Serhii Ratkin - Do głębi siebie - recenzja
Podróż do głębi siebie wymaga odwagi w podejmowaniu własnych decyzji, dużego nakładu pracy nad swoją osobą oraz ogromnej dozy stanowczości - jako że najczęściej okazuje się tą najtrudniejszą wyprawą. Pokusił się o nią Serhii Ratkin, czego dowodem i zapisem jest recenzowana książka. Złożona z emocji, w mojej ocenie stanowi przede wszystkim rozprawienie się z osobistymi demonami, prywatną formę terapii, przekształconą w opowieść, złożoną z trzydziestu dłuższych i krótszych rozdziałów, w jakich Autor daje wskazówki samemu sobie. Czytając je można jednak pokusić się o autorefleksje i zastanowić nad tym, na ile cenne okazałyby się prywatnie. Myślę, iż ten przewodnik po własnym „ja” może się również stać kopalnią estetycznych, motywacyjnych cytatów, wartych dalszych rozważań - te, które najsilniej ze mną rezonują przytoczę w dalszej części mojej historii o historii Pisarza. Opatrzona mroczną okładką, przywodzi mi na myśl ten smutny, ale jakże cenny odcień zdecydowania, kiedy to człowiek, dojrzawszy lub dostrzegłszy taką konieczność, dochodzi do wniosku, iż najwyższa pora na to, by odciąć się od wszystkiego, co toksyczne i każdego, kto nie przynosi mu żadnych wartości. Jak zresztą Twórca pisze już na samym początku propozycji literackiej: „<Chroniłem> siebie przed skutkami rezygnacji w tym, czego nie chcę, wchodząc w to, co mnie zabijało.”, dając odbiorcy do myślenia. Jak długo bowiem można tolerować to, co nijak nie jest korzystne? Ile znosić potwarzy od tych, dla jakich się starasz, choć Ci nigdy, przenigdy nie wybiorą Ciebie? Dlaczego by oddawać choć jedną z cennych chwil osobom, które na to nie zasługują; poświęcać myślom, co to tylko przyspieszają wewnętrzną degrengoladę? I wreszcie: kiedy powinien nadejść kres dzielenia się sobą kawałek po kawałku, zanim zniknie się całkowicie, jako że nie pozostanie już nic? Karma nie zawsze wraca, czynione dobro niekoniecznie zostanie pomnożone… Jeżeli czujesz, że gdzieś po drodze zacząłeś osuwać się w cienistość i znikać, ta książka Cię zainteresuje.
„Może się zdarzyć, że jedna
ze stron będzie obrażona - a mowa nie o stronach, a o doświadczeniu zeszłym.
Czy przedmiot może się obrazić? Sytuacja się obrazi? Miejsce się obrazi?
Człowiek, owszem, ale aż takiej mocy, jak było kiedyś, już nie ma. Chociaż pamięć
trwa nadal, bo nie jestem dzieckiem, a jednak doświadczenie trwa. Trzeba
zostawić owe doświadczenie i mieć z tym spokój. Starać się postępować dojrzale
wtedy, kiedy są te przekręty, kosztuje dużo energii. Niby przeciwko sobie idę.
Podobne uczucie doświadczałem, gdy zabiegałem o coś, co we mnie jest, a wpajano
mi, czy też sam sobie wmawiałem, że powinienem to nabyć, tymczasem to zawsze we
mnie było.”
Jak możesz zauważyć powyżej, „Do głębi siebie” to wyprawa opisana wręcz poetyckim językiem. Cenię to, choć przyznaję, iż Ratkin niekiedy przelewa myśli na papier dość chaotycznie, przez co te pozostają nie do końca zrozumiałe, lecz może to być także winą niedokładnego tłumaczenia. Pomimo tej drobnej przywary i faktu, iż Pisarz nie wyzbył się pewnych „oczywistych oczywistości” i Coelhowskich myśli (chociażby: „Generalnie ludzkie wybory polegają na wyborze między dobrem a złem.”), jego liczącą zaledwie 88 strony książkę czyta się z niegasnącą ciekawością. Szczególnie, jeżeli tak jak ja ceni się literackie obserwacje: wewnętrznych przemian, dążenia ku byciu lepszym i wolnym we własnej rzeczywistości czy docierania do istotnych wniosków, które prowadzą do szczęścia. Zasugerowawszy się opisem owej książki, z uwagą na informację o tym, iż Autor w roku 2017 wstąpił do klasztoru w swojej ojczyźnie, a wystąpił z niego już w Polsce trzy lata później, spodziewałam się nieco większej ilości danych na ten temat, bo ten wątek nader mnie zaciekawił. Mile zaskoczyłyby mnie także opisy życia religijnego w obu państwach, jednak te się nie pojawiły. Szkoda, lecz nie jestem rozczarowana - okazuje się po prostu, iż nie o tym jest to publikacja, a raczej zbiór złotych myśli i przestróg, oczyszczenie siebie słowami poprzez przekazanie ich czytelnikowi, który z pewnością znajdzie wśród nich coś dla siebie. Utożsamić można się na przykład z tekstem: „(…) ja tak jestem nauczony - nie brać pod uwagę siebie. Rezygnując z czegoś czy odchodząc, najczęściej sprawiam komuś przykrość, ale jest to przykrość, która sprzyja mojemu rozwojowi.” Znane, niestety i nieszczęśliwie.
