Mam złe wizje. We wszystkich jest Twoja krew... Ach, przejmuje mnie szkoda, iż nie mogę ich publicznie przedstawić, rozkoszując się każdym najmniejszym detalem. Umiliły mi wiele wieczorów - stworzone w milionie scenariuszy, rozgrywanych w najmniejszych szczegółach w plastycznych zakamarkach wyobraźni. Niektóre z nich odtwarzały się w nieskończoność do wtóru najweselszych melodii. Replay i jeszcze raz. Jeszcze, więcej i dłużej. Soczyściej. A gdyby tak... Oczy wpatrzone we mnie z nadzieją w poszukiwaniu tej ostatniej, mikrej cząstki człowieczeństwa, która ponoć tkwi w każdym. Na próżno. Za chwilę stracą kolor, spłowieją, pokryją cienistością szarości jak Twój świat. Puls jeszcze głucho walczy o ostatnie uderzenie, niemrawo i naiwnie. Właściwie też chętnie je usłyszę - będzie oznaczało, że wypłynie z Ciebie więcej skrzącej się szkarłatem krwi. Żyj kolejną sekundę, proszę. Chcę widzieć śmierć, znaleźć się w niej dzięki Tobie. Fragmentem w tej rzeczywistości, do jakiej nie przystaję, większością po drugiej stronie. Który z ludzi osiągnął moc tak wielką, by trwać jednocześnie i nie być wcale? Zmysłowo bieleje szlachetny odcień Twojej skóry, uwydatniając jeszcze bardziej błękit drobnych żyłek. Odziana w czerwieniejącą suknię, z włosami rozsypanymi wokół głowy niczym słoneczna aureola - zmysłowa w iście królewski sposób. Umierasz przede mną, rwany oddech po ostatnim drgnięciu szczupłego palca, scena po scenie i akt po akcie zgodnie ze sztuką. Pragnę wynieść ją na największy amfiteatr. Za najdroższą kurtyną skryć istotę wszechrzeczy. Śmierć. Śmierć. Śmierć. I prawdę objawioną: najpotężniejszym uczuciem, najwznioślejszym, niedoścignionym i wartym powielania w koło i wciąż jest równoczesne odbieranie życia oraz rodzenie się. To jedność; śmierć to narodziny. Błogo... Nie mogę się doczekać... Umieraj. Niech żywi mówią, że...
Wprowadzenie w klimat debiutu Magdaleny Cień, a może jednak prywatna halucynacja semantyczna, malowana, gdy dzień przeobraża się w piękno nocy? Cóż... 😉