Matt Childeis - Luna Moth - recenzja
Jestem Twoim aniołem lub diabłem stróżem. Muchą na ścianie, która śledzi każde Twoje poczynanie albo wielką ćmą, której skrzydła fosforyzują zielenią. Wyśniłeś mnie w swoim koszmarze, czy to ja sam jestem odpowiedzialny za jego kształt, nie wiesz tego. Karmię się Twoją mrocznością, odwołuję do posiadanej ciemności, żywię każdym z grzechów głównych. Zawsze tutaj jestem. Strzegę nikczemności Twoich uczynków, a może im zapobiegam. Nie pozbędziesz się mnie, nawet gdybyś bardzo tego pragnął. Każdokrotnie sam wybieram kolejny cel, wiedziony misją lub instynktem. Trzydzieści lat w dowolnie wybranej powłoce, którą mogę modyfikować, aby jak najsilniej zbliżyć się do ludzkiego świata i człowieczych oczekiwań. Trzy dekady, lecz wciąż nie pamiętam najważniejszego… Pióra, krew, ziemia, przekwitłe kwiaty… Jak dokładnie to brzmiało? Przypomnę sobie, przecież znam niemalże cały absolut, tylko… Skrzydła, woń roślin… Nie. Jeszcze nie jestem skończony, nie wypełniłem tego, po co tutaj przybyłem. Może okaże się, iż to Ty jesteś kolejną ze wskazówek na nielinearnej drodze, jaką kroczę, pojawiając się to tu, to tam. Teraz obserwuję mężczyznę po drugiej stronie parku, widzisz go? Na jego okolonym zakolami czole perli się pot - nie z powodu gorąca ani zdenerwowania. To obrzydliwa ekscytacja, jaka ogarnia go zawsze przed spełnieniem następnego obelżywie lubieżnego czynu. Dostrzegłeś już tamtego chłopca, na którego brzuchacz spogląda, prawda? To jedna z jego przyszłych ofiar, wybrana szczegółową selekcją po dniach obserwacji. Kilkulatek nie jest świadomy zagrożenia, ale od tego właśnie ma mnie - wystarczy, że ja tu jestem. Zwyrodnialec nie ma jeszcze pojęcia o tym, że już tego wieczora jego mózg rozpryśnie się na anonimowej ścianie, twarz przestanie przypominać jakąkolwiek znaną formę, zaś rozczłonkowane ciało nigdy więcej nikogo nie skrzywdzi. Może zabijam własny czas, lecz to jedno z moich przeznaczeń. Kim więc jestem: diabłem czy aniołem stróżem? Oto moja vendetta. A może próba odejścia z tego podlejącego świata…
„Współcześni poeci, których
słowa potrafią wybudzać zarówno anioły, jak i demony, wzruszać i pchać w
nienawiść… Stałem się świadomym koszmarem, błąkającym się pośród ludzkiego brudu,
by od czasu do czasu dostrzec jakiegoś motyla.”
