• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

RECENZJA GOŚCINNA STARSZEGO Z MŁODSZYCH BRACI, czyli Kajetana. 

Jesień, 2009 rok, środa, popołudnie. Po lekcjach do 14:20 w czwartej klasie podstawówki wróciłem do domu, zjadłem obiadek (może pomidorową?), zrobiłem dwa zadania z matematyki dotyczące obliczania pola trójkąta (kto to widział, axh/2, jakieś literki zamiast cyfr) i wreszcie można było zacząć przyjemności. Na początek szybka prasówka Internetu w powolnym (choć dopiero dwuletnim) laptopie, seans “Włatców Móch” na Ipli (posiadały ograniczenie wiekowe od 16. roku życia, ale kto by się nim przejmował), na końcu zaś kilka godzinek grania w pierwszą Mafię (ograniczenie wiekowe od 18. roku życia, ale kto by się nim przejmował). Z laptopa mogłem korzystać maksymalnie do 19:15, więc trzy kwadranse później oglądałem z Dziadkiem premierowo nowy odcinek “Świata według Kiepskich” (być może ,,Syn Nilu”), o którym mieliśmy wspólną opinię, że może i fajny, ale nie jest to to samo, co te sprzed jeszcze dwóch lat (o przyszłym upadku serialu nawet nie śmieliśmy mieć koszmarów). Po seansie poczytałem czwarty, równie jesienny tom serii ,,Felix, Net i Nika” (,,(...) oraz Pułapka Nieśmiertelności”). Później tylko kąpiel i spać, bo następnego dnia trzeba się uczyć o warstwach lasu na przyrodzie (bardzo ważne) i znaków drogowych na technice (IRDowiec uznałby za ważne, ale logistyka temat średnio interesuje). Gdzieś wśród tych klimatów toczyło się życie autora niniejszej recenzji w okresie czasowym, którego dotyczy najnowsza książka duetu Mateusz Witkowski / Bartek Przybyszewski - “Podcastex 2. Polskie milenium. Co zapamiętaliśmy z lat 2005-2010”. 

09:30:00 No comments

Wizja podróży w czasie od zawsze pobudza wyobraźnię. Stanowi też kanwę niezliczonych powieści oraz filmów science fiction. Nic w tym dziwnego, gdyż taka możliwość niewątpliwie byłaby przełomem w historii ludzkości. Wielu twierdzi, że wreszcie dałoby się naprawić błędy przeszłości i stworzyć w ten sposób nowy świat, wolny od makabrycznych zdarzeń, dzięki którym wygląda tak, a nie inaczej. Inni jednak wskazują, iż nie byłoby to błogosławieństwo, ale przekleństwo wiszące nad ziemskim uniwersum. Dowodzą, że wszelkie, nawet najmniejsze zmiany przeszłości korygowałyby przyszłość w nieznanym kierunku, tworząc niepowstrzymany proces, nad którym nie byłoby żadnej kontroli. Tak na padole mogłaby pojawić się rzeczywistość jeszcze gorsza od tej, którą znamy z autopsji. Myślę, iż tego rodzaju ostrzeżenia nie odniosłyby skutku - jak znam ludzkość, ta radośnie zapakowałaby się do wehikułów czasu i ruszyła na podbój zamierzchłych czasów, nie bacząc na ewentualne opłakane skutki takiego postępowania. W końcu rady, aby nie uwalniać z niewoli atomu, również nie powstrzymały rozwoju broni nuklearnej. 

Dla teorii dopuszczających możliwość podróży w czasie największe zasługi położył Albert Einstein. Już w 1905 roku wykazał, że przestrzeń i czas nie są niezależne, lecz ściśle ze sobą powiązane. Dziesięć lat później dowiódł, iż dla obiektu poruszającego się z prędkością zbliżoną do pędu światła czas biegnie wolniej. Im ona większa, tym spowolnienie tego ostatniego sięga dalej. Tym samym, ktoś, kto znalazłby się w obiekcie poddanym takiej szybkości i powróciłby na naszą poczciwą ziemię, zastałby ją w stanie przyszłości, gdyż na niej czas biegłby według standardowych reguł. Naukowiec udowodnił więc, iż takie podróże są przynajmniej teoretycznie możliwe, oczywiście pod warunkiem opracowania odpowiednio mocnego napędu. Z wyprawami w przeszłość sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana. Większość uczonych twierdzi, że są one wykluczone. Być może na szczęście mają rację, gdyż sposób wykorzystania przez naszą cywilizację wielkich wynalazków raczej nie napawa optymizmem...   

