• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

W literackiej przeszłości miałam już wiele okazji, by poznać twórczość Katarzyny Haner - polskiej Pisarki, którą cenię za wszechstronność. Jej romanse mafijne niezmiennie porywały mnie dynamiką do wykreowanych światów, komedie romantyczne bawiły żartami sytuacyjnymi, zaś mniej lub bardziej gorące historie o miłości kradły z codzienności i przenosiły do rzeczywistości fikcyjnych bohaterów. Co może Cię zaskoczyć, pierwsze książki Autorki poddawałam ocenie jeszcze za czasów blogosfery - około dekady temu! Z tego powodu mam do jej prozy spory sentyment i z niegasnącym zainteresowaniem wypatruję kolejnych propozycji literackich spod jej pióra, które - co naturalne przy tak dużym doświadczeniu w tworzeniu narracji przeznaczonych głównie dla kobiet - cechuje się przyjemną lekkością oraz sporą płynnością. Muszę jednak nadmienić, iż „Tajemnice, które nas niszczą” (opublikowane przez uwielbiane przeze mnie Wydawnictwo Ale, które wciąż nie sprostało mojemu wyzwaniu, nie przyjąwszy pod skrzydła opowieści, która mi się nie spodoba 😉) w znacznym stopniu mnie zaskoczyły. Oprócz tytułowych sekretów z minionych lat, co to wciąż odkładają się na życiu wykreowanych przez Haner sylwetek długim cieniem, fabułę naznacza bowiem jeden z najpopularniejszych motywów, czyli od przyjaciół do kochanków. Przyznaję, że… z tak jego smutną, tęskną i naznaczoną trwożącymi tragediami odsłoną nie miałam chyba do czynienia - choć w żadnym wypadku nie jest to przywara. W świecie przesłodzonych romansów, które przedstawiają rozwój relacji pomiędzy dwójką najlepszych kumpli, jakich to ciągnie do siebie zazwyczaj jeszcze od czasów wspólnego dzieciństwa, jest to złożona i na swój sposób bardzo ożywcza odmiana. Tekst traktuje także o ważkich kwestiach - radzeniu sobie z winą, wadze niesłusznych oskarżeń, wykluczeniu ze społeczności niewielkiego miasta czy… niejakiego syndromu Mesjasza, który jest mi doskonale znany. Często bowiem zatraca się siebie, walcząc o wszystkich pozostałych. Nawet, jeżeli ci wcale na to nie zasługują…

00:03:00 No comments

Niektóre marzenia umierają. Są jednak również takie, które wracają po latach i przybierają postać książki - zupełnie tak jak w wypadku DEBIUTU Iwony Sowińskiej - opowieści kontrowersyjnej, lecz wyczuwalnie złożonej z mrzonek snutych pod osłoną nocy. Oto historia, jaka udowadnia, iż fascynacje bynajmniej nie muszą odchodzić w zapomnienie - jeśli tylko, zmyślnymi słowy, da się im szansę zaistnieć. Nie spośród tych, które czyta się tylko śledząc wzrokiem linijki tekstu; nie nawet taka, którą poznaje się wyciągniętymi z pamięci wyrazami. W mojej ocenie tę narrację odczuwa się i poznaje miejscem, jakie uchodzi za znacznie bardziej niebezpieczne niż oczy oraz wspomnienia - tym, gdzie to przez lata odkładały się niespełnione tęsknoty, młodzieńcze zachwyty, wstydliwe fantazje i wszystkie te zdania, których z różnych powodów nikomu się nie opowiedziało. Myślę, iż „Rzeźbiarz z Maryland” nawet nie do końca jest powieścią - przyrównałabym go do nader osobliwego seansu spirytystycznego, który mógłby zostać odprawiony nad swego rodzaju popkulturowym wspomnieniem. Najtrafniej: to długi, gorączkowy monolog wyobraźni, jaka pewnego dnia postanowiła przestać przepraszać za własne marzenia. Dlaczego właściwie należałoby to czynić? Od pierwszych stron lektury miałam wrażenie, jakbym nie tyle otwierała książkę, ile uchylała drzwi do prywatnego muzeum obsesji. Takiego, w którym eksponaty nie stoją za szybą sztuczności - miast tego żyją własnym życiem, zaś stare filmy drżą, poruszone ofiarowanym tchnieniem. Kasety VHS szeleszczą niczym jesienne liście. Zapamiętane przed laty twarze wychodzą z ekranów odbiorników telewizyjnych i siadają z czytającym przy stole. Granica między rzeczywistością a fantazją rozmywa się powoli, niemal niezauważalnie. I w pewnym momencie odbiorca przestaje pytać, co wydarzyło się naprawdę, jako że istotniejszym staje się to, co rozegrało się w sercu bohaterki. A tam od dawna trwał osobny wszechświat. Liminalny, znajdujący się na granicy dwóch jaźni i rzeczywistości. Opowiem Ci o nim, wyjątkowo w oryginalnej, stosownej do treści powieści formie.

02:05:00 No comments

Tajlandia zawsze wabiła Cię bogactwem kolorów, imponującymi zabytkami z okresu dawnej świetności kraju, wspaniałą, egzotyczną przyrodą oraz fascynującymi mieszkańcami. Z pierwszego wyjazdu do tego kraju, poza związanymi z tym wspomnieniami, przywiozłaś coś jeszcze - wakacyjną miłość. W Twoim przypadku brzmi to nieco obrazoburczo, jesteś bowiem formalnie mężatką, jednak z Twoją drugą połówką od dawna nic Cię nie łączy - poza córką, wspólnymi kontem, domem i samochodem. Mieszkacie razem, ale tak naprawdę jesteście dla siebie całkowicie obcymi ludźmi. W październiku 2016 roku, po kolejnym kryzysie w związku, postanowiłaś zadbać również o siebie - porzuciłaś właśnie pisany doktorat, wzięłaś urlop w szpitalu i wyjechałaś do państwa Khmerów. Poznałaś tam pochodzącego z Niemiec Daniela, z którym przeżyłaś szalony romans w tropikalnej scenerii. Nigdy czegoś podobnego nie doznałaś a do Polski wróciłaś z mocnym postanowieniem, że więcej nie pozwolisz, aby Twoje życie układali inni. Los szybko zweryfikował Twoje oczekiwania. Wprawdzie na niwie zawodowej osiągnęłaś wiele sukcesów - zdobyłaś tytuł naukowy oraz otworzyłaś z koleżanką gabinet medycyny estetycznej, ale na najważniejszej, osobistej poniosłaś sromotną porażkę. Nic w tym zakresie się nie zmieniło - masz ponad czterdzieści lat i do teraz dzielisz dni z człowiekiem, za którym nawet nie przepadasz, gdyż wygoda i obawa przed rozwodem oraz wiążącymi się z nim perturbacjami skutecznie powstrzymała Cię przed podjęciem, wydawałoby się, oczywistych kroków. Co gorsza, z biegiem czasu straciłaś też kontakt z ukochanym mężczyzną. Początkowo pisaliście do siebie, dzwoniliście oraz wymienialiście się zdjęciami. Planowaliście również, że przyjedzie do Polski, gdy już odejdziesz od męża, ale nic z tego nie wyszło.

