Dzień,
który zmienił Twoje życie, nadszedł całkowicie niespodziewanie i nic nie
zapowiadało, że tak właśnie będzie. Gdy go sobie przypominasz, widzisz wszystko
z pełną bólu ostrością, zaś każdy szczegół obracasz w pamięci, jakby to było
wczoraj. A przecież minęło już tyle czasu... Rozpoczął się jak każdy inny - leniwie
i niewinnie. Oglądałeś w telewizji wywiad z panem Makoto, pomysłodawcą i
inicjatorem planu Danketsu, polegającym na powołaniu rządu światowego
jednoczącego wszystkie państwa na Ziemi w jeden sprawny organizm - unię pod
nazwą GAIA, od miana greckiej bogini. Po wielu latach idea udała się znakomicie
- z błękitnej planety nieodwołalnie zniknęły wojny, głód i wiele innych nieszczęść,
będących plagą ludzkości. W końcu ród człowieczy mógł żyć w spokoju i
dobrobycie. Nawet dumny Nippon, którego jesteś mieszkańcem, poddał się
nieuchronnemu i zrzekł niezależności. Z podziwem przyglądałeś się starszemu już
człowiekowi, który z dumą mówił o swoich osiągnięciach, zachowując jednak
ujmującą skromność. Dzięki niemu mogłeś przecież bez obaw o przyszłość mieszkać
na przedmieściach Sakai w urokliwym domku, w którym brakowało tylko jednego -
ojca. Pamiętasz go jak przez mgłę, gdyż zniknął, gdy miałeś trzy lata. Wychowała
Cię rodzicielka, z jaką jesteś mocno związany. Pochodzi z Polski, zaś rodzice
poznali się, kiedy przebywała na studiach w Norwegii. Ponieważ w tym czasie
wybuchła wojna Polski i jej sąsiadów z Rosją, zdecydowała się na wyjazd z nowo
poznanym chłopakiem do jego ojczyzny - Japonii i osiedliła się w tym kraju na
stałe. Wkrótce potem przyszedłeś na świat, po którym kroczysz już od
siedemnastu lat. Z zadumy wyrwa Cię gwałtowne pukanie do drzwi, jakie przeradza
się w nieustanny łomot przy wtórze wrzaskliwych żądań otwarcia. Zdumiony i
przestraszony, podrywasz się na nogi i kierujesz do korytarza, w którym zastajesz
spanikowaną mamę. Nigdy nie widziałeś jej w takim stanie, więc zastygasz w
bezruchu. Wtedy odrzwia uginają się pod wpływem olbrzymiej siły, ale zanim ustępują,
kobieta ze łzami w oczach odwraca się do Ciebie i krzyczy, żebyś natychmiast
uciekał. Dodaje przy tym, że jest z Ciebie dumna i prosi, abyś był dobrym
człowiekiem - jak Twój ojciec.