09:00:00 No comments

Nęcąca mrokiem okładka nie zwiastuje tego, jak będziesz czuć się po lekturze “Nocy pachnącej samotnością” - wstrząśnięty, zmrożony i wzruszony tym rzadkim odcieniem konfundującego przerażenia, jakiego próżno szukać w większości powieści. Najnowsza książka Izy Maciejewskiej określana jest mianem dark romansu. Ja zaś wskazałabym, że to plastyczny oraz zatrważający dramat obyczajowy, obrazujący jak tak naprawdę wygląda życie z osobą uzależnioną. Fragment opisu zapowiada, że ta propozycja literacka przeczołga czytelnika i trwale zapisze się w jego pamięci. Nauczona wieloletnim doświadczeniem oraz niezliczoną liczbą zwichrowanych przygód; nie poznawszy wcześniej pióra Autorki - sądziłam, że może się to okazać jedynie zacnie namalowaną słowami zachętą, przyciągającą miłośników nietuzinkowych lektur. O tym, jak bardzo się pomyliłam, miałam okazję przekonać się już po pochłonięciu kilka pierwszych stron. Te ostatnie przerzucałam w kompletnym milczeniu, ze skórą pokrytą ciarkami i szklącymi się, szeroko otwartymi oczami... Niczego nie kocham bardziej niż nurzania się w na wskroś tragicznych narracjach, pozostawiających moją diabelską duszę jeszcze czarniejszą niż wcześniej. Choć nie wypuściłam “Nocy...” z zimniejących dłoni przed poznaniem zakończenia i podejrzewałam, że cała narracja jest pozbawiona nadziei, nie mogłam się spodziewać aż takiego bezmiaru smutku, wylewającego się na mnie z kolejnych kartek. Jako kochanka wyklętej poezji, kalania fraz radosnych ciemnością i pozbawiania oddechów bohaterów poznawanych tekstów, muszę to przyznać - wciąż pozostając odpowiednio szaloną na umyśle: jakże to było fatalistycznie piękne... Stalówka ostrego jak brzytwa pióra Maciejewskiej ma wydźwięk wręcz dramatyczny. Warto dać się nią zranić i zapisać trwożące słowa na skórze... bo tak, one zostaną z czytelnikiem na dłużej, zupełnie jak nocna samotność. 

12:01:00 No comments

Czasem czujesz, że stoisz na rozdrożu życia. Doprowadziłeś je do pewnego etapu, ale wszystko jest nie tak, jak oczekiwałeś. Gdzieś po drodze zgubiłeś swoje ja - ciągle w biegu dostosowując się do oczekiwań innych. Spełniałeś je, zapominając zadbać o siebie. O uczucia, ciało, realizację marzeń i to, co najważniejsze – samorealizację. W pewnym momencie przychodzi chwila, kiedy musisz się zatrzymać, zadumać nad przebytą drogą i spróbować przewartościować egzystencję. Zastanowić się, co jest istotne i czy stając się drobnym elementem życiowej układanki, możesz być szczęśliwym i spełnionym. A pamiętaj, że niezadowolenie z własnego losu odciska się pieczęcią także na każdym, kto Cię otacza... Wynikająca z niego frustracja i nerwowość nieuchronnie rodzą rozdrażnienie i zgorzknienie. Te zaś rujnują stosunki międzyludzkie. Tworzy się zamknięty krąg, z którego trudno się wydobyć bez szwanku.  

