• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Pompeje to starożytne miasto, położone na końcowym fragmencie italskiego buta, w słonecznej i urodzajnej Kampanii. Intersujący się historią Imperium Rzymskiego kojarzą je przede wszystkim z bogactwa zachowanych form archeologicznych, a także odgrywanej przez nie roli ważnego portu handlowego. Wszystkim innym przed oczyma stają wstrząsające, zaklęte w gipsie oblicza zmarłych próbujących złapać ostatni oddech, który zdradziecko i nieubłaganie wypełniał ich płuca gorącym wulkanicznym pyłem oraz trującymi gazami pochodzącymi z erupcji pobliskiego Wezuwiusza. Umiejscowienie grodu w Zatoce Neapolitańskiej, wprost nad morzem Tyrreńskim, gdzie zbiegały się liczne szlaki kupieckie było dla niego błogosławieństwem, lecz tylko do 79 roku n.e. W nim właśnie, a dokładnie 24 sierpnia, choć niektórzy historycy wskazują datę o dwa miesiące późniejszą, ogromny krater przebudził się do życia, eksplodując na wysokość nawet 33 kilometrów i całkowicie niszcząc Pompeje oraz pobliskie Herkulanum i Stabie, w których elita Cesarstwa postawiła swoje oszałamiające wille. Epicentrum wybuchu znajdowało się w odległości zaledwie około 9 kilometrów od aglomeracji, co przesądziło jej los. Nawet nad odległym Rzymem zapadło zaćmienie słońca a pył wulkaniczny dotarł do Egiptu i Syrii, co daje pojęcie o jego skali, wobec której także współczesne państwo, dysponujące nieporównywalnie doskonalszymi środkami technicznymi, byłoby zupełnie bezsilne. Oblicza się, że wyzwolona została energia cieplna 100 tysięcy razy większa niż ta, jaką wzbudziły bomby atomowe zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki. Skutkiem był wyrzut ogromnej ilości lawy oraz stopionych błyskawicznie skał, gorącego pyłu i popiołu z prędkością 1,5 miliona ton na sekundę. To zaś spowodowało, że na miasto opadła gorejąca chmura wyziewów o temperaturze, jak się szacuje, nawet kilkuset stopni Celsjusza.

00:48:00 No comments

Thriller z klaustrofobiczną atmosferą, w którym nic nie jest tym, czym zdawało się być, zaś główna bohaterka wydaje się cierpieć na zaniki pamięci lub nawet znajduje się w stadium eskalującej paranoi? Oto i on - „Wdowa” napisana przez nieznaną mi wcześniej, pochodzącą z Norwegii, Helene Flood. Po lekturze recenzowanej książki zyskałam pewność, że od tej pory będę niecierpliwie wypatrywać każdej kolejnej spod pióra utalentowanej Pisarki. Świetną, nader dynamiczną warstwą językową o raczej krótkich rozdziałach i przystających do nich zdaniach, którym jednak nie brak niekiedy poetyckości, Autorka maluje przed odbiorcą słowami historię, od jakiej wprost nie sposób się oderwać. Początkowo wszystko jawi się jako dość oczywiste - mąż, który spędził z żoną blisko pięćdziesiąt lat w udanym związku, pewnego dnia wybywa do pracy na reperowanym własnoręcznie rowerze tylko po to, by nigdy już nie wrócić - równocześnie czyniąc z kobiety wdowę, jak i sieroty z trójki swoich dorosłych już dzieci, dwóch córek oraz syna. Chwilę po tym, gdy mężczyzna opuszcza dom, do Evy, naczelnej postaci, przybiega nielubiana w okolicy sąsiadka - wyraźnie zdenerwowana, rozemocjonowanym głosem informuje ją, że musi natychmiast za nią podążyć, jako że Erling miał wypadek. Obrazy, które kobieta zastaje na miejscu zdarzenia już nigdy jej nie opuszczą - pasek kasku wciąż zapięty pod szyją, białka oczu ledwie widoczne zza kurtyny opadłych na nie rzęs, pęknięcie w chodniku i ta widywana prawie pięć dekad dłoń, co to leży bezładnie na asfalcie, wciąż błyskając noszoną od niemalże zawsze, złotą obrączką… A potem śmierć w karetce. Odrętwienie, te pierwsze dni PO Tym Dniu, kiedy jeszcze nie do wszystkich dociera, że nie ma już świata, jaki znali. Tylko że przybyły do domu śledczy wywróci porządek rzeczywistości jeszcze bardziej, zdradzając, iż wcale nie był to przypadkowy zawał - dowody wskazują na to, że ktoś usilnie próbował pozbyć się mężczyzny z tego świata. Sama Evy, która coraz większej ilości rzeczy nie pamięta? Tak, tak skonstruowanych thrillerów mi trzeba.

