„To, co ukryliśmy” to kolejny thriller spod pióra brytyjskiej mistrzyni gatunku Adele Parks, której wszystkie przeczytane do tej pory książki niesamowicie mi się podobały. Złożone z trwożących emocji, nasączone przerażającymi konstatacjami, pełne niepokoju i zaskakujących zwrotów akcji - okazują się tym, co w literaturze spod ciemnej gwiazdy kocham najbardziej. Bogate w przemyślenia naczelnych postaci, zabierają czytelnika do rzeczywistości, w której każdy krok może stać się zaczątkiem tragedii i prowadzić do niepowetowanych strat. Nierzadko moralnie szare - zawsze jednak prezentują wysoki poziom, przez co w mojej ocenie twórczość Angielki jest idealnym przedstawicielem gatunku spod nazwy thriller psychologiczny. Proza Pisarki to świetny wybór dla zmyślnych odbiorców, którzy od historii oczekują przede wszystkim całej kawalkady uczuć i złożonych portretów postaci oraz zwichrowanych zdarzeń fabularnych zaprezentowanych z wielu perspektyw. Misterium mrocznej rozrywki, za jaką uważam najnowszą powieść Autorki, stanowi kontynuację kapitalnej narracji „Ostatnio widziane”, lecz możesz potraktować ją jako samodzielną propozycję czytelniczą. Uważam jednak, iż byłoby szkoda tak właśnie uczynić - obie gawędy uznaję za te najwyższych lotów. Kylie - a może raczej Kai i Leigh, na jakie kobieta zdecydowała się podzielić na skutek… bycia żoną dwóch mężczyzn równocześnie - przedstawi Ci bowiem ścieżkę swoich nietuzinkowych decyzji w sposób, od jakiego nie sposób się oderwać. Cóż… zaraz po tym, kiedy i jeśli wrócą jej wspomnienia, jako że obecnie pewien staruszek spędza z nią czas na odludziu, zaś cały kraj uważa ją za martwą skandalistkę, której ciała nie odnaleziono i jaka pozostawiła po sobie kogoś, kto chciał się jej pozbyć, dwójkę nieutulonych w żalu pasierbów, ich pogrążonego w stagnacji ojca oraz bajecznie bogatego holenderskiego milionera, co to nie może uwierzyć, iż jego poślubiona tak naprawdę w dni nieobecności nie odwiedzała chorej matki, lecz swoją drugą rodzinę…