Bezapelacyjnie rzewnie da
się uśmiechnąć także podczas lektury poniższych fragmentów, które najbardziej
do mnie przemówiły:
„Jestem w takiej sytuacji,
że różni ludzie, miejsca, rzeczy są dla mnie nie do przyjęcia. Są uciążliwi i
trwanie w tych relacjach, okolicznościach, miejscach nie przynosi mi pożytku. (…)oni
nie są dla mnie, przynajmniej na razie, a może i na zawsze. Najlepszym
rozwiązaniem jest odejście, niczego nie tłumacząc. Chociaż w tym momencie
powstaje we mnie poczucie winy z powodu niespełnionych oczekiwań tych ludzi: <Dlaczego
się nie odzywasz? Spotkamy się?>.”
„Godność może być
„gwałcona” powierzchownymi poradami ludzi, którzy nie uwzględniają pełnego
kontekstu, nie zadają sobie trudu poznania głębi drugiego człowieka, a porywają
się na udzielanie mu ważnych rad. Tymczasem sporo rzeczy powinno być
uwzględnionych, wiele pytań powinno być zadanych zanim zostanie udzielona rada.”
Jakże celne i życiowe!
„Zapominam, że najpierw ja,
a potem inni. I w tym <ja> kryje się miłość do siebie. Bo miłuję
bliźniego jak siebie samego, nie na odwrót. Dzielę się z kimś, a po tym zostaję
sam. Dałem komuś coś, a ten ktoś nie zastanawia się nad tym, czego ja
potrzebuję.”
„(...)to nie jest zdrada z
mojej strony. Odrzucać to, co jest negatywne, nieprzyjemne, zdanie innej osoby (…)
tego wszystkiego warto było uczyć się,
będąc dzieckiem. Rzeczywistość jest jednak inna i mam te umiejętności nabywać w
wieku dorosłym. Nie spotkałem tych, którzy by mi dali ten rozwój, podstawowe
popchnięcie do przodu albo skrócili drogę do wyjścia. Stało się wręcz
przeciwnie - wydłużyli ją albo blokowali wyjście, a już było blisko. Chęć
wytknięcia problemu ma prawie każdy, <specjalistów> nie brakuje, jednak
nie każdy jest gotów towarzyszyć. Uważam, że wskazywać może osoba, która
towarzyszy, a nie ta, która stoi poza.”
„Zobaczyłem w sobie taki mechanizm: gdy widzę, że komuś się powodzi w jakiejś sferze, to zaczynam przyjmować, że ja też taki powinienem być, też tak powinienem postępować. Ten mechanizm jest uruchamiany przez zazdrość lub też przez lęk przed szyderstwem, kpiną i oskarżeniami ze strony innych: <Zobacz! On jest taki, on ma to czy tamto, a Ty?>. Zaczynam iść w jakimś kierunku, żeby tylko nie słyszeć tego oskarżenia. (…) Dla mnie trudniejsze są oskarżenia, szyderstwa i kpina niż fakt, że jestem tam, gdzie nie powinienem być.”
Klasyfikacja gatunkowa „Do
głębi siebie” - propozycji czytelniczej, którą serwuje odbiorcy Serhii Ratkin -
w mojej ocenie nie zalicza się do najłatwiejszych. Definitywnie nie jest to
poradnik w klasycznym ujęciu - może raczej swoiste zaproszenie do odbycia
własnej wędrówki po prywatnych przemyśleniach i pokuszenie się o przemierzenie tych
ścieżek, co to do tej pory ukrywały się za mgłą niezrozumienia. Jestem zdania,
iż książka Autora jest na tyle osobista, że ciężko także opatrzyć ją notą
punktową. Z uwagi na wcześniej wymienione wady, pod względem literackim jej
treść oceniłabym 6/10 z minusami, natomiast wziąwszy pod uwagę dużą dozę
personalności, sądzę, iż każdy czytelnik odbierze ją zupełnie inaczej. Co
istotne, w trakcie lektury nie da się nie kibicować Pisarzowi, jaki to
równocześnie staje się bohaterem opowieści. Mam nadzieję, iż to pierwsze spotkanie
z jego twórczością nie jest ostatnim, gdyż z chęcią śledziłabym dalszy rozwój Ratkina
- przeniesiony na karty historii. Opatrzony kilkoma przekładanymi na życie
współczesne cytatami z Pisma Świętego, choć przecież już świecki. Ten, który
prezentuje własne prawdy objawione, jakie przecież zawsze są na swój sposób
inspirujące. Może po lekturze i Ty dojdziesz do wniosku, że niekiedy nie
odrzucasz ludzi, lecz to, co w Tobie gaśnie, gdy przy nich trwasz. Nie zamykasz
drzwi z nienawiści, a dlatego, że za nimi od lat nie ma już Twojego miejsca. Przestaniesz
uważać, że każde odejście jest stratą - wszak bywa powrotem do siebie. Uświadomisz
sobie, iż najgłośniej protestują te więzi, które od dawna są martwe, lecz wciąż
domagają się życia. I że niektóre relacje przypominają ciemne pokoje - siedzisz
w nich tak długo, że zaczynasz mylić brak światła ze spokojem. Że nie masz
obowiązku pozostawać tam, gdzie codziennie musisz tłumaczyć własne granice. I nie
wszystko, co znajome, jest domem. Nie wszystko, co boli, zasługuje na następną
szansę. Może pora przestać siebie opuszczać… A nienawiść względem własnej osoby
to najwyższy poziom toksyczności. Ja te prawdy już znam - wierzę, że zauważysz
podobne dzięki książce Autora. Polecam ją miłośnikom aforyzmów i życiowych
wskazówek, którzy są na ścieżce ku zrozumieniu siebie lub marzą o tym, by na
nią wkroczyć. To, co ukryte na jej końcu, zaskoczy.
0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)