Oto nadeszła wiekopomna chwila
- bowiem wielbione przeze mnie Wydawnictwo Ale, do którego książek nigdy nie miałam
ani jednego ale (!) uraczyło mnie opowieścią, która bez wątpienia rozkocha w
sobie miłośników nowoczesności poglądowej oraz wolno roziskrzających się
romansów, czyli tych utrzymanych w nurcie określanym mianem „slow burn” w wersji
definitywnie nieszybkiej, a jaka to jednak moją osobę nie do końca przekonała.
Wszystko za sprawą głównego bohatera, który względem mych prywatnych odczuć
musiałby się dla odmiany zakwalifikować w kategorii literackich nie-mężów. O
ile bowiem uważam, że zadziwiająca społecznie akcja panów pod tytułem me too i
mężczyźni też płaczą (a i powinni - podczas narodzin pierworodnego, śmierci
matki, tudzież współodczuwanych krzywd małżonki) jest czytelniczo ciekawa (choć
u konserwatystów mego pokroju powoduje pogłębienie zmarszczek na czole od unoszenia
brwi i przewracania oczyma w północne strony świata), o tyle Graham Kelly jest
w swoim odwrotnym MOIM ZDANIEM (do jakiego mam pełne prawo) byciu męskim
skrajnie przerysowany. Przez to druga część dylogii „Fire & Ice” pod tytułem
„Broken ice”, którą napisała Karolina Żynda u kobiet tradycyjnych (cześć, tu Tyrannosaurus
rex! 😉), hołdujących klasycznym wartościom i
takimż rolom społecznym oraz pewnym przymiotom (rzekomo) brzydszej części ludzkości
może wielokrotnie okazać się irytująca. Jako kochanka prozy traumatycznej i
traumatyzującej, z przechyłem w niewiadomą stronę, znam doskonale pojęcie
rzeczonej podstawy słowotwórczej, czyli traumy, jaka to dotknąć może każdego,
niezależnie od płci - i wszyscy będą przeżywali ją różnie. Mam natomiast
uzasadnione obawy co do tego, jaką obroną, wsparciem i pomocą byłby dla mnie mój
mężczyzna (chwała, pokarało mnie personalnie wymarzonym księciem z b… naszego
ukochanego koszmaru, którego sama sobie zazdroszczę) w chwili próby (chociażby
napadu czy konfliktu militarnego), gdyby z tragediami NIE radził sobie jak
Graham. Czytaj…
Takiego thrillera w doskonale wyważony sposób skrzyżowanego z kryminałem definitywnie potrzebowałam! Choć dotychczas twórczość Agnieszki Anny Milewskiej nie była mi znana, niniejszym oświadczam, iż od tej pory będę z niecierpliwością wyczekiwać każdej kolejnej książki spod jej pióra. Co więcej, jest to jeden z tych najbardziej wyjątkowych, na wskroś pozytywnych zaskoczeń, jako że lektura początkowych kilkunastu stron „Kim jestem?”… niezmiernie mnie zirytowała - a wszystko to za sprawą pyskatej, nieznośnej i irytującej bohaterki. Wybudzona po ciężkim wypadku w szpitalu, w pierwszych rozdziałach odznacza się wręcz okrutnie roszczeniową i niesympatyczną postawą. I ciężko to nawet wytłumaczyć posttraumatyczną amnezją - jako że jej stosunek do personelu medycznego, który przecież przywrócił ją do świata żywych i czuwa nad jej dobrostanem, jest zwyczajnie nieuzasadnienie negatywny, zakrawający chwilami na skrajnie agresywny. W pewnym momencie przeszło mi nawet na myśl, że ciężko będzie dotrzeć do ostatniej strony książki, jeśli tymczasowo Bezimienna będzie się zachowywać w tak denerwujący sposób… i, och - jakże pięknie się rozczarowałam! Z każdą kolejną przewróconą kartą historia zaczynała porywać mnie coraz bardziej w swój złożony z niepewności, zwichrowanych zawirowań, niedorozumień i niedookreśleń świat a postawa naczelnej żeńskiej postaci okazała się o wiele silniej złożona niż można było w ogóle podejrzewać. Na skutek zderzenia ze skrajnie inną osobowością, nieskończenie dobrym lekarzem imieniem Olgierd, ewoluowała zresztą na tyle, iż pod koniec opowieści urzekała już jedynie odpowiednią ilością pazura. Tego rodzaju zakręcenie fabułą, bohaterami oraz samym czytelnikiem świadczy o dużym kunszcie literackim Autorki. Podobnie jak i fakt, że często wykorzystywany w historiach spod ciemnej gwiazdy motyw okresowej niepamięci został przez Pisarkę zaserwowany w niewtórny sposób. Pozostaje mi napisać: passo, trwaj, jesteś przepiękna - jako że ostatnio nareszcie mam szczęście do dobrych powieści!