21:54:00 No comments

Retellingi, czyli doskonale znane historie napisane na nowo, zaliczają się do kategorii moich prywatnych „zakazanych przyjemności”. „Zatruta” Jennifer Donnelly przedstawia jedną z opowieści, jakie bardzo ceniłam w dzieciństwie - choć miłość do podobnych baśni chyba nigdy mnie nie opuści. Opublikowana w twardej oprawie z pięknymi barwionymi brzegami w Wydawnictwie Zysk i S-ka, definitywnie cieszy oczy. To samo czyni jednak treść - a przyznaję, iż wariacjom na temat bajań o Królewnie Śnieżce ciężko już mnie zaskoczyć, jako że powstało ich zaskakująco wiele. Jak udowadnia posiadająca bezsprzecznie duży talent Pisarka, wciąż da się wykreować prozę, której jeszcze nie było - nie tylko poszerzając klasyczny tekst narracji, ale i ubarwiając go zupełnie nowymi elementami, jakie przeniosą odbiorcę w świat bajek, sennych marzeń i… koszmarów. Propozycja czytelnicza Autorki zalicza się bowiem do… nader mrocznych. Zła i złożona z zazdrości królowa chyba jeszcze nigdy nie była aż tak okrutna. Czarnowłosa i bladolica Sophie - w tak dużej mierze skomponowana z życzliwości, dobroci oraz właściwej wiekowi niespełna siedemnastu lat naiwności a także mrzonek o szczerej, nieskończonej miłości i wiary w to, że władca może rządzić sercem i łaskawością zjednać sobie poddanych. Rolę siedmiu krasnoludków pełni natomiast siedmioro mężczyzn, mieszkających w zaczarowanej chacie pośrodku lasu z kucharzem pająkiem o przyjaznym usposobieniu oraz biedronką, co to pełni rolę gospodyni domowej. Łowca odpowiedzialny za pozbawienie Śnieżki serca staje się natomiast silnie cieniście złowieszczym, wszechwiedzącym narratorem opowieści. Donnelly na tym jednak nie poprzestaje, jako że do fabuły wkracza jeszcze wiele innych postaci, spośród których każda wnosi do niej coś innowacyjnego. Pozostaje mi nadmienić, iż niezmiernie się cieszę, że klasyka pozostaje bezśmiertna - właśnie dzięki nieustającemu ożywianiu jej przez Twórców na najróżniejsze sposoby. Jak i dawno, dawno temu…

22:53:00 No comments

W TOMIKACH WIERSZY można przepaść bez reszty - tym bardziej, jeżeli są tak zjawiskowo przygotowane wizualnie jak reprint Wydawnictwa Grafika… i jeśli jak i ja pisało się kiedyś poezję. Okres wciąż wspominany z rozrzewnieniem. Tymczasem mam zaszczyt przedstawić Ci zbiory „Niedola” oraz „Burze”, których Autorką jest Ada Negri. Kim była owa zasługująca na pamięć i uznanie Pisarka liryki?

Ada Negri żyła w latach 1870-1945 i urodziła się w bardzo ubogiej rodzinie mieszkającej w Lombardii. Jej ojciec zmarł, gdy była niemowlęciem, zaś matka pracowała jako tkaczka. Negri zdobyła wykształcenie nauczycielskie i szybko zaczęła pracować w zawodzie, jednocześnie pisząc wiersze. Jej debiut poetycki o tytule „Fatalità” ukazał się w 1892 roku i niemal natychmiast uczynił z nieznanej wcześniej nauczycielki literata. Warto przy tym zauważyć, że kobieta tworzyła z pozycji kogoś, kto znał biedę i trudne społecznie tematy nie tylko z książek. Jej wczesne teksty stały się głosem ludzi pracy, kobiet, robotników, dzieci, ludzi wyrzuconych poza wygodny świat mieszczański. Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie określa jej dzieła z tego okresu jako połączenie postulatów ruchu socjalistycznego i emancypacyjnego z osobistymi wyznaniami kobiety i matki. Co ciekawe, Negri była pierwszą i jedyną kobietą przyjętą do Accademia d'Italia!

