Prawdopodobnie w życiu nie
czytałam tak świetnie napisanej książki sensacyjnej - dygresyjnej powieści
drogi o niezwykle wciągającej akcji, zaserwowanej czytelnikowi gawędziarską warstwą
językową, z wręcz zaskakującą ilością komizmu sytuacyjnego. Jestem zdania, iż „Bellwood
Quarry”, w wersji zekranizowanej przez najlepszą ekipę filmową, mogłoby dumnie
stanąć w szranki z serialami pokroju „Breaking Bad” i podobnie jakościowymi
produkcjami. Bartłomiej Ludwisiak ma zaś rzadki talent. Pomimo tego, iż wykreowana
przez niego fabuła wielowymiarowością i złożonością zaskakuje po wielokroć, składane
przez niego umiejętnie zdania natychmiastowo materializują przed oczyma
odbiorcy skomplikowaną fabułę. Na uwagę zasługuje przy tym fakt, iż jego 412-stronicowa
opowieść praktycznie pozbawiona jest dialogów. W taką kreację narracyjną (w dodatku
pierwszoosobową, kocham!) zdecydowanie trzeba umieć - i to na mistrzowskim poziomie!
Co więcej, mój zachwyt nad tą propozycją literacką, która stała się bardzo
silnym pretendentem do tytułu KSIĄŻKI ROKU w moim osobistym rankingu, trwał
niezmiennie od pierwszego aż po ostatni rozdział - choć z przyjemnością
przeczytałabym ich jeszcze setki więcej. Przyznaję, iż poprzeczka dla
wszystkich historii, jakie będę miała okazję poznać w najbliższych miesiącach i
które mogłyby ją zdetronizować, została ustawiona naprawdę wysoko. Jestem także
przekonana, iż każdy miłośnik przeszywająco inteligentnych, zmyślnych treści
spod ciemnej gwiazdy zakocha się w tekście Pisarza od początkowych wersów. Niewymuszone
żarty sytuacyjne, wygłaszane niejako śmiechem przez łzy przez głównego bohatera,
który każdą kolejną tragedię, jaka go dotyka, przyjmuje z męskością i swoistym
spokojem, udowadniającym dystans do świata i rzeczywistości, są absolutnie
urzekające. Nie brakuje jednak także smutnych konstatacji i rozważań opartych
na prawdziwych wydarzeniach. Tytułowy Bellwood Quarry faktycznie zresztą
istnieje. Po gigantycznej transformacji, dziś jest zielonym parkiem rozrywek
wodnych. Onegdaj był kamieniołomem, w jakim wydarzyło się wiele mroczności…
Kiedy
Twoje życie straciło wszelki cel, popadłeś w odrętwienie. A teraz postanowiłeś
nieodwołanie je zakończyć. Na szczęście sceptycznie podchodzisz do spraw
związanych z wiarą, więc żadne hamulce moralne nie są w stanie odwieść Cię od
tej decyzji. Zresztą, nawet mocna wiara w Opatrzność nie skłoniłaby Cię do dalszej
egzystencji w sytuacji, gdy nie ma to najmniejszego sensu, a każdy dzień i
każda godzina są czystą udręką. Teraz stoisz na barierce mostu i patrzysz w
czarną otchłań, na której końcu czeka Cię spotkanie z rzeką, jaka pozwoli nareszcie
zasnąć na zawsze i nie czuć ciągłego bólu rozrywającego serce. W ostatnich
chwilach gorzko myślisz, że czterdzieści lat, które spędziłeś na tym świecie, zostało
dotknięte takim tsunami nieszczęść, że żaden człowiek by sobie z tym nie
poradził. Pierwsze miało miejsce, kiedy ledwie skończyłeś trzynaście lat. Ukochana
mama zachorowała na glejaka i choć starałeś się nie przyjmować tego do
wiadomości, wkrótce z rozpaczą patrzyłeś, jak kona w szpitalnym łóżku,
ściskając z całych sił Twoją dłoń. Byłeś z nią bardzo związany, więc z chwilą jej
śmierci runęło Twoje kruche i bezpieczne dziecięce uniwersum. Na domiar złego,
ojciec nie poradził sobie ze stratą. Uciekł w alkohol, który - jak to zwykle
bywa - prowokował gwałtowne zachowania. Utalentowany malarz, jakiego dzieła
znajdowały licznych wielbicieli i zapełniały ściany domostwa, stał się zwykłym
pijakiem. Rodzinną siedzibę zmienił w melinę, z której uciekałeś przy każdej
okazji - nocowałeś u babci, która jednak wkrótce zmarła. W Twoje osiemnaste
urodziny przekroczył wszelkie granice. Przy zgromadzonych gościach rozpętał
karczemną awanturę, a gdy dotknięty do żywego zwróciłeś mu uwagę, rzucił się na
Ciebie z pięściami.