Podróż do głębi siebie wymaga odwagi w podejmowaniu własnych decyzji, dużego nakładu pracy nad swoją osobą oraz ogromnej dozy stanowczości - jako że najczęściej okazuje się tą najtrudniejszą wyprawą. Pokusił się o nią Serhii Ratkin, czego dowodem i zapisem jest recenzowana książka. Złożona z emocji, w mojej ocenie stanowi przede wszystkim rozprawienie się z osobistymi demonami, prywatną formę terapii, przekształconą w opowieść, złożoną z trzydziestu dłuższych i krótszych rozdziałów, w jakich Autor daje wskazówki samemu sobie. Czytając je można jednak pokusić się o autorefleksje i zastanowić nad tym, na ile cenne okazałyby się prywatnie. Myślę, iż ten przewodnik po własnym „ja” może się również stać kopalnią estetycznych, motywacyjnych cytatów, wartych dalszych rozważań - te, które najsilniej ze mną rezonują przytoczę w dalszej części mojej historii o historii Pisarza. Opatrzona mroczną okładką, przywodzi mi na myśl ten smutny, ale jakże cenny odcień zdecydowania, kiedy to człowiek, dojrzawszy lub dostrzegłszy taką konieczność, dochodzi do wniosku, iż najwyższa pora na to, by odciąć się od wszystkiego, co toksyczne i każdego, kto nie przynosi mu żadnych wartości. Jak zresztą Twórca pisze już na samym początku propozycji literackiej: „<Chroniłem> siebie przed skutkami rezygnacji w tym, czego nie chcę, wchodząc w to, co mnie zabijało.”, dając odbiorcy do myślenia. Jak długo bowiem można tolerować to, co nijak nie jest korzystne? Ile znosić potwarzy od tych, dla jakich się starasz, choć Ci nigdy, przenigdy nie wybiorą Ciebie? Dlaczego by oddawać choć jedną z cennych chwil osobom, które na to nie zasługują; poświęcać myślom, co to tylko przyspieszają wewnętrzną degrengoladę? I wreszcie: kiedy powinien nadejść kres dzielenia się sobą kawałek po kawałku, zanim zniknie się całkowicie, jako że nie pozostanie już nic? Karma nie zawsze wraca, czynione dobro niekoniecznie zostanie pomnożone… Jeżeli czujesz, że gdzieś po drodze zacząłeś osuwać się w cienistość i znikać, ta książka Cię zainteresuje.
Drugi tom sagi „Rodzina Tylczyńskich”, którego Autorką jest Monika Klara Krajniak, nie uległ sławetnej klątwie drugiego tomu. Zamiast tego, okazał się równie dobry, co pierwszy, ponownie przenosząc mnie do świata bohaterów, których nie można nie polubić - i jakich poczynaniom kibicuje się na każdym kroku. Drzewiej wydawałoby się to oczywiste, dziś jest czymś, co należy pochwalić - Pisarka wtóry raz udowodniła, iż ma niesamowity talent do tkania wartościowych fabuł, w których najsilniej urzekają wszelkie wątki związane z relacjami oraz uczuciami. Chroniący honoru sióstr bracia, darzące się wyrozumiałością i szacunkiem rodzeństwo, mający na względzie dobro dzieci rodzice czy wreszcie młodzi mężczyźni, którzy zakochują się i przeżywają dziewicze miłości w sposób, jaki przywodzi na myśl urok minionych lat... Bez zbyt często obecnej w literaturze ohydy, różnorakiej maści zboczeństw i krzywd, które czasem nawet nikogo już nie dziwią - „Skąd ta nienawiść między Wami” zwyczajnie uśmiecha odbiorcę. Niedoścignioną klasą, pełnym zawirowań ukazaniem tego, co istotne - tak podczas budowania dorosłego życia, jak i tworzenia cennych znajomości - wszak tylko takie nie ugną się w chwili próby i przetrwają zwichrowane doświadczenia, które są udziałem niemalże każdego człowieka. W mojej ocenie lekką i nieprzesłodzoną warstwą językową Krajniak przedstawia odbiorcy rzeczywistość dokładnie w takim kształcie, w jakim chciałoby się ją widzieć. Pozbawioną zawiści, wyzutą z niezrozumienia dla porywów serca i umysłu, ogołoconą z zazdrości. Miast tego, nacechowaną wiernością - tak przekonaniom, jak i bliskim osobom - ciepłem oraz… dobrocią. Onegdaj oczywiste, teraz nierzadko okazuje się mrzonką. W świecie, w którym patrzy się tylko ocennie na drugiego człowieka, nijak nie starając się pojąć jego czy motywacji, jakimi się kreuje, moim zdaniem właśnie tego rodzaju proza jest elementem, który, potrzebny, potrafi coś zmienić. Dać do myślenia - albo choć roziskrzyć w czyimś życiu dawno wygasłą iskrę. Może rozmarzyć, jako że takich profamilijnych narracji można ze świecą szukać…