Wydawnictwo Ale znowu to
zrobiło… choć może właśnie czegoś nie uczyniło. „Twój ruch” Weroniki
Jaczewskiej nie okazał się bowiem tą pierwszą książką opublikowaną pod jego
szyldem, która nie przypadnie mi do gustu. Wręcz przeciwnie! Po lekturze tej
powieści (jaką pochwalić trzeba także za sensualnie elegancką okładkę) muszę
raczej bowiem stwierdzić, iż to jedna z najbardziej otulających czytelnika
historii z motywem od przyjaciół do kochanków, jaką miałam okazję czytać w
swojej cokolwiek długiej, recenzenckiej karierze. Wszystko za sprawą… Cava,
głównego bohatera płci męskiej (to on zakochuje się pierwszy!). Autorka nader
celnie i słusznie przestrzega na samym początku, iż przed odbiorcą poznanie
literackiego księcia rodem z bajki - i to takiej, w której każda księżniczka
powinna się znaleźć, najlepiej na całe życie. Podobnie szczęśliwe z uśmiechem
pozdrawiam, jeszcze poszukującym właśnie takiego pana w prawdziwym życiu życzę.
Ostrzegam lojalnie, Elliot Cavendish to pozycja obowiązkowa w kolekcji
książkowych mężów każdej czytelniczki! Jestem także zdania, iż ten romans to
świetny wybór na wakacyjne wojaże - nawet, jeżeli te odbywają się jedynie (tudzież:
aż) ścieżkami wyobraźni. Albo właśnie przede wszystkim wówczas! Oprócz
popularnego, choć bardzo ciekawie zaaranżowanego w tym wypadku, przedstawienia
relacji między naczelnymi postaciami w linii biegnącej od dziecięcej sympatii
do prawdopodobnego związku w dorosłym życiu, oczywiście po rozlicznych
zawirowaniach losu, w książce występują także wątki dotyczące tenisa, jako że
to właśnie z tą dziedziną zawodowo powiązany jest Cav. Nie dominują jednak one
fabuły - przez co nie napiszę także, iż najnowsza propozycja prozatorska
Jaczewskiej to romans sportowy; tego rodzaju semantyczne twory uważam za
niesłuszne pod względem klasyfikacji gatunkowej. To po prostu romans - taki, z
jakim chce się spędzić udany wieczór, ze wszech miar zrelaksować i docenić
lekkość Autorki we władaniu słowami. Przyjacielsko, przyjaźnie przytulny. 😉
Gdy
zostałaś wyznaczona do prowadzenia śledztwa w sprawie zabójstwa Stelli
Pisicchio, nie przypuszczałaś, że będzie jednym z najtrudniejszych w Twojej bogatej
karierze wiceprokuratora w niewielkim włoskim mieście - Materze. Z początku jej
zejście ze świata sprawiało wrażenie zupełnie banalnego nieszczęścia, do
którego doszło w trakcie gry dla dorosłych. Im bardziej jednak je analizujesz,
tym silniej staje się zagadkowe. Denatkę znaleziono leżącą na brzuchu w łóżku w
zmysłowej, koronkowej bieliźnie, zaś na jej nadgarstkach widniały liczne siniaki.
