„Mechaniczne serca”,
których autorką jest Magdalena Kowalczyk bez wątpienia zostaną wyróżnione w
moim tegorocznym podsumowaniu literackim jako największe książkowe zaskoczenie
- nijak bowiem nie spodziewałam się, iż ta historia okaże się w tak wielkim
stopniu wyśmienita i finezyjnie złożona. Ta swoista antyutopia urzeknie każdego
miłośnika steampunkowych klimatów, fana młodzieżowych romansów składających się
ze zmyślnych wartości oraz kochanka najlepszych opowieści. O poszukiwaniu
własnej wartości i siebie w świecie, w jakim nie ma miejsca na nawet najmniejszy
błąd. Społeczeństwie, które rzekomo pracuje na dobro ogółu, choć tak naprawdę
traci wyjątkowe jednostki, każdą z odmiennych traktując jako wyrzutka. Życiu z
wiecznym strachem i pokonywaniu ograniczeń, jakie to najczęściej tkwią tylko w
umyśle. Miłości dwóch zagubionych dusz, która rodzi się w niesprzyjających
okolicznościach. Niesamowitej pasji i odwadze w walce o zrealizowanie marzeń,
choć wydawały się niedościgłe. Szkole, która nie wynagradza za wyjątkowość,
zdecydowawszy się przykrawać wszystkich do jednej miary. Dorosłych, jacy nie
stają na wysokości zadania, bojąc się konsekwencji za jakiekolwiek odstępstwo
od normy - przez co nie wypełniają misji, którą powinni nieść jako rodzice czy
nauczyciele. Wreszcie jednak Pisarka ową fantastyczną historią i opowieścią,
jaka równie dobrze mogłaby rozgrywać się wszędzie i w każdych czasach,
udowadnia, iż zabawa słowem wciąż okazuje się gratką dla powieściopisarzy. W jej
treściach semantycznie uśmiechają się bowiem skrzydloty i inne szalenie nazwane
maszyny, zaś bohaterowie przerzucają się przystającymi do zdarzeń powiedzeniami
z rodzaju: a niech mnie rdza zeżre czy: na tłok nienaoliwiony! Trzeba mnóstwa
talentu, by wykreować tak niesamowitą narrację. Przy tym jednak wciąż najeżoną
emocjami, które uderzają silnie, gdy czytelnik poznaje dwie naczelne postaci,
żyjące smutnie i samotnie na skraju odrzucającej je społeczności, lecz jeszcze
mocniej, kiedy po lekturze książki przeczyta się posłowie, zdradzające, skąd
pomysł na fabułę… Chylę… skrzydła!
Nie pamiętasz już, kiedy
nie bolało Cię całe ciało, pełne krwawych pręg i sinych wybroczyn, zaś serca
nie rozdzierał strach, że znowu spadnie na nie lawina ciosów - przy wtórze
karczemnych wyzwisk, ścinających krew w żyłach. Krótkie chwile wytchnienia
znajdujesz jedynie w nocy, gdy śpi już, zamknięty w swojej niedostępnej wieży
bądź wtedy, kiedy nie ma go we dworze, bo wyruszył w podróż po kolejne
makabryczne artefakty. Trudni się alchemią i bez ustanku przeprowadza nowe
eksperymenty, więc potrzebuje ich naprawdę wiele. Poznałaś nieludzkie
usposobienie swojego męża Ulryka von Wensee doskonale, gdyż jesteś z nim od
osiemnastu lat, lat, które są ciągłym, nieustannym koszmarem. Trafiłaś w jego
łapska jako nastolatka, prosto z dworu księżnej spod znaku Gryfa, zalękniona i
niemająca pojęcia, co ją czeka. Należałaś do fraucymeru, ściśle odizolowanego
od zwykłych poddanych, zatem nie zdawałaś sobie sprawy, jak straszne może być
życie. Ulryk wystąpił o Twoją rękę i stanowił doskonałą partię jako
przedstawiciel rodu starej, choć zubożałej już szlachty, omszałej wiekami
chwały oraz wielce zasłużonej w służbie udzielnego Księstwa Pomorskiego ze
stolicą w Szczecinie. Szybko się przekonałaś, że wysokie urodzenie nie chroni
przed zwyrodnieniem charakteru a bicie i
lżenie mogą stanowić nieodłączną część każdego dnia. Dowiedziałaś się także, że
można z nimi dzielić los bez mrugnięcia okiem, gdyż okazywanie strachu tylko
jeszcze bardziej rozjusza oprawcę, lubującego się w oglądaniu skrajnego
poniżenia ofiary. Masz wrażenie, że z biegiem czasu popada w coraz większe
szaleństwo, jakie odciska się wzrastającym poziomem przemocy. Wobec Ciebie.
