Walter Miller - Kantyczka dla Leibowitza - recenzja

by - 00:01:00

Choć to, co ocalało z ludzkości weszło w XXVI wiek, pewne rzeczy pozostały niezmienne od zarania powstania Chrześcijaństwa. Niewątpliwie należy do nich reguła zakonna, zgodnie z którą spędzasz czterdzieści postnych dni na spalonej słońcem pustyni. To niezbędny warunek, aby dostąpić zaszczytu stania się pełnoprawnym członkiem Albertyńskiego Zakonu pod wezwaniem błogosławionego Leibowitza. Będziesz wówczas oficjalnie nazywany bratem Franciszkiem - oczywiście, jeśli podołasz próbie a opat nie zgłosi sprzeciwu. Czas spędzasz na modlitwach, walce z ułomnym ciałem oraz pragnieniami, jakie podsuwa Ci do umysłu diabeł. Wokół nie ma żywego ducha, jedynie wilki i kojoty odwiedzają miejsce Twojego odosobnienia a nad głową krążą uparte sępy, najwyraźniej pełne nadziei na rychłe pożywienie się Twoim truchłem. Nie zdają sobie sprawy, jak bardzo pragniesz zostać przy życiu, aby móc jego resztę spędzić w surowych, klasztornych murach, ślęcząc nad ręcznym kopiowaniem starodruków pochodzących z zamierzchłego XX wieku - na obecnym etapie rozwoju ludzkości to jedyna metoda, aby zachować ich treść dla potomności. Często dotyczą tajemniczych maszyn i urządzeń, których znaczenia i zastosowania nikt obecnie się nawet nie domyśla, ale może kiedyś, gdy cywilizacja nieco się rozwinie, znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie to wyjaśnić. Po potopie ognia, jaki nastąpił w połowie XX wieku, człowiecze uniwersum cofnęło się do epoki kamienia łupanego, by teraz dumnie wkroczyć we wczesne średniowiecze. O jego przyczynie i przebiegu czerpiesz wiedzę ze świętych ksiąg. Potrafisz wyrecytować z nich całe wersy, zgodnie z którymi genialni naukowcy stworzyli najdoskonalsze z narzędzi zagłady - broń, która mieściła w sobie cały ogień piekielny.

„Brat Franciszek wyobrażał sobie Opad jako pół-salamandrę, ponieważ według tradycji, zrodził się z Potopu Ognia, i pół inkuba, który psuł dziewice podczas snu; czyż bowiem potworów tego świata nie nazywano <dziećmi Opadu>?”