02:49:00 No comments

Życiowa - i może z tego powodu tak przepiękna. Albo dlatego, że złożona z wartości oraz udowadniająca, iż w każdym drzemie dobro. Nawet, jeżeli głęboko skryte i uśpione, jeśli się postarać - wciąż można je odnaleźć. Kiedy pisałam rekomendację na skrzydełko okładki pierwszej książki, którą z pełnych powabu zdań wykreowała Jaga Tuliszka, Autorka władająca niezwykłą lekkością pióra, nie spodziewałam się, iż później wielokrotnie będę wracała do jej opowieści. Jest w niej jednak coś na tyle magicznego, iż nawet wiele dni po lekturze odbiorca chce ponownie przeżyć ten czy inny fragment, zanurzywszy się w zwykłej-niezwykłej prozie debiutującej Pisarki. Pozornie można by ją określić literaturą obyczajową, lecz czytelnik w postaci kochanka niewtórnej jakości przyporządkuje ją z wielu względów do tej pięknej. Wydarzenia fabularne mogłyby zaś stać się udziałem każdego, przez co jestem zdania, iż to jedna z tych treści, które przypadną do gustu niemalże wszystkim. W mojej ocenie „Jak nie teraz, to kiedy?” to podróż przez życie - rodziny głównej bohaterki i znanych przez nią, nader barwnych kobiet - ale też ta, jakiej i Ty mogłeś kiedyś doświadczyć. Narracja o radzeniu sobie ze stratą, traumą oraz wyrzutami sumienia, które to często zatruwają rzeczywistość - także wówczas, gdy daleko im do słusznych. O walce z prywatnymi demonami, spośród których najgorsze bywają niezapowiedziane ataki paniki, dławiące jaźń i teraźniejszość. I jeszcze o byciu tym odtrącanym, w mniemaniu krzywdzącego rodzica, gorszym dzieckiem, jakie stara się pozbyć owej roli przez całe dorosłe trwanie. Choć nie są to radosne motywy, „pierwszy raz” Tuliszki uśmiecha, jako że nad wszystkie wymienione wysuwają się jeszcze inne, z których płynące wnioski radują i stają się swoistym światłem nadziei w obecnej, tak często pozbawionej go codzienności. Tekst za energiczną okładką udowadnia bowiem, iż relacje i familia wciąż pozostają najwyższą wartością, miłość względem dzieci jest niepowtarzalna, wiara w Boga przynosi ukojenie, małżeństwo jest opoką… a szlachetność nadal tkwi w ludziach. Czarujący wzór.

19:19:00 No comments

„Medalion” to DEBIUT, jaki można by określić mianem finezyjnie-fantazyjnego. Przede wszystkim dlatego, iż Paweł M. Arent zdecydował się na cokolwiek ryzykowny wybór gatunku czy raczej podgatunku literackiego, czyli high fantasy. Najczęściej z założenia: akcja osadzona we w pełni alternatywnym, fikcyjnym świecie, jaki rządzi się własnymi prawami magii czy fizyki, złożona mitologia, wręcz epicki rozmach czy obecność nieludzkich ras - to najważniejsze z wyznaczników, pozwolę sobie zarysować, choć specjaliści w tej materii z pewnością dodaliby o wiele więcej cech charakterystycznych. Nie na tym jednak koniec - ponieważ początkowo fabuła przystaje do low fantasy (okoliczności zbliżone do rzeczywistych). Nieźle! Moim zdaniem pierwsza propozycja Pisarza nie jest jednak li książką traktującą o żywiołach i uwikłanych w przepowiednie wybrańcach. To bowiem także narracja o postaciach, które zostały wrzucone w rzeczywistość, jaka okazuje się ich przerastać, na skutek czego pożądana przez wielu magia nie lśni nęcącym blaskiem niczym piękna błyskotka, a raczej ciąży zupełnie jak stary, rodowy grzech. Autor zdecydował się zaś na wykreowanie rzeczywistości, jakiej kształt przypomina mi sen śniony w malignie: pełen jakoby pradawnych nazw i niepokojących symboli, nasączony proroctwami, co to są zapisane językiem przywodzącym na myśl treści rytuałów. Choć sama historia na początku wymaga od odbiorcy dużej dozy skupienia (niniejszym pozdrawiam własne siedem osobowości, i skrajne ADHD imieniem NM - narwany multitasking), jeśli pozwoli się przenieść do innej krainy, szybko poczuje się wciągnięty… - tak to sobie wyobrażam - w pusty wagon, pędzący wprost do lasu wonnego od deszczu, w którym nasłuchuje się kroków kogoś lub czegoś, czego wcale nie powinno w nim być. Ta książka pachnie dla mnie bowiem burzą - i to nie taką metaforyczną. Może słowa stron skropione są starym borem i smakują rdzą kolejowych torów. Albo są ciężkie niczym wiszące nad bohaterami niebo, które próbuje zapowiedzieć katastrofę… Ciszę przed wybuchem, utkaną z niezaprzeczalnego przeczucia.

