John Warley - Milenium - recenzja
Jak
prawie każdej nocy od czasu rozwodu wychylasz kilka głębszych, aby zapewnić
sobie spokojny sen bez koszmarów. Nie musisz się martwić, że nie wstaniesz na
czas i spóźnisz się do pracy od kiedy sprawiłeś sobie budzik kryjący w swoim
wnętrzu syrenę alarmową z czasów drugiej wojny światowej, a do tego podłączyłeś
go do kawowego ekspresu. Zapach świeżo zaparzonej kawy, połączony z upornym
dźwiękiem wypełniającym cały dom, zbudziłby nawet nieboszczyka, a co dopiero
faceta w średnim wieku, którego główną wadą jest zupełnie przecież niewinna
skłonność do lekkiego przesadzania z alkoholem. Tego poranka jednak ze
spoczynku wyrywa Cię nie jak zwykle piekielna maszyneria Twojego pomysłu, ale
prozaiczny dźwięk telefonu. Zamroczony, przez chwilę gorączkowo szukasz słuchawki
a gdy w końcu podnosisz ją do ucha, słyszysz denerwująco spokojny głos sekretarki
Krajowej Komisji Bezpieczeństwa Transportu USA, jakiej jesteś pracownikiem. Po
chwili uzyskujesz połączenie z Gordonem Petcherem, który również jest członkiem
tego ciała. Zanim się odzywa, już wiesz, że doszło do czegoś strasznego, co w
pełni potwierdza relacja wskazująca, że nad niebem Kalifornii doszło do
zderzenia dwóch samolotów pasażerskich: DC - 10 linii United oraz Boeninga 747
Pan Am. Wszystko zdarzyło się na wysokości około 1500 metrów, więc żaden z ponad
sześciuset pasażerów nie mógł ocaleć, choć czasami zdarzają się cuda, w które
jednak, jako osoba twardo stąpająca po ziemi, zupełnie nie wierzysz. Pierwsza z
maszyn obróciła się wokół własnej osi i spadła pionowo niczym bombowiec
nurkujący podczas wykonywania ataku. Druga zdołała wyrównać lot oraz miała
szansę na ocalenie, jednak nie dała rady wyminąć wyrosłej na jej trasie góry i
po uderzeniu w zbocze spadła w okolicznym lesie.
„Początkowo nie było możliwości, żeby powstrzymać gapiów (…). Niektórzy zabierali kawałki ciał na pamiątkę (…). A właściwie dlaczego miałoby to być takie dziwne? Jeżeli kraksa na autostradzie jest rozrywką, to katastrofa lotnicza powinna być rozrywką sto razy większą.”
Hiobowe wieści błyskawicznie pomagają Ci w zrzuceniu z siebie resztek sennego nastroju. Szybko przeprowadzasz konieczne ablucje, ubierasz się, pakujesz do walizki najbardziej potrzebne rzeczy osobiste i jedziesz na lotnisko, na jakim czeka już aeroplan, który ma zawieźć specjalny zespół badawczy na miejsce katastrofy. Jego zadaniem będzie zbadanie każdej śrubki, każdego nita i części kadłuba, aby wyjaśnić, w jaki sposób doszło do tragedii. Nigdy nie jest to łatwe zadanie, nie tylko z uwagi na wielość elementów, jakie trzeba przeanalizować, ale także ze względu na makabryczne widoki ludzkich ciał, rozczłonkowanych w okropny sposób. Nawet doświadczeni specjaliści z trudem znoszą tego rodzaju widoki. Gdy wsiadasz na pokład, cała grupa jest już w komplecie, więc niemal od razu startujecie. Na miejscu zdarzenia od razu spostrzegasz, że najłatwiej będzie eksplorować szczątki Boeinga 747, które zachowały się w najlepszym stanie. Jego kadłub rozpadł się na cztery części, które koziołkowały oddzielnie i nie uległy zupełnemu zniszczeniu. Po uderzeniu DC 10 w ziemię pozostał jedynie wielki krater, wypełniony