Melka Kowal - Nadzieje - recenzja
Śmiać się i płakać, gdy oto
jest i on - cholerny bumerang? Zaopatrzony w bukiet Twoich ulubionych kwiatów,
ubrany w koszulę, którą sama kupiłaś mu za czasów niedawnego związku, z
szelmowskim uśmiechem na ustach - tym, na widok jakiego jeszcze niedawno miałaś
ochotę zemdleć, z uwagi na fakt, że jest skierowany do Ciebie. Zupełnie, jak
gdyby miał przeklęty detektor; zjawia się z powrotem dokładnie w momencie,
kiedy nauczyłaś się udawać, że Twój były - oczywiście ten jedyny - obchodzi Cię
mniej niż zeszłoroczny śnieg, potraktowany w dodatku nieelegancko przez tego
czy innego psa, tymże zwierzętom nie ujmując. Akurat w chwili, gdy nauczyłaś
się żyć samodzielnie i wcale, ale to w ogóle nie masz już wizji w siebie
odzianej w najpiękniejszą suknię ślubną na świecie, kroczącą u boku tego palanta,
jakże przystojnego w dobrze skrojonym smokingu… Stop, mózgu. Przecież zabiłaś już
w sobie romantyzm do imentu na co najmniej siedem kolejnych dekad, jeśliby nieszczęśnie
przyszło Ci żyć aż tak długo w ciele daltonistki. Nie znasz bowiem drugiej kobiety,
która tak jak Ty - ufnie, radośnie i otwarcie - z całą wewnętrzną dzikością
zaczęłaby podskakiwać radośnie na widok czerwonej flagi, którą Twój niedoszły
narzeczony zdecydowanie jest. I faktycznie, może widziałaś na jakim kiju ta
powiewa, ale nie zmienia to faktu, że każdy poza Tobą z jakiegoś miliona kilometrów
dostrzega, że płachta nie ma koloru zielonego, tylko wręcz krwisty. Nie dla
Ciebie jednak, bo oto zbiegły, gdy tylko Wasz związek stał się zbyt poważny
(ale hej, przecież możecie nadal być przyjaciółmi, przecież każda romantyczka całym
potrzaskanym sercem marzy o przejście na tę relację z wiadomymi benefitami!),
bohater stoi przed Tobą durnie, jeszcze głupiej tłumaczy się, że przecież każdy
popełnia błędy, mruga uroczo wielkimi gałami i jak gdyby nigdy nic dodaje, że
po Tobie nic już nie smakuje. Żadna Ci nie dorównuje, przemyślał gieroj. Po
wszystkim mówi energiczne elo i znowu znika - domeną bumerangów. Oby tak gdzieś
utknął w końcu, w zasłużonym piekle najlepiej. 😉
„Rozsądek? Nie wiem, nie znam. Rozum? Brak. Wielka potrzeba miłości i akceptacji? Zawsze obecne. (…) Na litość boską!!! A tak w ogóle to suknia biała czy écru? ZAMKNIJ SIĘ, MÓZGU!”
