Jesteś częścią tej ziemi - tak jak Twoi przodkowie, którzy żyli na niej od
zarania dziejów. Tak jak drzewa pobliskiego lasu, kryształowa woda w jeziorze, ptaki
śmigające w ścigłym locie nisko nad jego taflą czy powietrze, jakie codziennie
wdychasz do płuc. Stanowisz jej nieodrodną cząstkę, choć władze starają się
położyć temu kres. Pogardliwie nazywają Was Lapończykami, choć dobrze wiedzą,
że Twój lud nosi starożytną nazwę Saamów. I bez ustanku próbują wyrugować z
siedzib, chociaż przecież zajmujecie bardzo niegościnne dla człowieka tereny
tundry polarnej, zepchnięci na nie przez ciągłą ekspansję białego człowieka.
Nie możesz pojąć, dlaczego traktują Cię z taką pogardą, dostrzegłszy w Tobie
jedynie nieokrzesanego dzikusa, którego za wszelką cenę trzeba ucywilizować. Posługują
się przy tym Przedsiębiorstwem, które buduje w okolicy tamę i co jakiś czas zalewa
zbudowane przez Was wioski. Jesteście Nomadami i zajmujecie się rybołówstwem oraz
hodowlą reniferów, więc gdy nadchodzi lato, przenosicie się ze stadami na
Zachód w poszukiwaniu obszarów urodzajnych w trawę. Tego roku również tak
uczyniliście. Wprawdzie uprzedzono Was o zamiarze podniesienia poziomu wody w akwenie,
ale tym razem wróciliście do osady parę dni później niż zwykle. I zastaliście
swoje domostwa już pod jej powierzchnią. Teraz siedząc w chyboczącej się łódce,
z rozpaczą patrzysz na wystające jeszcze w połowie znad fal goahti, jak w
języku plemienia nazywa się mieszkalną chatę wykonaną z darni. Spędziłaś w niej
dzieciństwo, więc choć masz już trzynaście lat i prawie jesteś kobietą, serce
ściska Ci się z żalu. Wyobrażasz sobie, jak nieubłagany żywioł dostaje się do
środka przez jedyne okno, zalewając powałę, wypełniając szafę i unosząc z sobą
stół, krzesła i wszystkie inne rzeczy codziennego użytku, które towarzyszyły Ci
tyle lat.







