Najsmutniejsza książka
przeczytana w tym roku… Był sobie brat, którego najdroższą rodzinę stanowiła
trzy lata starsza siostra. Kiedy dziewczynka zniknęła podczas zabawy w chowanego,
okraszonej tajemniczą wyliczanką, Jack pozostał pod opieką najstarszej z rodzeństwa,
dwudziestoletniej Kate. Przecież widział i wiedział, co stało się tamtego dnia
pod odsłoną szumiących liści wysokich drzew i szepczących cieni, które się
pomiędzy nimi skrywały. Towarzyszył Saoirse aż do chwili, kiedy usłyszał tamten
przerażający krzyk. A jednak mgła zapomnienia, może próbując uchronić niespełna
dziesięciolatka od traumatycznych obrazów, nie pozwala mu opowiedzieć o tym, co
się wówczas wydarzyło. Słowa próbują składać się w jego głowie w zdania, lecz
już po chwili dryfują bezładnie, powodując u chłopca jeszcze większy smutek.
Choć był młodszy, odkąd zabrakło taty a potem mamy, przyrzekł sobie przecież, że
zawsze będzie najwierniejszym stróżem swojej siostry. Ona wielokrotnie udowodniła
wszak, że nieważne co, ani kto, ni gdzie, będzie stała po jego stronie. Dochowała
nawet tego najstraszniejszego sekretu, który sprawia, że Jack wciąż tak często
budzi się w środku nocy, nawiedzony przez widmo koszmaru… Malec bierze kartkę i
zaczyna rysować, dokładając kolejny obraz do przepastnej kolekcji, rozmieszczonej
na poddaszu - miejscu, gdzie czuje się względnie bezpiecznie. Kredki tworzą
nerwowe linie, które nakładają się na siebie i przedstawiają przerażające historie.
Są prawdziwe czy wymyślone? Chciałby, tak bardzo chciałby o wszystkim
opowiedzieć i pomóc sprowadzić najdroższą siostrę do domu, ale nie może złamać
umowy milczenia i przerwać wyliczanki. Wtedy Istota z leśnych odmętów rozgniewa
się jeszcze bardziej… Co zrobiłby Jack, gdyby jego siostra już nigdy do niego
nie wróciła? Tak naprawdę nie ma przecież nikogo poza nią… I jeszcze coś, o
czym nawet nie chce rozmyślać, ile dramatów znieść może jego naznaczona
cierpieniem rodzina? Może nim mama runęła w przepaść, powiedziała prawdę. Wszyscy
jesteśmy przeklęci.
Kolejny
niedzielny dyżur zaczął się równie sennie jak wszystkie poprzednie. Najchętniej
byś się z niego jakoś wykręciła, jednak nie możesz sobie na to pozwolić, gdyż zostałoby
to źle odebrane przez nowych przełożonych. Niedawno przeniesiono Cię do Komendy
Stołecznej Policji. Wprawdzie na równorzędne stanowisko oficera operacyjnego,
jednak - zważywszy na prestiż placówki - de facto oznacza to awans. Musisz więc
trzymać fason i ściśle stosować się do ustalonych zasad. Sobotni wieczór
spędziłaś w pałacu Promnitzów, uczestnicząc w koncercie Olgi Weiss, wirtuozki violi
da gamba, która odtworzyła kantatę Telemanna. Wprawiła tym publiczność w stan
ekstazy - podziw zarówno dla kompozytora jak i własnego talentu. Towarzyszył Ci
kapitan Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Zygmunt Friszer, z którym
współpracowałaś przy sprawie dotyczącej siatki szpiegowskiej założonej na
terenie Polski przez agenta północnokoreańskiego wywiadu Dennisa Le. Początkowo
Wasze relacje miały ściśle służbowy charakter, jednak z biegiem czasu osławiony
„cyborg”, jakiego zawsze podziwiałaś za zimną krew i analityczny umysł, zaczął wreszcie
dostrzegać, iż darzysz go skrywanym uczuciem. Podczas wspólnych akcji
zaczęliście się do siebie zbliżać i niedawno oficjalnie zostaliście parą,
próbując scalić dwa przeciwstawne uniwersa życiowych rozbitków, pozbawionych
złudzeń co do człowieczej natury, acz uparcie tęskniących za miłością. W
związku z tym, że kolejnego dnia czekała Cię wczesna pobudka, z niechęcią rozstałaś
się z partnerem zaraz po raucie. Teraz zaś siedzisz przed ekranem komputera i
ściskasz w ręku kubek aromatycznej kawy, usiłując bezskutecznie strząsnąć z
siebie resztki snu. Z zamyślenia wyrywa Cię głośny dzwonek telefonu.