Teraz zaznajesz nieco wytchnienia od ciągłej gehenny, ponieważ parę dób temu
wyjechał bez słowa pożegnania i nikt nie wie, gdzie skierował swoje kroki.
Nie musisz tu być, jednak zwyciężyło w Tobie poczucie odpowiedzialności.
Jako komisarz kierująca całym zespołem śledczych nie masz obowiązku brać
dyżurów domowych, w czasie których trzeba być cały czas pod telefonem i stawiać
się na każde wezwanie. Choć jesteś obciążona prowadzeniem licznych spraw, nie uchylasz
się także od nieprzymusowych zawodowych powinności. W skrytości duch liczyłaś
na to, że noc minie spokojnie i w końcu będziesz mogła się choć trochę wyspać,
ale stało się inaczej. Teraz, mroźnej styczniowej nocy, stoisz nad ciałem człowieka,
wydana na pastwę lodowatego wiatru, niosącego ze sobą płatki śniegu pomieszane
z marznącym natychmiast deszczem. Trup leży przy ścianie na plecach z rękami
rozrzuconymi, jakby denat próbował w ostatniej chwili zapobiec nieuchronnemu i
zastopować swój lot w stronę pawimentu. Jednak upadek z wysokości dwunastego
piętra mógł skończyć się tylko w jeden sposób: natychmiastową śmiercią. Gdy
spoglądasz w górę na szczyt biurowca położonego na terenie Silesia Business
Park w Katowicach, mimowolnie wyobrażasz sobie, co mógł czuć człowiek mający
świadomość, że za chwilę jego ciało roztrzaska się o podłoże, na co Twój
organizm reaguje przebiegającym po plecach dreszczem. Dokonujesz wstępnych
oględzin zwłok, choć widok nie należy do przyjemnych. Na pierwszy rzut oka
mężczyzna ma około czterdzieści lat - niestety nie znajdujesz przy nim niczego,
co mogłoby pomóc w identyfikacji. W kieszeniach płaszcza nie ma ani portfela,
ani telefonu, co nieco utrudni Ci śledztwo, gdyż będzie trzeba czekać, aż ktoś
zgłosi zaginięcie. Jednak z doświadczenia wiesz, że nie będzie to trwało zbyt
długo, bo bliscy z pewnością zaniepokoją się brakiem kontaktu i zaczną
poszukiwania. W każdym razie taka okoliczność budzi podejrzenia, że nie było to
samobójstwo, a ktoś „pomógł” denatowi gwałtownie zejść z tego świata.
Jesteś częścią tej ziemi - tak jak Twoi przodkowie, którzy żyli na niej od
zarania dziejów. Tak jak drzewa pobliskiego lasu, kryształowa woda w jeziorze, ptaki
śmigające w ścigłym locie nisko nad jego taflą czy powietrze, jakie codziennie
wdychasz do płuc. Stanowisz jej nieodrodną cząstkę, choć władze starają się
położyć temu kres. Pogardliwie nazywają Was Lapończykami, choć dobrze wiedzą,
że Twój lud nosi starożytną nazwę Saamów. I bez ustanku próbują wyrugować z
siedzib, chociaż przecież zajmujecie bardzo niegościnne dla człowieka tereny
tundry polarnej, zepchnięci na nie przez ciągłą ekspansję białego człowieka.