Szybko ustalono, że została uduszona w środku dnia. O ile autopsja ciała nasuwa
oczywiste wnioski, to już okoliczności zdarzenia zaczynają budzić wątpliwości. Nie
stwierdzono żadnych śladów włamania, drzwi były zamknięte od wewnątrz na zamek
z blokadą a mieszkanie znajduje na ostatnim piętrze kamienicy. Jak więc złoczyńca
opuścił miejsce zbrodni? Nie mógł po prostu zejść schodami, gdyż przy wyjściu
mieści się zakład krawiecki, którego właścicielka ma je cały czas na oku a w
dniu morderstwa nikogo nie spostrzegła. Zresztą w owianej nienajlepszą sławą
dzielnicy Serra Venerdi każdy zna każdego, więc obcy zostałby natychmiast
zidentyfikowany. Została wybudowana dla rodzin przesiedlanych z rozpadających
się budynków w najstarszej części miasta i z powodu ich nonszalancji w
traktowaniu nowych mieszkań zyskała miano Osady Apaczów. Podobno nowi lokatorzy,
nie wiedząc do czego służą wanny, hodowali w nich pietruszkę, choć nie bardzo w
to wierzysz - do czego bowiem byłaby im potrzebna aż taka ilość tej rośliny? Początkowo
sądzisz, że Stella zajmowała znacznie bardziej wyrafinowanymi czynnościami, na
co wskazywał jej wyzywający strój, a także fakt licznych połączeń telefonicznych
z zastrzeżonymi numerami, prowadzenie „obleganego” profilu w aplikacji
randkowej oraz gruby zwitek banknotów w szufladzie szafki nocnej o wartości
dwóch tysięcy Euro.
Spośród wielu publikacji
dla młodszych czytelników czasem ciężko jest wybrać tę jedną, która okaże się
odpowiednio wartościowa, będzie świetnym pretekstem do dalszych rozmów, prawdziwie
zainteresuje dziecko - a może nawet poszerzy jego wyobraźnię i rozpali chęć do
poznania bliżej tego czy innego tematu. Jeśli więc szukasz idealnej książki na
wakacje dla syna, córki, brata czy siostry - albo po prostu znanej Ci pociechy,
jaką chciałbyś uśmiechnąć i obdarować świetną historią - „Złodziej czasu”
Michała Kuźmińskiego jest idealną propozycją. Napisana lekkim językiem treść,
pełna absorbujących zagadek, prezentująca ważkie zagadnienia - z pewnością stanie
się strzałem w dziesiątkę dla niemalże każdego odbiorcy, który już kocha lub
dopiero uczy się uwielbiać opowieści tajemniczej treści. 203 strony zostały
także ubarwione kilkoma pięknymi ilustracjami w czerni i bieli, stworzonymi
kreską bez wątpienia utalentowanego rysownika. Choć powieść przeznaczona jest z
założenia dla dzieci w wieku od 9 do 12 lat, po lekturze śmiem twierdzić, że
nieco młodsze również świetnie odnajdą się w tej barwnej fabule - oczywiście z
kilkoma objaśnieniami uczynionymi przez dorosłych. A co do tych ostatnich czy
starszej młodzieży… jako siostra trójki młodszego rodzeństwa z ogromnym stażem
w czytaniu wszelkich bajek i dziecięcych narracji, muszę przyznać, że sama zrelaksowałam
się i dobrze bawiłam w trakcie poznawania kolejnych krótkich, ciepłych i
intrygujących rozdziałów książki Autora. Sądzę także, iż - zważywszy na posłowie
- Pisarza należy pochwalić za umiejscowienie akcji fikcyjnych wydarzeń w jednym
z najpiękniejszych zakątków Polski, czyli na Dolnym Śląsku, jaki to miałam okazję
zwiedzać podczas miesięcznych lub dłuższych wakacji ponad trzydzieści razy - i
to właśnie za czasów dzieciństwa. Te pełne sekretów Ziemie i wszelkie zjawiskowe
Zdroje aż proszą się o to, by stać się jakoby osobnym bohaterem historii… Dodatkową
zaletą jest fakt, iż Kuźmiński tłem fabuły uczynił „poniemieckość” tamtych terenów,
przybliżając młodym czytelnikom fragmenty rodzimej historii oraz… literaturę.
