Na
początku było słowo… Ale nie to biblijne, zwiastujące powstanie człowieczego
uniwersum pod bożą opoką, a zupełnie inne: krwiożercze i pełne nienawiści. Znajdujące
apogeum w niewielkiej, skrajnie grafomańskiej książeczce „Mein Kampf” i sączone
kropla po kropli już od XIX wieku w naród chełpiący się pochodzeniem od Arminiusza,
wsławionego wycięciem w pień trzech rzymskich legionów cesarza Oktawiana
Augusta. Wyniesionego na wyżyny europejskiej kultury przez takie jej posągowe
postaci jak: Johann Goethe, Heinrich Heiene, Fredrich Schiller, Ludwig van
Beethowen, Wolfgang Amadeus Mozart, Albrecht Dürer, Matthias Grünewald, Caspar
Friedrich i tylu innych, którzy wprawiają w wibrację tę strunę w ludzkiej
duszy, jaka odpowiada za podziwianie nieskończonego piękna doskonałej sztuki. Słynącego
z filozofów o wielkich umysłach, z uwagą obracających w palcach człowieczą duszę
i wywracających ją na nice z wdziękiem i sztuką przekonywania. Wystarczy
wspomnieć Immanuela Kanta, Georga Friedricha Hegela, Arthura Schopenhauera czy Fryderyka
Nietzsche. Wszyscy oni widząc, w jaki obłąkańczy, antyludzki szał popadł w
latach trzydziestych naród, z którego się wywodzili i który kochali z całego
serca, nie uwierzyliby własnym oczom. A jednak fakty krzyczą niezrównanej
grozie: Niemcy podążając w przepaść samozagłady za dźwiękami instrumentu nowego
flecisty z Hameln o austriackich korzeniach i śmiesznym wąsiku, wrzeszczącego
na wiecach niczym opętaniec, gestykulującego na wzór nieuleczalnego szaleńca,
pociągnęli za sobą w jej otchłań 6 milionów Żydów, 3 miliony Polaków, ponad 20
milionów obywateli ZSRR i niezliczone rzesze przedstawicieli innych narodów,
umęczonych i pomordowanych z zimną krwią w imię stworzonej przez niego
ideologii. Jak do tego doszło, próbują opowiedzieć Autorzy recenzowanej książki,
jednocześnie przywołując imiona tych, którzy mieli odwagę postawić na szali
własne życie, aby uratować bliźnich przed niechybną śmiercią, udowadniając w
ten sposób, że polskie anioły mieszkają nie tylko w Bieszczadach…
Jako kochanka mroku uwielbiam przepadać w lekturach spod ciemnej gwiazdy, choć przyznaję - nie jest łatwo mnie zadowolić. Poznawszy tysiące cienistych narracji, wciąż poszukuję tych, które wywołają u mnie pożądane ciarki strachu i sprawią, że nocą nawiedzi mnie ten czy inny koszmar, jeśli zbytnio oddam się rozmyślaniom o niedawno przeczytanych opowieściach. „Zofiówka. Przebudzenie zła” to książka, która jawiła mi się jako doskonały kandydat na wieczór, podczas jakiego pragnęłam dreszczyku przerażenia. Justyna Jelińska zdecydowała się bowiem umiejscowić fabułę na faktycznie istniejącym terenie, co zawsze dodaje historii pewnej autentyczności. Bardziej emocjonalnie czyta się wszak o lokalizacjach, w jakich faktycznie wydarzyło się coś okrutnego. Położony w Otwocku, dzisiaj już opuszczony Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów Zofiówka za czasów drugiej wojny światowej był świadkiem niepowetowanej tragedii. W czasie likwidacji getta, na terenie jakiego się znalazł, stał się miejscem kaźni około 140 osób, spośród których część rozstrzelano na miejscu, zaś resztę wywieziono do Treblinki. Od tamtego czasu pojawiło się wiele świadectw, jakoby ruiny były odwiedzane przez duchy tam skrzywdzonych i straconych a samo miejsce uważane jest za jedno z bardziej nawiedzonych w Polsce. Takiż wybór lokalizacji akcji dla fikcyjnej prozy definitywnie niesie spory ciężar gatunkowy, choć moim zdaniem potencjał został nie do końca wykorzystany. Autorka przedstawiła dzieje dawnego szpitala dość pobieżnie, być może celowo oddając większe pole do popisu wykreowanym przez siebie bohaterom. Niestety, ci również nie do końca spełnili moje oczekiwania, podobnie jak sama akcja. Jestem jednak zdania, że ta definitywnie przypadnie do gustu miłośnikom horrorów w stylu „Paranormal activity” - w mojej ocenie raczej statycznych i niezbyt przerażających. Czas spędzony z najnowszą powieścią Pisarki nie był dla mnie jednak stracony - przyznaję, że niektóre sceny bardzo mnie… rozbawiły. Summa summarum ciekawa to była rozrywka.
