszcze majaczyły Ci w głowie, rozwiewają się po szorstkim przywitaniu z babcią. Jak się okazuje, nawet nie chce, abyś zamieszkała w jej domu. Rzekomo wspaniałomyślnie, byś miała własne nasączone spokojem cztery kąty, kazała wybudować dla Ciebie osobny domek na terenie działki. Cóż… Zmęczona i pokonana jeszcze bardziej, właśnie się rozpakowujesz, kiedy kobieta postanawia zabrać Cię do notariusza, aby jak najszybciej rozprawić się z wszelkimi formalnościami. Podpisujesz stosy papierów, w tym akt własności do rzeczonego domku, po czym pod Twoim nosem lądują kwity, na mocy jakich starzejąca się krewna przepisuje na Ciebie udziały w fabryce. Dopiero kolejnego dnia ustalisz, iż właśnie naniosłaś swoje imię i nazwisko pod czymś na kształt cyrografu. Owszem, od tej pory zawiadujesz częścią firmy, jednak pod kuratelą. Przez najbliższe dwa lata Twoją pracę będzie nadzorować inny udziałowiec - antypatyczny i zarozumiały Lucas, na nieszczęście do tego okrutnie przystojny. Mężczyzna już od pierwszego dnia Twojej pracy robi wszystko, byś… jak najszybciej zrezygnowała z umowy. Zamiast zająć się księgowością, w czym przecież się specjalizujesz i masz ogromne doświadczenie, zostajesz oddelegowana do sprzątania hali oraz bycia nikim więcej ponad biurowego asystenta. Nie zamierzasz jednak ułatwiać sprawy wszystkim tym, którzy zdają się nienawidzić Cię, choć nawet nie mieli okazji poznać prawdziwej Lary. Jeśli tak zamierzają to rozegrać, proszę bardzo. Jeszcze im wszystkim pokażesz. Zarzucona zajęciami uwłaczającymi Twoim kompetencjom, stajesz się tylko o wiele silniej zmotywowana, by utrzeć każdemu nosa. Najbardziej we znaki daje Ci się jednak babcia, która ciągłymi przytykami i wrogimi gestami, skrytymi pod płaszczykiem uprzejmości, tylko umiera w Tobie resztki ciepła, jakie wciąż dają Ci energię do życia. Gdy na powrót zjawia się w nim dawno niewidziany i kompletnie zniszczony ojciec alkoholik, sytuacja staje się cięższa. Do walki o siebie i swoje grzeje Cię już jedno: wszystko, byleby nie pozwolić im wygrać… Nigdy się nie poddajesz, prawda? Jak wiele jednak małych wstrząsów jest w stanie znieść człowiek, nim te spowodują porażenie i taki upadek, po którym już podnieść się nie sposób?

„Momenty. To one kaleczyły jej serce najbardziej. Dobre chwile z nim. Kiedy czuła się otulona ciepłem, otoczona opieką. Kiedy całymi dniami leczyła się z natarczywych wizji, w których wyobrażała sobie Bóg wie co. A potem to błyskawiczne otrzeźwienie, jakby wybiegła prosto w listopadową ulewę.”

W mojej ocenie „Małe wstrząsy”, jakie złożyła w pełną emocji opowieść (i zafundowała czytelnikowi) Katarzyna Hewa, to przede wszystkim narracja obyczajowa o harcie i sile ducha. Pewnym rodzaju niezłomności, która nie tyle jest dana, ile rodzi się z konieczności i na skutek próbujących złamać okoliczności. Tylko najmocniejszy i najbardziej stalowy charakter jest w stanie przeżyć rozliczne starcia z narcyzami, socjopatami oraz całkowicie bezpodstawnie negatywnie nastawionym otoczeniem i próbować wyjść z nich z tarczą. Jak nadmieniłam, to jednak również melodia o miłości, jakiej pierwsze akordy są bardzo ciche. Te końcowe z kolei wybrzmiewają na tyle głośno, że powracają echem w głowie odbiorcy jeszcze wiele dni po lekturze. Jako kochanek smutków i nieszczęść, tragik nadany czuję się w obowiązku zwrócić personalnie: Moja Droga, tak się nie robi ludziom… Bez spojlerów, nadmienię jednak, iż tego rodzaju otwarte zakończenie aż się prosi o teatralną kontynuację! Warstwa językowa powieści nie jest tak poetycka jak w przypadku tych historycznych Autorki, a jednak wciąż potrafi zatrzymać w miejscu monumentalnym urokiem. Przytoczę choćby ulubioną scenę, w jakiej Lara dekoruje salę na jesienny bal - zaś Hewa tak odmalowuje wystrój pięknymi zdaniami, że aż ma się wrażenie, iż wiruje się wśród tych tiulów do wtóru przystających do aranżacji utworów i podziwia barwę świateł, która wydaje się sama wdawać w tan. Co cieszy, po raz czwarty chwalę - jeśli poszukujesz pierwszej klasy halucynacji semantycznych, książki Pisarki przeniosą Cię w ich iście literacki świat. Nie mogę się doczekać kolejnej fabuły spod jej pióra - wysmakowanego, wysublimowanego i nader utalentowanego. Bardzo mocne 8/10 - może i na początku było słowo, ale potem Hewa pokazała, jak składać je w majestatyczne zdania.

„Wielka ucieczka przed duchami przeszłości zatoczyła koło i skończyła się w tym samym miejscu, w którym się rozpoczęła. Nie można było dłużej chować się przed wspomnieniami, praktycznie ciągle nimi żyjąc.”

You May Also Like

0 comments

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)