Nie możesz pojąć, dlaczego traktują Cię z taką pogardą, dostrzegłszy w Tobie
jedynie nieokrzesanego dzikusa, którego za wszelką cenę trzeba ucywilizować. Posługują
się przy tym Przedsiębiorstwem, które buduje w okolicy tamę i co jakiś czas zalewa
zbudowane przez Was wioski. Jesteście Nomadami i zajmujecie się rybołówstwem oraz
hodowlą reniferów, więc gdy nadchodzi lato, przenosicie się ze stadami na
Zachód w poszukiwaniu obszarów urodzajnych w trawę. Tego roku również tak
uczyniliście. Wprawdzie uprzedzono Was o zamiarze podniesienia poziomu wody w akwenie,
ale tym razem wróciliście do osady parę dni później niż zwykle. I zastaliście
swoje domostwa już pod jej powierzchnią. Teraz siedząc w chyboczącej się łódce,
z rozpaczą patrzysz na wystające jeszcze w połowie znad fal goahti, jak w
języku plemienia nazywa się mieszkalną chatę wykonaną z darni. Spędziłaś w niej
dzieciństwo, więc choć masz już trzynaście lat i prawie jesteś kobietą, serce
ściska Ci się z żalu. Wyobrażasz sobie, jak nieubłagany żywioł dostaje się do
środka przez jedyne okno, zalewając powałę, wypełniając szafę i unosząc z sobą
stół, krzesła i wszystkie inne rzeczy codziennego użytku, które towarzyszyły Ci
tyle lat.
O ponownym zobaczeniu Błękitnego Globu marzyłeś
przez całą dekadę. Oczywiście chodzi o ten czas, jaki spędziłeś na pokładzie
Prometeusza - statku kosmicznego, wysłanego w celach badawczych w stronę gwiazdy
Fomalhaut,
najjaśniejszej w całej konstelacji Ryby Południowej i oddalonej o dwadzieścia
trzy lata świetlne. W chwili, gdy zająłeś miejsca za jego sterami, miałeś
trzydzieści wiosen, więc teraz pod względem biologicznym masz ich czterdzieści,
choć licząc miarami ziemskiego czasu, upłynęło ich aż sto dwadzieścia siedem. Załoga
składała się z pięciu pilotów oraz siedmiu uczonych, odpowiedzialnych za
naukową stronę wyprawy. Jak na trzysta tysięcy ton masy, to z pozoru niewiele,
ale trzeba pamiętać, że dziewięćdziesiąt procent z niej stanowią napęd i paliwo
- a przecież swój udział ma także niezbędne oprzyrządowanie w postaci sond, małych
rakiet służących do eksploracji gwiezdnej przestrzeni i tym podobnych urządzeń.
W rezultacie na takim olbrzymie miejsca dla człowieka nie ma zbyt dużo. Do jego
dyspozycji pozostają pojedyncze kajuty, mesa i mostek. Nie wszyscy wrócili, bo kosmos
nie wybacza błędów. Sam wielokrotnie tylko cudem ocaliłeś swoje istnienie, a
trzech aeronautów zginęło w zasadzie na Twoich oczach, poświęcając życie dla
dobra ludzkości. Tej samej, która tak naprawdę nawet nie spostrzegła Waszego powrotu.
Nie spodziewałeś się wprawdzie tłumnych orszaków, piejących dziękczynne hymny w
uznaniu dla Twojej odwagi i ofiarności, ale mimo wszystko jedynie jednozdaniowa
notka w prasie, gdzieś na tylnych łamach, to jak na Twój gust nieco za mało.
Zdajesz sobie sprawę, że żaden z bliźnich nie jest w stanie zrozumieć ani nawet
sobie wyobrazić, jakie wśród ciał niebieskich niebezpieczeństwa czyhały na Was
wszystkich - otoczonych bezlitosnym i zimnym bezmiarem wszechświata, wobec
którego człowiecza istota jest tylko nic nieznaczącym pyłkiem…
