Literacka uczta dla wytrawnych smakoszy - opowieść, jaka wymyka się wszelkim ramom gatunkowym. Pozornie można by stwierdzić, iż Agnieszka Płonka stworzyła fantastyczną narrację, jednak wnikliwi już po kilku stronach lektury “Starego przyjaciela” zaczną dostrzegać, że oryginalnie wyglądające przystawki to w istocie historia skomponowana z niezliczonej ilości metafor w wielu aromatach. Choć jej fabułę należy określić mianem skomplikowanej - zapewniam, że jeśli się w niej rozsmakujesz, będziesz nad nią rozmyślał przez kolejne dni i zapragniesz skosztować jej ponownie. Pisarka, zupełnie niczym opatrzony gwiazdką Michelin artysta, włada piórem w sposób dojrzały i pewny, zabierając w czytelnika w podróż tak niewtórną, jak tylko da się to wyobrazić. Z pogranicza jawy oraz snu, mrzonek i koszmarów, przeszłości oraz teraźniejszości - a wszystko to okolone wręcz poetycką warstwą językową. Jej głębię, wbrew pozorom, sugeruje już sama okładka. Prosta, a jednak po poznaniu tej niezwykłej gawędy, nabierająca tak wiele znaczeń. To historia o tym, że połączenie krwistej czerwieni, nieodłącznie kojarzącej się z obmierzłością kom*unizmu, z nieskalaną niewinnością błękitu daje odcień fioletu. Ten zaś przybiera postać siniaka, co to zbyt długo pozostaje na skórze. Opowieść o niedostrzeżonym nietoperzu, nadającym na niesłyszalnych falach. Stającym w płomieniach Feniksie, jaki chroni własne tajemnice i rzadko daje się dostrzec ludziom. Lwie uwięzionym w klatce, którego nie da się uciszyć. Tak jak najsilniejszych spośród odmiennie myślących, jakich propagandziści nieustannie deprecjonują, próbując zamknąć im usta. Nieosądzonych zbrodniach. Dla mnie jednak “Stary przyjaciel” jest przede wszystkim świadectwem niezłomności pewnej kobiety z Fioletowego Podwórka. Kasandry, jaka mimo wielkich możliwości w razie przemiany i autozdrady, pozostała wierna swoim przekonaniom. To zaś zawsze pozostaje najwyższą wartością... pod niebem, które nigdy nie przestaje błękitnieć. Jeśli tylko patrzy się na nie z dobrej strony.
Nienawidzisz krawaciarzy. Zawsze nimi gardziłeś - tym stadem szczurów, które nie zważają na godność własną oraz innych ludzi i pną się po chyboczącej drabinie do raju wyśnionej kariery, jaki w ostatecznym rozrachunku okazuje się jedynie nędzną namiastką szczęścia. Krzywdzą bez zastanowienia słabszych i korzą się na widok silniejszych... A pech chce, że dzisiaj właśnie będziesz musiał zanurzyć się w tym obmierzłym dla Ciebie świecie. Musisz bowiem przesłuchać pracownicę modnej firmy architektonicznej o “zaskakującej” nazwie Dom-In. To przyjaciółka zaginionej bez śladu przed prawie miesiącem kobiety i ostatnią osobą, która widziała ją przed tym tajemniczym zdarzeniem. Wchodząc na klatkę biurowca, natykasz się na jednego z „białych kołnierzyków” i z trudem powstrzymujesz się, aby nie przyciąć go drzwiami. Dzierży karton pełen osobistych rzeczy i na pytanie, czy pracuje tu Joanna Niedźwiadek, wyraźnie roztrzęsiony odpowiada, że owszem, ale on już nie jest jej szefem. Z satysfakcją odprowadzasz go wzrokiem, uradowany, że nawet tym z samego świecznika zdarzają się „wylania” z roboty. Wkrótce potem siadasz naprzeciw nader zdenerwowanej dziewczyny. Jest jedyną szansą na ustalenie czegoś konkretnego i złapanie choćby najmniejszego śladu, który wyjaśniłby, co stało się z zaginioną. Początkowo niewiele udaje Ci się z kobiety wyciągnąć, ale w końcu pod silnym naciskiem zaczyna sobie przypominać szczegóły. Z zeznań wynika, że z Katarzyną Jaworską spotkała się na pogaduchy we wrocławskim parku dokładnie 26 grudnia zeszłego roku. Po krótkim spacerze pożegnały się, więc przesłuchiwana wróciła do domu. Jednak jest coś, co nie daje jej spokoju. Ciemny samochód, który mijał ją, gdy szła na spotkanie... Potem widziała go zaparkowanego blisko nich i to na niedozwolonym miejscu. Zauważyła też, że ruszył za przepadłą zaraz po tym, jak się rozstały...
