Kiedy
Twoje życie straciło wszelki cel, popadłeś w odrętwienie. A teraz postanowiłeś
nieodwołanie je zakończyć. Na szczęście sceptycznie podchodzisz do spraw
związanych z wiarą, więc żadne hamulce moralne nie są w stanie odwieść Cię od
tej decyzji. Zresztą, nawet mocna wiara w Opatrzność nie skłoniłaby Cię do dalszej
egzystencji w sytuacji, gdy nie ma to najmniejszego sensu, a każdy dzień i
każda godzina są czystą udręką. Teraz stoisz na barierce mostu i patrzysz w
czarną otchłań, na której końcu czeka Cię spotkanie z rzeką, jaka pozwoli nareszcie
zasnąć na zawsze i nie czuć ciągłego bólu rozrywającego serce. W ostatnich
chwilach gorzko myślisz, że czterdzieści lat, które spędziłeś na tym świecie, zostało
dotknięte takim tsunami nieszczęść, że żaden człowiek by sobie z tym nie
poradził. Pierwsze miało miejsce, kiedy ledwie skończyłeś trzynaście lat. Ukochana
mama zachorowała na glejaka i choć starałeś się nie przyjmować tego do
wiadomości, wkrótce z rozpaczą patrzyłeś, jak kona w szpitalnym łóżku,
ściskając z całych sił Twoją dłoń. Byłeś z nią bardzo związany, więc z chwilą jej
śmierci runęło Twoje kruche i bezpieczne dziecięce uniwersum. Na domiar złego,
ojciec nie poradził sobie ze stratą. Uciekł w alkohol, który - jak to zwykle
bywa - prowokował gwałtowne zachowania. Utalentowany malarz, jakiego dzieła
znajdowały licznych wielbicieli i zapełniały ściany domostwa, stał się zwykłym
pijakiem. Rodzinną siedzibę zmienił w melinę, z której uciekałeś przy każdej
okazji - nocowałeś u babci, która jednak wkrótce zmarła. W Twoje osiemnaste
urodziny przekroczył wszelkie granice. Przy zgromadzonych gościach rozpętał
karczemną awanturę, a gdy dotknięty do żywego zwróciłeś mu uwagę, rzucił się na
Ciebie z pięściami.
.jpg)
%20(1).jpg)
.jpg)
.jpg)