Pałacowe przewroty, dworskie spiski, zamachy na władzę i życie oraz pewien chłopiec, który na drodze ku męstwie oraz miłości pada ich ofiarą, utraciwszy pamięć… Szczerze rzekłszy, nie spodziewałam się, iż za tą okładką Anna Maria Trzepizur skryje aż tak skomplikowaną i świetnie wymyśloną historię. Cechującą się wręcz starodawnym urokiem; taką, co to wielokrotnie uśmiechnie odbiorcę, porywając go do rzeczywistości złożonej z przygód i niebezpieczeństw. W mojej ocenie powieść „Władza ponad życie. Zdradzony” przypomina baśń minionych lat - przede wszystkim z uwagi na pojawiające się w niej postaci. Obok rycerzy czy królów i wojowników fabułę ubarwia bowiem rodzeństwo, które przywodzi mi na myśl znanych wszystkim Jasia i Małgosię albo pewna starowinka, jaka to - dla odmiany - nie jest wcale jak zła Baba Jaga. Cała opowieść owiana jest zresztą pewną dozą bajkowości. Do tego narrację cechuje swego rodzaju uniwersalizm - myślę, iż zaczyta się w niej zarówno młody nastolatek jak i dorosły. Sama spędziłam z tą awanturniczo-obyczajową gawędą zdecydowanie miły wieczór. Wędrowałam po ulicach fikcyjnego miasta Candamar, obserwując, jak dzieje się w nim źle i trwożąco gorzej. Podróżowałam otaczającymi krainę lasami, wypatrując czyhających zewsząd zagrożeń. I byłam niezmiernie ciekawa, czy sprawiedliwości stanie się zadość - a naczelna postać imieniem Devin odzyska całą utraconą po tragicznych przeżyciach pamięć i na powrót weźmie los we własne ręce. Pozostaje mi wyrazić nadzieję, iż większa liczba polskich autorów zdecyduje się na wykreowanie podobnej prozy - na wzór tej średniowiecznej, szlacheckiej czy po prostu „zamkowej” - w jakiej to wciąż przepada się z najwyższą przyjemnością, jeśli czasy współczesne, niezaczarowane definitywnie, są rozczarowujące. Jeśli jesteś gotowy na pełną emocji wyprawę życia, zapraszam Cię do wizytacji w pewnym królestwie. Bacz jednak uważnie na każdy swój krok - większości nie możesz tu zaufać…
Literatura science-fiction zna wielu mistrzów opowiadań, finezyjnych krótkich form historii. Takich, którzy przy pomocy stosunkowo niewielkiej ilości wersów potrafili umieścić istotę ludzką w przyszłości, by postawić ją przed wyzwaniami przeszłości, lecz też gwałtownego rozwoju nowoczesnych technik oraz form komunikacji. Zmusić do zadumy nad kondycją człowieczej natury i jej przeszywającej samotności oraz bezsilności wobec ogromu wszechświata. Niezdolnej do nawiązania kontaktu z formami życia, jakie nie mieszczą się w granicach wyobraźni i zdolności pojmowania umysłu. Niejednokrotnie ci przewidujący wizjonerzy przejmująco ostrzegali przed nowymi postaciami totalitaryzmów, które dzięki postępowi technologii inwigilacji otrzymają zupełnie inne możliwości panowania nad bezradnymi poddanymi. A także przed utratą humanistycznego pierwiastka, który jeszcze rozpaczliwie kołatał się w duszach im współczesnych. Zadawali pytania o granice odpowiedzialności za wytwory własnego geniuszu, które przestały być tylko użytecznym narzędziem, a uzyskiwały własną świadomość, nie mając jeszcze pojęcia o tym, że już wkrótce Ziemię oplecie globalna Sieć internetowa a Sztuczna Inteligencja rozwinie się w tempie, które zacznie przerażać jej twórców. Z gorzką refleksją można stwierdzić, że ich przestrogi ani nikomu niczego nie uświadomiły, ani też nie powstrzymały procesów, których być może nie da się zastopować. Choć literacki głos takich sław jak Philip K. Dick, Ray Bradbury, Isaac Asimov, Harlan Ellison, Henry M. Miller jr. czy nasz swojski Stanisław Lem brzmiał niezwykle głośno, został zlekceważony i jest już w dużym stopniu zapomniany. Tak jak twórczość Briana Wilsona Aldissa, brytyjskiego giganta fantastyki naukowej. Jak sam mawiał, gatunek ten sprowadza się do poszukiwania definicji człowieka oraz jego miejsca we wszechświecie, zgodnych z zaawansowanym, lecz nieuporządkowanym stanem ludzkiej wiedzy. „Halo, ziemia!...” to zbiór opowiadań, który jest tego doskonałym ucieleśnieniem. Jednocześnie stanowi jednak dowód, że krótkie historie mogą być pełne literackiego piękna.