Przezabawna, a przy tym posiadająca wielobarwne tło fabularne oraz świetnie zarysowane sylwetki psychologiczne postaci... Właśnie taka powinna być najlepszej jakości komedia romantyczna - i dokładnie te wymogi spełnia powieść kanadyjskiej Pisarki o zwracającym uwagę tytule “Jak poskromić Diabła” (któż nie marzył, by odpowiedzieć na to pytanie w praktyce, kompleks mesjasza i te sprawy albo po prostu szczere uczucie względem najtrudniejszych wyzwań 😉). Choć zimą mam najwięcej energii a styczeń uważam za nader wesoły miesiąc roku, ponoć większość postrzega go jako najbardziej depresyjny. Jeśli się do niej zaliczasz (lub też kochasz żarty sytuacyjne w doskonałych fabułach), mam dla Ciebie idealne remedium, które zapewni Ci dużą dawkę szczerego śmiechu co najmniej kilkudziesięciokrotnie - nieodkładalną narrację Kyry Parsi. Początkowo podchodziłam do niej z równie silnym pociągiem co do opalających się na różowo, nordyckich blondynów 😉, to jest ujemnym, zapomniawszy na chwilę o zaskakującym fakcie - Wydawnictwo Ale to fenomen, jaki nie wziął jeszcze pod skrzydła ni jednej historii, która by mi się nie podobała. Obawiałam się lektury szatańskiej opowieści, ponieważ widziałam o niej niemalże same zachwycone opinie. A jak wieloletnia praktyka zrzędliwego, recenzenckiego wyjadacza wskazuje - jeżeli większość chwali propozycję literacką, niespełna w stu procentach znajdę się w opozycji. I to bynajmniej nie z powodu zwyczajowej przekory, która dinozaurom w pewnym wieku, pełniących określoną profesję już nie przystoi. Niewyjaśnialne, lecz po prostu prawie zawsze tak bywa. Tymczasem... oto mistrzowski kawałek prozy, wręcz stworzony do tego, aby rozpocząć z nim czytelniczo rok, miesiąc czy tydzień. Najeżona przekomarzankami pomiędzy głównymi postaciami sztuka, od jakiej nie można się oderwać. Wyposażona w dodatku w wielowymiarowe tło psychologiczne, którego pewien fragment nieomal mnie wzruszył, a to nie lada gratka. Tym razem z niechęcią zgodzę się z ogółem - ta książka jest świetna, poproszę o więcej!
Najróżniejsze gry karciane dołączyły do sztafażu moich rozlicznych pasji, kiedy liczyłam sobie około dziesięciu wiosen. Tysiąc, makao, kanasta, oczko, remik... Większości znanych i istniejących uczyłam się od prawdziwego Mistrza talii. Przemilczę, gdzie mój ówczesny nauczyciel nabył swój fach, aczkolwiek dziś z pewnością można by go określić mianem profesjonalnego szulera. 😉 Choć od szczęśliwej (acz zgubnej dla przyszłych przeciwników) chwili nauki wszystkich sztuczek i barwnych zasad minęło już wiele lat, wciąż z uśmiechem godnym kota z Cheshire wykorzystuję każdą możliwą okazję, by zagrać w karty. Dlatego z pewnością wcale Cię nie zdziwi, że opanowała mnie radość nieprzystająca standardowej naturze stoika, kiedy w moje ręce wpadła książka “Królestwo Trefl” cenionej przez czytelników Weroniki Ancerowicz. Drugi tom serii “Królestwo Kart” okazał się nie lada gratką dla wytrwałego miłośnika hazardowych rozrywek w mojej postaci i... sporym zaskoczeniem. Zanim zanurzyłam się w lekturze, byłam bowiem przekonana, że to historia przeznaczona raczej dla młodzieży, w której urzeknie mnie z pewnością co jedynie sam motyw przewodni. Choć bohaterowie przyrównani do figur karcianych w istocie skradli moje kamienne serce niemalże od pierwszej strony, cechując się niespotykanie złożonymi i oryginalnymi kreacjami, największy szok zagwarantował mi sposób, w jaki Pisarka wykreowała fabularne światy fantastyczne. Noszące nazwy karcianych kolorów królestwa, spośród których każde ma swoje charakterystyczne cechy, zostały zaprezentowane w sposób absolutnie mistrzowski - magicznym piórem, jakie wydaje się pisać niezliczoną ilością odcieni. Ancerowicz udowadnia, że w gatunku romantasy wiele jeszcze jest do przedstawienia - dynamicznie, wśród skomplikowanych spisków i niespodziewanych sojuszników. Definitywnie nie będę zatem tym razem wesoło pokrzykiwać: “Ściąć im głowy!”, jakie to hasło od dzieciństwa zalicza się do moich ulubionych maksym, a jedynie zapytam: KIEDY KOLEJNY TOM?