Olivia Hayle zdecydowanie napisała najbardziej wakacyjną książkę, jaką przeczytałam w tym roku, jako że po lekturze powieści „Miesiąc miodowy dla singli” czuję się zrelaksowana zupełnie jak po egzotycznym urlopie. Co najważniejsze dla miłośnika kran śnieżnych i mroźnych w mojej postaci - tę odprężającą literacką podróż odbyłam bez wychodzenia z domu! Uwielbiam zwiedzać dzięki tak przemyślanie skrojonej prozie - która lekkimi opisami świetnie buduje klimat, a przy tym udanie maluje przed oczyma odbiorcy miejsce akcji. W prawdziwym życiu raczej nigdy nie znajdę się na Karaibach - konkretniej na Barbadosie - z uwagi na niechęć do lokalizacji gorących i słonecznych, toteż z przyjemnością zwiedziłam ich egzotyczne zakątki za sprawą nieznanej mi dotychczas Autorki romansów. Wykreowani przez nią bohaterowie okazali się doskonałymi towarzyszami - dzięki nim te orientalne kanikuły przyniosły mi wiele śmiechu. Zestawieni na bazie kontrastu, niejednokrotnie rozbawiają żartami sytuacyjnymi i perypetiami, w których… mogłabym się znaleźć. Naczelna żeńska postać imieniem Eden… wielokrotnie przypomina mi mnie samą. W prawdziwym świecie odpowiedzialna, dobrze zorganizowana i podążająca za skrzętnie złożonym planem, podczas tej wyprawy - która miała być jej niedoszłą podróżą poślubną - staje się szaloną wersją siebie i notorycznie stawia sobie zwariowane wyzwania, próbując wyjść ze strefy komfortu, przez co często ładuje się w tarapaty. Phillip, jej całkowite przeciwieństwo, dość wyniosłe i zdystansowane do świata, jest idealnym dopełnieniem. Potrafi zresztą w komplementy! Stwierdzenie, iż z nikim nie toczył dziwniejszych rozmów niż z Eden albo to, iż nie ma pojęcia, jak działa jej skaczący z tematu na temat mózg (z ADHD skłonnym do analizy miliona rzeczy równocześnie)… słyszałam od własnego Męża. 😉 Pozdrowienia! Ten duet nie może nie uśmiechnąć i nie rozśmieszyć. Jeżeli więc książka na wakacje, urlop lub poprawę humoru - to definitywnie ta! Relaksujący i komfortowy „Miesiąc miodowy dla singli”. Jedziesz?
Przeżyć najmagiczniejszą z
przygód, stać się bohaterem, zobaczyć dumę w oczach rodziców… Każde z dzieci
wielokrotnie o tym fantazjowało. Jeśli w prawdziwym życiu to nieosiągalne -
zawsze pozostaje możliwe za sprawą przeniesienia się do jednej z barwnych opowieści.
Najlepiej takiej, którą czyta się z zapartym tchem i rosnącym zaciekawieniem, nie
mogąc doczekać się, aby poznać ciąg dalszy niezwykłych perypetii głównego
bohatera historii. Właśnie do takich propozycji dla młodszych czytelników
zalicza się „Przebudzenie” otwierające cykl „Chłopiec na Krańcach Świata”, za
którego powstanie odpowiedzialni są Grzegorz Wacławek oraz Mateusz Marczewski.