Nikt nie wie, co naprawdę czujesz i nikogo to
nie obchodzi. Najgorsze jest to, że chyba nigdy nie otrząśniesz się z tragedii,
jaka spotkała Twoją familię. Wryła się tak głęboko w serce i umysł, że masz
wrażenie, iż w wypełnia nawet pory skóry. Jesteś nią przesiąknięta i nie
potrafisz uwolnić od roli, jaka została Ci narzucona. Może gdybyś dla wszystkich
postronnych, a zwłaszcza dla mieszkańców rodzinnego miasteczka Mt. Randall, zyskała
ludzkie, indywidualne rysy, byłoby to możliwe. Ale oni wszyscy, tak lubujący
się w plotkach i niesprawiedliwych, krzywdzących ocenach, postrzegają Cię tylko
i wyłącznie przez pryzmat nieszczęścia, którym zostałaś dotknięta. I nie czynią
tego ze współczuciem, ale specyficzną, złośliwą satysfakcją, że ich samych to
nie spotkało. Nie ma w nich na tyle litości czy nawet wyobraźni, by spostrzec,
że bardzo Cię krzywdzą i de facto odbierają człowieczeństwo. Dla nich jesteś jedynie
siostrą Jessiki, „tej Jessiki”, jaka zniknęła bez śladu dwadzieścia cztery lata
temu. Pamiętasz ten dzień jak przez mgłę - miałaś wtedy tylko cztery lata. Były
Twoje urodziny, więc przyjechała z campusu do domu i jak zwykle wypełniła go
czystą radością. Uwielbiałaś ją, była dla Ciebie najpiękniejszą i najlepszą
istotą na świecie, więc nie posiadałaś się ze szczęścia, że znowu ją widzisz. W
pewnym momencie wyszła na zewnątrz, aby przynieść z samochodu niespodziankę,
jaką przygotowała specjalnie dla Ciebie. Patrzyłaś przylepiona do szyby, jak
podchodzi do pojazdu, otwiera bagażnik, po czym schyla się, aby coś z niego
wyjąć. Wtedy na chwilę odwróciłaś wzrok, a gdy ponownie spojrzałaś w tamtą
stronę Jessiki już nigdzie nie było.
Niewielka objętościowo, lecz bogata treścią powieść Joanny Klinger pod tytułem „Kwarantanna” urzeka elegancką warstwą językową, jednak równocześnie ważkim przesłaniem - udowadnia bowiem, iż o związek należy dbać - i to niezależnie od jego stażu. Zagubieni w codzienności i zatraceni w szarzejących dniach małżonkowie czy partnerzy często zapominają o sobie nawzajem - choć przecież pozornie wydawałoby się to niemożliwe, jeżeli dzielą ten sam dom czy jedno mieszkanie. A jednak, jak wskazują trwożące statystyki, tak właśnie się dzieje. Rozmowy zaczynają się ograniczać do półsłówek i wymiany informacji odnośnie bieżących obowiązków. Komplementy ulatują w cień, zaś każda doba wygląda bliźniaczo bezbarwnie do poprzedniej. Relacja ulega ochłodzeniu, później degrengoladzie i nierzadko na końcu rozpada się całkowicie… Jeśliby się zastanowić, jeżeli ceni się dane uczucie - przecież można byłoby temu zapobiec. Myślę, że książka Pisarki jest tego świetnym dowodem, chociaż równocześnie swego rodzaju ostrzeżeniem i przypomnieniem. Uważam, że Autorka opatrzyła zresztą wykreowaną narrację bardzo dobrym motywem - wykorzystanie kwarantanny związanej z niedawnym epidemicznym szaleństwem na całym świecie do osadzenia dwójki bohaterów, którzy to niemalże całkowicie się od siebie oddalili, pod przymusem na niewielkim metrażu i nakłonienia ich tym samym do tego, by z braku innego wyboru nareszcie spoglądali na siebie, a nie przez siebie - to bardzo ciekawy zabieg literacki. Wprowadzenie do fabuły obyczajowej wątków rodem z thrillera oraz komedio-tragedii dodaje całości smaku. Podobnie zresztą jak szokujące zakończenie, którego nijak nie sposób było przewidzieć. Przyznam, iż po przeczytaniu ostatniej strony kilkukrotnie upewniałam się, czy nie ma ich więcej… Pierwszą prozatorską propozycję Klinger mogłabym zresztą przyrównać do zmyślnej sztuki teatralnej, w jakiej gra niewielu aktorów - ale jakże udanie to czynią! Definitywnie chciałabym zobaczyć ów swoisty spektakl na deskach jednego z wielkich przybytków.