01:29:00 No comments

Książka, której treść zaserwowana jest czytelnikowi nie standardową prozą, a rozmową jakoby żywcem wziętą z komunikatora internetowego - w dodatku w nietypowym formacie A4, o stronach podzielonych na połowy? Każdorazowo, gdy sądzę, iż w literackim świecie wiekowego i doświadczonego wyjadacza niewiele może już zaskoczyć, pojawia się novum, które udowadnia, iż się myliłam. Ja zaś bynajmniej nie mam nic przeciwko, wszakże podobne niespodzianki wciąż mają moc rozjaśniającą mroczne i chmurne oblicze. Miłosz Wołk-Łaniewski to zupełnie nowe nazwisko na scenie rodzimej twórczości, na jakiej jego posiadacz postanowił zagościć z unikatowym DEBIUTEM. Najszczerszej przyznawszy, choć w zwichrowanej głowie walczę średnio z milionem szalonych pomysłów na minutę, nie wystąpił w niej jeszcze taki, by zamiast tradycyjnym tekstem, przedstawić odbiorcy historię za pomocą okraszonych rzadkimi wtrętami narratora zdjęć i wiadomości, które wymieniają między sobą dwie osoby, jakie zetknęły się ze sobą w Internecie za sprawą zrządzenia losu, zupełnego przypadku czy trudnych do przewidzenia meandrów przeznaczenia. Zadanie trudne do wykonania a do tego na wskroś innowatorska forma! Szczęśliwie nie posiadam większości archiwum własnych maili, Messengera czy popularnego onegdaj Gadu-Gadu, jako że jestem przekonana o tym, iż Autor zainspirowałby mnie na tyle, aby przekształcić część spośród nich w książkę - choć musiałabym najpierw sprawdzić, czy w zakładach bardzo zamkniętych można korzystać z Sieci. 😉 Tekst Pisarza uważam za nader ciekawy eksperyment twórczy. Choć byłam do niego nieco sceptycznie nastawiona, szybko udało mi się wciągnąć w tę nieszablonową treść. Poznając opowieść, jaka wydarzyła się naprawdę, o czym widnieje informacja na okładce, w tego rodzaju wariacji, czytający czuje się niczym… uczestnik reality show lub wynajęty detektyw czy też osoba, która przypadkowo znalazła w dowolnej sytuacji odblokowany telefon komórkowy lub laptop, na jakim widnieje otwarte okno obszernej, intrygującej, toczonej przez dłuższy czas konwersacji. Zdarzało się. 😉

Książkę znajdziesz pod linkiem: [KLIK]. 

02:37:00 No comments

„Tam i z powrotem + trzy metry” to książka, która stanowi pewien ewenement - bowiem po tym, jak pochłonęłam ją w jeden wieczór, zdecydowałam się przyjąć propozycję, jaką złożył mi Sebastian Orszulik. Niniejszym obwieszczam, iż objęłam tę wyjątkową, zwichrowaną i pełną zawirowań historię PATRONATEM MEDIALNYM. Wstępnie zgodziłam się wziąć pod swoje mroczne, medialne skrzydła całą trylogię - choć część druga i trzecia dopiero powstają, zatem przed ostatecznym werdyktem naturalnie zapoznam się z tekstami, nim będę mogła ostatecznie to potwierdzić. 🔥 Dlaczego uznałam, iż pierwsza powieść Autora współgra ze mną na więcej niż wymagane sto procent? Ta cienista narracja zaskoczyła mnie dziesiątki razy. Początkowe rozdziały zapowiadały spokojną historię, z jakiej mógłby się wyłonić przedstawiany z perspektywy dwóch bohaterów, rodzący się dopiero romans. Co ciekawe, zarówno Sebastian, jak i Anna opowiadali czytelnikowi o tych samych wydarzeniach, po części powtarzając gawędę, za czym to w literaturze nie przepadam. Już kilkanaście przewróconych stron później zrozumiałam jednak sens tego zabiegu, a kiełkująca opowieść o miłości zaczęła ewoluować w wiele innych kierunków - przy czym każdy z nich okazywał się bardziej dynamiczny. Wątki kryminalne skręcały w stronę najlepszych opowieści sensacji oraz akcji, powodując szybsze bicie serca i rosnące wykładniczo zainteresowanie lekturą. Na domiar dobrego chwilę później dołączyła do tego jeszcze mocniejsza warstwa, jakiej tekst określiłabym mianem: dark thriller. Jakąż pyszną ilością zagrożeń, suspensów, niepewności i żywiołowości Orszulik nasączył swój tekst! Jestem pod wrażeniem doskonale stopniowanego napięcia - kolejne rozdziały tej niewtórnej treści mrocznieją coraz silniej. Przez co nie tyle zabierają odbiorcę w pełną niebezpieczeństw rzeczywistość, ile właściwie porywają go na najbardziej szaloną karuzelę zdarzeń, jaką tylko można… nie: jakiej nawet nie sposób sobie wyobrazić przed lekturą. Kapitalne ujęcie motywu: podpaliłbym dla niej cały świat i zstąpił do piekieł…