Prawdopodobnie w życiu nie
czytałam tak świetnie napisanej książki sensacyjnej - dygresyjnej powieści
drogi o niezwykle wciągającej akcji, zaserwowanej czytelnikowi gawędziarską warstwą
językową, z wręcz zaskakującą ilością komizmu sytuacyjnego. Jestem zdania, iż „Bellwood
Quarry”, w wersji zekranizowanej przez najlepszą ekipę filmową, mogłoby dumnie
stanąć w szranki z serialami pokroju „Breaking Bad” i podobnie jakościowymi
produkcjami. Bartłomiej Ludwisiak ma zaś rzadki talent. Pomimo tego, iż wykreowana
przez niego fabuła wielowymiarowością i złożonością zaskakuje po wielokroć, składane
przez niego umiejętnie zdania natychmiastowo materializują przed oczyma
odbiorcy skomplikowaną fabułę. Na uwagę zasługuje przy tym fakt, iż jego 412-stronicowa
opowieść praktycznie pozbawiona jest dialogów. W taką kreację narracyjną (w dodatku
pierwszoosobową, kocham!) zdecydowanie trzeba umieć - i to na mistrzowskim poziomie!
Co więcej, mój zachwyt nad tą propozycją literacką, która stała się bardzo
silnym pretendentem do tytułu KSIĄŻKI ROKU w moim osobistym rankingu, trwał
niezmiennie od pierwszego aż po ostatni rozdział - choć z przyjemnością
przeczytałabym ich jeszcze setki więcej. Przyznaję, iż poprzeczka dla
wszystkich historii, jakie będę miała okazję poznać w najbliższych miesiącach i
które mogłyby ją zdetronizować, została ustawiona naprawdę wysoko. Jestem także
przekonana, iż każdy miłośnik przeszywająco inteligentnych, zmyślnych treści
spod ciemnej gwiazdy zakocha się w tekście Pisarza od początkowych wersów. Niewymuszone
żarty sytuacyjne, wygłaszane niejako śmiechem przez łzy przez głównego bohatera,
który każdą kolejną tragedię, jaka go dotyka, przyjmuje z męskością i swoistym
spokojem, udowadniającym dystans do świata i rzeczywistości, są absolutnie
urzekające. Nie brakuje jednak także smutnych konstatacji i rozważań opartych
na prawdziwych wydarzeniach. Tytułowy Bellwood Quarry faktycznie zresztą
istnieje. Po gigantycznej transformacji, dziś jest zielonym parkiem rozrywek
wodnych. Onegdaj był kamieniołomem, w jakim wydarzyło się wiele mroczności…
Kiedy
Twoje życie straciło wszelki cel, popadłeś w odrętwienie. A teraz postanowiłeś
nieodwołanie je zakończyć. Na szczęście sceptycznie podchodzisz do spraw
związanych z wiarą, więc żadne hamulce moralne nie są w stanie odwieść Cię od
tej decyzji. Zresztą, nawet mocna wiara w Opatrzność nie skłoniłaby Cię do dalszej
egzystencji w sytuacji, gdy nie ma to najmniejszego sensu, a każdy dzień i
każda godzina są czystą udręką. Teraz stoisz na barierce mostu i patrzysz w
czarną otchłań, na której końcu czeka Cię spotkanie z rzeką, jaka pozwoli nareszcie
zasnąć na zawsze i nie czuć ciągłego bólu rozrywającego serce. W ostatnich
chwilach gorzko myślisz, że czterdzieści lat, które spędziłeś na tym świecie, zostało
dotknięte takim tsunami nieszczęść, że żaden człowiek by sobie z tym nie
poradził. Pierwsze miało miejsce, kiedy ledwie skończyłeś trzynaście lat. Ukochana
