„Bez litości” okazało się dla mnie sporym zaskoczeniem, jako że przeczytane przeze mnie w bieżącym roku „Ziarno zła” rozkochało mnie w twórczości Autora, przez co spodziewałam się, że sięgając po jego najnowszą książkę ponownie zanurzę się w tęsknie tragicznym dramacie, jakiego każdy element składa się na przemyślanie skomponowany utwór prężnie działającej „orkiestry”. Tym razem Grzegorz Kapla zdecydował się jednak na wariację political fiction połączoną z wątkami szpiegowskimi oraz kryminalnymi, co nie do końca mi zagrało. Zapewne z uwagi na bieżącą tematykę, zaserwowaną czytelnikowi w trwożącym, choć nie do końca zgodnym z moim oglądem świata świetle. Komisarz Olga Suszyńska zostaje bowiem wrzucona w rzeczywistość zagrażających bezpieczeństwu Polski spisków, jakie oceniam raczej niezbyt realistycznie. Powieściowe wydarzenia skupiają się natomiast głównie na akcji, która w mojej ocenie okazuje się dość mało dynamiczna, choć odpowiedniego tempa bez mała dodają jej końcowe sceny, jakie faktycznie przypominają mi przebieg przytaczanej zresztą przez Pisarza, genialnej historii „Dzień szakala” Forsytha. Mimo prywatnych scen z życia głównych bohaterów, w „Bez litości” zabrakło mi większej ilości ich przemyśleń i wszystkiego tego, co cenię najbardziej - swego rodzaju poetyckich wstawek, czyniących prozę jeszcze zmyślniejszą. Definitywnie czas spędzony z książką nie był jednak stracony. Po raz wtóry docenić muszę rzadko widywany w literaturze zabieg paralelizmu składniowego, zastosowanego na poziomie kompozycji rozdziałów z wariacyjnym przekształceniem frazy (ostatnie zdanie rozdziału w nieco innej formie otwiera kolejny). Przyjemność sprawiły mi również sceny, w jakich usiłowałam zbiec z Kremla wespół z pewnym oficerem, który próbuje ujść z życiem, dopuściwszy się najgorszej zdrady. Uwielbiam tego rodzaju, pełne detali eskapady, dzięki jakim łatwo wyobrazić sobie moskiewskie zakątki, które - póki co - odwiedzam właśnie dzięki historiom. Twórca odmalował je słowami nader realistycznie… i bez litości.