Książki, których bohaterami są członkowie klubów motocyklowych albo się kocha, albo nienawidzi - wszak to definitywnie specyficzne środowisko. Takie, które nie stroni od przekleństw oraz przemocy a przy tym korzysta z uroków dostępnych kobiet dopóty, dopóki nie zwiąże się z tą jedną, jedyną - zakładając, iż to kiedykolwiek nastąpi. Przede wszystkim jednak przedkłada braci z MC nad każdą inną osobę, wierne niewidzialnym więziom. Przyznaję, iż do tej pory nie znalazłam jeszcze swojego powieściowego ulubieńca wśród tych przedstawiających losy miłośników dwóch kółek. Te poznane były dla mnie zbyt wulgarne lub kiepsko napisane i nie spełniły żadnego z moich oczekiwań względem dobrej lektury. Od pewnego czasu jestem jednak zakochana w twórczości Anny Wolf, która urzekła mnie zarówno odcieniami romansów mafijnych, jak i tych biurowych - przede wszystkim z uwagi na lekkość pióra, świetną kreację postaci oraz uśmiechające, pełne ciepła fabuły. Z dużą nadzieją sięgnęłam zatem po drugą część serii „Black Angels MC” pod tytułem „Zapomniana miłość. Night” - będąc niezmiernie ciekawa, jak jedna z cenionych przeze mnie autorek raczej kobiecych narracji poradzi sobie z tą cokolwiek wymagającą tematyką. Teoretycznie nieskomplikowana, wymaga jednak od pisarza dużej dozy prozatorskiej zręczności - jako że łatwo o karykaturę lub odrzucającą przesadę. I cóż mogę napisać… Nie rozczarowałam się, a raczej pozytywnie zaskoczyłam. Okazuje się bowiem, że mogę się zacząć zaliczać do fanów „motocyklowych” historii - jeśli te zostaną przedstawione tak jak losy Nathaniela i drogiej mu niegdyś Willow. Opowieść Wolf pozostaje w mojej ocenie autentyczna, jeśli chodzi o kreację MC i ukazuje ją w odpowiedniej ostrości. Oprócz tego posiada jednak tak niezbędną każdej dobrej fabule głębię w postaci przemyśleń, świetnie odmalowanego tła relacji rodzinnych i przyjacielskich czy też opisów. Nie brakuje w niej również uśmiechających przekomarzanek pomiędzy „braćmi” czy niepozbawionych humoru elementów sensacyjnych. Oficjalnie zostaję Wolf-anką! 😉
Zrujnowana willa na Sardynii do nabycia za symboliczne jedno euro… To brzmi tak pięknie, że aż podejrzanie. A jednak właśnie na taką okazję, wiedziona ostatnią wskazówką pozostawioną przez nieżyjącego już ojca, trafia włoska architekt Tilda - główna bohaterka najnowszej powieści Very Buck. Grzech nie skorzystać - tym bardziej, jeśli z uwagi na pełnioną profesję, kwestia remontu nie będzie wymagała zatrudnienia wielu zewnętrznych fachowców. Cóż to za wspaniała wizja - stać się pierwszą mieszkanką zupełnie opuszczonej wioski, której władze próbują przywrócić dawną żywotność, wyprzedając nieruchomości za bezcen… Może jednak nieco mniej nęcąca, gdy okaże się, że nie bez powodu nikt nie chce osiąść w Botigalli. Ponad czterdzieści lat wcześniej to właśnie tutaj doszło bowiem do tajemniczej masakry, której okoliczności pozostają niejasne aż do dzisiaj. Podczas hucznego wesela w jednym z domów zamordowano absolutnie wszystkich z osady… Wszystkich poza ostatnim ocalałym - gnuśnym starcem, zajmującym położoną na skraju wąskiej ulicy, rozpadającą się chatę, choć o nim wiedzą tylko nieliczni. Zanim Tilda będzie miała wątpliwą okazję go poznać, w jej naznaczonej tragediami egzystencji nareszcie rozgoszczą się cisza i spokój - tak niezbędne po doznanych utratach. Może tego właśnie trzeba wówczas, gdy na świecie nie pozostanie już nic personalnie cennego - osiąść gdzieś na krańcu rzeczywistości, pośród popiołów i zgliszczy, gdzie po tylu latach wciąż wirują drobinki krwi. W hacjendzie, której sypiące się ściany nadal noszą ślady po kulach. Tam, gdzie nikt nie wie, kim jesteś ani za co czujesz się winna. Ćwiczenia z utraty w tak makabrycznym miejscu nabierają zupełnie innego charakteru… Niemiecka pisarka stacjonująca w Szwajcarii oddała go wręcz doskonale w swej sennej mroczności - zgodnie z tytułem proponując czytelnikowi idealną lekturę na lato. Poetycko złożoną ze smutków i zadawnionych krzywd oraz szokujących zagadek przeszłości. Czy warto było pozwolić im narodzić się w świetle dnia?