Tom treści, jaki chciałabym Ci dzisiaj przybliżyć, jest reprintem wydania „Niedola / Burze” z 1901 roku. Intrygujący fakt: nie jest to jeden oryginalny włoski zbiór. To wybór z dwóch pierwszych książek Negri: „Fatalità”, czyli „Niedola” (1892) oraz „Tempeste”, to jest „Burze” (1895). Przekładu dokonała Maria Konopnicka. Oryginalne oba tomy miały po 61 utworów, natomiast dawne warszawskie wydanie zawierało 41 wierszy z „Fatalità” i 52 z „Tempeste”. Nieprzypadkowo - carska cenzura nie dopuściła części tekstów, zwłaszcza tych o wyraźniejszej wymowie socjalistycznej, dotyczących nędzy, krzywdy czy wyzysku robotników.

23:27:00 No comments

Twórczość Keigo Higashino pokochałam od pierwszego przeczytania, toteż piszę tę recenzję z niemałym smutkiem, w związku z tym, że Autor niedawno zmarł. Coś podobnego przydarzyło mi się po raz pierwszy - zauroczyłam się każdą z jego książek, lecz tę ostatnio wydaną pod tytułem „Przybysz” przyszło mi poznać wówczas, gdy Pisarz stał się osobą świętej pamięci... Choć nijak nie rzutuje to na moją ocenę powieści, przyznaję, że towarzyszy mi cokolwiek dziwne uczucie. Jak jednak zapewnić sobie nieśmiertelność, jeśli nie dzięki opublikowanej prozie, która ma szansę żyć wiecznie, stać się pomnikiem trwalszym niż ten ze spiżu? W mojej pamięci tytuł „mistrz japońskiego kryminału” na zawsze pozostanie zarezerwowany właśnie dla Higashino. Tym bardziej, że jego historie… stanowią dla mnie pewien ewenement. Najczęściej nie znoszę, gdy lwią część fabuły pochłania śledztwo, przyćmiewając przemyślenia bohaterów, ich charakterystykę czy opisy życia wewnętrznego. Tymczasem opowieść, w jakiej naczelną postacią jest detektyw Kaga i o której kreślę dla Ciebie dzisiaj własną narrację, jest kryminałem… tak silnie kryminalnym, jak ten tylko może być. 😉 Mimo tego owa propozycja literacka pochłonęła mnie na tyle, iż nie potrafiłam jej odłożyć aż do poznania zakończenia. Świadczy to o wielkim kunszcie Prozaika, który miał niesłychany talent do zmyślnego konstruowania zagadek spod ciemnej gwiazdy. Nie jest to nawet „po nitce do kłębka”, a raczej: po maleńkim okruchu, który dla większości pozostaje niewidoczny, ku widowiskowemu pysznemu ciastu - finałowi. Pozornie niezwiązane ze sobą sylwetki majaczą w „Przybyszu” gdzieś na obrzeżach opowieści, ale ich losy szybko zaczynają się zazębiać. U kresu gawędy każda z nich staje się jednym z ogniw widowiskowo składającego się w jedną całość mechanizmu, którego ostateczny kształt potrafi zaskoczyć. I to mimo tego, że ofiara zbrodni była odbiorcy znana od samego początku! Takiż poziom sztukmistrzostwa uważam za niedościgniony. Kto wie, gdzie i komu Pisarz teraz prezentuje swoje godne podziwu, tekstowe układanki?

02:49:00 No comments

To byli Moi Przyjaciele. A potem, kiedy minęło to pierwsze i ostatnie wspólne lato o długości całego mojego życia, nie było już nikogo. Przecież wszyscy, których kocham i tak w końcu odchodzą - dlaczego więc miałbym się temu dziwić? Opowiem Ci jednak o tamtym morzu i słońcu, dwóch miesiącach zatrzymanych między próbą przetrwania a nieistnieniem, jedynym szczęśliwym czasie w życiu tej zgrai naznaczonej tragediami. O nastolatkach kąpiących się w marzeniach, choć obmywał je cały szlam świata, zwieszających nogi z molo na chwilę przed szalonym skokiem, tych uwiecznionych na obrazie, których większość nawet na nim nie dostrzega, bo i niewiele brakowało, żeby sam rysunek nigdy nie powstał. Żeby całej kuli ziemskiej nie przydarzył się artysta o talencie tak wielkim, że się na niej nie mieścił. Nakreślę ich słowami, bo wiele lat później poznałem dziewczynę, Ciebie - jedną z nas, choć nas od dawna nie było, a może istnieliśmy tylko w naszych głowach i nie było nas nigdy. A jednak nawet dziś czuję ten wiatr we włosach, kiedy w jednej z rzadkich chwil dziecięcego zwariowania pełnego beztroski zjeżdżaliśmy kradzionym sklepowym wózkiem z najwyższej górki naszego portowego miasta. Chłód piwnicznego pokoju, który urządziła mi mama, abym nie przebywał w domu składającym się z odchodzenia i śmierci taty, jakiego w pełnym zdrowiu nawet nie pamiętam. Ból, jaki sprawiało mi patrzenie na jednego z nich, na którego ciele jego własny ojciec postanowił przetestować sztukę łączenia dwóch barw - czerwieni krwiaków i fioletu siniaków, skomponowanych rzutem za trzy punkty wgniatającym kaloryfer raz niezliczony. Pamiętam tę, co nie znała strachu i chełpiła się najszaleńszymi z pomysłów tylko po to, by skryć całą miłość tej rzeczywistości, jaką dla nas w sobie nosi. Musisz poznać tę opowieść, choć ostrzegam - to będzie NAJPIĘKNIEJ NAJSMUTNIEJSZA KSIĄŻKA świata. Ktoś musi ocalić ich od zapomnienia, oddechem odżywić cień zasnuwający retrospekcje. A zatem przeczytaj. To były piękne wakacje. Mieliśmy czternaście lat i przed sobą… tylko śmierć.