Praca w policji stanowiła Twoją pasję, jakiej oddawałaś się w pełni - i to przez całe dwadzieścia lat. Nie wyobrażałaś sobie, że mogłabyś z niej kiedykolwiek zrezygnować, a jednak życie Cię do tego zmusiło. Jak to często bywa, snute przez Ciebie i męża plany życiowe całkowicie pokrzyżował los i uczynił to niezwykle brutalnie. Dwanaście wiosen po zawarciu małżeństwa zaczęliście starać się o dziecko. Wyjechaliście do hotelu w Bieszczadach, a więc tam, gdzie się poznaliście, zaś w drodze powrotnej doszło do wypadku, w którym Tomek zginął na miejscu. Ponieważ siedziałaś za kierownicą, zaczęłaś obwiniać się o śmierć najbliższej osoby. Uciekłaś w alkohol i zaniedbywałaś nie tylko siebie, ale także pracę, aż w końcu ją porzuciłaś. Na chwilę przed całkowitym upadkiem pomocną rękę podała Ci rodzina. Chociaż stawiałaś opór, w końcu zdołała Cię zmusić, abyś powróciła do miejscowości dzieciństwa - Nałęczowa i zajęła się prowadzeniem pensjonatu o dźwięcznej nazwie „Jaśminowy Dwór”. Początkowo zakładałaś, że poświęcisz się temu zajęciu przez miesiąc, może dwa, ale mama, tata oraz młodszy brat nie chcieli o tym słyszeć. Do dzisiaj tkwisz więc w tym nieco sennym, ale i pięknym miasteczku, trwale zamieniając policyjny mundur na cywilne ciuchy a pasjonujące czynności śledcze na prozaiczne doglądanie familijnego interesu. Pewnym pocieszeniem jest świadomość, że potrzebujesz spokoju, gdyż nosisz w sobie cząstkę Tomka. Okazało się bowiem, że jesteś w ciąży. Nie znasz płci potomka, ale skrycie marzysz o synu. Z jednej strony bardzo się cieszysz, z drugiej niezwykle brakuje Ci drugiej połówki, na jaką zawsze mogłaś liczyć. Wiesz jednak, że musisz być silna i dbać o siebie, zatem odpoczywasz więcej niż to masz w zwyczaju. W Nałęczowie nie jest to trudne, gdyż atrakcji jest tu jak na lekarstwo. W zasadzie poruszasz się tylko między hotelikiem, domem rodziców i mieszkaniem Małgosi - przyjaciółki z dawnych lat.
Oto nadeszła wiekopomna chwila
- bowiem wielbione przeze mnie Wydawnictwo Ale, do którego książek nigdy nie miałam
ani jednego ale (!) uraczyło mnie opowieścią, która bez wątpienia rozkocha w
sobie miłośników nowoczesności poglądowej oraz wolno roziskrzających się
romansów, czyli tych utrzymanych w nurcie określanym mianem „slow burn” w wersji
definitywnie nieszybkiej, a jaka to jednak moją osobę nie do końca przekonała.
Wszystko za sprawą głównego bohatera, który względem mych prywatnych odczuć
musiałby się dla odmiany zakwalifikować w kategorii literackich nie-mężów. O
ile bowiem uważam, że zadziwiająca społecznie akcja panów pod tytułem me too i
mężczyźni też płaczą (a i powinni - podczas narodzin pierworodnego, śmierci
matki, tudzież współodczuwanych krzywd małżonki) jest czytelniczo ciekawa (choć
u konserwatystów mego pokroju powoduje pogłębienie zmarszczek na czole od unoszenia
brwi i przewracania oczyma w północne strony świata), o tyle Graham Kelly jest
w swoim odwrotnym MOIM ZDANIEM (do jakiego mam pełne prawo) byciu męskim
skrajnie przerysowany. Przez to druga część dylogii „Fire & Ice” pod tytułem
„Broken ice”, którą napisała Karolina Żynda u kobiet tradycyjnych (cześć, tu Tyrannosaurus
rex! 😉), hołdujących klasycznym wartościom i