23:56:00 No comments

Od kiedy sięgniesz pamięcią, wiedziałaś, że jesteś wyjątkowa i z tego właśnie powodu zagraża Ci wielkie niebezpieczeństwo. Masz wrażenie, że ktoś lub coś ciągle bacznie obserwuje - i że nękają Cię przez byty, o istocie których nie masz najmniejszego pojęcia. Jednak zjawiają się w niektóre noce i wprowadzają w stan paniki... Próbujesz sobie wmawiać, ze to tylko omamy, lecz w głębi serca zdajesz sobie sprawę, że są równie prawdziwe jak ludzie, jacy Cię otaczają. Co jakiś czas śni Ci się także straszny moment, w którym straciłaś oboje rodziców. Miałaś wtedy zaledwie siedem lat, ale pamiętasz wszystko do najdrobniejszego szczegółu. Tego dnia poszłaś z nimi na wybrzeże, aby pooglądać wylegujące się na plaży foki. Gdy wracaliście, zaczepił Was wyraźnie podchmielony mężczyzna. Tata, będący niezwykle spokojnym i miłym człowiekiem, próbował go uspokoić, ale ten wykrzyczał mu coś mu prosto w twarz i rzucił się do morza. Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie. Ojciec nagle zmienił się nie do poznania - nigdy nie widziałaś, aby zachowywał się tak gwałtownie. Zaatakował matkę, ale ta odepchnęła go na tyle silnie, że zsunął się z leżących nieopodal kamieni. Potem rzuciłyście się do ucieczki. Gdy dotarłyście do łąki za miastem, zmęczone przystanęłyście. Niczego nie rozumiałaś z całej sytuacji, więc pomimo protestów rodzicielki zaczęłaś wołać tatę. I wkrótce się pojawił, ale nie był sobą. Twarz zmieniła mu się nie do poznania a oczy stały się czerwone niczym rozżarzone węgle. Mama zasłoniła Cię własnym ciałem i zapłaciła za to najwyższą cenę. Po chwili jej ciało upadło na ziemię, obficie znacząc ją krwią. Ciebie uratowało nagłe pojawienie się nieznajomego, który stanął w Twojej obronie. Zapamiętałaś go jako czarodzieja - podczas walki z jego dłoni wydobywało się niebiesko-białe światło. Dalszych wypadków sobie nie przypominasz - popadłaś w omdlenie.

19:03:00 No comments

Od thrillerów zabarwionych odcieniami kryminałów o niewielkiej objętości oczekuję przede wszystkim, poza porywającą od pierwszych zdań historią, doskonałej dynamiki. Zarówno jednym, jak i drugim bez wątpienia cechuje się liczące zaledwie 181 stron „Wcielone zło” - druga beletrystyczna książka, którą napisał Karol Husak, lecz równocześnie pierwsza, jaką miałam okazję poznać. Początkowe rozdziały tej nietuzinkowej opowieści porwały mnie do wykreowanego przez Pisarza świata, co uszyniły przede wszystkim… bardzo zaskakującą narracją. Wyobraź sobie bowiem, iż - jak to często masz w zwyczaju - właśnie odbywasz rowerową przejażdżkę. Po wielu naznaczających traumą, ciężkich przeżyciach z przeszłości zawsze starasz się mieć pozytywne nastawienie do ludzi oraz otaczającego świata. Nie inaczej jest tym razem. Zauważywszy czatującą na obrzeżach miejscowego targu grupę biedaków, liczących na to, że uda im się tego dnia znaleźć jakieś odrzuty, chociażby w postaci kilku warzyw, owoców lub innych produktów spożywczych, postanawiasz zaczepić jednego ze znanych Ci mężczyzn. Zupełnie ignorujesz fakt, jakiego znaczenie miałeś już wielokrotnie okazję obserwować w praktyce - że Marcin znany jest z tego, iż nijak nie panuje nad swoją agresją. Zmęczony trudami życia, tego dnia ma wyjątkowo podły humor. Zupełnie jak gdyby na chwilę odjęło Ci rozum, witasz się z nim uśmiechniętym dzień dobry, po czym rzucasz kilka wesołych haseł, nie zwracając uwagi na to, że z każdym z nich wściekłość mijanego ogromnieje. Moment później postanawia wdać się z Tobą w pościg i mimo, że pedałujesz z całych sił - udaje mu się Cię pochwycić. Widzisz w jego oczach czyste szaleństwo, lecz… i tak nucisz mu wręcz słoneczną piosenkę. Ciosy spadają na Ciebie niczym grad, lądujesz w szpitalu i wymagasz częściowej rekonstrukcji twarzy. Oprawca trafia na trzy lata do więzienia. Osobą, jaka go z niego odbiera… jesteś Ty sam. I na dodatek postanawiasz stać się jego mentorem… Właśnie tak oryginalnym wstępem opatrzył fabułę Karol Husak. Niewtórne.

01:52:00 No comments

 

Zdaniem starego wyjadacza mrocznych lektur w mojej postaci, Brytyjczycy od wielu lat pozostają niekwestionowanymi mistrzami thrillerów. Nie inaczej jest w przypadku Cathryn Croft, spod której pióra przeczytałam absolutnie każdą opowieść. Tym większa była moja radość, kiedy dowiedziałam się, iż w Polsce ukaże się kolejna jej książka o obiecującym tytule „Ostatniej nocy” - i nadzieja na nieodkładalną narrację, pełną absolutnie nieprzewidywalnych zwrotów akcji, nie okazała się próżna. Za przystającą do treści okładką w pięknej kolorystyce skrywa się bowiem historia, która złożona jest z napięć, niedopowiedzeń i niewyobrażalnych w pozornej naiwności, niewytłumaczalnie niepokojących tragedii. W świecie thrillerów, oprócz udanego transferu emocji wprost z kart powieści na odbiorcę, za najcenniejszy zabieg uważam wplecenie do cienistych fabuł elementów dramatu rodzinnego. Tego rodzaju skrzyżowanie, znane pod nazwą domestic noir, jest tym, co bardzo rozbrykane tygrysy lubią najbardziej, przeformułowując nieco znane powiedzenie. Oto właśnie „The Last One To See Him” - bogate w plot twisty, które - na domiar dobrego - powodują u czytelnika może mało inteligentny, ale jakże pożądany wyraz twarzy, gdy jego brwi po raz wtóry wędrują gdzieś w okolice czoła a usta samoistnie otwierają się w związku z szokiem oraz podziwem dla kunsztu angielskiej Autorki. Zapewniam, że po lekturze tej wielowymiarowo moralnie szarej propozycji literackiej kilkukrotnie zastanowisz się nad tym, czy warto odwiedzić dopiero co poznanego znajomego - lub umówić się na randkę. Może bowiem dojdziesz do wniosku, iż przekroczenie progu jego mieszkania będzie tak znamienne w skutki, jak to miało miejsce w przypadku Kate, głównej bohaterki, którą zwrot przypadków, co to wcale przypadkowe się nie okazały, doprowadził tam, gdzie miała się już nigdy nie znaleźć. Wprost do odmętów piekielnej przeszłości, jaka zdeterminowała całe jej dalsze życie. W samo serce nieuleczalnej traumy sprzed wielu lat i historii, co to zbyt często się powtarza…