pozostałościami maszyny oraz ludzi, jacy znajdowali się na jej pokładzie. Z tych właśnie względów bez problemu odnajdujesz rejestratory parametrów lotu oraz zapisy rozmów w kabinie załogi Jumbo Jeta. Słynne „czarne skrzynki” mają pozwolić na szczegółowe odtworzenie sytuacji, jaka panowała w chwili, w której doszło do kraksy i dać odpowiedź na fundamentalne pytanie: kto zawinił? Czy doszło do niej w wyniku błędu komputera, czy też uchybień, jakich dopuścił się pilot bądź kontroler ruchu lotniczego? I właśnie ten ostatni czynnik staje się punktem wyjścia w prowadzonym śledztwie, gdyż, jak się okazuje, na chwilę przed karambolem doszło do awarii sieci komputerowej. Prowadzone samoloty nagle zniknęły z ekranu, zmuszając obsługującego do przejścia na ręczne sterowanie. Ten popełnił pomyłkę i zamiast wydawania komend, jakie oddaliłyby maszyny, skierował je wprost na siebie, doprowadzając do zderzenia. Gdy jesteś już pewien, że tak trywialne wytłumaczenie przyczyn katastrofy stanie się jedynie obowiązującym, zapisy rozmów w kabinie pilotów oraz tajemniczy artefakt znaleziony w kadłubie Boeinga 747, jakiego pochodzenia i przeznaczenia nie potrafisz wytłumaczyć, wzbudzą w Tobie fundamentalne wątpliwości co do jego zasadności. Wszystko to zbiegnie się z całą gamą zagadkowych incydentów, które wprowadzą totalny zamęt w Twoje poukładane życie i przekonają nawet takiego sceptyka jak Ty, że podróże w czasie są całkowicie możliwe.
„Pewna
było tylko to, że Louise jest wariatką. Im więcej mówiła, tym bardziej się co
do tego upewniałem. Jestem uczulony na wariatów. Staram się trzymać od nich z
daleka. Ona mogła wpaść w szał. Bóg wie, co mogła sobie wyobrazić, za co mogła
mnie obwinić.”
Nazywasz się Louise Baltimore i jesteś potomkiem pokolenia, które ocalało z tysiącleci zażartych wojen. Dziewiętnaście z nich zakończyło się nuklearną katastrofą, czego rezultatem są nieodwracalne zmiany genetyczne, jakie trapią wszystkich, którzy nadeszli po nich. Ziemia jest ogromnie zanieczyszczona, a człowieczy kod DNA nieodwracalnie zniszczony. Są ogromne problemy z rozmnażaniem rodzaju ludzkiego, który wcześniej czy później z tego właśnie względu skazany jest na wymarcie. Ponieważ w dziewięćdziesiątym dziewiątym wieku istnieje możliwość podróżowania w czasie, aby temu zapobiec, możliwe jest tylko jedno wyjście: porywanie z przeszłych wieków tych zdrowych, jakich zniknięcie nie tylko nie spowoduje niczyjego zdziwienia, ale dodatkowo nie wywoła tak zwanego paradoksu intertemporalnego, a więc nie wpłynie na zmianę przebiegu dziejów. Najlepszymi więc kandydatami są ci, jacy i tak muszą umrzeć w różnego rodzaju katastrofach, najlepiej lotniczych, gdyż wtedy ciała są nie do rozpoznania. Przerzuca się ich przed tak zwaną Bramę, czyli portal czasowy, który na krótko się otwiera i umożliwia dostanie się na pokład lecącego samolotu, a następnie unieruchomienie uprowadzonych i wysłanie ich do czasów współczesnych. Zamiast „baranów”, jak ich nazywacie w specjalistycznym żargonie, podrzuca się sztucznie spreparowane zwłoki, których nie sposób odróżnić od prawdziwych. Operacje tego rodzaju są realizowane przez specjalne, elitarne zespoły „porywaczy ciał”, których