Mądrzy doradcy przestrzegali przed jej użyciem i jednocześnie powtarzali ówczesnym książętom, że jest ona swego rodzaju błogosławieństwem, gdyż gwarantując wzajemne zniszczenie, przyniesie kres wszelkich wojen. Władcy mieli jednak ich słowa za nic i w skrytości ducha powtarzali sobie, że gdy posłużą się nią pierwsi, zagarną cały glob dla siebie.  Wiedzę, który z nich zaczął, pochłonęły mroki historii, ale rezultat był do przewidzenia z góry - na Ziemię spadł szatański żar i w ciągu kilku tygodni całkowicie spopielił pomniki ludzkiej pychy - wraz z prawie wszystkimi budowniczymi. Zniknęły całe narody, wielkie miasta pokryły się stopionym szkliwem, wyszczerbione fasady budynków poznaczyły cienie licznych ofiar a ulice zasłały dywany z nadpalonych szkieletów oraz gnijących zwłok. A potem Bóg zesłał następną plagę - Wielki Opad. Nie znasz jego natury. Wiesz jednak, że wielu nieumarłym przyniósł śmierć, zaś przyszłym pokoleniom - potworność zniekształconych ciał potomków. Zniszczył też prawie całe bogactwo przyrody. Rośliny i zboża przestały rodzić plony, trawy, drzewa i krzewy całkowicie uschły a ocalałych zaczęły gnębić nieuleczalne choroby. Zatruł też powietrze, jeziora oraz rzeki, pogrążając Ziemię w nieprzeniknionej ciemności. Ci, którzy uszli tchnieniu Thanatosa, złorzecząc Niebiosom i rozpaczając, wędrowali z miejsca na miejsce, nigdzie nie mogąc znaleźć miejsca spoczynku. Tak doszło do pomieszania ras i języków, jak niegdyś spotkało to mieszkańców Wieży Babel. Wszystkich ogarnął wielki gniew na monarchów, ich zauszników oraz twórców straszliwego rynsztunku. Zaczęto więc ścigać i mordować ich bez litości. Resztki znalazły schronienie w klasztorach i innych katolickich przybytkach. Byli tam jednak zmuszeni przybrać habity, aby nie zostać rozpoznanymi i wydanymi na męki oraz rozszarpanie przez oszalałe tłumy. Marny los spotykał każdego, kto był w jakikolwiek sposób wykształcony, więc z upływem lat ludzką wspólnotę ogarnęło zaciemnienie umysłów. Tak nastała następna epoka, zwana Wielkim Sprostaczeniem. Jeszcze w czwartym pokoleniu po nadejściu Wielkiego Ognia zabijano już nie wyedukowanych, ale wszystkich, jacy umieli czytać i pisać. Jedynie w monasterach przy tańczącym świetle kaganków starano się ocalić to, co pozostało z dawnego ducha wspaniałej niegdyś cywilizacji, pracowicie kopiując druki, które przedstawiały jej osiągnięcia. Dokładnie tak jak czyni się do teraz i w Twoim klasztorze. Założyciel zgromadzenia Isaac Edward Leibowitz był naukowcem - jednym z twórców niosącej zagładę broni i doradcą najpotężniejszego władcy jego czasów, rezydującego w Białym Pałacu. Uchodząc przed siepaczami, schronił się w świątyni a po latach został mnichem i powołał do życia Zakon Albertyński, którego zadaniem jest chronienie i przepisywanie ocalałych książek. Rozprowadzano je później pomiędzy poszczególnymi przybytkami, choć było to, nomen omen, śmiertelnie niebezpieczne. Wielu braci przyłapanych na tym procederze zamordowano. Taki los przypadł też w udziale samemu Leibowitzowi. Tłum prostaków zadzierzgnął mu na szyi sznur i spowodował podduszenie, zaś pod jego stopami rozpalono ognisko, więc w mękach oddał duszę Panu. Jednak jego dziedzictwo przetrwało, na co jesteś najlepszym i nader namacalnym dowodem.  

„Jakie zadanie wybrał sobie brat Sarl? (…) Opracował matematyczną metodę znajdowania brakujących słów. (…) Udało mu się odtworzyć cztery pełne stronice, odkąd się do tego zabrał. (…) Ile czasu mu to zajęło? (…) Jakieś czterdzieści lat (…).”