01:59:00 No comments

Powieść „Escape room” holenderskiej autorki Maren Stoffels, która zadebiutowała w roku 2005, mając zaledwie siedemnaście lat, bez wątpienia sprawi, że kilkukrotnie zastanowisz się, nim przyjdzie Ci do głowy udać się do tytułowego przybytku. Pełen zagadek pokój, z którego należy uwolnić się w określonym czasie z założenia jest bowiem doskonałą zabawą i dobrym pomysłem na spędzenie wolnych chwil z grupą przyjaciół czy znajomych. Jak udowadnia fabuła Autorki, tego rodzaju rozrywka szybko może zmienić się w straszną przygodę, z której… nie wszyscy wyjdą bez szwanku. Wyobraź sobie bowiem, że zamiast dbającej o bezpieczeństwo uczestników rozgrywki osoby, jaka nadzoruje jej przebieg na kamerach, tkwi psychopata. Na domiar złego - taki, który ma z nimi niedokończone sprawy z przeszłości i właśnie znalazł doskonały sposób na zrealizowanie krwawej vendetty. Zapętlona we własnym zwichrowaniu, napiszę: brzmi świetnie, prawda? 😉 Dokładnie taka jest też narracja pierwszej książki Pisarki, jaka ukazała się w Polsce. Choć niepozbawiona drobnych wad, w moim odczuciu pozostaje niezłym przykładem młodzieżowego thrillera, w jakim napięcie eskaluje wraz z każdą przewróconą stroną. Tychże jest zaledwie 247, co w połączeniu z wręcz zaskakująco krótkimi rozdziałami nadaje opowieści rzadko spotykanej w literaturze dynamiki. Za jej snucie odpowiada czwórka bohaterów, naprzemiennie przejmujących stery, dzięki czemu odbiorca może spojrzeć na wydarzenia wieloperspektywicznie. Do tego dochodzą jeszcze mroczne wtrącenia złoczyńcy, oznaczone jedynie literą X… Cóż - gdybym nie obawiała się pójścia do jakiejkolwiek tajemniczej komnaty z powodu możliwości pojawienia się w niej ośmionogich ohydztw oraz faktu, że nie z  noszę niewielkich i zamkniętych pomieszczeń, po spędzeniu wieczoru z propozycją literacką Mieszkanki Amsterdamu z pewnością… uznałabym wizytę w escape roomie za kapitalną ideę. Ta adrenalina - zupełnie jak w rosyjskiej ruletce, mmm… Choć wziąwszy pod uwagę trzymający się mnie wiernie i dzielnie pech…

22:56:00 No comments

Od kiedy ludzkość dobrnęła do punktu, w którym zdała sobie sprawę, że może nie być w Kosmosie sama, poczęła marzyć o kontakcie z „obcymi”. Najpierw poszukiwała ich śladów przy pomocy dość prymitywnych instrumentów optycznych z rodzaju teleskopów. Jednak gdy nadeszła rewolucja przemysłowo-technologiczna, zaczęła stosować bardziej wyrafinowane środki. 16 listopada 1974 roku miało miejsce spektakularne wydarzenie: z największego na świecie radioteleskopu w Obserwatorium Arecibo w Portoryko wysłano potężny przekaz radiowy w kodzie binarnym w stronę gromady kulistej M13, a więc zgrupowaniu powiązanych ze sobą grawitacyjnie gwiazd w gwiazdozbiorze Herkulesa. Składał się z 1679 impulsów, będących  iloczynem dwóch liczb pierwszych: 23 i 73. Po ułożeniu w siatce o tych właśnie wymiarach, impulsy te tworzą monochromatyczny obraz, zwany piktogramem, który zawiera liczby od 1 do 10, listę pierwiastków chemicznych, wzór DNA, schematyczną postać ludzką wraz z informacjami na temat liczby „człowieków” i ich budowie fizycznej, a także widok Układu Słonecznego. To pokolenie Ziemian i wiele następnych nie dowie się nigdy, czy próba była skuteczna, gdyż pokonanie przez wysłany sygnał drogi do miejsca przeznaczenia zajmie około dwadzieścia pięć tysięcy lat. Los radioteleskopu jest także bardzo symptomatyczny, gdyż w 2020 roku zerwały się systemy podwieszenia i uległ on całkowitemu zniszczeniu. Najbardziej oryginalną próbę kontaktu z kosmitami podjął ZSRR, który w 1964 roku wysłał w kierunku Wenus alfabetem Morse'a wiadomość zawierającą słowa: „мир” (Mir - pokój lub świat), „Lenin” i „SSSR”. Wielce prawdopodobne jest, że „ufoludkowie” na widok nazwiska krwawego wodza rewolucji październikowej i nazwy zbudowanego przezeń państwa popadli w takie przerażenie, że intencjonalnie nie próbowali na nią odpowiedzieć, nie chcąc podzielić losu kilkudziesięciu milionów ofiar. Who knows?

20:39:00 No comments

Oto imponujący reprint - unikalne dzieło o tajemnicach polskiej przyrody, widzianej okiem jej uznanego popularyzatora i wysoce wykształconego biologa, żyjącego na początku XX wieku.

Przyroda, jaka jest - każdy widzi, trawestując znane hasło z pierwszej rodzimej encyklopedii księdza Benedykta Chmielowskiego. Czy aby na pewno? Człowiek dzisiejszych czasów nie dość, że ma blade pojęcie, jak naprawdę wyglądają fauna i flora jego ojczyzny, to jeszcze jest w stanie dostrzec jedynie jej okruchy. Tylko te nieliczne, które jeszcze nie zostały dotknięte degradacją wynikającą ze zmian cywilizacyjnych, jakie wypchnęły je na margines życia, czyniąc niemal niewidzialnymi i niedotykalnymi. Zresztą współczesna ludzka istota, wiecznie goniąca za mamoną i zajęta swoimi sprawami, pewnie nie zauważyłaby nawet żubra, który stanąłby dumnie przed jej oczyma, nie wspominając już o zwierzętach bardziej mikrej postury czy roślinach, które - choć piękne, nie zwracają zbytnio na siebie uwagi. Tymczasem świat nie składa się tylko z samych osób i wytworów ich umysłów - towarzyszy im bowiem pozostające obecnie w cieniu niezliczone i bujne bogactwo przyrody. I choć mocno ograniczone w czasach przemysłowo-technologicznej rewolucji, nadal potrafi zadziwić bogactwem form i często niewysłowionymi: urodą i wdziękiem. Wystarczy na chwilę zatrzymać się i uważnie spojrzeć, aby dostrzec to, czemu już nie poświęca się uwagi. A przecież jeszcze niedawno było zupełnie inaczej. Przed zaledwie stu laty przyroda stanowiła nieodłączną część zamkniętego kręgu żywota i śmierci, towarzysząc człowiekowi od rana do nocy w jego codziennych zajęciach. Była zespolona z "koroną stworzenia" w mocarnym, nierozerwalnym uścisku, jaki dawał niewątpliwe korzyści obu stronom. Trud opisania tego stanu rzeczy zadał sobie Autor recenzowanej książki, piszący na początku XX stulecia, jeszcze pod rosyjskim zaborem. Jak jego dzieło odbiera dzisiejszy czytający? 