A teraz o książce, choć wstęp również o niej traktował - zwyczajnie okazał się komicznie zbliżony do moich dawnych przeżyć… 😉 Zatem. Na tragedię Twoją, tenże jeszcze nie zawieruszył się w jakiejś śmiecioprzestrzeni i powraca z godną podziwu konsekwencją, choć wcześniej zabrakło mu zarówno godności, jak i wytrwałości. Miało być tak pięknie, nie wiać w oczy Wam i ociekać szczęściem, miało być sto lat, sto lat - za tekstem znanej piosenki. Niepoprawna romantyczka w Tobie, za jakiej wychowanie winą obarczasz wiecznie zakochanych w sobie rodziców, klaskała na stojąco. Żoną miałaś być, miał być ślub i wesele też - ale najpierw wspólne mieszkanie. Spakowałaś cały dobytek i z właściwym sobie, pozytywnym nastawieniem (które dawno powinnaś przecież stracić, bo przecież pech to Twoje drugie imię) wyruszyłaś do Londynu. Nie mogłaś doczekać się, kiedy przysiądziesz przy kupionym do Waszego gniazdka przez Daria biurku i napiszesz najpiękniejszą powieść o miłości, zapewne wzorowanej na własnym szczęściu. I cóż… dłonie obiłaś sobie nie od aplauzu dla radości, a stukając do drzwi, które nigdy się nie otworzyły - bo Twoja wielka miłość zwyczajnie zniknęła, przytłoczona powagą relacji (nic przecież nie wskazywało na uczucie aż po grób, gdzieżby) i zapomniała dać Ci znać, że jednak wspólnego lokum Нет. ничего Нет. Teraz trzymane w tychże samych rękach (które nagle zapragnęłaś sobie wówczas malowniczo pochlastać suchą bułką), torby przestały Ci już ciążyć nawet mentalnie, bo oto Twój pisarski sukces pozwolił Ci na zakup własnego domu. Co prawda pustego i do remontu, ale może to właśnie ta chwila na to, aby zaprojektować od białej kartki całe życie na nowo. Tylko że właśnie ten moment stare wyposażenie rzeczywistości, zużyte przewinami, acz wciąż na nieszczęście Twe czarujące, za bukietem kwiatów ulubionych, puka do Twych drzwi. Otwierasz, oczywiście - bo oszukiwałaś się tylko, że nie uchylone, a zatrzaśnięte były. Nie powinno Cię to zaskoczyć, a jednak - po wspólnej nocy, obiecanych Walentynek razem już nie ma, jako że Dario ponownie zapada się w niebyt związkowych konsekwencji. W poszukiwaniu rozsądku i cynicznego spokoju… przypadkiem wpuszczasz więc do życia innego spośród Twoich byłych… Pierwszą miłość. Tę po stracie której…
„Co ja robię? Co ja, na los
i wszystkich świętych robię? (…) najwyraźniej wychodziłam do kawiarni z
facetem, który przemielił i wypluł moje kochliwe nastoletnie serce, a teraz
nagle powrócił, nie wiedzieć czemu. (…) Moja duma stała w kącie mojego umysłu i
biła mi ironiczne brawo (…). Mówiłam. Permanentny wybiórczy daltonizm na
czerwień flag, uaktywniający się przy eksach, do których miałam słabość.”
Znane!
O tym nie masz zamiar nawet rozmyślać. Musisz się natomiast zmierzyć z efektem uczynionej po nadmiarze soku z gumijagód decyzji, na skutek której Blake zmaterializował się w Twojej jeszcze do niedawna stabilnie żałosnej uczuciowej materii. Zaledwie wczoraj ubzdryngoliłaś się w siedem nieszczęśliwych, niespełnionych romantyczek razem ze swoim nieodłącznym sabatem - trzema przyjaciółkami i wpadłaś na jakże genialny pomysł, by zapisać się na specjalny program poszukiwania chowającej się zapewne przed Tobą miłości u popularnej swatki. Za tę wątpliwą przyjemność zapłaciłaś, bagatela, sto tysięcy, ale przecież mówi się, że prawdziwe uczucia nie mają ceny, prawda? I tak oto okazało się, że nie kto inny, jak właśnie ten paszczur przebrzydły, który zostawił Cię rozczłonkowanie rozkochaną za czasów szkoły średniej, również bierze udział w całej akcji, zatem już niedługo lądujesz z nim na sparowanej przez organizatorkę randce. I niby nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, bo może się okazać, iż w istocie jest to szlam bagnisty, ale Tobie nieobce jest wskakiwanie na główkę nawet i do pustych betonowością zbiorników po raz piąty, zatem… Słuchasz Blake’a uważnie, kiedy - do diabła, jeszcze przystojniejszy niż dawniej - przedstawia Ci układ nie do odrzucenia. I byłabyś szalona, gdybyś go przyjęła, ale że obecnie sama znajdujesz się w sytuacji bez wyjścia, pod medialnym ostrzałem pisarki wyklętej tak ostrym jak nigdy wcześniej, musisz na poważnie zastanowić się, w jaki sposób najmniej boleśnie z tego wszystkiego wybrnąć. I przy okazji nie stać się znowu tym migającym okrutnym zakochaniem neonem, względem którego świetlistości sam Kupidyn zdążyłby się zawstydzić. Cóż… w Twoich ulubionych komediach romantycznych cały ten ohydny tęczowością i różowością świat wydawał się prostszy, ale przecież zdobyte małym wysiłkiem nie cieszy, prawda? Uważaj jednak - czego sobie życzysz i by podczas uchylania jakichkolwiek wrót bumerang znowuż nie p… uderzył Cię prosto w mózg. 😉
Tadam, tenże ulubiony cytat
z książki „Nadzieje” Melki Kowal z uśmiechem
kota z Cheshire dedykuję każdemu ze swoich byłych, albowiem jest pyszny!