jesteś szefem, choć rzeczywisty stan fizyczny, w jakim pozostajesz, pozostawia wiele do życzenia. Twoje ciało i skóra są skrajnie zdeformowane, brakuje Ci też jednej nogi, a organizm wymaga codziennych terapii, polegających na przetaczaniu koniecznych płynów ustrojowych. Możesz się sprawnie poruszać tylko dzięki sztucznej kończynie i wynalazkowi zwanym skórokombinezonem. Zakłada się go na własne ciało, dzięki czemu przybiera ono wygląd zewnętrzny, jakiego się tylko zapragnie. Ty wybrałaś aparycję gwizdy filmowej z połowy XX wieku, a tym samym prezentujesz się wręcz olśniewająco. Nic więc dziwnego, że nie budzisz żadnych podejrzeń, gdy nagle wraz ze swoją drużyną materializujesz się na pokładzie Boeinga 747, który za kilkanaście minut ma zderzyć się w powietrzu z Douglasem DC10. Przebrani za stewardesy, pod byle pozorem po kolei wyprowadzacie pasażerów do toalety i wpychacie ich w otchłań Bramy, by po drugiej stronie odebrali ich Wasi współpracownicy. W pewnym momencie sytuacja się mocno komplikuje. Wśród pozostałej garstki pasażerów wybucha panika, zaś jeden z nich wyjmuje broń i strzela, ciężko raniąc jednego z członków Twojego zespołu. Na ten widok wydajesz rozkaz obezwładnienia zbuntowanych przy użyciu paralizatorów, co przebiega bardzo sprawnie. Po przerzuceniu ich przez Bramę, również przekraczacie tę barierę, kończąc całą akcję. Będąc po drugiej stronie zauważasz, że na pokładzie maszyny pozostał egzemplarz używanej przez Was broni, a co więcej, wskutek tego doszło do zrealizowania się paradoksu czasowego, powodującego zmianę jego struktury. Co najgorsze, wpłynęło to na wydarzenia z przeszłości, modyfikując w rezultacie przyszłość, co jest absolutnie niedopuszczalne i grozi unicestwieniem Waszego świata. Dzięki istnieniu możliwości zajrzenia w przeszłość, dowiadujesz się, że przedmiot został odnaleziony przez Billa Smitha, członka Krajowej Komisji Bezpieczeństwa Transportu USA, badającego szczątki rozbitych samolotów. W tej sytuacji pozostało tylko jedno - musisz udać się do XX wieku i za wszelką cenę zapobiec zdarzeniu. Nie wiesz jednak, że w sprawie występuje jeszcze jeden czynnik - na taśmie rejestratora lotu zapisały się rozpaczliwe wołania członka załogi, który widział Wasze poczynania. Tym samym misja, w jaką wyruszysz, okaże się znacznie bardziej złożona oraz niebezpieczna niż sobie to wyobrażałaś i doprowadzi do nieprzewidywalnych sytuacji…
„Nie potrafimy określić, czego dowiedział się z oględzin broni. Wiemy tylko, że wszedł do hangaru, w którym znajdował się paralizator, o jedenastej w nocy trzynastego grudnia. Możemy go obserwować wewnątrz tylko przez chwilę, potem następuje biała plama, okres cenzury temporalnej (…). Kiedy Bill Smith wychodzi z hangaru, możemy opisać jego działania jedynie w kategoriach prawdopodobieństwa.”
„Milenium”
Johna Varley’a to intrygująca powieść science-fiction. Autora niewątpliwie należy
pochwalić za barwnych bohaterów, jakich sylwetki zarysowałam powyżej oraz nader
oryginalny pomysł na fabułę, który wiąże się z moimi ulubionymi zagadnieniami
podróży w czasie i wynikającymi z nich nieuchronnymi paradoksami, znakomicie
opisanymi w tej nietuzinkowej historii. Przykład?
„Wyobraźcie sobie Indianina przechodzącego przez miejsce katastrofy z roku 1955 wiele lat później. Natyka się na zgubioną broń Pinky, uszkodzoną, bezużyteczną, ale niemającą prawa tam być. Podnosi ją, drapie się po głowie i broń wyrzuca. Gdyby wszechświat był absolutnie sztywny, bylibyśmy zgubieni. Chwila, w której miał paralizator w ręku, zmieniłaby jego życie w minimalnym stopniu, lecz zmiana ta odbijałaby się echem w czasie, narastając z każdym rokiem. Możecie sobie wyobrazić dowolny scenariusz. Indianin wraca do swojego tipi pięć sekund później. Dzwoni telefon, on biegnie, ale się spóźnia i nie odbiera wiadomości, która by do niego dotarła, gdyby się nie schylił po paralizator. (Czy w tipi były telefony? Czy Indianie mieszkali w nich w 1955 roku? Nieważne). Gdyby odebrał telefon, wskoczyłby na konia i pojechał do miasteczka, gdzie wpadłby pod samochód prowadzony przez mordercę, który jechał kogoś zabić, a teraz miał kłopoty z przejechanym Indianinem. Dzięki temu człowiek, który miał zostać zabity, żyje i za kilka lat wynajduje lekarstwo na pewien typ raka, na który zachoruje prezydent Stanów Zjednoczonych w 1996 roku. W ten sposób prezydent nie umrze wtedy, kiedy miał umrzeć, i wybuchnie wojna, która nie miała wybuchnąć.”
Nic
dodać, nic ująć! Wiele osób rozważających podobne możliwości w ogóle nie bierze
tych wszystkich elementów pod uwagę. Te zaś dowodzą ponad wszelką wątpliwość,
że sama tematyka jest znacznie bardziej złożona i zagmatwana, niż to się na
pierwszy rzut oka wydaje. Narracja jest zaś prowadzona naprzemiennie z
punktu widzenia obydwu naczelnych postaci, przy czym definitywnie wstrząsająca
jest ta toczona przez kobietę. Przedstawia bowiem przejmujący obraz przyszłej
ludzkiej cywilizacji, która znajduje się u progu zagłady z powodu licznych
wojen z użyciem broni nuklearnej. Towarzyszące ich skutkom nieodwracalne zmiany
genetyczne oraz zniszczenie środowiska naturalnego planety sprawiają przygnębiające
wrażenie, jakie trudno czytelnikowi zapomnieć. Wykreowany świat zaludniony jest
przez niedobitki dumnego niegdyś rodzaju człowieczego, które wyglądem
przypominają kreacje rodem z obrazowych horrorów i co gorsza nie mają już przed
sobą żadnych perspektyw, gdyż zmiany nieuchronnie postępują i są nie do
powstrzymania. Jedynym wyjściem jest więc „porywanie” zdrowych osobników z
przeszłości, co umożliwia zaawansowana technologia. Zaiste, przerażająca to
wizja, jakiej nie spotkałam jeszcze w znanych mi dziełach autorów s-f. Temu ofiarowuję
notę 8/10 - z pochwałą za apokaliptyczne, przystające do pozostałych części
serii wydanie, zaś Tobie pozostawiam wisienkę na torcie, mój ulubiony cytat z
książki:
„Tymczasem
wiek dwudziesty roił się od malkontentów. Martwili się o stosunki
międzyludzkie. Skarżyli się na wysokie koszty utrzymania. Mieli długą listę
słów na oznaczenie problemów, które ich trapiły, terminów, takich jak stres,
dezintegracja, anomia. Brali pigułki przeciwko czemuś, co nazywali depresją.
Uczęszczali na kursy samoakceptacji. Wyskrobywali co czwarte ze swoich dzieci.
Z całą powagą uważali, że mają kłopoty. A jednocześnie trudzili się jak mrówki
nad niszczeniem swojego świata.”
0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)