00:21:00 No comments

Gdy tylko otwierasz oczy, natychmiast zalewa je światło jaskrawych jarzeniówek. Musisz często nimi mrugać, by osiągnąć odpowiednią precyzję widzenia. Jednocześnie czujesz, że Twoje serce podrywa się do intensywnej pracy - z uporem tłoczy krew do żył, aby zaspokoić potrzeby przebudzonego do życia ciała. Potem w Twoje nozdrza uderza duszący zapach płynów antyseptycznych i powoduje łzawienie. Wreszcie pojawia się natłok chaotycznych myśli, które krzyczą w środku głowy: kim jestem i gdzie się znajduję? Pamięć okazuje się prawdziwą „czarną dziurą” - mimo Twoich rozpaczliwych wysiłków, aby wywołać jakiekolwiek klisze na których zapisana została przeszłość. Jedna wielka pustka… Po chwili pojawia się jednak pewien obraz: siedzisz na kanapie w mieszkaniu i popijasz gorącą herbatę z filiżanki. Potem następuje cięcie niczym nożem i wszystko zapada w ciemność. Szybkie spojrzenie rzucone na otoczenie rejestruje gładkie, białe ściany, na których wiszą liczne ekrany, na jakich wyświetlane są parametry organizmu oraz zupełnie Ci nieznane, holograficzne obrazy. Wniosek jest oczywisty: znajdujesz się w szpitalu, ale nie jesteś w stanie sobie przypomnieć z jakiego powodu. Zadajesz gorączkowe pytania - spotkała Cię choroba, wypadek czy może jeszcze coś innego? Nagle słyszysz jak uchylają się drzwi do pokoju w którym się znajdujesz i w polu widzenia materializują się trzy sylwetki obleczone w białe kitle. Pierwsza z nich, kobieta, przedstawia się jako doktor Nowak i wskazuje jednocześnie, że pozostali to jej koledzy: doktorzy Miller oraz Davis. Spokojnym, jakby bezosobowym tonem informuje, że miałaś kolizję samochodową, w wyniku której doznałaś poważnych obrażeń - zwłaszcza głowy, co spowodowało utratę pamięci. Medycy walczyli o Twoje życie, ale musieli wprowadzić Cię w stan śpiączki farmakologicznej, która trwała aż trzy lata. Teraz jest zaś rok 2225 a Ty nazywasz się Emma Voss.

03:53:00 No comments

Spośród książek, które mogą otworzyć przed czytelnikiem drzwi do innego świata definitywnie wyróżniają się te, jakie… usiłują wyrwać je razem z futryną - dlatego, iż zabierają odbiorcę kilkadziesiąt miliardów lat świetlnych od domu, wkładają go w futurystyczną zbroję i oznajmiają, że od tej chwili ma do uratowania kawałek wszechświata. Mianem tej kategorii obdarzyłabym powieść „Endostella. Nasza pierwsza historia”, którą napisał Tomasz Wartnik, jako że mogę z czystym sumieniem wskazać, iż podobnej narracji jeszcze nigdy nie czytałam. Tysiące poznawanych fabuł… a ja definitywnie jeszcze nie spotkałam się z drugą tego rodzaju - która aż tak bezceremonialnie mieszałaby w finezyjnie-fantazyjnym kotle zadziwiająco dużą ilość gatunkowych składników. Cóż wyszło Pisarzowi z tej autorskiej potrawy? Science fiction z wkładką w postaci historii superbohaterskiej, szczyptą dramatu rodzinnego, dodatkiem szkolnej codzienności, przyprawione kosmiczną przygodą, filozoficznymi pytaniami o naturę świadomości, rozważaniami dotyczącymi wiary i z przystawką ze współczesnych problemów społecznych. To lektura dla zwichrowanych czytających, których umysły uwielbiają lawirować pomiędzy wydarzeniami - tak oto bowiem w jednej scenie można obserwować obcą planetę i zaawansowaną technologię, zaś kilka stron później znaleźć się w szkolnej szatni, na lekcji fizyki (brr, przypomniał mi się edukacyjny koszmar!) albo w domu głównej bohaterki, gdzie trzeba będzie po prostu odpowiedzieć mamie na niewygodne pytanie. Fani statycznych opowieści definitywnie poczują się zagubieni, jednak miłośnicy mocnych, skrajnie szalonych, zwichrowanych wrażeń polubią opowieść Autora od pierwszej strony. Z pewnością w gronie miłośników jego twórczości znajdą się także wszyscy gustujący w anime oraz najbardziej dynamicznych grach akcji. Pozostaje mi stwierdzić, że „Endostella…” zalicza się do debiutów ryzykownych - a kreatywnością Tomasz Wartnik mógłby obdzielić całe grono osób. A nawet i kosmicznych bytów! 😉