takimż rolom społecznym oraz pewnym przymiotom (rzekomo) brzydszej części ludzkości
może wielokrotnie okazać się irytująca. Jako kochanka prozy traumatycznej i
traumatyzującej, z przechyłem w niewiadomą stronę, znam doskonale pojęcie
rzeczonej podstawy słowotwórczej, czyli traumy, jaka to dotknąć może każdego,
niezależnie od płci - i wszyscy będą przeżywali ją różnie. Mam natomiast
uzasadnione obawy co do tego, jaką obroną, wsparciem i pomocą byłby dla mnie mój
mężczyzna (chwała, pokarało mnie personalnie wymarzonym księciem z b… naszego
ukochanego koszmaru, którego sama sobie zazdroszczę) w chwili próby (chociażby
napadu czy konfliktu militarnego), gdyby z tragediami NIE radził sobie jak
Graham. Czytaj…
Takiego thrillera w doskonale wyważony sposób skrzyżowanego z kryminałem definitywnie potrzebowałam! Choć dotychczas twórczość Agnieszki Anny Milewskiej nie była mi znana, niniejszym oświadczam, iż od tej pory będę z niecierpliwością wyczekiwać każdej kolejnej książki spod jej pióra. Co więcej, jest to jeden z tych najbardziej wyjątkowych, na wskroś pozytywnych zaskoczeń, jako że lektura początkowych kilkunastu stron „Kim jestem?”… niezmiernie mnie zirytowała - a wszystko to za sprawą pyskatej, nieznośnej i irytującej bohaterki. Wybudzona po ciężkim wypadku w szpitalu, w pierwszych rozdziałach odznacza się wręcz okrutnie roszczeniową i niesympatyczną postawą. I ciężko to nawet wytłumaczyć posttraumatyczną amnezją - jako że jej stosunek do personelu medycznego, który przecież przywrócił ją do świata żywych i czuwa nad jej dobrostanem, jest zwyczajnie nieuzasadnienie negatywny, zakrawający chwilami na skrajnie agresywny. W pewnym momencie przeszło mi nawet na myśl, że ciężko będzie dotrzeć do ostatniej strony książki, jeśli tymczasowo Bezimienna będzie się zachowywać w tak denerwujący sposób… i, och - jakże pięknie się rozczarowałam! Z każdą kolejną przewróconą kartą historia zaczynała porywać mnie coraz bardziej w swój złożony z niepewności, zwichrowanych zawirowań, niedorozumień i niedookreśleń świat a postawa naczelnej żeńskiej postaci okazała się o wiele silniej złożona niż można było w ogóle podejrzewać. Na skutek zderzenia ze skrajnie inną osobowością, nieskończenie dobrym lekarzem imieniem Olgierd, ewoluowała zresztą na tyle, iż pod koniec opowieści urzekała już jedynie odpowiednią ilością pazura. Tego rodzaju zakręcenie fabułą, bohaterami oraz samym czytelnikiem świadczy o dużym kunszcie literackim Autorki. Podobnie jak i fakt, że często wykorzystywany w historiach spod ciemnej gwiazdy motyw okresowej niepamięci został przez Pisarkę zaserwowany w niewtórny sposób. Pozostaje mi napisać: passo, trwaj, jesteś przepiękna - jako że ostatnio nareszcie mam szczęście do dobrych powieści!
Wydawnictwo Ale znowu to
zrobiło… choć może właśnie czegoś nie uczyniło. „Twój ruch” Weroniki
Jaczewskiej nie okazał się bowiem tą pierwszą książką opublikowaną pod jego
szyldem, która nie przypadnie mi do gustu. Wręcz przeciwnie! Po lekturze tej
powieści (jaką pochwalić trzeba także za sensualnie elegancką okładkę) muszę
raczej bowiem stwierdzić, iż to jedna z najbardziej otulających czytelnika
historii z motywem od przyjaciół do kochanków, jaką miałam okazję czytać w
swojej cokolwiek długiej, recenzenckiej karierze. Wszystko za sprawą… Cava,
głównego bohatera płci męskiej (to on zakochuje się pierwszy!). Autorka nader
celnie i słusznie przestrzega na samym początku, iż przed odbiorcą poznanie
literackiego księcia rodem z bajki - i to takiej, w której każda księżniczka
powinna się znaleźć, najlepiej na całe życie. Podobnie szczęśliwe z uśmiechem
pozdrawiam, jeszcze poszukującym właśnie takiego pana w prawdziwym życiu życzę.