😉 „Boże. Dlaczego nie ma jakiejś zasady
zapisanej w naturze, że byli, którzy brzydko Cię traktują, dostają parchów na
gębach, zakoli albo nie wiem, za każdą krzywą akcję maleje im siusiak albo
brzydną, dopóki nie poprawią swojego zachowania?” Przepraszam, musiałam - jednakże
miło się obserwuje, jak karma niekiedy pod podobnymi postaciami potrafi wrócić.
😉 Przyznaję, iż Pisarka, której
twórczość zdążyłam pokochać za sprawą poprzedniej części serii „Maski” (jakiej
każdy tom można czytać oddzielnie) sprawiła mi tymże tekstem niebywałą radość.
Podobnie jak kreacją naczelnej bohaterki, niepoprawną romantyczką z tragicznym
talentem do przyciągania partnerów złożonych z czerwonych flag, którzy to
pojawiają się i znikają, święcie przekonani o tym, że Erin z utęsknieniem na
nich czeka i z lubością przyjmie, ryzykując kolejny zawód miłosny. A co tam,
tego kwiatu wcale nie ma pół świata. Jej nieprzyzwyczajenie do troski i tym, że
ktokolwiek się nią opiekuje (a nie odwrotnie), rycerscy bracia, wierne i
życzliwe przyjaciółki silnie mnie z kolei uśmiechnęły. W powieści nie brakuje także
równoważących pyszny humor wzruszeń, dotyczących chociażby choroby jednego z
bliskich naczelnej żeńskiej postaci czy dramatów, jakich doznała jej pierwsza
miłość imieniem Blake. Zasmuciły mnie natomiast znane niestety w praktyce
zdania: „Najgorsze było to, że część komentarzy z tego wiadra pomyj podpisano
nickami, które doskonale kojarzyłam ze swojego Instagrama czy portali z
recenzjami. To byli moi ludzie. Ludzie, którzy kiedyś mi kibicowali, lubili
moją twórczość i naprawdę mnie wspierali. Jak łatwo było im się ode mnie odwrócić…”
- bo doskonale wiem, jak to jest znaleźć się w cyrku byłych sojuszników, nagle
ocennie atakujących fałszywców. Najlepiej jednak, kiedy niczym byli-bumerangi,
śmieci wynoszą się same! Tę kapitalną komedię romantyczną, naznaczoną humorem, tragediami
i… nawet zaskakującym wątkiem mafijnym pozostawiam z notą 9/10. Melka, U did it
again. I może, jak mówi okładkowa zajawka, warto uważać, czego się sobie życzy,
ale dla siebie poproszę kolejnej tak kapitalnej lektury i… chorób wenerycznych
albo impotencji dla wszystkich swoich byłych. 😉 XOXO,
U know U love me.
„Ostatnim razem, gdy stąd
wychodziłam, wypłakiwałam oczy, znów potraktowana jak śmieć. Tym razem, choć pozwoliłam
(…) na kolejny atak, wiedziałam już, że nie ujdzie (…) to na sucho. Czasem milcząc
i pozwalając innym pokazać prawdziwą twarz, robisz sobie i światu największą
przysługę. Czasem chowając dumę w kieszeń i sprzymierzając się z dawnymi
wrogami, wyprzedzasz przeciwnika w jego własnej grze.”

0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)