Z rozmyślań nad istotą wiary i krętymi ścieżkami, jakie przywiodły Cię w to zapomniane przez  Boga i ludzi miejsce - niczym patelnia rozgrzana gorejącym słońcem - wyrywa Cię  widok postaci bardzo powoli, lecz uparcie brnącej w Twoim kierunku. Gdy zmienia się z kropki w obraz umiłowanego bliźniego, nie posiadasz się ze zdumienia. Nigdy jeszcze nie widziałeś na własne oczy prawdziwego pielgrzyma, ubranego jedynie w przepaskę biodrową i pleciony ze słomy kapelusz. Zdobią go niemiłosiernie potargana broda i umartwione oblicze, które przywołuje do wyobraźni obraz świętych Kościoła. Postać dzierży w dłoni laskę zakończoną sporym gwoździem. Posługuje się nią z wielką wprawą, gdy nabija na nią wijącego się, jadowitego węża. Zanim zdoła Cię ujrzeć, chowasz się za najbliższym załomem skalnym i bacznie obserwujesz jego poczynania. Widzisz, jak siada na pobliskim głazie i zaczyna powoli żuć wyjęty z worka ser i chleb. Uznajesz, że najwidoczniej jest wysłannikiem Szatana, chcącego zadać Ci dodatkowe męki widokiem smakowitego jadła. Zastanawiasz się gorączkowo, czy możesz się do niego odezwać i przepędzić odmawianą głośno modlitwą - przecież obowiązuje Cię reguła milczenia. Ten teologiczny dylemat sprytnie rozstrzygasz na rzecz chrząknięcia, które wywołuje natychmiastową reakcję przybysza - ten zrywa się na równe nogi i groźnie zwraca w Twoim kierunku broń. Uspokajająco machasz rękoma, co wywołuje kolejny krok - starzec rzuca w Twoim kierunku dzierżone w dłoni wiktuały. Tego już jest Ci za dużo - ze ściśniętego gardła wydobywają się słowa: „Apage Satanas”. Jednocześnie wyciągasz z rękawa habitu niewielką fiolkę i używasz najpotężniejszej broni przeciwko Księciu Ciemności, kropiąc jego wysłannika święconą wodą. Ku Twojej zgryzocie, kwituje to śmiechem i informacją, że sam jest mnichem, na dowód czego pokazuje tonsurę i różaniec. Gdy pyta, co tu robisz, uspokojony rysujesz na piasku słowa, jakie wyjaśniają Twoją sytuację. Ponieważ zbliża się wieczór, nie masz czasu na tego rodzaju „pogawędki” - musisz zabrać się do pracy, aby zbudować z kamieni schronienie, które zabezpieczy Cię przed atakiem dzikich zwierząt. Nieznajomy bacznie przygląda się Twojej krzątaninie w poszukiwaniu budulca odpowiedniego rozmiaru i kształtu, zaś na odchodne obwieszcza, że pomoże Ci znaleźć ostatnią część brakującej układanki. Co dziwne, z wielką pewnością od razu zmierza w konkretne miejsce i kładzie tam patyk, abyś go nie przegapił. Potem odchodzi i rozpływa się w falującym od gorąca powietrzu. Gdy zostajesz sam, postanawiasz skorzystać z „prezentu”. Kiedy wyciągasz go ze sterty innych kamieni, Twoim oczom ukazuje się spora rozpadlina. Zajrzawszy w nią, dostrzegasz coś w rodzaju podziemnej sztolni. Zaciekawiony, postanawiasz zbadać jej wnętrze, więc recytując pacierze, ostrożnie zstępujesz na dół, by po chwili całkowicie bezwładnie zjechać wraz z toczącą się lawiną kamyków na dół. Obolały, podnosisz się i stajesz przed żelaznymi drzwiami z napisem: „Schron dla przetrwania Opadu”. Na wszelki wypadek kropisz je święconą wodą, uznawszy, że masz do czynienia z narzędziem Szatana. I wtedy Twój wzrok pada na leżącą nieopodal, metalową skrzynkę. W środku znajdujesz tajemnicze schematy oraz odręcznie napisany list z podpisem „I.E. Leibowitz”. Zszokowany, upadasz na kolana i głośno wznosisz modły - wszak najwyraźniej odnalazłeś relikwię błogosławionego patrona Zakonu. Nie możesz o tym powiadomić Braci, gdyż opuszczenie miejsca odosobnienia oznaczałoby złamanie Reguły. W swojej skromności nie jesteś w stanie przewidzieć, że trzymasz w ręku oczywisty dowód na świętość Isaaca, który zostanie dzięki temu wyniesiony na ołtarze, zaś Twój zakon przeżyje okres niebywałego rozkwitu. Nie uchroni Cię to jednak przed pisanym Ci losem podczas podróży do Papieża rezydującego w Nowym Rzymie…

„Droga wiedzie przez przemoc i przewrót, przez płomienie i furię, gdyż żadna zmiana nie przebiega na tej ziemi łagodnie. (…) Rodzenie, odrodzenie, znowu i znowu, jak w rytualnym tańcu, szaty splamione krwią i dłonie rozdarte gwoździami, dzieci Merlina ściągające płomyk światła. Także dzieci Ewy bez ustanku budujące Edeny - i jednym kopniakiem niweczące je w obłędnej furii, bo okazały się nie takie.”