Specjaliści z dziedziny psychologii twierdzą, że w takiej sytuacji jest tylko jedno wyjście – zdobycie się na radykalną zmianę. Aby ją osiągnąć, niezbędne jest uczynienie rachunku sumienia i podjęcie działań, które spowodują, że dostrzeże się, jak ważne jest własne samopoczucie i satysfakcja z tego, co się robi. Istotą tego procesu jest odkrycie siebie na nowo, odrzucenie przebytych traum, egzystowania w wiecznym pędzie i poświęcania się dla innych. Uzmysłowienie sobie, że niezwracanie uwagi na własne potrzeby jest drogą donikąd i wiedzie prosto w przepaść rozczarowania, zmęczenia, przygnębienia oraz braku wiary we własne siły. Tak istotna ewolucja nigdy nie przychodzi łatwo i szybko. To mozolna ścieżka, pełna ciężkiej pracy nad sobą. Uzyskanie zmiany własnej osobowości zawsze jest żmudnym doświadczeniem, pełnym zaskakujących pułapek i niebezpiecznych mielizn. Nie da się uniknąć sięgania w przeszłość, analizowania podjętych decyzji i postaw wobec życiowych wyborów. Jednak możliwy do osiągnięcia finalny rezultat jest wart takiego wysiłku. Jak przez niego przebrnąć stosunkowo najmniejszym kosztem? Sprawdź, co radzi Autorka “You can 2”! 

11:00:00 No comments

Nikt prezentując wielopłaszczyznową, nęcącą i skłaniającą do refleksji kawalkadę odcieni szarości, znajdujących się pomiędzy bielą oraz czernią i prowadzących do nieuchronnych tragedii, nie wciela się tak rzeczywiście w kreowane przez siebie sylwetki psychopatów co Max Czornyj. Nie bez powodu z ogromną dumą noszę tytuł jego naczelnej psychofanki, który mogłabym przywdziewać jak koronę. Prawdziwie naznaczający przeszłość zbrodniarze wojenni, fikcyjni mordercy, stający w szranki z niebanalnie namalowanymi słowami funkcjonariuszami policji, nieoczywiste trybiki machiny sądowniczej i najbardziej zawiłe zagadki kryminalne... Uważnie zwichrowany fan zada pytanie: czego brakuje w tej plejadzie mrocznych osobliwości, by Autor niezmiennie dzierżył miano króla polskiej literatury spod ciemnej gwiazdy. Nie będzie jednak zmuszony udzielić na nie odpowiedzi, jako że - wykonując kolejny, pełen klasy ukłon w jego stronę, Pisarz przybywa z nią sam. Otwierająca pole do rozmyślań, uosobiona czerń tym razem prowadzi pod rękę bohaterkę, której złożony charakter nie pozwala na zero-jedynkowe ocenienie charakteru poczynań. W “Uwierz jej” Czornyj ponownie próbuje plastycznie udowodnić tezę głoszącą, iż nikt do końca nie rodzi się godnym potomka Lucyfera psychopatą - a czynią go nim dopiero kolejne doświadczenia, wydarzenia i powodujące zamarcie w niemym przerażeniu okoliczności podarowane przez niełaskawy los. Nawet pozornie niewyjaśnialne zło każdorazowo ma gdzieś swój zaczątek; umocowanie w rzeczywistości, swoisty punkt sprzężenia zwrotnego, makiaweliczną genezę. Uchylając ronda kapelusza, thrillerowy Arbiter Elegantiarum dualistycznej sceny polskojęzycznej literatury, szafuje emocjami czytelnika, szachuje i mrozi. Przede wszystkim jednak obrazuje umowność oceny działań postronnych, którzy zawsze w pewnym stopniu pozostaną niezapisaną tablicą. Maybe that’s better? 