16:57:00 No comments

W końcu nadszedł tak niecierpliwie wyczekiwany przez Ciebie długi weekend. Jutro wypada 11 listopada, więc będziesz mógł trochę się rozluźnić i zająć od dawna zaniedbywanymi osobistymi pasjami. Dziś, jak to często robisz w niedzielę, siedzisz w ulubionej knajpce na lunchu. Gdy więc rozlega się dzwonek telefonu odbierasz go z dużą niechęcią. Ku swojej irytacji dostajesz rozkaz, aby w trybie pilnym stawić się w Hotelu Sheraton, w którym odkryto zwłoki niemieckiego obywatela. Nie rozumiesz, jaki udział w prowadzeniu śledztwa związanego z prozaicznym morderstwem może mieć służba odpowiadająca za ochronę państwa, czyli Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jednak nawet Twój kapitański stopień nie daje prawa do dyskutowania z decyzjami przełożonych, więc niechętnie wstajesz od stolika i wychodzisz na ulicę. Pogoda jest pod psem, leje deszcz, zatem mocniej wciskasz na głowę swój staromodny, „gangsterski” kapelusz. Nie cierpisz używać parasoli, toteż z jego ronda cieknie na Twoje wierzchnie okrycie powiększająca się systematycznie strużka wody. Gdy docierasz na miejsce, z daleka dostrzegasz stojącą przed budynkiem komisarz Ewę Dzik, która na Twój widok pośpiesznie gasi cienkiego papierosa. Razem wsiadacie do windy i wjeżdżacie na szóste piętro. Na korytarzu mijacie policjanta w cywilu i techników obładowanych różnorakim sprzętem. W końcu wchodzicie do apartamentu wynajmowanego przez Georga Telmana. Na środku stoi krzesło z przywiązanym do niego ciałem. Jego stan wskazuje, że do zabójstwa doszło kilka godzin temu. Mężczyzna miał około pięćdziesięciu lat, a na jego twarzy zakrzepła krew spływająca z oczu, uszu i nosa...

„Ponownie weszła do darknetu i zostawiła umówiony znak wykonanego zadania. Teraz musiała czekać. Wkrótce będzie wiedziała, czy Dzień Wolności nadszedł, czy też czeka ich kolejna bitwa.”

19:00:00 No comments

Pamięć gubi drogowskazy. Skrywa za opadającą z każdym przeszłym dniem mgłą zapomnienia wszystko, co wcześniej wydawało się istotne. Chowa w najgłębsze zakamarki wydarzenia, które stworzyły Twoją osobę, jeśli były jakkolwiek traumatyczne. Usuwa w cień to, czego potrzebujesz mniej niż dawniej. I tylko niekiedy, w rzadkich przebłyskach świadomości, łapiesz się na tym, iż być może istniało coś więcej, co wcale nie miało się w zapomnieniu znaleźć. Jak jednak odtworzyć to, co zostało w znacznej części skasowane? Czy naprawdę istniało - a może to tylko jedna z mrzonek, które raz wtóry sprawiły, że bezksiężycowa, najciemniejsza noc okazała się bezsenna? Poduszka nie jest dłużej zimna z jednej ni z drugiej strony a koc wydaje się ważyć tonę, przez co ciężej Ci oddychać. Jeszcze kilka niespokojnych myśli temu byłaś pewna, że istnieje rzecz, jaką musisz sobie przypomnieć. Teraz, zaraz, natychmiast, nim skrawki minionego znowu ulecą w niebyt, w którym znalazły się z jeszcze nieznanej Ci przyczyny. Jutro będzie nowy dzień a Ty jak zawsze udasz się do ukochanej kwiaciarni zająć tworzeniem strojnych bukietów i urzekających urodą wieńców. Przycinając łodygi i usuwając kolce róż może tym razem dojdziesz do wniosku, że ich zapach nie jest naprawdę piękny, bo tak słodki, iż aż duszący. W powietrzu uniesie się coś jeszcze - woń zagrożenia, strachu i wyczuwalnie zbliżającego się powrotu… przeszłości. Czegoś, co nie pamięta. A może Ciebie, która zdecydowała się pamięć zatracić, gdyż tak było łatwiej, wygodniej; albo pamiętanie oznaczałoby śmierć. Czy jednak lepiej miast żyć wegetować, kiedy cała ta otoczka dookoła jest tylko li pustą wydmuszką, wykreowaną dla bezpieczeństwa miałkiego istnienia? Spomiędzy uroczystych kwiatów, bo dziś znienawidzone przez Ciebie, komercyjne i tandetne Walentynki, wypada biała kartka. List przeznaczony nie dla Twoich oczu, jak sądzisz lub próbujesz się łudzić i okłamywać. Było ich więcej. A każda wiadomość sprawiała, że nie przypomniało Ci się nic, lecz trwało ciężej i straszniej. „Ona wie więcej niż pamięta” - czernieje tym razem tusz. Kto jest nadawcą?