Nigdy nie przypuszczałaś, że jesteś zdolna do aż tak wielkiej nienawiści. Nie cierpisz wszystkiego, co otacza Cię od tylu lat - w zasadzie od kiedy jesteś w stanie sięgnąć pamięcią. Nakazów, zakazów, prania mózgu i całego tego nieludzkiego systemu ustanowionego przez Federację, którą tworzą magowie parający się czarną magią i władający prawie całym znany światem. Jak do tego doszło? Gdy dawno temu ludzkość ogarnął chaos, do jego opanowania przyczyniły się czarownice, jakie wychynęły w tym celu z ukrycia. Czyniąc dobro, zasiały jednocześnie ziarno zagłady, niefrasobliwie dopuszczając do swoich tajemnic nowych adeptów. Ci zaś, nabrawszy sił, zawiązali tajną gildię, która wkrótce sięgnęła po nieograniczoną władzę, przystępując do bezwzględnej eksterminacji zarówno ich, jak i samych ludzi. Ocalała garstka tych ostatnich żyje dziś w odizolowanych skupiskach i nie ma pojęcia o losie pobratymców. Pozostaje obojętna wobec otaczającej ich rzeczywistości. Magowie okazali się na tyle przewidujący, że nie mordowali potomstwa, ale zaczęli zamieniać je w swoich „janczarów”. Pozbawiając wcześniej rodziców, gromadzili malców w specjalnych ośrodkach i poddawali nieustającej indoktrynacji oraz ciągłym treningom czarnej magii. Oczywiście nie zdradzali, jak straszliwy los spotkał ich najbliższych. Najważniejszy nakaz dla każdego z tych dzieci to bezwzględne posłuszeństwo przełożonym i wykonywanie rozkazów bez najmniejszego szemrania. Obowiązuje przy tym surowy zakaz okazywania jakichkolwiek emocji i uczuć, a także kwestionowania narzuconej ideologii. Produktem wielu lat wpajania tego rodzaju postawy oraz wszechogarniającej kontroli jest powstanie żywych automatów - wypranych ze wszelkich, nawet najmniejszych przejawów niezależności czy samodzielnego myślenia, a przy tym zdolnych do popełnienia na żądanie magów każdej, nawet największej niegodziwości. Automatów bardzo groźnych, bo biegle posługujących się magią w służbie swoich mocodawców...