Za jedną z najpiękniejszych okładek, jakie widziałam w podobnych publikacjach,
skrywa się bowiem tekst, od którego nie oderwie się żaden kilkulatek. Zaryzykuję
również stwierdzenie, że zauroczy on również także starszych odbiorców - mamę,
tatę czy rodzeństwo, jeśli ci zdecydują się na wspólną lekturę. A jest to doskonały
pomysł, jako że w mojej ocenie narracja ta stanowi świetny punkt wyjścia do
dalszych dyskusji, ponieważ jej przesłaniem są przede wszystkim wiara w siebie,
walka z własnymi strachami oraz dążenie do spełnienia marzeń, nawet jeśli są
niedościgłe lub nieoczywiste. Dedykowałabym ją kategorii wiekowej od 5+ do…
nieskończoności. Wszak i starszym warto niekiedy przypomnieć o tym, co
wydawałoby się dawno zatracone. O poszukiwaniu szczęścia w najprostszych
rzeczach, ufności przeznaczeniu czy wartości więzi rodzinnych. Traktująca o
zwykłej-niezwykłej wyprawie pewnego chłopca fabuła z pewnością umili także
dziecku wakacyjny czas. Może nawet okaże się inspiracją do tego, aby podczas
tegorocznego wyjazdu uczynić prywatne odkrycia? Duży druk, kolorowa wyklejka,
ilustracje naniesione jakoby ołówkiem dawnego rysownika… nie mogą nie oczarować
każdego czytelnika. 😉
Skryci za ekranami, owiani złudną mgłą anonimowości, domorośli bohaterowie zza klawiatury - tak często zapominają o tym, że po drugiej stronie również jest człowiek. O własnych myślach, nieznanym sztafażu doświadczeń, złożonym z wielu odcieni osobowości. Może właśnie cały ciężar świata ponownie opadł mu na chylące się ku ziemi barki i szuka w Internecie chwili wytchnienia lub bezpiecznego miejsca, w którym będzie miał szansę zwierzyć się komuś obcemu. Może to dla niego ostatnia szansa, by ktoś nieznany napisał mu krzepiącą wiadomość, podając choć jeden powód, by codziennie otwierać oczy. Gdyby trafił w zły zakątek Sieci, łatwo byłoby o największą z tragedii, toteż w erze wszechobecnego hejtu warto zastanowić się nad każdym z kliknięć - wszak te nie trafiają w próżnię i potrafią mieć najróżniejsze skutki… Bywa też bowiem, że otwierając przeglądarkę, próbuje się chociażby na chwilę zająć czymś umysł. Poradzić sobie z żałobą i stratą tak jak główna bohaterka kryminału Ashley Winstead o imieniu Jane - bo przecież każdy usiłuje nie dać się im pochłonąć na różne sposoby. I tak oto, obejrzawszy uprzednio mroczny program telewizyjny o niewyjaśnionych zbrodniach, trafia się na to zdające się być przeznaczeniem forum, które zaczyna pochłaniać niczym obsesja. Nowa misja w rzeczywistości, która po śmierci ojca jawiła się już tylko jako jałowa, bezsensowna pustka. Łzy zamierają w kącikach oczu, nieobecność taty przytłacza odrobinę mniej z każdą kolejną stroną dyskusji. Samozwańczy detektywi szybko przyjmują Cię do swojej małej, zamkniętej społeczności i czujesz się częścią tytułowej „Grupy”, dzięki czemu Twoje życie wydaje się znowu sensowne. Kto rozumiałby Cię lepiej, niż ludzie, którzy od lat pomagają policji i detektywom w wyjaśnianiu zagadek nierozwiązanych morderstw i widzieli już tyle bezsensownych odejść i utrat, że doskonale wiedzą, jak się teraz czujesz? Szkoda jednak, że nie zdradzili Ci, że rzucając się w wir przestępczych rebusów, łatwo jest zatracić granicę między legalnym a zabronionym i z komentatora stać się uczestnikiem zdarzeń…
Gdyby jeszcze przed paroma miesiącami ktoś powiedział Ci, że znajdziesz się na rozdrożu życia, absolutnie byś w to nie uwierzył. A jednak tak właśnie się stało. I co w tym dołującym położeniu jest najgorsze - nie masz żadnej koncepcji na uzdrowienie sytuacji. Jesteś z natury obieżyświatem i łowcą przygód, ale nawet to przestało Cię cieszyć. Zaprzestałeś wyjazdów do ciepłych krajów, aby uczyć turystów niełatwej sztuki nurkowania, więc dodatkowo masz problem z pokrywaniem kosztów utrzymania. Trudnisz się jedynie dorywczymi zajęciami - najczęściej wyławianiem na żądanie zamożnych klientów różnego rodzaju artefaktów w rodzaju ślubnych obrączek, utraconych podczas kąpieli, co niestety nie stanowi działalności gwarantującej odpowiednie apanaże. Z goryczą dumasz, że wszystkie te kłopoty mają konkretne imię - Cassandra Brooks. Piękna Meksykanka o nietypowych dla tej nacji blond włosach i szmaragdowych oczach, a jednocześnie uznany archeolog, nieodwołalnie skradła Ci serce, choć przecież należysz do zatwardziałych kawalerów, z przerażeniem myślących o jakimkolwiek stałym związku. Spędziliście z sobą niesamowite chwile podczas poszukiwań zaginionego skarbu Templariuszy. Wasza droga wiodła przez północną Afrykę aż do Ameryki południowej i skończyła się gorącym romansem. Po powrocie do rodzimej Hiszpanii nawet ze sobą zamieszkaliście, ale wtedy odezwał się Twój niezależny duch. Czułeś się coraz bardziej osaczany, więc postanowiłeś na jakiś czas wyjechać. Rozstaliście się zatem w niezbyt przyjaznych nastrojach, a Ty szybko zrozumiałeś, że nie potrafisz bez niej żyć. Niestety nie masz odwagi się z nią skontaktować, aby wyjaśnić swoje postępowanie i wyznać, co naprawdę czujesz. Od czasu rozłąki snujesz się jak cień po ulicach ukochanej Barcelony, często kończąc wieczory w przygodnych barach i racząc się w nich alkoholem.
Śmiać się i płakać, gdy oto
jest i on - cholerny bumerang? Zaopatrzony w bukiet Twoich ulubionych kwiatów,
ubrany w koszulę, którą sama kupiłaś mu za czasów niedawnego związku, z
szelmowskim uśmiechem na ustach - tym, na widok jakiego jeszcze niedawno miałaś
ochotę zemdleć, z uwagi na fakt, że jest skierowany do Ciebie. Zupełnie, jak
gdyby miał przeklęty detektor; zjawia się z powrotem dokładnie w momencie,
kiedy nauczyłaś się udawać, że Twój były - oczywiście ten jedyny - obchodzi Cię
mniej niż zeszłoroczny śnieg, potraktowany w dodatku nieelegancko przez tego
czy innego psa, tymże zwierzętom nie ujmując. Akurat w chwili, gdy nauczyłaś
się żyć samodzielnie i wcale, ale to w ogóle nie masz już wizji siebie
odzianej w najpiękniejszą suknię ślubną na świecie, kroczącej u boku tego palanta,
jakże przystojnego w dobrze skrojonym smokingu… Stop, mózgu. Przecież zabiłaś już
w sobie romantyzm do imentu na co najmniej siedem kolejnych dekad, jeśliby nieszczęśnie
przyszło Ci żyć aż tak długo w ciele daltonistki. Nie znasz bowiem drugiej kobiety,
która tak jak Ty - ufnie, radośnie i otwarcie - z całą wewnętrzną dzikością
zaczęłaby podskakiwać wesoło na widok czerwonej flagi, którą Twój niedoszły
narzeczony zdecydowanie jest. I faktycznie, może widziałaś na jakim kiju ta
powiewa, ale nie zmienia to faktu, że każdy poza Tobą z jakiegoś miliona kilometrów
dostrzega, że płachta nie ma koloru zielonego, tylko wręcz krwisty. Nie dla
Ciebie jednak, bo oto zbiegły, gdy tylko Wasz związek stał się zbyt poważny
(ale hej, przecież możecie nadal być przyjaciółmi, przecież każda romantyczka całym
potrzaskanym sercem marzy o przejście na tę relację z wiadomymi benefitami!),
bohater stoi przed Tobą durnie, jeszcze głupiej tłumaczy się, że przecież każdy
popełnia błędy, mruga uroczo wielkimi gałami i jak gdyby nigdy nic dodaje, że
po Tobie nic już nie smakuje. Żadna Ci nie dorównuje, przemyślał gieroj. Po
wszystkim mówi energiczne elo i znowu znika - domeną bumerangów. Oby tak gdzieś
utknął w końcu, w zasłużonym piekle najlepiej. 😉
Co czułaś, gdy lekarz z kamienną twarzą obwieścił Ci nowinę powodującą, że serce podchodzi do gardła? Ogarnął Cię strach, rozczarowanie, wreszcie żal do losu, że potraktował Cię aż tak okrutnie. Szybko jednak otrząsnęłaś się z marazmu, w jaki początkowo popadłaś i rozpoczęłaś walkę o własne życie. Walkę, jaką wygrywa tylko część tych, którzy mieli w sobie tyle siły, aby w ogóle ją podjąć. Cierpliwie poddawałaś się chemioterapii, która zabijała nie tylko komórki wrogie Twojemu organizmowi, ale także te, jakie były mu przyjazne. Niejednokrotnie byłaś świadkiem drastycznych scen, kiedy inni pacjenci doznawali wstrząsu organizmu, przyjmując związane z leczeniem płyny. Ale wytrzymałaś i na końcu tej cierniowej drogi poddałaś się mastektomii, w wyniku której usunięto Ci jedną pierś, pozbawiając cięciem skalpela części kobiecości. Pozostała po niej rana, poszarpana, obrzmiała, czerwona, wręcz krzycząca - nie tylko na ciele, ale przede wszystkim na duszy. Teoretycznie nie byłaś w tym sama, bo przecież miałaś męża. Ale tak naprawdę Adama nigdy przy Tobie nie było. To pedant, który twierdził, że o wartości człowieka decyduje wygląd. Choć starałaś się tego nie zauważać - uważał, że po operacji straciłaś najistotniejszy niewieści atrybut, więc odnosił się do Ciebie wręcz z obrzydzeniem. Żądał, abyś zawsze ubierała stanik, by nie musiał patrzeć na szramę widniejącą na Twoim idealnym do niedawna torsie. Zmuszał do ciągłego noszenia peruki, gdyż nie potrafił znieść widoku Twojej łysej głowy, na której dopiero co zaczął pojawiać się meszek, będący zaczątkiem włosów. W końcu zupełnie przestał Cię dotykać, zaś pewnego dnia nastąpiło nieuchronne. Obwieścił, że przestałaś być dla niego kobietą a poza tym zakochał się w innej, więc odchodzi. Zaapelował przy tym, abyś okazała się na tyle silna, aby nie spazmować.
Jestem Twoim aniołem lub diabłem stróżem. Muchą na ścianie, która śledzi każde Twoje poczynanie albo wielką ćmą, której skrzydła fosforyzują zielenią. Wyśniłeś mnie w swoim koszmarze, czy to ja sam jestem odpowiedzialny za jego kształt, nie wiesz tego. Karmię się Twoją mrocznością, odwołuję do posiadanej ciemności, żywię każdym z grzechów głównych. Zawsze tutaj jestem. Strzegę nikczemności Twoich uczynków, a może im zapobiegam. Nie pozbędziesz się mnie, nawet gdybyś bardzo tego pragnął. Każdokrotnie sam wybieram kolejny cel, wiedziony misją lub instynktem. Trzydzieści lat w dowolnie wybranej powłoce, którą mogę modyfikować, aby jak najsilniej zbliżyć się do ludzkiego świata i człowieczych oczekiwań. Trzy dekady, lecz wciąż nie pamiętam najważniejszego… Pióra, krew, ziemia, przekwitłe kwiaty… Jak dokładnie to brzmiało? Przypomnę sobie, przecież znam niemalże cały absolut, tylko… Skrzydła, woń roślin… Nie. Jeszcze nie jestem skończony, nie wypełniłem tego, po co tutaj przybyłem. Może okaże się, iż to Ty jesteś kolejną ze wskazówek na nielinearnej drodze, jaką kroczę, pojawiając się to tu, to tam. Teraz obserwuję mężczyznę po drugiej stronie parku, widzisz go? Na jego okolonym zakolami czole perli się pot - nie z powodu gorąca ani zdenerwowania. To obrzydliwa ekscytacja, jaka ogarnia go zawsze przed spełnieniem następnego obelżywie lubieżnego czynu. Dostrzegłeś już tamtego chłopca, na którego brzuchacz spogląda, prawda? To jedna z jego przyszłych ofiar, wybrana szczegółową selekcją po dniach obserwacji. Kilkulatek nie jest świadomy zagrożenia, ale od tego właśnie ma mnie - wystarczy, że ja tu jestem. Zwyrodnialec nie ma jeszcze pojęcia o tym, że już tego wieczora jego mózg rozpryśnie się na anonimowej ścianie, twarz przestanie przypominać jakąkolwiek znaną formę, zaś rozczłonkowane ciało nigdy więcej nikogo nie skrzywdzi. Może zabijam własny czas, lecz to jedno z moich przeznaczeń. Kim więc jestem: diabłem czy aniołem stróżem? Oto moja vendetta. A może próba odejścia z tego podlejącego świata…