W literackiej przeszłości miałam już wiele okazji, by poznać twórczość Katarzyny Haner - polskiej Pisarki, którą cenię za wszechstronność. Jej romanse mafijne niezmiennie porywały mnie dynamiką do wykreowanych światów, komedie romantyczne bawiły żartami sytuacyjnymi, zaś mniej lub bardziej gorące historie o miłości kradły z codzienności i przenosiły do rzeczywistości fikcyjnych bohaterów. Co może Cię zaskoczyć, pierwsze książki Autorki poddawałam ocenie jeszcze za czasów blogosfery - około dekady temu! Z tego powodu mam do jej prozy spory sentyment i z niegasnącym zainteresowaniem wypatruję kolejnych propozycji literackich spod jej pióra, które - co naturalne przy tak dużym doświadczeniu w tworzeniu narracji przeznaczonych głównie dla kobiet - cechuje się przyjemną lekkością oraz sporą płynnością. Muszę jednak nadmienić, iż „Tajemnice, które nas niszczą” (opublikowane przez uwielbiane przeze mnie Wydawnictwo Ale, które wciąż nie sprostało mojemu wyzwaniu, nie przyjąwszy pod skrzydła opowieści, która mi się nie spodoba 😉) w znacznym stopniu mnie zaskoczyły. Oprócz tytułowych sekretów z minionych lat, co to wciąż odkładają się na życiu wykreowanych przez Haner sylwetek długim cieniem, fabułę naznacza bowiem jeden z najpopularniejszych motywów, czyli od przyjaciół do kochanków. Przyznaję, że… z tak jego smutną, tęskną i naznaczoną trwożącymi tragediami odsłoną nie miałam chyba do czynienia - choć w żadnym wypadku nie jest to przywara. W świecie przesłodzonych romansów, które przedstawiają rozwój relacji pomiędzy dwójką najlepszych kumpli, jakich to ciągnie do siebie zazwyczaj jeszcze od czasów wspólnego dzieciństwa, jest to złożona i na swój sposób bardzo ożywcza odmiana. Tekst traktuje także o ważkich kwestiach - radzeniu sobie z winą, wadze niesłusznych oskarżeń, wykluczeniu ze społeczności niewielkiego miasta czy… niejakiego syndromu Mesjasza, który jest mi doskonale znany. Często bowiem zatraca się siebie, walcząc o wszystkich pozostałych. Nawet, jeżeli ci wcale na to nie zasługują…
Niektóre marzenia umierają. Są jednak również takie, które wracają po latach i przybierają postać książki - zupełnie tak jak w wypadku DEBIUTU Iwony Sowińskiej - opowieści kontrowersyjnej, lecz wyczuwalnie złożonej z mrzonek snutych pod osłoną nocy. Oto historia, jaka udowadnia, iż fascynacje bynajmniej nie muszą odchodzić w zapomnienie - jeśli tylko, zmyślnymi słowy, da się im szansę zaistnieć. Nie spośród tych, które czyta się tylko śledząc wzrokiem linijki tekstu; nie nawet taka, którą poznaje się wyciągniętymi z pamięci wyrazami. W mojej ocenie tę narrację odczuwa się i poznaje miejscem, jakie uchodzi za znacznie bardziej niebezpieczne niż oczy oraz wspomnienia - tym, gdzie to przez lata odkładały się niespełnione tęsknoty, młodzieńcze zachwyty, wstydliwe fantazje i wszystkie te zdania, których z różnych powodów nikomu się nie opowiedziało. Myślę, iż „Rzeźbiarz z Maryland” nawet nie do końca jest powieścią - przyrównałabym go do nader osobliwego seansu spirytystycznego, który mógłby zostać odprawiony nad swego rodzaju popkulturowym wspomnieniem. Najtrafniej: to długi, gorączkowy monolog wyobraźni, jaka pewnego dnia postanowiła przestać przepraszać za własne marzenia. Dlaczego właściwie należałoby to czynić? Od pierwszych stron lektury miałam wrażenie, jakbym nie tyle otwierała książkę, ile uchylała drzwi do prywatnego muzeum obsesji. Takiego, w którym eksponaty nie stoją za szybą sztuczności - miast tego żyją własnym życiem, zaś stare filmy drżą, poruszone ofiarowanym tchnieniem. Kasety VHS szeleszczą niczym jesienne liście. Zapamiętane przed laty twarze wychodzą z ekranów odbiorników telewizyjnych i siadają z czytającym przy stole. Granica między rzeczywistością a fantazją rozmywa się powoli, niemal niezauważalnie. I w pewnym momencie odbiorca przestaje pytać, co wydarzyło się naprawdę, jako że istotniejszym staje się to, co rozegrało się w sercu bohaterki. A tam od dawna trwał osobny wszechświat. Liminalny, znajdujący się na granicy dwóch jaźni i rzeczywistości. Opowiem Ci o nim, wyjątkowo w oryginalnej, stosownej do treści powieści formie.