01:54:00 No comments

Będąc na miejscu Hrabiego Draculi, uchyliłabym wieko swojej wygodnej trumny, następnie wychynęła z grobowca i zawołała rozpaczliwie w głąb ludzkiego uniwersum: „A cóż zrobiło Wam moje szlachetne plemię, że jego imieniem nazwaliście najgorszych spośród Was, najbardziej odrażających zboczeńców, skrzyżowanych z sadystycznymi wykolejeńcami, czerpiącymi uciechę z dręczenia i makabrycznego mordowania swoich bliźnich, którzy niczym im nie zawinili? Czyż któryś z nas chłeptał krew dla samej przyjemności, a nie z potrzeby przetrwania?” Może taka manifestacja szczerego oburzenia skłoniłaby tych wszystkich, którzy na określenie seryjnych zabójców używają terminu „wampiry” do zaprzestania tej oburzającej praktyki... 😉 Oczywiście etymologia nazwy jest stosunkowo łatwa do wyjaśnienia. Jest stosowana do tych spośród zbrodniarzy, którzy nie tylko dopuszczają się gwałtownego usuwania ludzi z tego świata, ale dodatkowo pastwią się nad ich ciałami, zarówno za życia, jak i po śmierci. Czyli do postaci nawet wśród zatwardziałych przestępców na swój sposób „wyjątkowych”. Najważniejszą role odgrywa tu kojarząca się z „nieumarłymi” symbolika krwiożerczości i kanibalizmu, często o seksualnym podtekście. Ci bowiem według wierzeń piją krew ofiar, a czasem także pożerają ich zewnętrzną powłokę. Bardzo często tak właśnie postępują niektórzy seryjni mordercy. Wystarczy przywołać przykład tych, którzy działali na terenie Stanów Zjednoczonych, jakie są ich istną Mekką. Największą „gwiazdą” jest niewątpliwie Gary Leon Ridgway, który w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku w Seattle i jego okolicach zamordował 71 kobiet (do tylu się przyznał), choć według policji było ich przynajmniej dwa razy więcej. Dopuszczał się także drastycznych czynów wobec ich ciał, nie wyłączając nekrofilii…

„Seryjni zabójcy seksualni odzwierciedlają szczególnie przerażający rodzaj przestępców, których motywację stanowią głównie perwersyjne potrzeby cielesne.”

16:56:00 No comments

„Niewierny” udowadnia, iż Piotr Żymełka ma niekwestionowany talent. Dotychczas znany z wyśmienicie napisanych kryminałów retro, tym razem przybywa z w pełni współczesną odsłoną gatunku - na domiar dobrego udanie skrzyżowaną z thrillerem. (Z uwagi na charakter tej propozycji literackiej, czuję się w obowiązku przestrzec wszystkich panów - zaręczam, iż po tej lekturze dwukrotnie zastanowicie się, nim przyjdzie Wam do głowy skusić się na tak zwany skok w bok - skądinąd słusznie. 😉) O biegłości Autora w halucynacjach semantycznych świadczy również umiejętne, naprzemienne prowadzenie dwóch linii narracyjnych - trzecioosobowej, przybliżanej czytelnikowi przez komisarza, jaki na szczęście bynajmniej nie jest przedstawicielem typowych dla rodzimych powieści spod ciemnej gwiazdy stróżów prawa oraz pierwszoosobowej, za jaką odpowiada tytułowy bohater. Niepowielane, podane całkowicie odmienną warstwą językową, dodają historii niesamowitej wręcz wielowymiarowości oraz ukazują wydarzenia w dynamiczny sposób. To jedna z tych książek, których zwyczajnie nie sposób odłożyć przed poznaniem zakończenia, choć dbająca o niewtórną jakość publikacji Sonia Draga, moje ulubione wydawnictwo, zdążyło już do podobnie niedoścignionego poziomu przyzwyczaić. Nadzorowane przez policjanta śledztwa nijak nie dominuje fabuły, a jedynie staje się barwnym tłem teatralnej rozgrywki dla uciekającego przed sprawiedliwością męża, jaki - męczony kryzysem wieku średniego - połasił się na wdzięki pewnej pani, mimo rzekomo szczęśliwego pozostawiania od ponad dekady w zaobrączkowanym stanie i… szybko tego pożałował. Ustaliwszy, iż pewne części ciała bezpieczniej jednak trzymać na niewłasnym terenie w szczelnie zapiętych spodniach, walczy z niewidocznym przeciwnikiem, który z sobie tylko znanych przyczyn, postanowił go wrobić w niejedną zbrodnię… Czas ucieka, zabójczy przestępca czeka - a gra zaczyna się toczyć o coraz wyższą stawkę. Wszystko to w otoczeniu przekornie mrocznego humoru z postaciami, jakie mogły opuścić tylko pełną finezjo-fantazji głowę. Brawo, panie Żymełka - to się robi tak.

01:13:00 No comments

RECENZJA PATRONACKA! 🔥

Trzecią powieść, jaką zdecydowałam się w bieżącym roku wziąć pod medialne skrzydła, niezaprzeczalnie można nazwać wyjątkową. Debiutancka książka Autorki tworzącej pod pseudonimem MAESTRIA to bowiem jedna z tych historii, które wyróżniają się pod każdym względem. „Selena. Córka dwóch światów” to zaledwie 233 strony treści… na jakie składają się dwa tomy narracji, przedzielone na domiar dobrego kartami, które charakteryzują najważniejszych bohaterów. Oprócz tego za mistyczną okładką czytelnik znajdzie wprowadzenie do krainy naczelnej postaci - w tym chociażby przedstawienie żyjących w niej ras, z uwagą na wszystkie cechy, jakie je wyróżniają. Unikatowości wielości pomysłów Pisarki dopełnia sama warstwa językowa. Wielokrotnie zakrawająca na poetycką, złożona jest z nader krótkich rozdziałów i ekspresyjnych zdań, które doskonale oddziałują na emocje odbiorcy. Jak sama Maestria informuje, jej literacki „pierwszy raz” to świetny wybór dla każdej osoby, która nie ma zbyt wiele czasu na czytanie lub też nie przepada za długimi i obszernymi tekstami. Jest to novum w realiach polskiej literatury, jakie moim zdaniem rozkocha w sobie każdego nastolatka, lubującego się w fantasy - jednak nie tylko. Urzeknie także tych, jacy z pewnych powodów czują się odrzuceni, wykluczeni i niepasujący do miejsca, w którym przyszło im egzystować, niezależnie od wieku. Właśnie z powodu kreacji tytułowej Seleny zdecydowałam się na objęcie tej opowieści patronatem medialnym. To postać wyklęta, swoisty odmieniec; ktoś, kto nie przystaje do żadnej grupy. Wychowywana wśród ludzi wody, sztuki i poezji, co prawda jest na wskroś wrażliwa, ale jednak nie przejawia cech typowych dla własnego gatunku. Dawno już przestała szukać jakiejkolwiek przystani, w której czułaby się dobrze. Zwyczajnie… jest niewidzialna. W szkole niczym wystrój wnętrza, wśród Akuarystów najczęściej obdarzana strachem z uwagi na bliżej niesprecyzowaną inność. Wszak każdy boi się tego, co mu nieznane… i zaczyna to nienawidzić.

