Mawiają, iż ten się śmieje, kto śmieje się ostatni… jednak zdarza się także, iż na koniec wcale nie ma komu się śmiać. Jeśli w istocie tak właśnie się dzieje, lekturę uznaję za udaną. Jeżeli na domiar cieniście dobrego ta mrocznieje z każdą przewróconą stroną i co chwila zaskakuje czytelnika niespodziewaną złożonością oraz skrętem fabuły w nieprzewidzianym kierunku - twierdzę, iż jest świetna. I dokładnie do takich zaliczam powieść pod tytułem „Prześmiewca”, której autorem jest Vincent Vin. Po przeczytaniu pierwszych rozdziałów byłam przekonana, że przede mną historia z cenionym motywem okrutnego, iście diabelskiego dziecka. Chwilę później sądziłam, iż będzie to dramatyczna opowieść o matce z piekła rodem, by moment potem dojść do wniosku, że może to raczej przesmutna opowieść o istocie zła. Wszystkie te założenia były zarówno prawdziwe, jak i całkowicie fałszywe - jako że Twórca umiejętnie lawiruje pomiędzy thrillerem, horrorem, kryminałem i obyczajową tragedią, splatając je w jedną narrację, okraszoną dodatkowo… tematyką wierzeń pewnego odległego kulturowo plemienia czy obłożonych klątwą bytów rodem spod skrzydeł samego Lucyfera, które to na skutek anatemy zmaterializowały się wśród żywych. Jej fabuła to również powieść drogi odbywanej do wtóru szaleńczo szybko przesuwających się zegarowych wskazówek czy gawęda traktująca o toksycznej miłości. Trzeba dużego talentu, aby tak różnorodną wielowątkowość złożyć w nieodkładalną prozę - i stwierdzam, że Pisarz bez wątpienia nim dysponuje. Bez epatowania ohydą krwawych detali zbrodni, zbędnego patosu czy często obecnej w „książkach z dreszczykiem” śmieszności - zabiera odbiorcę do rzeczywistości, która jest tyleż straszna, co… na swój sposób prawdziwa. Porywa go w podróż po wielu stanach, nomen omen, Stanów Zjednoczonych, prezentując amerykańską jakość treści - tę bardzo dobrej klasy, jaką aż chciałoby się zobaczyć w zekranizowanej wersji. A kim jest Kruk Prześmiewca, jeśli naprawdę chcesz się przekonać?