Tajlandia zawsze wabiła Cię
bogactwem kolorów, imponującymi zabytkami z okresu dawnej świetności kraju,
wspaniałą, egzotyczną przyrodą oraz fascynującymi mieszkańcami. Z pierwszego
wyjazdu do tego kraju, poza związanymi z tym wspomnieniami, przywiozłaś coś
jeszcze - wakacyjną miłość. W Twoim przypadku brzmi to nieco obrazoburczo,
jesteś bowiem formalnie mężatką, jednak z Twoją drugą połówką od dawna nic Cię
nie łączy - poza córką, wspólnymi kontem, domem i samochodem. Mieszkacie razem,
ale tak naprawdę jesteście dla siebie całkowicie obcymi ludźmi. W październiku
2016 roku, po kolejnym kryzysie w związku, postanowiłaś zadbać również o siebie
- porzuciłaś właśnie pisany doktorat, wzięłaś urlop w szpitalu i wyjechałaś do
państwa Khmerów. Poznałaś tam pochodzącego z Niemiec Daniela, z którym
przeżyłaś szalony romans w tropikalnej scenerii. Nigdy czegoś podobnego nie
doznałaś a do Polski wróciłaś z mocnym postanowieniem, że więcej nie pozwolisz,
aby Twoje życie układali inni. Los szybko zweryfikował Twoje oczekiwania.
Wprawdzie na niwie zawodowej osiągnęłaś wiele sukcesów - zdobyłaś tytuł naukowy
oraz otworzyłaś z koleżanką gabinet medycyny estetycznej, ale na
najważniejszej, osobistej poniosłaś sromotną porażkę. Nic w tym zakresie się
nie zmieniło - masz ponad czterdzieści lat i do teraz dzielisz dni z
człowiekiem, za którym nawet nie przepadasz, gdyż wygoda i obawa przed rozwodem
oraz wiążącymi się z nim perturbacjami skutecznie powstrzymała Cię przed
podjęciem, wydawałoby się, oczywistych kroków. Co gorsza, z biegiem czasu
straciłaś też kontakt z ukochanym mężczyzną. Początkowo pisaliście do siebie,
dzwoniliście oraz wymienialiście się zdjęciami. Planowaliście również, że
przyjedzie do Polski, gdy już odejdziesz od męża, ale nic z tego nie wyszło.
Życiowa - i może z tego
powodu tak przepiękna. Albo dlatego, że złożona z wartości oraz udowadniająca,
iż w każdym drzemie dobro. Nawet, jeżeli głęboko skryte i uśpione, jeśli się
postarać - wciąż można je odnaleźć. Kiedy pisałam rekomendację na skrzydełko
okładki pierwszej książki, którą z pełnych powabu zdań wykreowała Jaga Tuliszka,
Autorka władająca niezwykłą lekkością pióra, nie spodziewałam się, iż później
wielokrotnie będę wracała do jej opowieści. Jest w niej jednak coś na tyle
magicznego, iż nawet wiele dni po lekturze odbiorca chce ponownie przeżyć ten
czy inny fragment, zanurzywszy się w zwykłej-niezwykłej prozie debiutującej
Pisarki. Pozornie można by ją określić literaturą obyczajową, lecz czytelnik w
postaci kochanka niewtórnej jakości przyporządkuje ją z wielu względów do tej
pięknej. Wydarzenia fabularne mogłyby zaś stać się udziałem każdego, przez co
jestem zdania, iż to jedna z tych treści, które przypadną do gustu niemalże wszystkim.
