O ponownym zobaczeniu Błękitnego Globu marzyłeś
przez całą dekadę. Oczywiście chodzi o ten czas, jaki spędziłeś na pokładzie
Prometeusza - statku kosmicznego, wysłanego w celach badawczych w stronę gwiazdy
Fomalhaut,
najjaśniejszej w całej konstelacji Ryby Południowej i oddalonej o dwadzieścia
trzy lata świetlne. W chwili, gdy zająłeś miejsca za jego sterami, miałeś
trzydzieści wiosen, więc teraz pod względem biologicznym masz ich czterdzieści,
choć licząc miarami ziemskiego czasu, upłynęło ich aż sto dwadzieścia siedem. Załoga
składała się z pięciu pilotów oraz siedmiu uczonych, odpowiedzialnych za
naukową stronę wyprawy. Jak na trzysta tysięcy ton masy, to z pozoru niewiele,
ale trzeba pamiętać, że dziewięćdziesiąt procent z niej stanowią napęd i paliwo
- a przecież swój udział ma także niezbędne oprzyrządowanie w postaci sond, małych
rakiet służących do eksploracji gwiezdnej przestrzeni i tym podobnych urządzeń.
W rezultacie na takim olbrzymie miejsca dla człowieka nie ma zbyt dużo. Do jego
dyspozycji pozostają pojedyncze kajuty, mesa i mostek. Nie wszyscy wrócili, bo kosmos
nie wybacza błędów. Sam wielokrotnie tylko cudem ocaliłeś swoje istnienie, a
trzech aeronautów zginęło w zasadzie na Twoich oczach, poświęcając życie dla
dobra ludzkości. Tej samej, która tak naprawdę nawet nie spostrzegła Waszego powrotu.
Nie spodziewałeś się wprawdzie tłumnych orszaków, piejących dziękczynne hymny w
uznaniu dla Twojej odwagi i ofiarności, ale mimo wszystko jedynie jednozdaniowa
notka w prasie, gdzieś na tylnych łamach, to jak na Twój gust nieco za mało.
Zdajesz sobie sprawę, że żaden z bliźnich nie jest w stanie zrozumieć ani nawet
sobie wyobrazić, jakie wśród ciał niebieskich niebezpieczeństwa czyhały na Was
wszystkich - otoczonych bezlitosnym i zimnym bezmiarem wszechświata, wobec
którego człowiecza istota jest tylko nic nieznaczącym pyłkiem…







