Powieściowy pojedynek na śmierć i życie, rozegrany na arenie zwanej Warszawą pomiędzy genialnym w swoim fachu złodziejem, wybierającym klientów do obrabowania niczym samomianowany Robin Hood a mordercą na zlecenie, zajmującym się oczyszczaniem świata z ofiar wskazanych przez podmiejską mafię? Et voilà - właśnie taką historią zaskoczył mnie Krzysztof Domardzki, którego twórczość zdążyłam pokochać za sprawą iście genialnej narracji pod tytułem „Error”. Co okazało się dla mnie dużą niespodzianką, tym razem Pisarz pokusił się o wykreowanie fabuły z pogranicza sensacji, akcji oraz książek szpiegowskich, jaka to charakterem przypomina mi nieco koncepcję, którą Forsyth zastosował w świetnej propozycji literackiej „Szakal”. Nie jest to jednak pomysł wtórny, albowiem urodzony w Łodzi Twórca „Pojedynku” stworzył zupełnie inną wersję prozy, jaka dzięki krótkim rozdziałom i niesamowitej dynamice nie pozwala czytającemu na to, by przerwać lekturę przed poznaniem zakończenia. Całość okraszona została do tego wersami z polskich utworów z gatunku rap - a hip-hop starej, dobrej jakości, wpleciony umiejętnie w treść, zawsze ubarwia mi odbiór dzieła. Za zabieg ryzykowny uznaję natomiast umiejscowienie akcji rodem z amerykańskich filmów i to tych, w których fajerwerków nie brakuje, w rodzimej stolicy - mnóstwo pościgów, jeszcze więcej strzelanin, niezliczenie mnogo trupów oraz widowiskowe porachunki policji z elementami przystającymi do gangów… Czy Autorowi udało się tą wersją mnie przekonać, tradycyjnie dowiesz z subiektywnej części recenzji. Tymczasem pozostaje mi stwierdzić, iż jeden z filmowych bohaterów, którego działania oglądane na wielkim ekranie darzę miłością niezrozumiale ogromną, to jest niepowtarzalny John Wick, jakiego to odgrywa jeszcze bardziej wyjątkowo Keanu Reeves… w mojej ocenie całkiem dobrze bawiłby się, jeśli miałby okazję przeczytać powieść Domardzkiego. A może i zrodziłoby to u aktora kilka nowych pomysłów odnośnie widowiskowości roli, w którą się wciela?