W mojej ocenie „Jak nie teraz, to kiedy?” to podróż przez życie - rodziny
głównej bohaterki i znanych przez nią, nader barwnych kobiet - ale też ta, jakiej
i Ty mogłeś kiedyś doświadczyć. Narracja o radzeniu sobie ze stratą, traumą
oraz wyrzutami sumienia, które to często zatruwają rzeczywistość - także wówczas,
gdy daleko im do słusznych. O walce z prywatnymi demonami, spośród których
najgorsze bywają niezapowiedziane ataki paniki, dławiące jaźń i teraźniejszość.
I jeszcze o byciu tym odtrącanym, w mniemaniu krzywdzącego rodzica, gorszym
dzieckiem, jakie stara się pozbyć owej roli przez całe dorosłe trwanie. Choć
nie są to radosne motywy, „pierwszy raz” Tuliszki uśmiecha, jako że nad
wszystkie wymienione wysuwają się jeszcze inne, z których płynące wnioski radują
i stają się swoistym światłem nadziei w obecnej, tak często pozbawionej go
codzienności. Tekst za energiczną okładką udowadnia bowiem, iż relacje i familia
wciąż pozostają najwyższą wartością, miłość względem dzieci jest
niepowtarzalna, wiara w Boga przynosi ukojenie, małżeństwo jest opoką… a szlachetność
nadal tkwi w ludziach. Czarujący wzór.
„Medalion” to DEBIUT, jaki można by określić
mianem finezyjnie-fantazyjnego. Przede wszystkim dlatego, iż Paweł M. Arent
zdecydował się na cokolwiek ryzykowny wybór gatunku czy raczej podgatunku
literackiego, czyli high fantasy. Najczęściej z założenia: akcja osadzona we w
pełni alternatywnym, fikcyjnym świecie, jaki rządzi się własnymi prawami magii
czy fizyki, złożona mitologia, wręcz epicki rozmach czy obecność nieludzkich
ras - to najważniejsze z wyznaczników, pozwolę sobie zarysować, choć
specjaliści w tej materii z pewnością dodaliby o wiele więcej cech charakterystycznych.
Nie na tym jednak koniec - ponieważ początkowo fabuła przystaje do low fantasy
(okoliczności zbliżone do rzeczywistych). Nieźle! Moim zdaniem pierwsza
propozycja Pisarza nie jest jednak li książką traktującą o żywiołach i uwikłanych
w przepowiednie wybrańcach. To bowiem także narracja o postaciach, które zostały
wrzucone w rzeczywistość, jaka okazuje się ich przerastać, na skutek czego pożądana
przez wielu magia nie lśni nęcącym blaskiem niczym piękna błyskotka, a raczej
ciąży zupełnie jak stary, rodowy grzech. Autor zdecydował się zaś na wykreowanie
rzeczywistości, jakiej kształt przypomina mi sen śniony w malignie: pełen
jakoby pradawnych nazw i niepokojących symboli, nasączony proroctwami, co to są
zapisane językiem przywodzącym na myśl treści rytuałów. Choć sama historia na
początku wymaga od odbiorcy dużej dozy skupienia (niniejszym pozdrawiam własne
siedem osobowości, i skrajne ADHD imieniem NM - narwany multitasking), jeśli pozwoli
się przenieść do innej krainy, szybko poczuje się wciągnięty… - tak to sobie wyobrażam
- w pusty wagon, pędzący wprost do lasu wonnego od deszczu, w którym nasłuchuje
się kroków kogoś lub czegoś, czego wcale nie powinno w nim być. Ta książka
pachnie dla mnie bowiem burzą - i to nie taką metaforyczną. Może słowa stron
skropione są starym borem i smakują rdzą kolejowych torów. Albo są ciężkie niczym
wiszące nad bohaterami niebo, które próbuje zapowiedzieć katastrofę… Ciszę
przed wybuchem, utkaną z niezaprzeczalnego przeczucia.
Książka, której treść zaserwowana
jest czytelnikowi nie standardową prozą, a rozmową jakoby żywcem wziętą z
komunikatora internetowego - w dodatku w nietypowym formacie A4, o stronach
podzielonych na połowy? Każdorazowo, gdy sądzę, iż w literackim świecie wiekowego
i doświadczonego wyjadacza niewiele może już zaskoczyć, pojawia się novum, które
udowadnia, iż się myliłam. Ja zaś bynajmniej nie mam nic przeciwko, wszakże
podobne niespodzianki wciąż mają moc rozjaśniającą mroczne i chmurne oblicze.