Twój umysł jest jak brzytwa, zawsze gotowy do oceny czy na drodze nie pojawiła się kolejna bezbronna ofiara. Jesteś bezwzględnym drapieżnikiem a świadomość tego stanu rzeczy napawa Cię niekłamaną dumą. Niczym pająk, otaczasz niezauważalnie rozpościeranymi sieciami wszystkie te kobiety, których naiwność czy niefrasobliwość da się wykorzystać do tego, aby ogołocić je z posiadanego majątku, godności oraz naiwnych marzeń o gorącej, romantycznej miłości. Twój szósty zmysł zawsze podpowiada Ci czy warto zająć się którąś z nich. W zasadzie nigdy nie pudłujesz, więc na środkach do życia Ci nie zbywa. Wystarcza ich na prowadzenie egzystencji, którą szara człowiecza masa, jaką bezdennie pogardzasz, uznaje za wręcz luksusową. Co zawsze Cię bawi, żadna z poszkodowanych nigdy nie próbowała pociągnąć Cię do odpowiedzialności. Część jest na to za tchórzliwa, ale większość nie wyobraża sobie, aby przed policją czynić wynurzenia, które napawają głębokim wstydem. Te bardziej odważne potrafisz zastraszyć do tego stopnia, że siedzą cicho aż do końca swoich dni. Jedynie ostatni „przypadek” nieco Cię niepokoi. Z Patrycją wszystko układało się jak najlepiej do chwili, gdy wskutek przypadku odkryła Twoje machinacje. Wyprowadziła Cię z równowagi, oznajmiając, że odchodzi. Najbardziej wkurzyły Cię spokój i jawna pogarda, którymi Cię obdarzyła. Popełniła duży błąd, demonstrując je w tak widoczny sposób oraz zapominając, że Ciebie się nie rzuca bez opłakanych konsekwencji. Gdy wyszła z mieszkania, gniew uderzył Ci do głowy. Pobiegłeś za nią i dopadłeś przed blokiem. Do teraz czujesz przyjemność na wspomnienie lania, jakie jej sprawiłeś. Uderzałeś z całej siły, miażdżąc jej wargi i zostawiając ślady pięści na delikatnej skórze. Gdy leżała bezwładnie na trotuarze, wymierzyłeś jeszcze parę potężnych kopniaków, celując w nerki i krocze. Na szczęście była głęboka noc, więc nikt nie mógł Ci przeszkodzić.
Utkane z ciemności, smoliście czarne skrzydła nietoperza są w stanie przysłonić biel piór majestatycznego łabędzia, mimo tego, iż przecież są mniejsze. Wszystko z jednego powodu - wszak ten ptak w kolorze śniegu kiedyś był złożonym z wielu odcieni szarości, brzydkim kaczątkiem... Mistrz kryminału Keigo Higashino po raz kolejny zabiera czytelników w podróż, jakiej każdy odcinek okazuje się inny niż przewidywany. Pełną niebezpieczeństw i niejasności, które wydają się tworzyć pułapkę złożoną ze zbrodni oraz tajemnic sprzed wielu lat. “Łabędź i nietoperz”, podobnie jak poprzednie powieści Autora, już na początku serwuje odbiorcy niebanalną zagadkę kryminalną. Otoczoną bardzo dynamicznym śledztwem i pozornie nieskomplikowaną - choć w rzeczywistości tak intrygująco wielowarstwową, że aż szokująco udaną. To opowieść o ciężarze winy oraz wadze zbrodni i niemożności uniknięcia kary - także tej, jaką sprawca przestępstwa nakłada na siebie sam. To jednak także historia poruszająca dwa motywy, jakie w literaturze nader cenię: o starych grzechach, mających bardzo długie cienie oraz genie zła. Czy ten ostatni rzeczywiście może być dziedziczny? Jeżeli uzna się, iż owszem - czy prędzej lub później zawsze się uaktywni? Sam, a może będzie potrzebował konkretnego wyzwalacza; impulsu, po którego odczuciu stanie się nie do powstrzymania? I wreszcie, w jak wielkim stopniu można odpowiadać za przewiny minionych pokoleń - krewnych, jacy pozostawili po sobie więcej pytań niż śmiało się przypuszczać? Mieszkający w Tokio Pisarz ponownie niewtórnie rozegrał czytającego. Zagwarantował mu literacką rozrywkę na najwyższym poziomie i intelektualną grę, tylko po to, aby pozostawić po jej zakończeniu ogrom dylematów moralnych, których nie da się jednoznacznie rozwiązać. Kto tak naprawdę jest łabędziem a jaką osobę winno się nazywać nietoperzem?
