Jak w każdy powszedni dzień, szybkim ruchem dłoni wyłączasz budzik, zanim jego donośny sygnał wypełni niewielką sypialnię. Nie możesz przecież dopuścić, aby o piątej rano poderwał całą rodzinę, z jaką gnieździsz się w pięćdziesięciometrowej klitce o papierowych ścianach. Nastawiasz go tylko z przyzwyczajenia, gdyż Twój organizm zawsze wybija się ze snu parę chwil wcześniej. Potem ostrożnie zwlekasz się z łóżka, aby nie zbudzić śpiących żony i dzieci. Zachowujesz się jak automat, w którego pamięć wpisano zawsze tę samą sekwencję ruchów: trucht do kuchni, nastawienie wody na kawę, którą wypijasz paroma szybkimi haustami, narzucenie wierzchniego okrycia i pośpieszny spacer na przystanek, aby zdążyć na autobus. Jeśli odjedzie bez Ciebie, spóźnisz się do pracy, a to będzie miało swoje konsekwencje. Należy do nich nie tylko upokarzająca rozmowa dyscyplinująca, ale także obcięcie pensji. A ta, którą otrzymujesz i tak ledwo starcza na utrzymanie rodziny: Ciebie, Magdy i dwojga maluchów. Już teraz nie opłacasz wszystkich rachunków, których ilość rośnie w zastraszającym tempie. Jeden dług pociąga za sobą następny i tak bez końca, aż w końcu zjawi się tłusty, zadowolony z siebie komornik i zabierze nawet ten skromny dobytek, jaki posiadasz. Doskonale o tym wiesz, więc nie możesz pogrążać się w rezygnacji, bo Twoim podstawowym zadaniem jest utrzymanie bliskich. Zaciskasz więc zęby w akcie bezsiły i pakujesz się do starego, kopcącego niemiłosiernie Jelcza. On sam jest jak miasto w którym mieszkasz - brudny i wyglądający, jakby miał się za chwilę rozpaść. Gdy spoglądasz na pozostałych pasażerów, widzisz to, co zawsze. Wszyscy mają te same szare i pozbawione jakiejkolwiek nadziei twarze. Siedzą zgarbieni, wbijając pusty wzrok w podłogę lub w umorusaną szybę, przez jaką i tak niczego nie widać. Nawet gdyby było inaczej, przed ich oczyma rozpostarłby się mało zachęcający widok - Włocławek umiera, powoli, ale nieubłaganie.