Ostrzegam lojalnie, Elliot Cavendish to pozycja obowiązkowa w kolekcji
książkowych mężów każdej czytelniczki! Jestem także zdania, iż ten romans to
świetny wybór na wakacyjne wojaże - nawet, jeżeli te odbywają się jedynie (tudzież:
aż) ścieżkami wyobraźni. Albo właśnie przede wszystkim wówczas! Oprócz
popularnego, choć bardzo ciekawie zaaranżowanego w tym wypadku, przedstawienia
relacji między naczelnymi postaciami w linii biegnącej od dziecięcej sympatii
do prawdopodobnego związku w dorosłym życiu, oczywiście po rozlicznych
zawirowaniach losu, w książce występują także wątki dotyczące tenisa, jako że
to właśnie z tą dziedziną zawodowo powiązany jest Cav. Nie dominują jednak one
fabuły - przez co nie napiszę także, iż najnowsza propozycja prozatorska
Jaczewskiej to romans sportowy; tego rodzaju semantyczne twory uważam za
niesłuszne pod względem klasyfikacji gatunkowej. To po prostu romans - taki, z
jakim chce się spędzić udany wieczór, ze wszech miar zrelaksować i docenić
lekkość Autorki we władaniu słowami. Przyjacielsko, przyjaźnie przytulny. 😉
Gdy
zostałaś wyznaczona do prowadzenia śledztwa w sprawie zabójstwa Stelli
Pisicchio, nie przypuszczałaś, że będzie jednym z najtrudniejszych w Twojej bogatej
karierze wiceprokuratora w niewielkim włoskim mieście - Materze. Z początku jej
zejście ze świata sprawiało wrażenie zupełnie banalnego nieszczęścia, do
którego doszło w trakcie gry dla dorosłych. Im bardziej jednak je analizujesz,
tym silniej staje się zagadkowe. Denatkę znaleziono leżącą na brzuchu w łóżku w
zmysłowej, koronkowej bieliźnie, zaś na jej nadgarstkach widniały liczne siniaki.
Szybko ustalono, że została uduszona w środku dnia. O ile autopsja ciała nasuwa
oczywiste wnioski, to już okoliczności zdarzenia zaczynają budzić wątpliwości. Nie
stwierdzono żadnych śladów włamania, drzwi były zamknięte od wewnątrz na zamek
z blokadą a mieszkanie znajduje na ostatnim piętrze kamienicy. Jak więc złoczyńca
opuścił miejsce zbrodni? Nie mógł po prostu zejść schodami, gdyż przy wyjściu
mieści się zakład krawiecki, którego właścicielka ma je cały czas na oku a w
dniu morderstwa nikogo nie spostrzegła. Zresztą w owianej nienajlepszą sławą
dzielnicy Serra Venerdi każdy zna każdego, więc obcy zostałby natychmiast
zidentyfikowany. Została wybudowana dla rodzin przesiedlanych z rozpadających
się budynków w najstarszej części miasta i z powodu ich nonszalancji w
traktowaniu nowych mieszkań zyskała miano Osady Apaczów. Podobno nowi lokatorzy,
nie wiedząc do czego służą wanny, hodowali w nich pietruszkę, choć nie bardzo w
to wierzysz - do czego bowiem byłaby im potrzebna aż taka ilość tej rośliny? Początkowo
sądzisz, że Stella zajmowała znacznie bardziej wyrafinowanymi czynnościami, na
co wskazywał jej wyzywający strój, a także fakt licznych połączeń telefonicznych
z zastrzeżonymi numerami, prowadzenie „obleganego” profilu w aplikacji
randkowej oraz gruby zwitek banknotów w szufladzie szafki nocnej o wartości
dwóch tysięcy Euro.