11:53:00 No comments
Dokładnie piętnaście lat temu napisałam krótką i standardowo w moim przypadku łamiącą konwencję “Baśń o Anielicy”, mającej złoto-zielone oczy. Z perspektywy minionego czasu stwierdzam gorzko, iż zawarłam w niej profetyczne złożenia słów w zdania - zdradzające, że ludziom nie wolno kochać aniołów, bo te nie są im dane na wieczność. Przytulając tę prawdę do fikcji, nie miałam jeszcze świadomości, iż raczej prędzej niż później stanie pomiędzy nimi znak równości. Zafascynowana “Tam, gdzie spadają anioły” Doroty Terakowskiej (czytałam nawet o studiach... na kierunku angelologia!), stworzyłam podówczas tę bajkę o tragicznym zakończeniu, wiedząc, że i przy mnie trwa pewien materialny “skrzydlaty”, prowokujący do sukcesów oraz pocieszający po porażkach; współtworzący historie o historiach, skrawki poezji czy odcienie osobowości. “Zawsze” przemienił w chwilę krótszą niż mgnienie oka... choć być może to ja wywróżyłam własny los, przyciągając do siebie ciemność? Czyż jednak to nie ci bohaterowie depresyjni na wzór antycznych greckich są najpiękniejsi? Mój anioł stróż postanowił przeminąć, lecz wierzę w to, iż każdy na przestrzeni lat życia spotka swojego. Całkowicie niepostrzeżenie - albo, na wzór mnie, w pełni świadomie. Jeśli szansa ta jeszcze przed Tobą, nie zniszcz jej, proszę. Będziesz żałował każdego jutra... Moja baśń ani w tekście, ani w rzeczywistości nie skończyła się dobrze (a może wcale?). Pozostawiona sama sobie, niespełna pięć lat temu zawalczyłam o powrót pisarskich mocy - chociaż te nabrały jeszcze mroczniejszego charakteru. Trudno się temu dziwić - wszak szkarłat - miłości lub krwi – w odpowiednim świetle nęci czernią. Wciąż poszukuję minionych pierwiastków nadnaturalnej magii; czarodziejskich kreacji, dających chwile wytchnienia, spokoju i piękna... bogatych w cały wachlarz emocji. Odwracając oczy – bo są tylko niebieskie i czasem się szklą – stwierdzam, że to właśnie znalazłam w przenoszącej do alternatywnej rzeczywistości opowieści o aniołach walczących ze złem, czyli “Idis. Na przekór czasom”.

15:30:00 No comments

Podobno każdy kryje w sobie zwierzę. Na ogół lepiej, żeby się nie ujawniało. Niektórzy twierdzą jednak, że wszyscy posiadają odpowiedniki w przebogatym zbiorze ziemskiej fauny. Takie, które oddają ich naturę i zbiór cech charakterystycznych usposobieniu. Indianie wierzyli, że posiadali przodków będących zwierzętami, z jakimi byli w stanie nawiązać duchową więź. Wyrazem tego było noszenie totemów – animalistycznych symboli mających ułatwiać obranie właściwej drogi życia. Wiele osób jest przekonanych o istnieniu tak zwanych zwierząt mocy. Ich istota wywodzi się z szamanizmu i sprowadza do utrzymywania, że każdy człowiek posiada wewnętrzną moc, talenty i możliwości, które jest w stanie wyzwolić duchowy przewodnik, będący ich uosobieniem. Stanowi on odbicie charakterystycznych dla danej persony cech umysłowych, emocjonalnych i fizycznych. Do najbardziej popularnych należą: niedźwiedź, orzeł, koń, wilk, lis oraz ryś. Ten pierwszy symbolizuje siłę, hart ducha i poczucie pewności siebie. Drugi – potęgę, wolność i odpowiedzialność. Trzeci - dynamiczną moc, szybkość i mądrość. Czwarty – dzikość, lojalność i familiarność. Piąty – inteligencję, zręczność i przebiegłość. Ostatni - bystrość, twórczą moc i kreatywność. Nie można zapomnieć o kocie, który reprezentuje tajemniczość, niezależność, wrażliwość oraz magię. Moim zdaniem posiada jednak także ukryte cechy, o których wie każdy “kociarz”. Najczęściej przybierają one postać niezdrowej skłonności do trwałego pozostawania w pozycji horyzontalnej, terroryzowania żądaniami natychmiastowego nakarmienia, kształtowania pazurami foteli, kanap i innych elementów domowego wyposażenia oraz unikalnej zdolności do reagowania tylko na wybrane przez siebie zjawiska i bodźce, do których z całą pewnością nie należy głos właściciela, choćby przybrał najbardziej błagalne formy. Muszę przyznać, że jeśli miałabym wybrać „swoje” zwierzę mocy, z całą pewnością byłby to właśnie swojski „mruczek”, który jest dla mnie wzorem postępowania i stosunku do otaczającego świata. A Ty na co byś się zdecydował? 