Miłosz Wołk-Łaniewski to zupełnie nowe nazwisko na scenie rodzimej twórczości,
na jakiej jego posiadacz postanowił zagościć z unikatowym DEBIUTEM. Najszczerszej
przyznawszy, choć w zwichrowanej głowie walczę średnio z milionem szalonych
pomysłów na minutę, nie wystąpił w niej jeszcze taki, by zamiast tradycyjnym tekstem,
przedstawić odbiorcy historię za pomocą okraszonych rzadkimi wtrętami narratora
zdjęć i wiadomości, które wymieniają między sobą dwie osoby, jakie zetknęły się
ze sobą w Internecie za sprawą zrządzenia losu, zupełnego przypadku czy trudnych
do przewidzenia meandrów przeznaczenia. Zadanie trudne do wykonania a do tego na
wskroś innowatorska forma! Szczęśliwie nie posiadam większości archiwum własnych
maili, Messengera czy popularnego onegdaj Gadu-Gadu, jako że jestem przekonana
o tym, iż Autor zainspirowałby mnie na tyle, aby przekształcić część spośród
nich w książkę - choć musiałabym najpierw sprawdzić, czy w zakładach bardzo
zamkniętych można korzystać z Sieci. 😉 Tekst
Pisarza uważam za nader ciekawy eksperyment twórczy. Choć byłam do niego nieco
sceptycznie nastawiona, szybko udało mi się wciągnąć w tę nieszablonową treść.
Poznając opowieść, jaka wydarzyła się naprawdę, o czym widnieje informacja na
okładce, w tego rodzaju wariacji, czytający czuje się niczym… uczestnik reality
show lub wynajęty detektyw czy też osoba, która przypadkowo znalazła w dowolnej
sytuacji odblokowany telefon komórkowy lub laptop, na jakim widnieje otwarte
okno obszernej, intrygującej, toczonej przez dłuższy czas konwersacji. Zdarzało
się. 😉
Książkę znajdziesz pod linkiem: [KLIK].
„Tam i z powrotem + trzy
metry” to książka, która stanowi pewien ewenement - bowiem po tym, jak pochłonęłam
ją w jeden wieczór, zdecydowałam się przyjąć propozycję, jaką złożył mi
Sebastian Orszulik. Niniejszym obwieszczam, iż objęłam tę wyjątkową,
zwichrowaną i pełną zawirowań historię PATRONATEM MEDIALNYM. Wstępnie zgodziłam
się wziąć pod swoje mroczne, medialne skrzydła całą trylogię - choć część druga
i trzecia dopiero powstają, zatem przed ostatecznym werdyktem naturalnie
zapoznam się z tekstami, nim będę mogła ostatecznie to potwierdzić. 🔥 Dlaczego uznałam, iż pierwsza powieść
Autora współgra ze mną na więcej niż wymagane sto procent? Ta cienista narracja
zaskoczyła mnie dziesiątki razy. Początkowe rozdziały zapowiadały spokojną
historię, z jakiej mógłby się wyłonić przedstawiany z perspektywy dwóch
bohaterów, rodzący się dopiero romans. Co ciekawe, zarówno Sebastian, jak i
Anna opowiadali czytelnikowi o tych samych wydarzeniach, po części powtarzając
gawędę, za czym to w literaturze nie przepadam. Już kilkanaście przewróconych stron
później zrozumiałam jednak sens tego zabiegu, a kiełkująca opowieść o miłości zaczęła
ewoluować w wiele innych kierunków - przy czym każdy z nich okazywał się bardziej
dynamiczny. Wątki kryminalne skręcały w stronę najlepszych opowieści sensacji
oraz akcji, powodując szybsze bicie serca i rosnące wykładniczo zainteresowanie
lekturą. Na domiar dobrego chwilę później dołączyła do tego jeszcze mocniejsza
warstwa, jakiej tekst określiłabym mianem: dark thriller. Jakąż pyszną ilością zagrożeń,
suspensów, niepewności i żywiołowości Orszulik nasączył swój tekst! Jestem pod
wrażeniem doskonale stopniowanego napięcia - kolejne rozdziały tej niewtórnej
treści mrocznieją coraz silniej. Przez co nie tyle zabierają odbiorcę w pełną
niebezpieczeństw rzeczywistość, ile właściwie porywają go na najbardziej
szaloną karuzelę zdarzeń, jaką tylko można… nie: jakiej nawet nie sposób sobie
wyobrazić przed lekturą. Kapitalne ujęcie motywu: podpaliłbym dla niej cały
świat i zstąpił do piekieł…
.jpg)
%20(1).jpg)
.jpg)
.jpg)