Oto prawdziwy ewenement. Zobaczywszy, że “Coma. Słodkich snów” Mimi Lisette liczy 768 stron i stanowi przy tym pierwszą część tomu numer jeden (!) pomyślałam niefortunnie, iż przede mną z pewnością najbardziej zbędnie rozwlekła powieść, jaką będę miała okazję przeczytać. O fakcie, że to pierwsze wrażenie, jak to zwykle bywa, jest całkowicie niesłuszne, przekonałam się już po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów. Choć początkowo odstraszał mnie nieco zbyt młodzieżowy język, opowieść Pisarki szybko okazała się tak wciągająca, dynamiczna i pełna komicznych wręcz żartów sytuacyjnych, iż dotarłszy do końca, zastanawiałam się, jakim cudem, po dwóch wieczorach z lekturą, nastał jego moment. Na szczęście lubiane przeze mnie uczucie obezwładniającej pustki, które następuje po przeczytaniu bardzo dobrej, dłuższej książki zostało wyparte przez informację, że niedługo premierę będzie miała kontynuacja opowieści. Inaczej niż poprzednim razem, mam nadzieję, że historia zostanie zawarta na tysiącu stron. Albo i więcej - a to definitywny komplement! 😉 W następnej części liczę na podobną dawkę kapitalnego humoru (ostrzegam jednak, kilkukrotnie zrujnowałam makijaż łzami ze śmiechu a brzuch notorycznie mnie od niego bolał!) oraz tak samo barwne malowanie nierzeczywistego świata udanie złożonymi słowami. Niezmiernie uśmiecha, że w literaturze romantasy nie wszystko zostało jeszcze napisane, co Autorka udowadnia na wskroś oryginalną fabułą. Nareszcie coś, czego jeszcze nie było! Zestawienie motywu onirycznego, rozgrywającego się w orientalnym środowisku ze swoistą karykaturą sytuacji: co by było, gdyby kobieta znalazła się w elitarnym oddziale żołnierzy - mistrzostwo! Na deser egzotyczne miejsce akcji (choć osobiście wolałabym arktyczne!), zgraja przystojnych Bad Boysów (panie, będziecie przeszczęśliwe!) oraz utrzymane w dobrym smaku przekomarzanki między wszystkimi, niewtórnie wykreowanymi postaciami - czego chcieć więcej? Może tylko, by jeden z wojskowych życzył... słodkich snów. 😉
RECENZJA PATRONACKA - ostatnia taka w 2025 roku, który obfitował w wiele cudownych propozycji literackich, jakie chciały znaleźć się pod moimi cienistymi skrzydłami. Zdecydowałam się nimi otoczyć 13 spośród nich, a oto... najbardziej gorąca. Scarlett Peacock to moja zaginiona siostra lub bliskie sercu alter ego (i crush!). Jej poczucie humoru, dystans do niszczejącego, pełnego hipokryzji świata, ogromna inteligencja oraz talent do władania słowem pisanym to najistotniejsze cechy, za jakie pokochałam ją i jej twórczość kilka miesięcy temu. Doliczyłabym także godne podziwu i rzadko spotykane wyczucie. Klasa, z którą przekazuje kierowane w szczególności do kobiet opowieści powinna w mojej ocenie stanowić wzór, do którego autorki romansów i powieści dla dorosłych mogłyby dążyć. Wiesz zresztą doskonale, że tak zwane “sceny” najczęściej pomijam podczas lektury - uważając, że najlepiej, by ich twórcy opuszczali na nie kurtynę w odpowiednim momencie. Nie są niezbędne, a ich przebieg, przerwany właściwie, wolę sobie wyobrazić w zwichrowanej jaźni. Jak od każdej reguły, tak i od tej znalazłam wyjątek - i są nim właśnie zbliżenia serwowane przez Peacock. Nieprzesadnie detaliczne, nietrwające dziesiątek stron, podane z gracją - stają się u Pisarki immamentną częścią fabuły, dodającą jej smaku. “Owoc żywota słodkiego” składa się natomiast w mojej ocenie nie tylko z ero*tyki. Przede wszystkim to słodko-gorzka opowieść o kobiecie, która uczy się... żyć i czuć. Nienauczona jednego ni drugiego w domu rodzinnym, jaki składał się z kar, ograniczeń i niemiłości, wyrywa się na studia do Dallas. Nie odwożą jej tam życzenia powodzenia, czuła matka i troskliwy ojciec. Bynajmniej. Odprowadzają ją śmiechy, przyklejona przez małą społeczność łatka nieodpowiedzialnej panny lekkich obyczajów, która przez lata... znosiła szykany i obelgi. Wszyscy sądzą, że sobie nie poradzi... co staje się dla Maggie najlepszą motywacją w dążeniu do osiągnięcia sukcesu. Tak, to postać, jaką mogłabym wykreować sama. Jaką znam. I właśnie dlatego dołącza do plejady moich ulubionych.



.jpg)