Jak
prawie każdej nocy od czasu rozwodu wychylasz kilka głębszych, aby zapewnić
sobie spokojny sen bez koszmarów. Nie musisz się martwić, że nie wstaniesz na
czas i spóźnisz się do pracy od kiedy sprawiłeś sobie budzik kryjący w swoim
wnętrzu syrenę alarmową z czasów drugiej wojny światowej, a do tego podłączyłeś
go do kawowego ekspresu. Zapach świeżo zaparzonej kawy, połączony z upornym
dźwiękiem wypełniającym cały dom, zbudziłby nawet nieboszczyka, a co dopiero
faceta w średnim wieku, którego główną wadą jest zupełnie przecież niewinna
skłonność do lekkiego przesadzania z alkoholem. Tego poranka jednak ze
spoczynku wyrywa Cię nie jak zwykle piekielna maszyneria Twojego pomysłu, ale
prozaiczny dźwięk telefonu. Zamroczony, przez chwilę gorączkowo szukasz słuchawki
a gdy w końcu podnosisz ją do ucha, słyszysz denerwująco spokojny głos sekretarki
Krajowej Komisji Bezpieczeństwa Transportu USA, jakiej jesteś pracownikiem. Po
chwili uzyskujesz połączenie z Gordonem Petcherem, który również jest członkiem
tego ciała. Zanim się odzywa, już wiesz, że doszło do czegoś strasznego, co w
pełni potwierdza relacja wskazująca, że nad niebem Kalifornii doszło do
zderzenia dwóch samolotów pasażerskich: DC - 10 linii United oraz Boeninga 747
Pan Am. Wszystko zdarzyło się na wysokości około 1500 metrów, więc żaden z ponad
sześciuset pasażerów nie mógł ocaleć, choć czasami zdarzają się cuda, w które
jednak, jako osoba twardo stąpająca po ziemi, zupełnie nie wierzysz. Pierwsza z
maszyn obróciła się wokół własnej osi i spadła pionowo niczym bombowiec
nurkujący podczas wykonywania ataku. Druga zdołała wyrównać lot oraz miała
szansę na ocalenie, jednak nie dała rady wyminąć wyrosłej na jej trasie góry i
po uderzeniu w zbocze spadła w okolicznym lesie.
Złożona ze wzruszających
oraz pełnych emocji zdarzeń „Zośka od miłości” zabiera w miejsce, w jakim
zaczyna się życie - do rzeczywistości szpitalnych sal porodowych, gdzie tytułowa
bohaterka towarzyszy w cudzie narodzin, przy okazji nabywając cenne doświadczenie
stażystki. Wrzucona w natłok obowiązków w hermetycznym środowisku, które
początkowo jest do niej wrogo nastawione, jednak kierowana miłością do małych i
kruchych człowieczych istot, przez każdą kolejną pełną pracy dobę idzie
cierpliwie i z ogromną dozą ciepła oraz otwartym sercem, a także wysoko podniesionym
czołem. Niezłomnie realizuje wyznaczony sobie cel, mimo tego, że dwa lata temu
doznała ogromnej tragedii. Przybliżając czytelnikowi sylwetkę położnej, Anna
Kasiuk niejako zaprezentowała mu godny naśladowania wzór - kogoś powstałego z
sumy dojmująco smutnych przeżyć, lecz równocześnie takiego, który w pełni je
akceptuje i mimo cierpienia się im nie poddaje. Zamiast tego Zofia, przepracowawszy
je, przekuwa je w kolejne elementy swojego definitywnie stalowego pancerza. Z prozy
Pisarki wielokrotnie wyłania się zresztą wręcz niesamowity obraz kobiecej siły.
Mocy tych, które powołują nowe istnienia na świat, walczą z własnymi demonami i
każdą kłodą rzuconą im pod nogi z determinacją i spokojem godnymi największych
wojowników. Choć posiadając kilka męskich rys charakteru, najczęściej lepiej
dogaduję się z panami, jestem pod wrażeniem tego, jak skrzętnie, barwnie i wielowymiarowo
Autorka odmalowała estetycznie lekką warstwą językową świat matek. Niedoszłych,
przyszłych, przeszłych. Zagubionych w odmienności nowej codzienności.
Najszczęśliwszych w tym jednym z najważniejszych dla rodziny dni. Skupionych na
social mediach lub zdaniu teściowej czy matki lub bojących się sprzeciwić mężowi,
uznawszy jego zdanie za pewnik. Skrzywdzonych i krzywdzących. Towarzyskich albo
poświęconych ocennym plotkom, które osiadają na innych kobietach jak cień. „Zośka
od miłości” to jednak kobieta taka jak Ty. Jaką mogłabyś się stać, podarowawszy
innym serce.
Mój czwarty tegoroczny
PATRONAT MEDIALNY możesz jeszcze kupić w wyjątkowym, personalizowanym zestawie
za jedyne 39.99 zł - wystarczy, że do 12 lipca bieżącego roku napiszesz do
@marzena_niewiadomska_ 🔥!
Jeśli jesteś miłośnikiem zmyślnych mroczności w otoczeniu dedykowanych gadżetów,
z pewnością zachwycisz się tym estetycznym książkowym boxem! Teraz zaś najwyższa
pora na moja zwichrowaną historię o tej niepokojącej historii, w jakiej granica
między tym, co trwożąco wyobrażone a rzeczywistym ulega zatarciu i którą miałam
zaszczyt wziąć pod opiekę swoich cienistych skrzydeł. Skryta za okładką spod
ciemnej gwiazdy opowieść Pisarki ma szansę sprawić, iż następnym razem
zastanowisz się wielokrotnie, nim nabędziesz przedmiot z duszą (albo duchem),
nie znając jego historii. Co bowiem stałoby się, gdyby ten w istocie okazał się…
przeklęty? Jako szalony kolekcjoner wschodniej biżuterii oraz skrzących się
blaskiem dawnych chwil antyków przyznaję, że jest to nader niepokojąca wizja. Choć
gdyby tak znaleziony artefakt zaczął odpowiadać za taką moją przemianę, jakiej
doświadcza główna bohaterka wykreowana przez Autorkę, nie byłabym wcale do końca
zła (taka wszak jestem z natury). Nie najgorszą wizją pozostaje bowiem opętanie
przez rzecz materialną, jeśli wiązałoby się z nim bezemocjonalne dokonanie
kilku krwawych zemst. A jeśliby tak do tego ów przedmiot zacząłby mi dopomagać
w dziełach diabelskich, raczej nie czułabym się nieszczęśliwa. Przeznaczone
TYLKO dla dorosłych czytelników „Głosy piekła”, jakich ogniste podszepty
Marzena Niewiadomska złożyła w nieodkładalny, niedługi, acz pełen emocji horror
z wątkami thrillerowymi, okazują się lekturą demoniczną. Kochankowie makabreski
mojego pokroju będą nią stuprocentowo urzeczeni. Duszna, niepokojąca, infernalna
- staje się niezapomnianą powieścią, którą co wrażliwsi mogą zechcieć poznać w
ciemności, przy świetle niewielkiej lampki, pragnąc poczuć upragnioną gęsią skórkę.
Lepiej jednak nie czytać jej, kiedy siedzi się na żadnym starym krześle…
Czym
może się zajmować nawigator statku kosmicznego w nieznającym granic gwiezdnym
uniwersum? Na tak zadane pytanie każdy wielbiciel fantastyki naukowej wyczaruje
w umyśle barwne obrazy epickich bitew z krwiożerczymi obcymi, niebezpiecznych
wypraw, mających na celu odkrycie nieznanych planet, na które w przyszłości będzie
mogła się przenieść ludzkość znękana ekologicznymi katastrofami czy też bohaterskich
akcji ratowania współziomków z katastrof o galaktycznych rozmiarach. I będzie
miał słuszność, gdyż większość autorów tego gatunku literackiego tak właśnie opisuje
przygody załóg orbiterów. Jednym z wyjątków jest Stanisław Lem, który w „Opowieściach
o pilocie Pirxie” przedstawił całą drogę kariery tytułowego pilota, począwszy
od statusu kadeta, a skończywszy na stopniu komandora, samodzielnie dowodzącego
taką jednostką. Wśród nich trudno jednak szukać równie efektownych epizodów, gdyż
postać ta zmaga się z, wydawałoby się, całkowicie prozaicznymi zjawiskami
takimi jak: ludzka głupota i niekompetencja, poczucie pustki i obezwładniającej
samotności, wzmagane bezlitosnym żywiołem kosmicznej przestrzeni czy bezwzględną
chciwością towarzystw eksploatujących odkryte planety. Nie stroni przy tym od
tematu, który dziś rozpala wyobraźnię współczesnych, czyli sztucznej
inteligencji, zamkniętej w układach komputerów marsjańskich krążowników lub
robotów mających udzielać pomocy człowiekowi, a buntujących się przeciw jego
władzy czy nabierających z biegiem czasu cech ludzkiej imaginacji. Część z tych
fascynujących OPOWIADAŃ ma charakter żartobliwy, inne tragiczny, niektóre przybierają
postać powiastek filozoficznych z zacięciem roztrząsających tajemnice wrodzonej
natury człowieczego rozumu. Wszystkie zaś składają się na sugestywny obraz jednostki
stającej przed wyzwaniami, jakie przyniesie być może wcale nie tak odległa
przyszłość. Pozwól, że zabiorę Cię do świata pilota Pirxa, nic nieznaczącego pyłku
w bezmiarze gwiezdnej przestrzeni, który codziennie udowadnia, że słowo
„człowiek” czasami brzmi dumnie, czasami zupełnie niejednoznacznie a nawet
wstydliwie.
„Bez litości” okazało się dla mnie sporym zaskoczeniem, jako że przeczytane przeze mnie w bieżącym roku „Ziarno zła” rozkochało mnie w twórczości Autora, przez co spodziewałam się, że sięgając po jego najnowszą książkę ponownie zanurzę się w tęsknie tragicznym dramacie, jakiego każdy element składa się na przemyślanie skomponowany utwór prężnie działającej „orkiestry”. Tym razem Grzegorz Kapla zdecydował się jednak na wariację political fiction połączoną z wątkami szpiegowskimi oraz kryminalnymi, co nie do końca mi zagrało. Zapewne z uwagi na bieżącą tematykę, zaserwowaną czytelnikowi w trwożącym, choć nie do końca zgodnym z moim oglądem świata świetle. Komisarz Olga Suszyńska zostaje bowiem wrzucona w rzeczywistość zagrażających bezpieczeństwu Polski spisków, jakie oceniam raczej niezbyt realistycznie. Powieściowe wydarzenia skupiają się natomiast głównie na akcji, która w mojej ocenie okazuje się dość mało dynamiczna, choć odpowiedniego tempa bez mała dodają jej końcowe sceny, jakie faktycznie przypominają mi przebieg przytaczanej zresztą przez Pisarza, genialnej historii „Dzień szakala” Forsytha. Mimo prywatnych scen z życia głównych bohaterów, w „Bez litości” zabrakło mi większej ilości ich przemyśleń i wszystkiego tego, co cenię najbardziej - swego rodzaju poetyckich wstawek, czyniących prozę jeszcze zmyślniejszą. Definitywnie czas spędzony z książką nie był jednak stracony. Po raz wtóry docenić muszę rzadko widywany w literaturze zabieg paralelizmu składniowego, zastosowanego na poziomie kompozycji rozdziałów z wariacyjnym przekształceniem frazy (ostatnie zdanie rozdziału w nieco innej formie otwiera kolejny). Przyjemność sprawiły mi również sceny, w jakich usiłowałam zbiec z Kremla wespół z pewnym oficerem, który próbuje ujść z życiem, dopuściwszy się najgorszej zdrady. Uwielbiam tego rodzaju, pełne detali eskapady, dzięki jakim łatwo wyobrazić sobie moskiewskie zakątki, które - póki co - odwiedzam właśnie dzięki historiom. Twórca odmalował je słowami nader realistycznie… i bez litości.



