Witajcie, Kochani.
Jak zapewne zdążyliście już dobrze się przekonać, do grona zapalonych włosomaniaczek zaliczam się już od wielu lat. Przez moje łapki, a może raczej należałoby powiedzieć - włosy, przeszły już dziesiątki kosmetyków różnych kategorii. Choć znalazłam wśród nich wiele perełek, wciąż z przyjemnością testuję nowości, szukając tego, co przysłuży się dobremu stanowi moich kudełek. Dziś chciałabym przedstawić recenzję serii kosmetyków Delia Cameleo Anti Damage bez soli. Kosmetyki po keratynowym prostowaniu a może składowy bubel? I czy faktycznie chronią przed zniszczeniami? O tym dowiecie się z dzisiejszego wpisu.
Keratyna, główny składnik serii Anti Damage jest podstawowym budulcem włosa i zalicza się do grupy protein, jednej z trzech niezbędnych do zachowania pięknych włosów kategorii równowagi PEH. Dawkowana w odpowiedniej ilości i częstotliwości pięknie uzupełnia ubytki we włosie, sprawiając, że te są mocne, zdrowe i zdecydowanie mniej się łamią. Uwaga jednak, z nadmiarem bardzo łatwo jest przesadzić, powodując przeproteinowanie włosów, przez co te będą wyglądać niczym mocno sponiewierane siano (choć na szczęście jest to zabieg odwracalny). Dlatego kosmetyki z proteinami radzę używać co kilka dni i nie całą serią (np. proteinowy szampon, emolientowa maska, silikonowe serum lub też emolientowy szampon, proteinowa maska, humektantowe serum). Nadmienię dlatego, iż każdy z produktów używałam oddzielnie, nie łącząc ich jednego dnia (pomijając jedwab).