23:06:00 No comments

Jak zniszczyć stosunki rodzinne w kilka minut i narobić sobie kłopotów na długie miesiące? Odpowiedź jest prozaiczna i w zasadzie oczywista: odziedziczyć majątek, a konkretnie dom. Zwłaszcza taki, który położony jest w malowniczej miejscowości nad pięknym jeziorem. Nawet przez głowę Ci nie przeszło, że tak właśnie może rozwinąć się sytuacja, choć prawdę mówiąc nigdy ze swoją matką i siostrą nie egzystowałaś w szczególnie zażyły sposób. Pierwsza jest zaborcza i krytykuje wszystko, co robisz. Druga, całkowicie od niej uzależniona, zatraciła osobowość i wściekle zazdrości Ci tego, co osiągnęłaś. W przeciwieństwie do nich, dzięki wyjątkowemu uporowi, prowadzisz stabilną egzystencję. Masz stałego partnera, z którym żyjesz od wielu lat, własne mieszkanie i firmę zajmującą handlem kosmetykami w Internecie. Niby niewiele, ale bardzo dużo wysiłku kosztowało Cię, aby do tego wszystkiego dojść. Z pozoru wygląda to różowo, jednak coraz częściej dostrzegasz, iż na Twój los padają długie cienie. Tymon to mężczyzna po przejściach, a raczej „z odzysku” - i to wielokrotnego. Posiada dwoje dzieci, każde z inną kobietą, a jego „przychówek” nieodmiennie wyprowadza Cię z równowagi roszczeniowością i cechami charakteru. Synalek Grzegorz, choć od siedmiu lat jest dorosły, cały czas zachowuje się jak dziecko i pod względem finansowym żeruje na ojcu bez umiaru, co rusz wyciągając od niego pieniądze na zachcianki. Dwunastoletnia córeczka Sara to istne „diable pacholęcie” - rozwydrzone ponad wszelką miarę i posiadające zdumiewającą umiejętność manipulowania rodzicielem. Nienawidzi Cię z całego serca, z czym zresztą wcale się nie kryje i za każdym razem  stara się sprowokować tę wyśnioną awanturę, która trwale Was podzieli. Do tego co chwilę domaga się dodatkowych funduszy, choć ojciec płaci sute alimenty.

18:24:00 No comments

Choć ciężko w to uwierzyć, w całym majestacie mroczności… wciąż przepadam za komediami romantycznymi - i poszukuję tych, które są w stanie mnie rozbawić, o co doprawdy niełatwo. Wybredna i zakochana we wszystkim, co złe, okrutne, smutne i depresyjne, dla odmiany lubię niekiedy odnaleźć uśmiech w nietuzinkowych historiach, jakie mimowolnie podnoszą kąciki ust ku górze. Z pomocą w tym nieprostym zadaniu po raz wtóry przybyło do mnie Wydawnictwo Ale - swoisty ewenement, jako że nie ukazała się w nim jeszcze ani jedna książka, która nie przypadłaby mi do gustu! Kyra Parsi i jej najnowsza propozycja literacka zatytułowana ujmująco „Jak rozkochać gbura” to - nie przesadzając - kapitalna opowieść. Nasączona ogromną dozą dobrego humoru, złożona z wielu pomyłek o nieprzewidywalnych skutkach, lecz przede wszystkim o nader wartościowym tle. Przedstawieni czytelnikowi przez Autorkę bohaterowie są wielowymiarowi, przez co pozostają na wskroś prawdziwi. Zamiast papierowych sylwetek czy pustych osobowości - osoby o ujmującej przeszłości, naznaczone tragediami czy uparcie dążące do wyznaczonych celów. Nie sposób nie kibicować w trakcie lektury niemalże wszystkim, co należy uznać za rzadkie zjawisko wśród podobnych publikacji. Kanadyjska Pisarka to dla mnie duże odkrycie, jako że z pozornie lekkich narracji tworzy wielowymiarowe historie, w jakich relacje międzyludzkie czy kreacje rodzinne wciąż pozostają jednym z najważniejszych elementów. Okrywa to woalem uroku ale i smutku - wszak kiedyś było to na porządku dziennym, a w dzisiejszych czasach pustki i pustoty należy za to pochwalić. Druga część serii „Grzeszni miliarderzy” (jakiej wszystkie tomy można czytać oddzielnie) okazała się nawet lepsza niż pierwsza, przynajmniej w mojej ocenie. Zabiorę Cię zatem do świata pewnego bardzo nieznośnego bogacza, który nie wierzy w przeznaczenie, kobiety, jaka kocha miłość i zawodowo zajmuje się kojarzeniem ludzi w pary, wróżki, cudownej służby oraz definitywnie kapryśnego i jeszcze bardziej puszystego kota, jakiemu pewnego dnia zamarzy się mieszkać w pałacu.

00:47:00 No comments
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (75)
    • ▼  cze (4)
      • KN Haner - Tajemnice, które nas niszczą - recenzja
      • Iwona Sowińska - Rzeźbiarz z Maryland - recenzja
      • Magdalena Stępień - Kinnari. W gąszczu Tajlandii i...
      • Jaga Tuliszka - Jak nie teraz, to kiedy? - recenzja
    • ►  maj (20)
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates