„Medalion” to DEBIUT, jaki można by określić
mianem finezyjnie-fantazyjnego. Przede wszystkim dlatego, iż Paweł M. Arent
zdecydował się na cokolwiek ryzykowny wybór gatunku czy raczej podgatunku
literackiego, czyli high fantasy. Najczęściej z założenia: akcja osadzona we w
pełni alternatywnym, fikcyjnym świecie, jaki rządzi się własnymi prawami magii
czy fizyki, złożona mitologia, wręcz epicki rozmach czy obecność nieludzkich
ras - to najważniejsze z wyznaczników, pozwolę sobie zarysować, choć
specjaliści w tej materii z pewnością dodaliby o wiele więcej cech charakterystycznych.
Nie na tym jednak koniec - ponieważ początkowo fabuła przystaje do low fantasy
(okoliczności zbliżone do rzeczywistych). Nieźle! Moim zdaniem pierwsza
propozycja Pisarza nie jest jednak li książką traktującą o żywiołach i uwikłanych
w przepowiednie wybrańcach. To bowiem także narracja o postaciach, które zostały
wrzucone w rzeczywistość, jaka okazuje się ich przerastać, na skutek czego pożądana
przez wielu magia nie lśni nęcącym blaskiem niczym piękna błyskotka, a raczej
ciąży zupełnie jak stary, rodowy grzech. Autor zdecydował się zaś na wykreowanie
rzeczywistości, jakiej kształt przypomina mi sen śniony w malignie: pełen
jakoby pradawnych nazw i niepokojących symboli, nasączony proroctwami, co to są
zapisane językiem przywodzącym na myśl treści rytuałów. Choć sama historia na
początku wymaga od odbiorcy dużej dozy skupienia (niniejszym pozdrawiam własne
siedem osobowości, i skrajne ADHD imieniem NM - narwany multitasking), jeśli pozwoli
się przenieść do innej krainy, szybko poczuje się wciągnięty… - tak to sobie wyobrażam
- w pusty wagon, pędzący wprost do lasu wonnego od deszczu, w którym nasłuchuje
się kroków kogoś lub czegoś, czego wcale nie powinno w nim być. Ta książka
pachnie dla mnie bowiem burzą - i to nie taką metaforyczną. Może słowa stron
skropione są starym borem i smakują rdzą kolejowych torów. Albo są ciężkie niczym
wiszące nad bohaterami niebo, które próbuje zapowiedzieć katastrofę… Ciszę
przed wybuchem, utkaną z niezaprzeczalnego przeczucia.
Książka, której treść zaserwowana
jest czytelnikowi nie standardową prozą, a rozmową jakoby żywcem wziętą z
komunikatora internetowego - w dodatku w nietypowym formacie A4, o stronach
podzielonych na połowy? Każdorazowo, gdy sądzę, iż w literackim świecie wiekowego
i doświadczonego wyjadacza niewiele może już zaskoczyć, pojawia się novum, które
udowadnia, iż się myliłam. Ja zaś bynajmniej nie mam nic przeciwko, wszakże
podobne niespodzianki wciąż mają moc rozjaśniającą mroczne i chmurne oblicze.
Miłosz Wołk-Łaniewski to zupełnie nowe nazwisko na scenie rodzimej twórczości,
na jakiej jego posiadacz postanowił zagościć z unikatowym DEBIUTEM. Najszczerszej
przyznawszy, choć w zwichrowanej głowie walczę średnio z milionem szalonych
pomysłów na minutę, nie wystąpił w niej jeszcze taki, by zamiast tradycyjnym tekstem,
przedstawić odbiorcy historię za pomocą okraszonych rzadkimi wtrętami narratora
zdjęć i wiadomości, które wymieniają między sobą dwie osoby, jakie zetknęły się
ze sobą w Internecie za sprawą zrządzenia losu, zupełnego przypadku czy trudnych
do przewidzenia meandrów przeznaczenia. Zadanie trudne do wykonania a do tego na
wskroś innowatorska forma! Szczęśliwie nie posiadam większości archiwum własnych
maili, Messengera czy popularnego onegdaj Gadu-Gadu, jako że jestem przekonana
o tym, iż Autor zainspirowałby mnie na tyle, aby przekształcić część spośród
nich w książkę - choć musiałabym najpierw sprawdzić, czy w zakładach bardzo
zamkniętych można korzystać z Sieci. 😉 Tekst
Pisarza uważam za nader ciekawy eksperyment twórczy. Choć byłam do niego nieco
sceptycznie nastawiona, szybko udało mi się wciągnąć w tę nieszablonową treść.
Poznając opowieść, jaka wydarzyła się naprawdę, o czym widnieje informacja na
okładce, w tego rodzaju wariacji, czytający czuje się niczym… uczestnik reality
show lub wynajęty detektyw czy też osoba, która przypadkowo znalazła w dowolnej
sytuacji odblokowany telefon komórkowy lub laptop, na jakim widnieje otwarte
okno obszernej, intrygującej, toczonej przez dłuższy czas konwersacji. Zdarzało
się. 😉
Książkę znajdziesz pod linkiem: [KLIK].
„Tam i z powrotem + trzy
metry” to książka, która stanowi pewien ewenement - bowiem po tym, jak pochłonęłam
ją w jeden wieczór, zdecydowałam się przyjąć propozycję, jaką złożył mi
Sebastian Orszulik. Niniejszym obwieszczam, iż objęłam tę wyjątkową,
zwichrowaną i pełną zawirowań historię PATRONATEM MEDIALNYM. Wstępnie zgodziłam
się wziąć pod swoje mroczne, medialne skrzydła całą trylogię - choć część druga
i trzecia dopiero powstają, zatem przed ostatecznym werdyktem naturalnie
zapoznam się z tekstami, nim będę mogła ostatecznie to potwierdzić. 🔥 Dlaczego uznałam, iż pierwsza powieść
Autora współgra ze mną na więcej niż wymagane sto procent? Ta cienista narracja
zaskoczyła mnie dziesiątki razy. Początkowe rozdziały zapowiadały spokojną
historię, z jakiej mógłby się wyłonić przedstawiany z perspektywy dwóch
bohaterów, rodzący się dopiero romans. Co ciekawe, zarówno Sebastian, jak i
Anna opowiadali czytelnikowi o tych samych wydarzeniach, po części powtarzając
gawędę, za czym to w literaturze nie przepadam. Już kilkanaście przewróconych stron
później zrozumiałam jednak sens tego zabiegu, a kiełkująca opowieść o miłości zaczęła
ewoluować w wiele innych kierunków - przy czym każdy z nich okazywał się bardziej
dynamiczny. Wątki kryminalne skręcały w stronę najlepszych opowieści sensacji
oraz akcji, powodując szybsze bicie serca i rosnące wykładniczo zainteresowanie
lekturą. Na domiar dobrego chwilę później dołączyła do tego jeszcze mocniejsza
warstwa, jakiej tekst określiłabym mianem: dark thriller. Jakąż pyszną ilością zagrożeń,
suspensów, niepewności i żywiołowości Orszulik nasączył swój tekst! Jestem pod
wrażeniem doskonale stopniowanego napięcia - kolejne rozdziały tej niewtórnej
treści mrocznieją coraz silniej. Przez co nie tyle zabierają odbiorcę w pełną
niebezpieczeństw rzeczywistość, ile właściwie porywają go na najbardziej
szaloną karuzelę zdarzeń, jaką tylko można… nie: jakiej nawet nie sposób sobie
wyobrazić przed lekturą. Kapitalne ujęcie motywu: podpaliłbym dla niej cały
świat i zstąpił do piekieł…
Od kiedy sięgniesz
pamięcią, wiedziałaś, że jesteś wyjątkowa i z tego właśnie powodu zagraża Ci
wielkie niebezpieczeństwo. Masz wrażenie, że ktoś lub coś ciągle bacznie obserwuje
- i że nękają Cię przez byty, o istocie których nie masz najmniejszego pojęcia.
Jednak zjawiają się w niektóre noce i wprowadzają w stan paniki... Próbujesz
sobie wmawiać, ze to tylko omamy, lecz w głębi serca zdajesz sobie sprawę, że
są równie prawdziwe jak ludzie, jacy Cię otaczają. Co jakiś czas śni Ci się
także straszny moment, w którym straciłaś oboje rodziców. Miałaś wtedy zaledwie
siedem lat, ale pamiętasz wszystko do najdrobniejszego szczegółu. Tego dnia
poszłaś z nimi na wybrzeże, aby pooglądać wylegujące się na plaży foki. Gdy
wracaliście, zaczepił Was wyraźnie podchmielony mężczyzna. Tata, będący
niezwykle spokojnym i miłym człowiekiem, próbował go uspokoić, ale ten
wykrzyczał mu coś mu prosto w twarz i rzucił się do morza. Potem wypadki
potoczyły się błyskawicznie. Ojciec nagle zmienił się nie do poznania - nigdy
nie widziałaś, aby zachowywał się tak gwałtownie. Zaatakował matkę, ale ta
odepchnęła go na tyle silnie, że zsunął się z leżących nieopodal kamieni. Potem
rzuciłyście się do ucieczki. Gdy dotarłyście do łąki za miastem, zmęczone
przystanęłyście. Niczego nie rozumiałaś z całej sytuacji, więc pomimo protestów
rodzicielki zaczęłaś wołać tatę. I wkrótce się pojawił, ale nie był sobą. Twarz
zmieniła mu się nie do poznania a oczy stały się czerwone niczym rozżarzone
węgle. Mama zasłoniła Cię własnym ciałem i zapłaciła za to najwyższą cenę. Po
chwili jej ciało upadło na ziemię, obficie znacząc ją krwią. Ciebie uratowało
nagłe pojawienie się nieznajomego, który stanął w Twojej obronie. Zapamiętałaś
go jako czarodzieja - podczas walki z jego dłoni wydobywało się niebiesko-białe
światło. Dalszych wypadków sobie nie przypominasz - popadłaś w omdlenie.
Od thrillerów zabarwionych
odcieniami kryminałów o niewielkiej objętości oczekuję przede wszystkim, poza
porywającą od pierwszych zdań historią, doskonałej dynamiki. Zarówno jednym,
jak i drugim bez wątpienia cechuje się liczące zaledwie 181 stron „Wcielone zło”
- druga beletrystyczna książka, którą napisał Karol Husak, lecz równocześnie
pierwsza, jaką miałam okazję poznać. Początkowe rozdziały tej nietuzinkowej
opowieści porwały mnie do wykreowanego przez Pisarza świata, co uszyniły przede
wszystkim… bardzo zaskakującą narracją. Wyobraź sobie bowiem, iż - jak to często
masz w zwyczaju - właśnie odbywasz rowerową przejażdżkę. Po wielu
naznaczających traumą, ciężkich przeżyciach z przeszłości zawsze starasz się
mieć pozytywne nastawienie do ludzi oraz otaczającego świata. Nie inaczej jest
tym razem. Zauważywszy czatującą na obrzeżach miejscowego targu grupę biedaków,
liczących na to, że uda im się tego dnia znaleźć jakieś odrzuty, chociażby w
postaci kilku warzyw, owoców lub innych produktów spożywczych, postanawiasz
zaczepić jednego ze znanych Ci mężczyzn. Zupełnie ignorujesz fakt, jakiego
znaczenie miałeś już wielokrotnie okazję obserwować w praktyce - że Marcin
znany jest z tego, iż nijak nie panuje nad swoją agresją. Zmęczony trudami życia,
tego dnia ma wyjątkowo podły humor. Zupełnie jak gdyby na chwilę odjęło Ci
rozum, witasz się z nim uśmiechniętym dzień dobry, po czym rzucasz kilka wesołych
haseł, nie zwracając uwagi na to, że z każdym z nich wściekłość mijanego
ogromnieje. Moment później postanawia wdać się z Tobą w pościg i mimo, że
pedałujesz z całych sił - udaje mu się Cię pochwycić. Widzisz w jego oczach
czyste szaleństwo, lecz… i tak nucisz mu wręcz słoneczną piosenkę. Ciosy
spadają na Ciebie niczym grad, lądujesz w szpitalu i wymagasz częściowej
rekonstrukcji twarzy. Oprawca trafia na trzy lata do więzienia. Osobą, jaka go
z niego odbiera… jesteś Ty sam. I na dodatek postanawiasz stać się jego mentorem…
Właśnie tak oryginalnym wstępem opatrzył fabułę Karol Husak. Niewtórne.
Zdaniem starego wyjadacza
mrocznych lektur w mojej postaci, Brytyjczycy od wielu lat pozostają
niekwestionowanymi mistrzami thrillerów. Nie inaczej jest w przypadku Cathryn
Croft, spod której pióra przeczytałam absolutnie każdą opowieść. Tym większa była
moja radość, kiedy dowiedziałam się, iż w Polsce ukaże się kolejna jej książka o
obiecującym tytule „Ostatniej nocy” - i nadzieja na nieodkładalną narrację,
pełną absolutnie nieprzewidywalnych zwrotów akcji, nie okazała się próżna. Za przystającą
do treści okładką w pięknej kolorystyce skrywa się bowiem historia, która złożona
jest z napięć, niedopowiedzeń i niewyobrażalnych w pozornej naiwności,
niewytłumaczalnie niepokojących tragedii. W świecie thrillerów, oprócz udanego
transferu emocji wprost z kart powieści na odbiorcę, za najcenniejszy zabieg
uważam wplecenie do cienistych fabuł elementów dramatu rodzinnego. Tego rodzaju
skrzyżowanie, znane pod nazwą domestic noir, jest tym, co bardzo rozbrykane
tygrysy lubią najbardziej, przeformułowując nieco znane powiedzenie. Oto właśnie
„The Last One To See Him” - bogate w plot twisty, które - na domiar dobrego - powodują
u czytelnika może mało inteligentny, ale jakże pożądany wyraz twarzy, gdy jego
brwi po raz wtóry wędrują gdzieś w okolice czoła a usta samoistnie otwierają
się w związku z szokiem oraz podziwem dla kunsztu angielskiej Autorki.
Zapewniam, że po lekturze tej wielowymiarowo moralnie szarej propozycji
literackiej kilkukrotnie zastanowisz się nad tym, czy warto odwiedzić dopiero
co poznanego znajomego - lub umówić się na randkę. Może bowiem dojdziesz do
wniosku, iż przekroczenie progu jego mieszkania będzie tak znamienne w skutki,
jak to miało miejsce w przypadku Kate, głównej bohaterki, którą zwrot przypadków,
co to wcale przypadkowe się nie okazały, doprowadził tam, gdzie miała się już
nigdy nie znaleźć. Wprost do odmętów piekielnej przeszłości, jaka
zdeterminowała całe jej dalsze życie. W samo serce nieuleczalnej traumy sprzed
wielu lat i historii, co to zbyt często się powtarza…
Powieść „Escape room” holenderskiej
autorki Maren Stoffels, która zadebiutowała w roku 2005, mając zaledwie siedemnaście
lat, bez wątpienia sprawi, że kilkukrotnie zastanowisz się, nim przyjdzie Ci do
głowy udać się do tytułowego przybytku. Pełen zagadek pokój, z którego należy uwolnić
się w określonym czasie z założenia jest bowiem doskonałą zabawą i dobrym
pomysłem na spędzenie wolnych chwil z grupą przyjaciół czy znajomych. Jak udowadnia
fabuła Autorki, tego rodzaju rozrywka szybko może zmienić się w straszną
przygodę, z której… nie wszyscy wyjdą bez szwanku. Wyobraź sobie bowiem, że
zamiast dbającej o bezpieczeństwo uczestników rozgrywki osoby, jaka nadzoruje
jej przebieg na kamerach, tkwi psychopata. Na domiar złego - taki, który ma z nimi
niedokończone sprawy z przeszłości i właśnie znalazł doskonały sposób na zrealizowanie
krwawej vendetty. Zapętlona we własnym zwichrowaniu, napiszę: brzmi świetnie,
prawda? 😉 Dokładnie taka jest też narracja
pierwszej książki Pisarki, jaka ukazała się w Polsce. Choć niepozbawiona drobnych
wad, w moim odczuciu pozostaje niezłym przykładem młodzieżowego thrillera, w
jakim napięcie eskaluje wraz z każdą przewróconą stroną. Tychże jest zaledwie
247, co w połączeniu z wręcz zaskakująco krótkimi rozdziałami nadaje opowieści
rzadko spotykanej w literaturze dynamiki. Za jej snucie odpowiada czwórka
bohaterów, naprzemiennie przejmujących stery, dzięki czemu odbiorca może spojrzeć
na wydarzenia wieloperspektywicznie. Do tego dochodzą jeszcze mroczne wtrącenia
złoczyńcy, oznaczone jedynie literą X… Cóż - gdybym nie obawiała się pójścia do
jakiejkolwiek tajemniczej komnaty z powodu możliwości pojawienia się w niej ośmionogich
ohydztw oraz faktu, że nie z noszę
niewielkich i zamkniętych pomieszczeń, po spędzeniu wieczoru z propozycją
literacką Mieszkanki Amsterdamu z pewnością… uznałabym wizytę w escape roomie
za kapitalną ideę. Ta adrenalina - zupełnie jak w rosyjskiej ruletce, mmm… Choć
wziąwszy pod uwagę trzymający się mnie wiernie i dzielnie pech…
Od kiedy ludzkość dobrnęła
do punktu, w którym zdała sobie sprawę, że może nie być w Kosmosie sama,
poczęła marzyć o kontakcie z „obcymi”. Najpierw poszukiwała ich śladów przy
pomocy dość prymitywnych instrumentów optycznych z rodzaju teleskopów. Jednak
gdy nadeszła rewolucja przemysłowo-technologiczna, zaczęła stosować bardziej
wyrafinowane środki. 16 listopada 1974 roku miało miejsce spektakularne
wydarzenie: z największego na świecie radioteleskopu w Obserwatorium Arecibo w
Portoryko wysłano potężny przekaz radiowy w kodzie binarnym w stronę gromady
kulistej M13, a więc zgrupowaniu powiązanych ze sobą grawitacyjnie gwiazd w
gwiazdozbiorze Herkulesa. Składał się z 1679 impulsów, będących iloczynem dwóch liczb pierwszych: 23 i 73. Po
ułożeniu w siatce o tych właśnie wymiarach, impulsy te tworzą monochromatyczny
obraz, zwany piktogramem, który zawiera liczby od 1 do 10, listę pierwiastków
chemicznych, wzór DNA, schematyczną postać ludzką wraz z informacjami na temat
liczby „człowieków” i ich budowie fizycznej, a także widok Układu Słonecznego.
To pokolenie Ziemian i wiele następnych nie dowie się nigdy, czy próba była
skuteczna, gdyż pokonanie przez wysłany sygnał drogi do miejsca przeznaczenia
zajmie około dwadzieścia pięć tysięcy lat. Los radioteleskopu jest także bardzo
symptomatyczny, gdyż w 2020 roku zerwały się systemy podwieszenia i uległ on
całkowitemu zniszczeniu. Najbardziej oryginalną próbę kontaktu z kosmitami
podjął ZSRR, który w 1964 roku wysłał w kierunku Wenus alfabetem Morse'a
wiadomość zawierającą słowa: „мир” (Mir
- pokój lub świat), „Lenin” i „SSSR”. Wielce prawdopodobne jest, że
„ufoludkowie” na widok nazwiska krwawego wodza rewolucji październikowej i
nazwy zbudowanego przezeń państwa popadli w takie przerażenie, że
intencjonalnie nie próbowali na nią odpowiedzieć, nie chcąc podzielić losu
kilkudziesięciu milionów ofiar. Who knows?
Oto imponujący reprint -
unikalne dzieło o tajemnicach polskiej przyrody, widzianej okiem jej uznanego
popularyzatora i wysoce wykształconego biologa, żyjącego na początku XX wieku.
Przyroda, jaka jest - każdy
widzi, trawestując znane hasło z pierwszej rodzimej encyklopedii księdza
Benedykta Chmielowskiego. Czy aby na pewno? Człowiek dzisiejszych czasów nie
dość, że ma blade pojęcie, jak naprawdę wyglądają fauna i flora jego ojczyzny,
to jeszcze jest w stanie dostrzec jedynie jej okruchy. Tylko te nieliczne,
które jeszcze nie zostały dotknięte degradacją wynikającą ze zmian
cywilizacyjnych, jakie wypchnęły je na margines życia, czyniąc niemal
niewidzialnymi i niedotykalnymi. Zresztą współczesna ludzka istota, wiecznie
goniąca za mamoną i zajęta swoimi sprawami, pewnie nie zauważyłaby nawet żubra,
który stanąłby dumnie przed jej oczyma, nie wspominając już o zwierzętach
bardziej mikrej postury czy roślinach, które - choć piękne, nie zwracają
zbytnio na siebie uwagi. Tymczasem świat nie składa się tylko z samych osób i
wytworów ich umysłów - towarzyszy im bowiem pozostające obecnie w cieniu
niezliczone i bujne bogactwo przyrody. I choć mocno ograniczone w czasach
przemysłowo-technologicznej rewolucji, nadal potrafi zadziwić bogactwem form i
często niewysłowionymi: urodą i wdziękiem. Wystarczy na chwilę zatrzymać się i
uważnie spojrzeć, aby dostrzec to, czemu już nie poświęca się uwagi. A przecież
jeszcze niedawno było zupełnie inaczej. Przed zaledwie stu laty przyroda
stanowiła nieodłączną część zamkniętego kręgu żywota i śmierci, towarzysząc
człowiekowi od rana do nocy w jego codziennych zajęciach. Była zespolona z
"koroną stworzenia" w mocarnym, nierozerwalnym uścisku, jaki dawał
niewątpliwe korzyści obu stronom. Trud opisania tego stanu rzeczy zadał sobie
Autor recenzowanej książki, piszący na początku XX stulecia, jeszcze pod
rosyjskim zaborem. Jak jego dzieło odbiera dzisiejszy czytający?
.jpg)
.jpg)