mama zachorowała na glejaka i choć starałeś się nie przyjmować tego do
wiadomości, wkrótce z rozpaczą patrzyłeś, jak kona w szpitalnym łóżku,
ściskając z całych sił Twoją dłoń. Byłeś z nią bardzo związany, więc z chwilą jej
śmierci runęło Twoje kruche i bezpieczne dziecięce uniwersum. Na domiar złego,
ojciec nie poradził sobie ze stratą. Uciekł w alkohol, który - jak to zwykle
bywa - prowokował gwałtowne zachowania. Utalentowany malarz, jakiego dzieła
znajdowały licznych wielbicieli i zapełniały ściany domostwa, stał się zwykłym
pijakiem. Rodzinną siedzibę zmienił w melinę, z której uciekałeś przy każdej
okazji - nocowałeś u babci, która jednak wkrótce zmarła. W Twoje osiemnaste
urodziny przekroczył wszelkie granice. Przy zgromadzonych gościach rozpętał
karczemną awanturę, a gdy dotknięty do żywego zwróciłeś mu uwagę, rzucił się na
Ciebie z pięściami.
W literackiej przeszłości miałam już wiele okazji, by poznać twórczość Katarzyny Haner - polskiej Pisarki, którą cenię za wszechstronność. Jej romanse mafijne niezmiennie porywały mnie dynamiką do wykreowanych światów, komedie romantyczne bawiły żartami sytuacyjnymi, zaś mniej lub bardziej gorące historie o miłości kradły z codzienności i przenosiły do rzeczywistości fikcyjnych bohaterów. Co może Cię zaskoczyć, pierwsze książki Autorki poddawałam ocenie jeszcze za czasów blogosfery - około dekady temu! Z tego powodu mam do jej prozy spory sentyment i z niegasnącym zainteresowaniem wypatruję kolejnych propozycji literackich spod jej pióra, które - co naturalne przy tak dużym doświadczeniu w tworzeniu narracji przeznaczonych głównie dla kobiet - cechuje się przyjemną lekkością oraz sporą płynnością. Muszę jednak nadmienić, iż „Tajemnice, które nas niszczą” (opublikowane przez uwielbiane przeze mnie Wydawnictwo Ale, które wciąż nie sprostało mojemu wyzwaniu, nie przyjąwszy pod skrzydła opowieści, która mi się nie spodoba 😉) w znacznym stopniu mnie zaskoczyły. Oprócz tytułowych sekretów z minionych lat, co to wciąż odkładają się na życiu wykreowanych przez Haner sylwetek długim cieniem, fabułę naznacza bowiem jeden z najpopularniejszych motywów, czyli od przyjaciół do kochanków. Przyznaję, że… z tak jego smutną, tęskną i naznaczoną trwożącymi tragediami odsłoną nie miałam chyba do czynienia - choć w żadnym wypadku nie jest to przywara. W świecie przesłodzonych romansów, które przedstawiają rozwój relacji pomiędzy dwójką najlepszych kumpli, jakich to ciągnie do siebie zazwyczaj jeszcze od czasów wspólnego dzieciństwa, jest to złożona i na swój sposób bardzo ożywcza odmiana. Tekst traktuje także o ważkich kwestiach - radzeniu sobie z winą, wadze niesłusznych oskarżeń, wykluczeniu ze społeczności niewielkiego miasta czy… niejakiego syndromu Mesjasza, który jest mi doskonale znany. Często bowiem zatraca się siebie, walcząc o wszystkich pozostałych. Nawet, jeżeli ci wcale na to nie zasługują…



.jpg)
%20(1).jpg)