Kiedy dotykasz ciała Anastazji, które chłodnieje z każdą upływającą sekundą, myślisz sobie, że przecież to jeszcze nie jest jej czas. Nie powinien tak szybko nadejść, wszak widzisz w młodej kobiecie ledwie tlące się iskry życia, choć wszystko wskazuje na to, że ona sama ich nie dostrzega. Nie chcąc pozwolić jej odejść, poprzez naznaczoną jej istnieniem materię wnikasz w jej niespokojny, może ostatni sen. Dlaczego podjęła tę najostateczniejszą z decyzji? Błysk, przemierzasz pierwsze ze wspomnień a potem kolejne i jeszcze jedno. Poznajesz ją kawałek po kawałku, by w końcu na zawsze naznaczyć jej rzeczywistość. Znowu nie potrafiłeś się przed tym powstrzymać, lecz może choć tym razem uda Ci się uchronić młodą kobietę. Towarzyszysz jej, mimo że nie powinieneś, z każdym momentem obiecując sobie, że to już… przedostatni raz. Czy to dlatego, że przypomina Ci Wandę, o której wciąż nie potrafisz przestać myśleć? Obserwowałeś ją jako małą dziewczynkę, byłeś kompanem podczas pochmurnych dni. Wspólnie poznawaliście świat literatury i muzyki, dzieląc samotność na dwoje, niczym mentor i jego uczennica. Czarnoskrzydły, zbyt późno dostrzegłeś, że dorasta i zaczyna czuć do Ciebie coś, co nigdy nie miało prawa się narodzić. Wyrzucasz sobie, iż pozostawałeś tak ślepy, gładząc zimny kamień jej nagrobka. Odwiedzasz go niemalże codziennie, za każdym razem próbując zaskoczyć inną kwiatową kompozycją. Czerwona lilia pajęcza - to ostatnie, co tak silnie do niej przystaje - wydaje się jednak niedościgniona… tak samo jak to, by móc cofnąć czas i nigdy nie opuścić dziewczyny. Chyba jednak nie powinno się próbować zaburzać czasoprzestrzeni i knuć szyków przeznaczeniu… Ono zawsze wygrywa. Składasz kartkę na dwa, cztery i osiem a potem jeszcze kilka razy, w niezliczonej próbie odmiany losu następnej młodej kobiety. I właśnie wtedy z całą wampirzością i końcówkami włosów skąpanymi we krwi w Twoje życie wkracza Letycja, cała na impertynencko.
„Są cechy, które żyją w
Tobie tak długo, jak żyją pewne osoby; gdy zabraknie tych osób, zabraknie też tych
cech. (…) Mokra ziemia, przekwitłe kwiaty, pióra przesiąknięte ludzką krwią…
Przyrównujemy się do aniołów, tymczasem bliżej nam do diabłów. Wszystko zaklęte
w zaschniętej, krwawej mozaice, a wokół niej słowa, które siekają głębiej niż
maczety.”
Jako nocny motyl, demoniczna istota cienia, która może wcale nią nie jest, nienawidzisz person posiadających kły. A już szczególnie wówczas, gdy mimo wszelkich mniej lub bardziej widowiskowych, nasączonych posoką przestróg, odważają się polować na Twoim terenie. A jednak jest coś w tej małej krwiopijczyni takiego, że nie potrafisz obrócić się od niej obojętnie. Może to jej pełne rozczarowania pytanie, czy mimo niechęci względem wampirów, zainteresowałbyś się nią, gdyby była ładniejsza? Spokoju nie daje Ci także fakt, że zaczynasz tęsknić za jej złośliwymi przytykami oraz rozmowami pełnymi przekomarzanek. Gdziekolwiek się nie udajesz, wciąż starając się realizować misję ochrony, naprawy i oczyszczania świata, niska i chuda kobieta pojawia się na obrzeżach Twojej jaźni. I choć przecież Ty już nie masz prawa kochać, a Twoja rzeczywistość składa się z grzechów brudnych i głównych, zaczynasz dopuszczać do głosu myśl, że może tak naprawdę wszystkie opowieści faktycznie są o miłości. Skąpany w morzu ludzkiej ohydy, z której niezmywalną warstwą walczysz, wciąż potrafisz jednak dostrzec biel i światło. Mrok przecież nie miałby prawa w ogóle bez nich istnieć. Nie byłby dostrzegalny, tak samo zresztą jak i Ty sam. I ten oszukany, obdarty z własnej służby, który niestrudzenie podąża Twoim śladem w oczekiwaniu na ostateczne starcie… To kraina aniołów i demonów, zaś obu ich przecież potrzebuje człowiek. Aby nie zatriumfowało ani dobro, ani zło - jako że oba się równoważą w tańcu nieskończonej holistyczności. Tylko… nie powinieneś zapomnieć o tym, że ludziom nie wolno kochać aniołów, jako że żaden nie jest im przeznaczony na zawsze. Pojawiają się i odchodzą, utraty bezpowrotne. Co jeśli tak samo jest w przypadku nocnych motyli, nakarmionych pychą snów, co to na chwilę znalazły się wśród wampirów w świecie śmiertelników?