23:22:00 No comments

Z pozoru jesteś tylko zwykłym chłopcem, bawiącym się u stóp potężnego zamku jak wielu Twoich rówieśników. Tak naprawdę zaś Twoim przeznaczeniem jest zostać następcą tronu po śmierci ojca Karolesława Lupusa Wielkiego, władcy Ajuwaru. Jest jednak coś jeszcze: nie bez przyczyny nosisz imię Dragan, które zostało Ci nadane w chwili urodzin, aby strzegło Cię przed demonami i złymi duchami. Od najmłodszych lat wyczuwasz szczególną więź z jaszczurkami, jako jedyny człowiek rozumiesz ich język a nawet przyjaźniłeś się ze szczególnie sprytną, którą nazwałeś Gemanem. Mieszkała w Twoim pokoju, ale pewnego dnia służka tak przeraziła się jej widoku, że zaczęła wrzeszczeć bez opamiętania, próbując jednocześnie zabić zwierzątko miotłą. Nie było Cię przy tym, lecz od tego momentu gad zniknął i się nie odnalazł, mimo że szukałeś go przez bardzo długi czas. Bez jego towarzystwa czułeś się samotny, gdyż do pewnego czasu nie zdołałeś się zaprzyjaźnić z żadnym chłopcem. O swoich smutkach szeptałeś tylko Wielkiemu Dębowi, najstarszemu i najpotężniejszemu w pobliskim lesie, jaki przemierzasz od najmłodszych lat wszerz i wzdłuż. Pewnego dnia wszystko się zmieniło. Pod sędziwym drzewem spotkałeś wyrostka, który stał się Twoim najlepszym przyjacielem. Gdy leżałeś na trawie, oddając się kojącemu wpływowi przyrody, usłyszałeś głos pytający kim jesteś. Otworzyłeś oczy i ujrzałeś młodzieńca przyglądającego Ci się z uwagą bystrym, brązowym spojrzeniem. Przedstawił się jako Lelek a Ty od razu poczułeś, że to bratnia dusza. I wcale się nie myliłeś - szybko staliście się nierozłączni. Gdy w końcu zdradziłeś, kim jesteś, początkowo nie chciał wierzyć, ale w końcu przyjął to do wiadomości. Lelek wprawdzie jest synem najlepszego kowala w państwie, więc sam pochodzi z dość zamożnego domu, jednak daleko mu do królewskiego rodu. Na szczęście nie stało się to przeszkodą dla nawiązania pomiędzy Wami prawdziwego braterstwa.

00:44:00 1 comments
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (127)
    • ▼  sie (13)
      • album Pompeje. Odzyskana historia - recenzja
      • Helene Flood - Wdowa - recenzja
      • Jennifer Donnelly - Zatruta - recenzja
      • Ada Negri - Niedola / Burze - recenzja
      • Keigo Higashino - Przybysz - recenzja
      • Fredrik Backman - Moi przyjaciele - recenzja
      • Magdalena Michalak - Emma - recenzja
      • Tomasz Wartnik - Endostella - recenzja
      • Dorota Wakarecy - Dragan - recenzja
      • Maciej M Maślak - 4:44 - recenzja
      • Marek Tadeusz Frankowski & Jarosław Stolarski - Po...
      • Justyna Jelińska - Zofiówka. Przebudzenie zła - re...
      • Olivia Hayle - Miesiąc miodowy dla singli - recenzja
    • ►  lip (19)
    • ►  cze (24)
    • ►  maj (20)
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates