Fernando Gamboa - Ostatnie zaginione miasto - recenzja

by - 22:55:00

Gdyby jeszcze przed paroma miesiącami ktoś powiedział Ci, że znajdziesz się na rozdrożu życia, absolutnie byś w to nie uwierzył. A jednak tak właśnie się stało. I co w tym dołującym położeniu jest najgorsze - nie masz żadnej koncepcji na uzdrowienie sytuacji. Jesteś z natury obieżyświatem i łowcą przygód, ale nawet to przestało Cię cieszyć. Zaprzestałeś wyjazdów do ciepłych krajów, aby uczyć turystów niełatwej sztuki nurkowania, więc dodatkowo masz problem z pokrywaniem kosztów utrzymania. Trudnisz się jedynie dorywczymi zajęciami - najczęściej wyławianiem na żądanie zamożnych klientów różnego rodzaju artefaktów w rodzaju ślubnych obrączek, utraconych podczas kąpieli, co niestety nie stanowi działalności gwarantującej odpowiednie apanaże. Z goryczą dumasz, że wszystkie te kłopoty mają konkretne imię - Cassandra Brooks. Piękna Meksykanka o nietypowych dla tej nacji blond włosach i szmaragdowych oczach, a jednocześnie uznany archeolog, nieodwołalnie skradła Ci serce, choć przecież należysz do zatwardziałych kawalerów, z przerażeniem myślących o jakimkolwiek stałym związku. Spędziliście z sobą niesamowite chwile podczas poszukiwań zaginionego skarbu Templariuszy. Wasza droga wiodła przez północną Afrykę aż do Ameryki południowej i skończyła się gorącym romansem. Po powrocie do rodzimej Hiszpanii nawet ze sobą zamieszkaliście, ale wtedy odezwał się Twój niezależny duch. Czułeś się coraz bardziej osaczany, więc postanowiłeś na jakiś czas wyjechać. Rozstaliście się zatem w niezbyt przyjaznych nastrojach, a Ty szybko zrozumiałeś, że nie potrafisz bez niej żyć. Niestety nie masz odwagi się z nią skontaktować, aby wyjaśnić swoje postępowanie i wyznać, co naprawdę czujesz. Od czasu rozłąki snujesz się jak cień po ulicach ukochanej Barcelony, często kończąc wieczory w przygodnych barach i racząc się w nich alkoholem.

„(…) tkwiłem w miejscu, niczym stary marynarz patrzący, jak odpływa jego ostatni statek, bez pomysłu na dalsze życie. Przyszłość rysowała się w szarych barwach, przypominając deszczowe popołudnie w Barcelonie.”

Przed popadnięciem w całkowity marazm niespodziewanie ratuje Cię profesor Eduardo Merida, dawny druh Twojego ojca. On również brał udział w wyprawie po klejnoty Templariuszy a od tamtego czasu bardzo się zaprzyjaźniliście. Mieszkacie w tym samym mieście, więc często się spotykacie i z radością wspominacie niedawno przeżyte przygody. Z utęsknieniem czekasz na każdy jego telefon, jednak ten, jaki odebrałeś dzisiaj, od razu wzbudza w Tobie niepokój. Głos naukowca brzmi zupełnie inaczej niż zwykle - jest wyraźnie zatroskany. Ponieważ prosi o jak najszybszą wizytę i nie chce wyjawić szczegółów, od razu wiesz, że stało się coś niedobrego. I wcale się nie mylisz. Gdy chwilę później stawiasz się w jego mieszkaniu, zastajesz starszego pana w sporym ambarasie. Zanim zdołasz wymienić z nim choć parę zdań, rozlega się natarczywy dzwonek do drzwi, a po chwili do pokoju wchodzi Cassie. Na Twój widok prycha jak kotka, najwyraźniej uznając, że cała rzecz została ukartowana, aby zaaranżować spotkanie. Na szczęście Merida szybko przechodzi do rzeczy, więc dziewczyna się uspokaja i zamienia w słuch. Z jego nieco chaotycznych wyjaśnień wynika, że w amazońskiej dżungli zaginęła wyprawa organizowana przez uniwersytet wiedeński. Liczyła ośmiu ludzi, a na jej czele stanęła Valeria - doświadczony antropolog. Celem przedsięwzięcia było poznanie życia i kultury tajemniczego plemienia Menkragnoti, które praktycznie nie utrzymuje relacji z cywilizowanym światem. Od dwudziestu trzech dni nie ma żadnego kontaktu z ekspedycją, co wzbudza podejrzenia, że doszło do czegoś strasznego, być może nawet śmierci naukowców. Gdy Eduardo przestaje mówić, spoglądasz na niego ze zdziwieniem, nie rozumiejąc, do czego właściwie zmierza. I wtedy dowiadujesz się o największej rewelacji. Okazuje się bowiem, że kierownik wyprawy jest córką profesora. Ponieważ stanowiła owoc krótkiej miłostki, matka nie życzyła sobie, aby ojciec utrzymywał z nią kontakt, więc ten zna ją bardzo słabo. Spotkali się tylko raz, na niedawnym pogrzebie kobiety, jednak więzy krwi dają o sobie znać. Wyraźnie roztrzęsiony Merida prosi, abyście towarzyszyli mu w wyprawie odnalezienia zaginionych. Nieco zszokowany wieściami, wyrażasz zgodę. Cassie podejmuje identyczną decyzję. Nie masz zbyt wiele czasu na przygotowania, gdyż bilety na lot do Brazylii zostały już kupione. Po powrocie do domu pakujesz w walizkę potrzebne przedmioty osobiste i następnego dnia zjawiasz się na lotnisku.

„Dżungla rozciągała się po horyzont (…) jawiła się jako rozległy, zielony ocean drzew (…) Pod (…) baldachimem koron życie pulsowało z niespotykaną intensywnością. Tysiące gatunków ptaków, ssaków, gadów i bezkręgowców (…) uczyniło to miejsce swoim królestwem, do którego nie zostaliśmy zaproszeni i w którym nasza obecność nie była pożądana.”

Po długim locie wysiadasz w Santarém i meldujesz w eleganckim hotelu Brasil Grande. Stanowi krzyczący wyjątek wśród morza otaczających go obskurnych faveli, w jakich bytuje znaczna część mieszkańców miasta. Po spędzeniu nocy w tropikalnym klimacie jesteś bardziej zmęczony, niż wypoczęty. Twojego nastroju nie poprawia wygląd statku, którym masz dostać się w pobliże terytorium plemienia, znajdującego się w centrum amazońskiej dżungli, od którego dzieli Cię aż siedmiuset kilometrów. To teren prawie zupełnie niezbadany i niemal odcięty od świata zewnętrznego. Jednostka wygląda, jakby miała się za chwilę rozpaść i pogrążyć bez ostrzeżenia w odmętach rzeki Xingu, pociągając za sobą wszystkich pasażerów.  Jeszcze gorzej wyglądają kajuty. Są śmierdzące i zatęchłe, zaś za łóżka mają służyć rozwieszone byle jak hamaki, równie brudne jak ściany. Już wiesz, że noce będziesz spędzać na pokładzie, jak najdalej od nich, co jednak okazuje się wcale nie takie łatwe. Powietrze jest wręcz duszące a do tego nieustannie jesteś atakowany przez całe chmary insektów, spośród których najbardziej uciążliwe są komary, wlatujące nawet do nosa i uszu. Nie mija Cię także istne bombardowanie przez ogromne żuki, które najwyraźniej postanowiły popełnić zbiorowe samobójstwo, spadając jak grad na pokład łajby i malowniczo się na nim rozpryskując. Od jednego z pasażerów dowiadujesz się, że tam, gdzie zmierzasz, jest bardzo niebezpiecznie, gdyż Indianie nie są zbyt przyjaźnie nastawieni do intruzów posiadających blade twarze. Na Twoje pytanie, co Wam grozi, mężczyzna obrazowo przejeżdża palcem po gardle. Wyjaśnia też, że rzeka jest pełna kajmanów, piranii, elektrycznych węgorzy oraz jadowitych płaszczek, więc lepiej nie zbliżać się do jej nurtów. Dodaje przy tym, że sama dżungla pełna jest jaguarów, jadowitych węży oraz innych stworzeń, tylko czekających, by pozbawić życia marną ludzką istotę. Jakby tego było mało, Cassie traktuje Cię jak powietrze, jedynie co jakiś czas rzucając kąśliwe uwagi, świadczące o tym, że nie wybaczyła Ci zachowania sprzed paru miesięcy. W nie najlepszym więc humorze opuszczasz łajbę w małej miejscowości, w której wsiadasz na pokład rozklekotanego wodnosamolotu, pilotowanego przez osobnika o wyglądzie skończonego żula, w dodatku po przyjęciu sporej dawki ulubionego napoju, charakterystycznego dla tej kategorii malowniczych indywiduów. Lot nie jest długi, jednak pełen wrażeń - i odbywa się na kształt zawiłego zygzaka. Gdy w końcu wodujesz obok wioski ludu Menkragnoti, nurt rzeki zaczyna znosić maszynę prosto na potężny wodospad. W ostatniej chwili lotnik ponownie uruchamia silnik i wznosi ją w przestworza, unikając nieuchronnej kraksy. Potem oświadcza bez kozery, że ma zamiar wysadzić pasażerów na wyspie znajdującej się na środku rzeki, co też czyni pomimo gorących protestów. To niezbyt fortunny wybór, gdyż ten niewielki skrawek lądu okupowany jest przez wielkie kajmany, z którymi będziesz musiał stoczyć walkę o własne przetrwanie. Tak oto oryginalnie rozpoczyna się Twoja kolejna przygoda…

„Metr pode mną dwa czerwone, demoniczne widma ryknęły wściekle, oślepione białym błyskiem. Ich rozwarte w zwierzęcej furii paszcze przypominały szczęki krwiożerczych drapieżników (…).”

„Ostatnie zaginione miasto” to intersująca powieść przygodowa i jednocześnie drugi tom cieszącego się uznaniem cyklu książek, którego autorem jest Fernando Gamboa. Tym razem główny bohater, wielbiciel niecodziennych perypetii, bierze udział w wyprawie do serca amazońskiej dżungli, jakiej celem jest odnalezienie zaginionej ekspedycji, na której czele stoi Valeria, córka jego przyjaciela - profesora Meridy. Akcja narracji wykreowana jest ściśle według wskazań Alfreda Hitchcocka i przyśpiesza z każdą przewróconą stroną, nabierając zwariowanej prędkości. Wydarzenia zmieniają się niczym w kalejdoskopie, zaś incydent goni incydent, by zbiec się w efektownym finale - takim rodem z dobrych filmów spod awanturniczego znaku, skrzyżowanych z mrożącymi krew w żyłach horrorami. Czegoż tu nie ma… Śmiercionośne węże, pająki (fuj!) i inne obrzydliwe stwory, zaginione miasto zbudowane przez starożytną cywilizację, która uległa zagładzie przed wiekami, stojące na jego straży tajemnicze i wielce krwiożercze istoty, hitlerowskie truchła walające się pośród podziemnych labiryntów, złowrogie i uzbrojone bojówki na pasku wielkich koncernów, chcących przekształcić amazońską dżunglę w jeden wielki Disneyland… Niewątpliwie Autor zasługuje na pochwałę za wykreowanie złożonej i wartkiej fabuły, pełnej ciekawych pomysłów i błyskotliwie poprowadzonych wątków - na czele z tym miłosnym, łączącym Ulissesa oraz Cassandrę. Sądzę jednak, że wszystkich tych fajerwerków jest w treści zdecydowanie za dużo. Minusem jest także pewna wtórność - całość jako żywo przypomina bowiem przygody Indiany Jonesa, nieraz w ich wręcz dosłownej odsłonie a także sceny z filmu grozy „Zejście”, w którym człekokształtne stwory masakrują Bogu ducha winnych „człowieków”, co to mieli nieszczęście nieproszeni zawitać do ich siedzib. Książkowe bestie wyglądem przypominają zresztą toczka w toczkę, Точь-в-точь, słynnego ósmego pasażera Nostromo. W części wydarzeń „Ostatniego zaginionego miasta” można dopatrzeć się też braku logiki i niskiego prawdopodobieństwa ich zajścia. Pomimo tych niewątpliwych niesnanek i niedociągnięć - myślę że ta proza to całkiem dobra rozrywka na jeden raz, która spodoba się każdemu wielbicielowi efektownych przygód. Tym razem opatrzone plusem 6/10 - a ja już czekam na kolejną wyprawę, na jaką zapewne już niedługo porwie czytelników Autor. Po namyśle… może i właściwie na taką z jadowitymi wężami (ale bez ośmionogiego tałatajstwa) by się człowiek wybrał, aby jednego nabyć na własność. Kto wie, co się kiedyś przyda. 😉

„Ostatnie wydarzenia ujawniły mroczną tajemnicę. Cmentarzysko na obrzeżach miasta, pełna bezimiennych grobów, skrywało szczątki ofiar Morcegów - ludzi, którzy zaginęli bez śladu.”

You May Also Like

0 comments

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)