„Nagle zrozumiałem, że
wszystko, na co pragnę spojrzeć, potrzebuje mroku. Bo mrok, w przeciwieństwie
do światła, zawsze coś skrywa i nie ma znaczenia, czy jest to rzeczywiste, czy
tylko urojone. (…) Świat byłby bardzo nudnym miejscem, gdyby za każdym razem
można było przewidzieć konsekwencje naszych czynów.”
791 stron ozdobionej piękną
okładką treści świadczy o tym, że Matt Childeis zalicza się do debiutantów odważnych
- mało który pisarz decyduje się bowiem na to, aby jego pierwsza książka była aż
tak obszerna. Choć początkowo byłam zdania, iż powieść „Luna Moth” mogłaby zostać
odchudzona o część scen oraz nader drastycznych opisów, szybko wsiąknęłam w
wykreowany przez Autora, na wskroś mroczny świat i zmieniłam zdanie. Myślę, iż
stało się tak przede wszystkim za sprawą wyjątkowych kontrastów w tej złożonej
z cienistości prozie. Z jednej strony czytelnik poznaje Raspaela -
zniesmaczonego współczesnością osobnika, który lubuje się w krwawych uczynkach,
jawiąc się jako demon zemsty i anioł sprawiedliwości równocześnie. Karmiący się
złem snów i ludzkich sumień Koma sam jest niczym jeden z grzechów głównych,
choć równocześnie robi wszystko, by niczym origami, poskładać ludzkie życia w
inny, lepszy kształt. Każdy kochanek prozy spod ciemnej gwiazdy pokocha tę
postać - swoistego mściciela, naprawiacza istnień i… kogoś, kto potrafi cytować
piosenkę Łez, mówiąc, iż przecież ma całe życie, by nauczyć się pewnej kobiety
na pamięć. Najświetniejszym kontrapunktem do zbrodniczych wydarzeń w całej
historii jest moim zdaniem właśnie fakt, iż Childeis wplata do tekstu
niezliczoną ilość cytatów ze świata muzyki oraz literatury. Niezmiernie cieszy me
głodne oryginalnych rozwiązań semantycznych oczy także fakt, iż Anioł-Demon rozwikłuje
rzeczywistość poprzez kwiatowe wonie. Na domiar dobrego, Twórcy nie brakuje
także cokolwiek ciętego poczucia humoru, które objawia się chociażby w trakcie
rozmów głównego bohatera z jego śląskim przyjacielem Horstem czy ironiczną
wampirzycą. Tekst o tym, iż gdyby Raspael, nieuleczalny kurwiarz, układał wersy
piosenki „Baśka” Wilków, miałaby ona tysiąc zwrotek czy ten, w jakim mężczyzna
gdyba nad faktem, iż w piekle z pewnością jest specjalne miejsce dla osób, które
do słodkości dodają rodzynek - lecz zabawnie byłoby, gdyby w takiej lokacji był
też Hitler… Kapitalne! Wzruszeń także nie zabrakło. Ludzkie tragedie, anielskie
i demoniczne dzieje - pełnia świata spod skrzydeł. „Pióra, krew, ziemia,
przeklęte kwiaty… A wokół nich kruki… Tysiące ptaszysk…” - poproszę o więcej. Okraszone
plusem 8/10.
„Biło od niej pewnego
rodzaju echo przeszłych wydarzeń. Cudownych wydarzeń, wielu szczęśliwych lat,
obleczonych w potworną tragedię, niezrozumiałą dla niej i ulotną jak zakończony
sen. To wszystko sprawiało, że była żywym oksymoronem. Chodzącą dobrocią
otuloną demonami, z którymi nauczyła się żyć. (…)”

0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)