Retellingi, czyli doskonale znane historie napisane na nowo, zaliczają się do kategorii moich prywatnych „zakazanych przyjemności”. „Zatruta” Jennifer Donnelly przedstawia jedną z opowieści, jakie bardzo ceniłam w dzieciństwie - choć miłość do podobnych baśni chyba nigdy mnie nie opuści. Opublikowana w twardej oprawie z pięknymi barwionymi brzegami w Wydawnictwie Zysk i S-ka, definitywnie cieszy oczy. To samo czyni jednak treść - a przyznaję, iż wariacjom na temat bajań o Królewnie Śnieżce ciężko już mnie zaskoczyć, jako że powstało ich zaskakująco wiele. Jak udowadnia posiadająca bezsprzecznie duży talent Pisarka, wciąż da się wykreować prozę, której jeszcze nie było - nie tylko poszerzając klasyczny tekst narracji, ale i ubarwiając go zupełnie nowymi elementami, jakie przeniosą odbiorcę w świat bajek, sennych marzeń i… koszmarów. Propozycja czytelnicza Autorki zalicza się bowiem do… nader mrocznych. Zła i złożona z zazdrości królowa chyba jeszcze nigdy nie była aż tak okrutna. Czarnowłosa i bladolica Sophie - w tak dużej mierze skomponowana z życzliwości, dobroci oraz właściwej wiekowi niespełna siedemnastu lat naiwności a także mrzonek o szczerej, nieskończonej miłości i wiary w to, że władca może rządzić sercem i łaskawością zjednać sobie poddanych. Rolę siedmiu krasnoludków pełni natomiast siedmioro mężczyzn, mieszkających w zaczarowanej chacie pośrodku lasu z kucharzem pająkiem o przyjaznym usposobieniu oraz biedronką, co to pełni rolę gospodyni domowej. Łowca odpowiedzialny za pozbawienie Śnieżki serca staje się natomiast silnie cieniście złowieszczym, wszechwiedzącym narratorem opowieści. Donnelly na tym jednak nie poprzestaje, jako że do fabuły wkracza jeszcze wiele innych postaci, spośród których każda wnosi do niej coś innowacyjnego. Pozostaje mi nadmienić, iż niezmiernie się cieszę, że klasyka pozostaje bezśmiertna - właśnie dzięki nieustającemu ożywianiu jej przez Twórców na najróżniejsze sposoby. Jak i dawno, dawno temu…