„Kantyczka dla Leibowitza”, którą napisał Walter M. Miller Jr, to powieść science-fiction, jaka stanowi zarówno przestrogę przed atomową zagładą ludzkości, jak i swoisty traktat filozoficzny, co to zgłębia niezmienne tajniki człowieczej natury. Książka podzielona jest na trzy w znacznym stopniu niezależne od siebie części: Fiat homo (łac. „Niech stanie się człowiek”), Fiat lux (łac. „Niech stanie się światłość”) oraz Fiat Voluntas Tua (łac. „Bądź wola Twoja”). Fabuła pierwszej rozgrywa się w XXVI wieku, zaś jej bohaterem jest zakonnik - brat Franciszek Gerard z Utah. Świat podnosi się powoli po wojnie nuklearnej a on sam pości na pustyni, aby być godnym przyjęcia święceń. Tajemniczy pielgrzym wskazuje mu miejsce, w którym znajduje się relikwie błogosławionego Isaaca Edward Leibowitza, dzięki czemu może rozpocząć się proces jego kanonizacji, jak się okazuje zawiły i pełen niuansów oraz spisków. Druga część propozycji literackiej zaczyna się w roku 3174, kiedy to kontynent północno-amerykański podzielony jest na wiele odrębnych państw. Dzieło ich zjednoczenia przy użyciu krwi i stali podejmuje król Hannegan z Texarkany. Zakonem Albertyńskim kieruje w tym czasie opat Paulo, który bezskutecznie próbuje przekonać jego najbliższego doradcę, naukowca Thona Taddeo Pfardentrotta, aby tego nie czynił. Widzi w tym drogę wiodącą do ponownej zagłady rodzaju ludzkiego. Ze starcia pomiędzy władzą duchowną a doczesną zwycięsko ponownie wychodzi ta druga, wykorzystując zaczadziałe umysły uczonych do stworzenia broni coraz skuteczniej zabijającej wrogów. Trzecia partia, jakiej narracja snuta jest w roku 3781, przedstawia świat tuż przed wybuchem kolejnej wojny z użyciem broni nuklearnej. Ludzkość dokonała już podboju Kosmosu i założyła w jego czeluściach liczne kolonie. Na Ziemi z kolei istniejące mocarstwa popadają w konflikt, który szybko eskaluje i rozkręca nieuchronną spiralę zagłady. W takiej sytuacji Papież powierza Zakonowi Leibowitza zadanie udania się ku gwiazdom statkami wypełnionymi dobytkiem kulturowym i technicznym ludzkości, aby uchronić go przed całkowitym zniszczeniem.

Autor pomysłowo przedstawił krąg, w jakim zamknięta jest ludzka cywilizacja. W jego ujęciu nie jest to jednak krąg życia - lecz niezmienny krąg śmierci, gdyż człowiek, wbrew nakazowi rozumu i moralności, nieodmiennie żądny bogactw oraz nieograniczonej władzy nad bliźnimi, zawsze będzie dążył do ich zdobycia, nie bacząc na straszliwe konsekwencje swojego postępowania. Do osiągnięcia tego celu wykorzysta coraz doskonalsze narzędzia masowej zagłady i nie cofnie się przed ich użyciem, w swej ślepocie skazując samego siebie na zatracenie. Okropne doświadczenia minionych wieków nie są w stanie wpłynąć na zmianę tego, co homo sapiens kryje wewnątrz i co nie podlega wahaniom. Wizja smutna, acz prawdziwa. Pewne rzeczy są na tym padole łez niewzruszone i definitywnie zalicza się do nich ludzka natura - drapieżna i bezwzględna. Jedynie dzięki mrówczej pracy bardziej światłych jednostek, których nazwisk nikt nie będzie pamiętał, gdyż najbardziej hołubi się zdobywców i triumfatorów, dorobek człowieczy może zostać ocalony dla potomności. Takim, jak członkowie Zakonu Albertyńskiego, którym przez tysiąc dwieście lat przyświecał jeden cel - opieka nad Memorabiliami, zawierającymi doświadczenia i wiedzę rodzaju ludzkiego. Sama fabuła toczy się nieśpiesznym rytmem. Dość skomplikowaną warstwą językową, Pisarz ze stoickim spokojem, z dozą zgryźliwego czarnego humoru przedstawia krok po kroku drogę homo sapiens ku nieuchronnemu przeznaczeniu - zawsze taką samą. Po czasie powstania z zagłady następuje odrodzenie, które przechodzi w okres rewolucji technicznej, jakiej forpocztą są przerażająco skuteczne, coraz to wspanialsze w grozie i doskonałości narzędzia ostatecznego, wydawałoby się, rozwiązania kwestii istnienia człowieka na błękitnym globie. Ten jednak odradza się raz po raz, jak ziele na kraterze, skazany na ciągłe powtarzanie identycznych błędów. Optymistyczne to, czy przygnębiające - czytelnik musi rozważyć sam. Cóż, za klasykiem: fortuna toczy się kołem, pod kołem to pojąłem. 😉 8/10

„Czy naszym przeznaczeniem jest ciągle od nowa robić to samo? Czy nie mamy wyboru i musimy odgrywać rolę feniksa w niekończącej się sekwencji wzlotów i upadków? (…) Czy jest to naszym przeznaczeniem, Panie, czy jesteśmy przykuci do wahadła naszego szalonego zegara, niezdolni powstrzymać jego kołysanie?”

You May Also Like

0 comments

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)