16:57:00 No comments

Zanim odbędziesz ze mną literacki wojaż do Katalonii – anegdota. Przyjaciółka, która wytrzymała ze mną najdłużej (pozdrawiam, Kasiu) do dzisiaj wymienia ze mną pewien związany z “Españą” żart sytuacyjny. Otóż jako dwunastolatka nie tylko pochłaniałam imponujące ilości książek tygodniowo i prowadziłam jednocześnie czterdzieści cztery (!) onetowskie blogi. Co przyznaję ze wstydem, a właściwie - o czym nie opowiadam wcale - byłam też fanką argentyńskich i hiszpańskich telenoweli, jakie oglądałam z godnym podziwu zapamiętaniem, chociaż już wtedy dostrzegałam ich skrajną niemądrość fabularną. Nie przeszkadzało mi to jednak w śledzeniu losów Mariny i... marzenia (wcale niemającego nic wspólnego z przystojnymi aktorami, w ogóle!), że kiedyś z wyżej wspomnianą panią K. wybiorę się w podróż na nęcącą wyspę - czyli hiszpańskie Cancun, gdzie ów serial się rozgrywał. Wszystko pięknie, choć jako że lubię zimno, absolutnie nieprzystająco do mojego gustu... z takim tylko problemem, że kraina ta leży w Meksyku, czego moja Towarzyszka nie omieszkała należycie wyśmiać - tak szyderczo i ironicznie, jak to jedynie Ona potrafi. Owszem, geografia nigdy nie była moją mocną stroną. Dlatego tym razem książkową wycieczkę rozpocznę mądrością z życia wziętą: śląskie dziewczyny nie mają litości... a ja i tak z uśmiechem i sentymentem będę twierdzić, że Cancun leży w Hiszpanii. 😉  

“Trudno było zapomnieć tak inspirujący widok. Już jakiś czas temu postanowiła sobie, że koniec ze wstydzeniem się, że woli być bardziej otwarta, odważna, że chciałaby czerpać z życia garściami.” 

Okowy ograniczeń. To, co czynić wolno i rzeczy absolutnie zabronione; społecznie nieakceptowalne, oceniane najsurowiej. Ze strachu, zazdrości, a może całkowicie zasadnie? Szereg zasad i norm, nacechowany przez cały zestaw wartości. Wciąż ważnych czy przestarzałych? Kim jesteś, żyjąc spełnianiem oczekiwań innych? A gdyby tak... rzucić wszystko i uciec do Katalonii? 



17:12:00 1 comments
Nowsze posty
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (108)
    • ▼  lip (13)
      • Sinéad Nolan - Policz do dziesięciu - recenzja
      • WP Rdzanek - Artefakt - recenzja
      • Anna Wolf - Zapomniana miłość. Night - recenzja
      • Vera Buck - Mroczne lato - recenzja
      • John Warley - Milenium - recenzja
      • Anna Kasiuk - Zośka od miłości - recenzja
      • Marzena Niewiadomska - Głosy piekła - recenzja pat...
      • Stanisław Lem - Opowieści o Pilocie Pirxie - recenzja
      • Grzegorz Kapla - Bez litości - recenzja
      • Stach Szulist - Kumulacja - recenzja
      • Joanna Bober - Księżyce Jowisza - recenzja
      • Tommaso Pagano - W gąszczu kłamstw - recenzja
      • Francesca Catlow - Grecki sekret - recenzja
    • ►  cze (24)
    • ►  maj (20)
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates