Baśń o miłości

18:56:00

Witajcie Kochane. ;) Jutro na całe 28 dni wyjeżdżam do Dusznik Zdroju. Będzie mi ciężej wyjechać, ale lżej wrócić - ze świadomością, iż po raz pierwszy mam do kogo wrócić. Mam nadzieję, iż uda mi się dokonać ciekawych zakupów, pogoda dopisze a czas zleci szybko i przyjemnie. ;) Być może będę mieć dostęp do Internetu, być może odezwę się tutaj dopiero po powrocie, pierwszego sierpnia. Zostawię Was tymczasem z moją Baśnią o miłości, pracą, która wygrała kiedyś pewien konkurs, być może komuś z Was się spodoba. Udanych wakacji! ;)






Baśń o miłości

Dawno dawno temu, a może wcale nie tak dawno, za siedmioma lasami i siedmioma górami, istniała  mała, praktycznie nieznana na świecie, mieścina, o wdzięcznej nazwie Zasiedmiolasogród. Mieszkańcy tego niewielkiego miasteczka od zawsze żyli ze sobą w zgodzie, razem pokonując przeciwności losu i razem radując się z każdego wspólnie spędzonego dnia. Zasiedmiolasogród różnił się tym od wielu innych krain, iż nie posiadał króla. Rządy nad mieszkańcami od wieków sprawowała Wielka Miłość. Nikt nigdy nie zobaczył na własne oczy Wielkiej Miłości, ale wszyscy w nią wierzyli i to w niej właśnie pokładali wszelakie nadzieje. Ludzie modlili się do niej, ofiarowywali jej dary, stawiali pomniki i łudzili się, że po przejściu na „drugą stronę świata”, zwaną oficjalnie Śmiercią, dostąpią zaszczytu oglądania Miłości na co dzień. Pomniki, które wystawiane były Wielkiej Miłości miały przeróżne kształty, nikt bowiem nie wiedział, jak ona wygląda. Każdy człowiek miał inne wyobrażenie na ten temat, w związku z czym przechadzając się ulicami Zasiedmiolasogrodu można było zobaczyć całą wystawę przeróżnych pomników, nie było bowiem dwojga ludzi, którzy stworzyliby identyczne pomniki.
- Widziałeś mój nowy pomnik, przyjacielu? - zapytał pewnego słonecznego dnia Hektorus swojego przyjaciela, który właśnie oddawał się rzeźbieniu kolejnego pomnika na ulicy (Musicie bowiem wiedzieć, iż w Zasiedmiolasogrodzie rzeźbienie na ulicy należało do rzeczy tak powszednich, jak dzisiaj bieganina od sklepu do sklepu.) - Za tym razem wyrzeźbiłem Miłość w postaci brzemiennej kobiety. Moja żona spodziewa się dziecka.
- Kobieta? Też mi coś – zdziwił się Aureliusz – spójrz na mój pomnik, oto miłość – i wskazał palcem na swój, jeszcze niedokończony, pomnik, przedstawiający uśmiechającą się chmurę, z której wyłaniają się ręce.
Hektorus urażony poszedł więc dalej, podziwiając kolejne pomniki.
I tak mijałyby dni mieszkańców Zasiedmiolasogrodu, na codziennych modlitwach do Wielkiej Matki Miłości, sporach o to, jak w rzeczywistości ona wygląda , podziwianiu przyrody i życiu w braterskich relacjach, gdyby nie to, że pewnego razu na świecie zjawił się ktoś, kto miał zburzyć codzienną monotonię.


W pewien majowy poranek Hektorusowi urodził się syn. Był niezwykle grzecznym i spokojnym noworodkiem, a jego wzrok był dużo bardziej przytomny, aniżeli spojrzenie innych dzieci w jego wieku. Lata mijały, czas płynął nieubłaganie, a Andreo (tak bowiem chłopiec dostał na imię) rozwijał się. Któregoś dnia Hektorus wszedł do pokoju i zatrzymał się w progu jak skamieniały, ponieważ zobaczył swojego syna, który wówczas miał cztery lata, siedzącego na podłodze i wertującego książkę. Od tej pory, zamiast bawić się klockami i uczyć się jeździć na czterokołowym rowerku, jak jego rówieśnicy, Andreo czytał książki. Był czytelnikiem niezwykle dociekliwym. Jeżeli nie znał jakiegoś słowa (nie czytał bowiem książeczek z obrazkami, a nieco poważniejsze lektury), natychmiast dopytywał się rodziców, co ono oznacza, tak długo, dopóki nie uzyskał odpowiedzi. I tak w wieku lat dziesięciu ukończył całą szkołę i zajął się nałogowym czytaniem książek. Zarówno jednak Hektorus jak i Perrora, matka Andreo, nie byli zadowoleni z poczynań syna. W Zasiegmiolasogrodzie bowiem, po ukończeniu szkoły (którą przeciętni uczniowie kończyli w wieku lat czternastu; wybitnie uzdolnionych do czasów Andreo nie było) młodzi ludzie zazwyczaj udawali się na kurs rzeźbienia, jakich w mieścinie było wiele, i całe swoje dorosłe życie poświęcali na materializowanie Miłości na wiele sposobów. Kiedy jednak Hektorus zaproponował Andreo pójście na kurs, ten stanowczo odmówił.
- Synu – powiedział Hektorus – dlaczego nie chcesz pójść na kurs? Nie dość, że już wystarczająco rzucamy się w oczy przez twoje rzekome uzdolnienia, to jeszcze nie chcesz pójść na warsztaty, na które wszyscy mężczyźni w Zasiedmiolasogrodzie kiedyś uczęszczali. Co z ciebie wyrośnie? Chyba nie masz zamiaru przez całe życie siedzieć nam na głowie. A jeśli nie będziesz potrafił rzeźbić, to czym będziesz się zajmował w życiu?
- Tato, nie pójdę na kurs i nie będę rzeźbić. Jaki ma cel to wasze rzeźbienie? Każdego dnia wstajecie, spożywacie śniadanie, ubieracie się, wychodzicie na ulicę i rzeźbicie. I tak co dzień i w kółko i wciąż od nowa. Co jednak się stanie, jeśli zabraknie wam miejsca na pomniki? Dlaczego zresztą mam rzeźbić Miłość, skoro nie wiem jak wygląda? Cóż mi po wyobrażeniach, jeśli nie mam nawet jednego dowodu na to, że Wielka Miłość naprawdę jest? Słowa i pomniki nie są prawdziwymi dowodami na jej istnienie. Skoro nikt nie widział Wielkiej Miłości, to może wcale jej nie ma. - rzekł Andreo z absolutnie poważnym wyrazem twarzy, odłożył książkę na stół z kartonów (całe drewno bowiem zużywane było na pomniki) i poszedł do matki, zostawiając skonsternowanego zachowaniem syna Hektorusa.


                    - Mamo, czym jest tak w zasadzie Wielka Miłość? Wszyscy o niej rozprawiają, zapełniają miasto Jej pomnikami. Każdy jednak z nich jest jednak zupełnie inny. Czy Matka Miłość nie ma tylko jednej zewnętrznej formy? -  zwrócił się Andreo do matki oczekując, że może ona wytłumaczy mu istotę Miłości i cel stawiania tysiąca pomników, mnożących się bez końca.
Perrora zmieszana popatrzyła się na dwunastoletniego syna, któremu widać przyszło wyjątkowo wcześnie dorosnąć. Była niezwykle dumna z syna, choć przy mężu, wiecznie narzekającym na to, że los „pokarał” ich wyjątkowym dzieckiem, które w dodatku jest tak dociekliwe, że „żyć nie daje”, musiała się maskować i udawać, że także jest zaniepokojona poczynaniami syna.
- Synku, Matka Miłość czuwała nad mieszkańcami Zasiedmiolasogrodu od zawsze i każdego dnia opiekuje się nami. My nie musimy robić nic, wystarczy wierzyć i żyć szczęśliwym ze świadomością, że ona jest, że czuwa. I, jeśli już chcesz pytać, nie pytaj czym jest, a kim.
- Kim więc jest? - poprawił się błyskawicznie Andreo, chcąc za wszelką cenę znać odpowiedź. Matce bowiem od zawsze dowierzał dużo bardziej, niż ojcu.
- Tego nikt nie wie. Ale nie przejmuj się; jeżeli będziesz gorąco wierzyć i stawiać Matce Miłości piękne pomniki, pewnego dnia, kiedy będziesz już bardzo stary i przyjdzie po ciebie Śmierć, dostąpisz zaszczytu zobaczenia Wielkiej Miłości.
- Nie mogę czcić czegoś, czego nie ma, osoby, czy też rzeczy, której nie widzę, ponieważ to jest sprzeczne z tym, co myślę. Mamo, wiedz, że bardzo cię kocham i moja miłość do ciebie nigdy nie ustanie, ale muszę odnaleźć Wielką Miłość. Jeżeli mam w Nią wierzyć, kochać ją i czcić, muszę ją zobaczyć. Kiedy nie widzę – ciężko jest mi wierzyć. - to rzekłszy, dwunastoletni Andreo spakował do torby butelkę wody, bochenek chleba, trzy książki oraz ubranie na zmianę i ruszył w podróż w wielki świat na poszukiwanie Matki Miłości.
I tak Hektorus został w Zasiedmiolasogrodzie ze swoją żoną Perrorą i każdego dnia stawiał inny pomnik Miłości wierząc, że któregoś popołudnia jego syn wróci skruszony, będzie chciał nauczyć się rzeźbić i czcić Matkę Miłość, a wtedy on pokaże mu, jak to się robi. Perrora zaś obawiała się, że nigdy więcej nie zobaczy syna, kto bowiem opuszczał Zasiedmiolasogród, zazwyczaj już nie powracał. Czasem jedynie wiatr przynosił o emigrancie kilka szumiących opowieści o jego życiu w wielkim świecie.


W tym samym czasie, kiedy ojciec parał się rzeźbiarstwem, a matka drżała z rozpaczy o dalsze losy syna, Andreo podążał w północnym kierunku. Przeszedłszy piętnaście kilometrów, doszedł do miasta, które było trzy razy większe od Zasiedmiolasogródu. Przekroczywszy bramę Zasiedmiowydmogrodu wstąpił do gospody, chcąc zjeść obiad. Niewiele miał pieniędzy, bowiem wszyscy Zasiedmiolasogrodzianie nie zarabiali wiele, mieli tylko tyle pieniędzy, ile potrzebne im było do przeżycia i na materiały potrzebne do budowania coraz to nowych pomników. Hektorus dał więc Andreo po długich namowach Perrory dwieście drachm. Zdecydował się więc na zupę, do której skonsumował pół bochenka chleba. Po szybkim obiedzie ruszył w dalszą drogę. Kolejny odpoczynek zrobił sobie przy wielkiej fontannie, znajdującej się na centralnym placu miasta. Usiadłszy na brzegu, otarł pot z czoła i zmienił koszulkę, ponieważ tego dnia w Zasiedmiowydmogrodzie było niezwykle upalnie. Po chwili zauważył, że kawałek dalej, na murku, na którym siedział, odpoczywa starszy mężczyzna, który bacznie mu się przygląda. Starzec miał długą siwą brodę, krzaczaste brwi i martwo spoglądające, wielkie, ciemne oczy. Wzrok chłopca przykuła duża broszka w kształcie serca, zdobiąca szatę Nieznajomego.
- Co tu robisz, chłopcze, sam, w środku wielkiego miasta? - zapytał – Zgubiłeś się? Może mógłbym Ci jakoś pomóc?
Andreo pamiętał nauki matki i ojca, którzy często powtarzali mu, że nie wolno mu pod żadnym pozorem rozmawiać z nieznajomymi, ale, nie wiedząc, co robić, postanowił zamienić z mężczyzną kilka słów. Po pierwsze, nie miał nic lepszego do roboty a po drugie, Starzec nie wyglądał na rozbójnika.
- Przybyłem z Zasiedmiolasogrodu a podróżuję w celu znalezienia, zobaczenia i poznania Wielkiej Miłości, którą wszyscy czczą. Jestem racjonalistą i nie uwierzę, dopóki nie zobaczę. - rzekł więc Andreo do nieznajomego.
Starzec popatrzył na niego, zdumiony sposobem wyrażania się młodego chłopca.
- Jeśli chcesz, pokażę Ci Miłość. – zaproponował – Musisz tylko udać się ze mną na niedługą wędrówkę i mieć uszy, oczy i serce szeroko otwarte.
Andreo zastanawiał się przez chwilę, czy powinien zaufać nieznajomemu, jednak postanowił, że się zgodzi, pozna Wielką Miłość i powróci do Zasiedmiolasogrodu, mogąc pochwalić się tym rodzicom.
- Dobrze. – odpowiedział – Ruszajmy.


Przez pierwsze dziesięć minut wędrówki w upalnych promieniach słonecznych Starzec nie odezwał się do chłopca ani razu.
- Słyszysz? - zapytał wreszcie Nieznajomy.
- Co mam słyszeć? - odrzekł Andreo.
- Ciszę, chłopcze.
- Jak można usłyszeć ciszę?
- Wsłuchując się w nią i jednocześnie przypatrując się wszystkiemu, co nas otacza. Spróbuj idąc przypatrywać się każdemu mijanemu przedmiotowi, zwierzęciu, owadowi, człowiekowi, znakowi, każdej chmurce. Nie pomiń niczego. - odparł Starzec. - Kiedy już nauczysz się widzieć i dowiesz się, że oczy nie służą jedynie bezmyślnemu wpatrywaniu się przed siebie, będę mógł nauczyć cię słuchać. Nie dowiesz się bowiem, jak to jest słyszeć, zanim nie nauczysz się patrzeć.
I tak przez kolejne dwadzieścia minut wędrówki, podążali obok siebie, Starzec i chłopiec, tworząc dziwną parę. Andreo przyglądał się każdemu, nawet najmniejszemu, szczegółowi, który mijał, Starzec zaś patrzył na sposób kodowania obrazów przez chłopca. Kiedy dostrzegł już, że oczy Andreo wpatrują się trzeźwo w każdą napotkaną po drodze rzecz, przemówił :
- Widzę, że potrafisz już patrzeć na otaczający cię świat. Teraz mogę nauczyć cię mówić, bez tego bowiem, nawet potrafiąc patrzeć, nie nauczysz się słuchać świata. A przecież chcesz nauczyć się tego wszystkiego, by wreszcie znaleźć Wielką Miłość. Idź dalej i opowiadaj mi o wszystkim, na co nauczyłeś się spoglądać. Opisuj kształty, kolory, uczucia, myśli, które krążą ci po głowie, kiedy patrzysz na daną rzecz.
Szli więc dalej piaszczystą aleją, uparcie ignorując palące słońce. Andreo opisywał Starcowi krajobraz, zwierzęta, owady, kolory, wyjawiał swoje myśli i nadal bacznie się wszystkiemu przyglądał.
- Posiadłeś więc już umiejętność patrzenia na świat i opowiadania o nim. Teraz pora, abyś nadal patrząc szeroko otwartymi oczyma i opisując to, co widzisz, poznał dotyk każdego z otaczających cię przedmiotów. Oczywiście, wcześniej opisanego nieba, czy słońca nie dotkniesz, ale możesz na nie patrzeć i wyobrażać sobie, jakie są w dotyku. A teraz dotknij tego kamienia, tamtego kwiatka, psa, który idzie w naszą stronę i staraj się opisać, jakie te rzeczy są w dotyku.
Andreo powoli czuł się znużony nie wiadomo czemu służącemu praktykami, tym bardziej, że upalne słońce przygrzewało coraz bardziej. W dodatku szli już bardzo długo i chłopiec chętnie by odpoczął. Jednak chęć poznania i zobaczenia Wielkiej Matki była silniejsza. Dotykał więc, przypatrując się i opowiadając wszystko Nieznajomemu.
Po chwili Starzec uznał, że chłopiec potrafi już określić, jakie co jest w dotyku i pora go nauczyć władania kolejnym zmysłem – węchem.
- A teraz, drogie dziecko, przyszła kolej na przedostatnią już moją naukę dostrzegania świata. Musisz...
W tym momencie znużony Andreo przerwał Starcowi :
- Chcę zobaczyć Matkę Miłość, a nie oddawać się dziwnym praktykom.
- Wszystko w odpowiedniej chwili, chłopcze. - odpowiedział starzec bez nuty poirytowania niegrzecznym zachowaniem Andreo – Wpierw jednak musisz nauczyć się władania zmysłami. Bez tego nie poznasz łaski Wielkiej Miłości, chociażbyś nie wiem jak bardzo tego chciał.
- Dobrze więc – zgodził się Andreo – skoro to ma mi pomóc w odnalezieniu Matki Miłości – proszę, naucz mnie wszystkiego, co wiesz.
- Tak więc teraz przyszła kolej na węch. Musisz poczuć zapach otaczającego cię powietrza, owoców ze sklepu na rogu, lasu, który masz po prawej stronie, słońca, kwiatów, kwitnących na naszej ścieżce i wszystkiego, co cię w tej chwili otacza. Nie możesz jednak zapomnieć o jednoczesnym posługiwaniu się innymi zmysłami.
Chłopiec postanowił być posłuszny woli Starca, więc zrobił, jak rozkazał. Szedł, co chwila wciągając nosem powietrze i wypuszczał je długimi haustami, tylko po to, aby za chwilę powtórzyć ćwiczenie. Po chwili Nieznajomy powiedział :
- Widzę, że czujesz już otaczający Cię świat. Zaraz opowiem Ci o ostatnim już ćwiczeniu, ale przedtem muszę Ci coś opowiedzieć. Powiedziałeś mi, że wybierasz się na poszukiwanie Wielkiej Miłości, aby uwierzyć bowiem potrzebujesz namacalnego dowodu, że Miłość istnieje naprawdę. Wyznałeś mi też co sądzisz o stawianiu Miłości pomników, oddawania Jej czci, składaniu darów i tym podobnym obrządkom. Powiem Ci, że w pełni popieram Twoje zdanie. Ale nie to jest tu najistotniejsze. Trzy wieki temu w Zasiedmiolasogrodzie i w pobliskich miastach, życie toczyło się podobnie jak dzisiaj. Ludzie tworzyli tysiące pomników Matce Miłości, modlili się do Niej i składali jej dary. Pewnego dnia jednak Donatiusz, jeden z mieszkańców Zasiedmiolasogrodu, wdał się w spór ze swoim sąsiadem, Stomilem. Pokłócili się oni o to, czyj pomnik bardziej przypomina rzeczywistą Miłość, czego jednak żaden z nich nie wiedział. Sprzeczali się ze sobą tak długo, aż wojna słów przerodziła się we walkę na noże i obaj zginęli na miejscu. Wtedy to mieszkańcy Zasiedmiolasogrodu jedyny raz ujrzeli (a raczej usłyszeli Wielką Miłość), w dodatku w wersji zagniewanej. Zaraz po bójce sąsiadów niebo zasnuły ciemne chmury, które przecięła krwistoczerwona błyskawica. Spłoszeni mieszkańcy skupili się na polanie przy wejściu do miasteczka i przekrzykiwali się, debatując, co mogą oznaczać dziwne znaki na niebie. Po chwili zaczął lać rzęsisty deszcz i naraz odezwał się groźny, huczący głos :
- Natychmiast przestańcie. Zobaczcie, do czego doprowadziło wasze ślepe i niemądre zachowanie. Myślicie, że zyskacie moje względy, stawiając mi pomniki? Wszyscy jesteście zarówno ślepi i głusi, jak i głupi i naiwni! - krzyczał głos, nie bacząc na oburzenie ludzi – Czy jest wśród z Was ktoś, kto nie pomyślał, że stawiając mi pomnik zobaczy Miłość? Brak chętnych? Tak też myślałam. Dwadzieścia tysięcy pomników nie zastąpi wiary, szczerości, dawania życiem świadectwa prawdzie, żywienia uczucia do drugiego człowieka. Kłócicie się wzajemnie o to, czyj pomnik jest lepszy i bardziej mnie przypomina, nie wiedząc nawet, jak wyglądam. Spójrzcie, dwoje ludzi nie żyje tylko dlatego, że kłócili się, kto zbudował lepszy pomnik, a co za tym idzie, kogo bardziej cenię. Nic bardziej mylnego, nie cenię tego, kto wybuduje dwieście pomników, a tego, kto postawi jeden, budując go z serca i brocząc ciepłymi, szczerymi uczuciami. Tak naprawdę nikt z Was nigdy mnie nie zobaczy, jeżeli nadal będziecie patrzeć przed siebie pustymi czy zamkniętymi oczyma. Jeśli nie uwierzycie całym sercem i nie zaczniecie kochać siebie nawzajem oraz żywić gorącej wiary, że gdzieś jestem i, że po Śmierci każdy z was będzie miał możność mnie zobaczyć, to tak naprawdę stawianie pustych, martwych pomników nie ma najmniejszego sensu. - to rzekłszy, głos sprawił, że ziemia się rozstąpiła i pochłonęła wszystkie pomniki w mieście do swego wnętrza. Osłupieni mieszkańcy w większości przestali stawiać rzeźby, jednak znaleźli się i tacy, którzy nadal wierzyli, że coś im to da. Aczkolwiek jedno uległo zmianie – od tamtej pory wszyscy zaczęli się kochać i szanować, kłótnie nigdy więcej nie wybuchały, na terenie Zasiedmiolasogrodu powstało wielkie braterstwo, które zaczęło się ponownie kłócić dopiero w czasach, w których żyjemy.
- Rozumiesz już, co usiłuję Ci przekazać? - zakończył swą opowieść Starzec.
- Ukazałeś mi, że ludzie często nie potrafią używać zmysłów i narządów, które posiadają. Mają głuche uszy, które w dodatku myślą, że słyszą, ślepe oczy, które żyją w złudnej bajce, że widzą, ręce, które budują, chociaż nie wierzą w swoją pracę i serce, które łudzi się, że kocha, tak naprawdę nie znając uczucia miłości. W dalszym ciągu nie wiem jednak jak to się ma odnieść do poszukiwania, w jakie się udałem. Chcę zobaczyć Wielką Matkę Miłość.
- Widzę więc, że muszę ci pokazać także ostatnie ćwiczenie. Myślę, że po nim już sam zrozumiesz, co chcę ci przekazać. A wiedz, że ten świat nie ma już dla mnie tajemnic, chłopcze. - odrzekł Starzec – Nadal używaj więc wcześniej poznanych zmysłów i nasłuchuj. Acz nie słuchaj byle czego, ani też wszystkiego jednocześnie. Zwróć też uwagę na to, że mówienie i słuchanie w tym samym czasie wymaga ogromnego skupienia. Słuchaj szelestu wiatru, trzepotu ptasich skrzydeł, szczekania psa w oddali, głosów nadal słyszalnych z miasteczka, spadających z drzew liści, stukotu kopyt sarny, dochodzącego z lasu... Musisz sam wychwycić wszystkie dźwięki i słuchać każdego z osobna, a następnie złączyć je w całość i słyszeć je wszystkie jednocześnie, ale w taki sposób, by jeden drugiemu nie przeszkadzał, ale by razem komponowały zwartą całość. Gotowy?
Chłopiec przytaknął i zaczął wychwytywać wszystkie otaczające go dźwięki. Z początku było to niezmiernie trudne, potem jednak z coraz większą wprawą odróżniał śpiewy poszczególnych ptaków i odgłosy wydawane przez rośliny.

Po chwili jednak przestał uczyć się władać wszystkimi zmysłami jednocześnie, ponieważ stanął mu przed oczami obraz z dzieciństwa. Trzymiesięczny Andreo, którego matka wkłada do kołyski szepcząc mu, jak bardzo go kocha. Poczuł na nie do końca owłosionej główce ciepłą dłoń matki, która każdego dnia utulała go do snu. Za chwilę matka zaczęła śpiewać kołysankę, którą dobrze znał. Melodia była łagodna i kojąca, a głos matki bardziej miękki, niż kocyk, pod którym spał. Kiedy oczy powoli zamykał mu sen, matka wołała ojca i mówiła :
- Spójrz, Hektorusie, oto nasz syn. Czyż nie jest piękny? - i rozmarzonym wzrokiem, z niemałą nutką dumy, spoglądała na niemowlę. - Masz rację, Perroro, mamy cudownego syna. Ale nie byłby taki, gdyby nie jego piękna i mądra matka – odpowiadał ojciec, całował mamę, biorąc ją za rękę i wychodzili przytuleni z pokoju. On zaś, szczęśliwy, zasypiał w łóżeczku, śniąc o cudownej przyszłości i marząc, że kiedyś będzie tak dobry jak matka i tak przystojny jak ojciec oraz, że jego też spotka tak piękna miłość, jaka łączyła jego rodziców.

                       Andreo nagle obudził się obok drzewa, które stało przy dróżce, którą przed chwilą szedł ze Starcem. Podniósł się gwałtownie z ziemi, chcąc podzielić się ze swym towarzyszem opowieścią o śnie, jednak w pobliżu nikogo nie było. Chłopiec chciał zacząć wołać Nieznajomego, ale uprzytomnił sobie, że nie zna nawet jego imienia.
- Czy to możliwe, aby... Nie, to nie mógł być tylko sen. - Andreo zaczął iść w kierunku swego rodzinnego miasta, Zasiedmiolasogrodu i wtem poczuł, że w kieszeni jego spodni znajduje się jakiś ostry przedmiot. Sięgnął do niej i wyjął niewielką broszkę w kształcie serca. Zastanawiał się skąd się wzięła, opuszczając bramy Zasiedmiowyspogrodu, doszedłszy do wniosku, że gdzieś już taką widział.
- Broszka Starca! - wykrzyknął nagle, przypomniawszy sobie, że jego Towarzysz miał przypiętą do ubrania identycznie wyglądający symbol. Uśmiech rozjaśnił jego twarz, kiedy przekraczał bramę rodzinnego miasta. Mieszkańcy witali go przyjaznym skinieniem głowy, nadal pracując nad swoimi pomnikami. Nie czuł już do nich niechęci, wręcz przeciwnie, rozumiał, że każdy potrzebuje w życiu oświecenia, żeby zrozumieć, którą ścieżką należy iść i co czynić. Jemu tą prawdę ukazał Starzec, towarzysz znikąd, którego być może nigdy nie było.

                              Kiedy Perrora zobaczyła swojego syna, wybiegła z domu i rzuciła mu się na szyję. Z jej oczu popłynęły łzy szczęścia.
- Synu! Jak się cieszę, że wróciłeś. Tak się martwiłam, że już nigdy więcej cię nie zobaczę, że coś złego cię spotka, a ty jesteś tutaj cały i zdrowy. Nie martw się, że nie spotkałeś Wielkiej Miłości, spotkasz ją, gdy przyjdzie czas...
- Mamo. Spotkałem Wielką Miłość. Dane mi było ją zobaczyć. Mało tego, widzę ją nadal.
- Synku! Andreo! Czyś Ty oszalał od tej wędrówki na słońcu? Chodź do domu, napij się, przywitaj z ojcem...
- Nie, mamo. Powiedz tacie, aby przyszedł za chwilę na plac główny naszego miasteczka. Muszę wam coś obwieścić. I nie tylko wam, a wszystkim mieszkańcom Zasiedmiolasogrodu.
- Andreo, proszę cię, nie zrób niczego głupiego... - powiedziała Perrora i wbiegła do domu, najpewniej chcąc opowiedzieć Hektorusowi o powrocie syna. Andreo zaś ruszył ku centrum, uśmiechając się radośnie i nawołując wszystkich ludzi.

                        - Ludu Zasiedmiolasogrodu – zaczął Andreo – jak zapewne wiecie, kilka dni temu wyruszyłem na poszukiwanie Wielkiej Miłości. Na swojej drodze spotkałem Starca, niezwykle mądrego człowieka, który nauczył mnie postrzegać świat. Teraz, kiedy ja już wiem, jak wygląda Wielka Miłość, i wy możecie się tego dowiedzieć. Jeśli chcecie – posłuchajcie. Dostaliśmy od Wielkiej Miłości oczy, ale nie potrafimy nimi patrzeć. Wydaje nam się, że patrzymy, a tak naprawdę spoglądamy na świat jakby przez powieki. Mamy dłonie, którymi stawiamy pomniki, nie wiedząc jednak, dlaczego to robimy. Dotykamy nimi, świat czując jakby przez szybę. Wciągamy nosem powietrze - nie czujemy jednak jego zapachu. Mówimy do ludzi, wypowiadając jednakże tylko puste słowa, o których po chwili zapominamy. Słuchamy tego, co inni do nas mówią, słuchamy muzyki, ale nie rejestrujemy jakże pięknych dźwięków otaczającego nas świata. Zbieramy dary dla Wielkiej Miłości, modlimy się do niej i nie dostrzegamy, że znajduje się ona tuż obok nas.
W tym momencie wśród tłumu zapanowała wrzawa, ludzi zdziwiło bowiem to, co usłyszeli.
- Ale jak to? To niemożliwe, nie widzę jej – mówili nieliczni, którzy odważyli się zabrać głos.
- W tym tkwi problem. Patrzycie, szukacie jej, ale nie widzicie. - powiedział uroczyście Andreo – Jeśli nadal będziecie postępować tak, jak dotychczas, świat naprawdę sięgnie samozagłady. Powiedzcie mi, kto z was ostatnio odłożył na chwilę budowanie tych swoich różnokształtnych pomników i popatrzył w niebo? Kto zachwycił się śpiewem ptaków i matką, tulącą do siebie dziecko? Kto popatrzył na dwie splecione ze sobą ręce i pomyślał : „jakie to piękne, to właśnie jest Miłość”? Kto wsłuchał się w szelest liści? Kto dostrzegł ciepło drugiej osoby, siłę dotyku, nietrwałość chwili? Jesteście wszyscy tak zaabsorbowani budowaniem nic nieznaczących pomników, że nie dostrzegacie żadnego z uczuć, ani nawet siebie nawzajem. Ślepcy, głupcy, obudźcie się, bo życie minie wam na rzeźbieniu, bezcelowym stukaniu młotkiem i dłutem. Wielka Miłość nie potrzebuje pomników, ona potrzebuje serc, chcących kochać i oczu, które dostrzegają piękno. Miłość nie po to jest by brać, ale po to by dawać. Miłość jest wszystkim, co nas otacza. Całym pięknem, jakie zostało nam dane. Najważniejsze, aby je dostrzec, w porę pokochać i dzielić się z nim innymi oraz aby być świadomym tego, że dobrze wykorzystaliśmy czas, jaki dało nam życie.
Ludzie zaczęli w osłupieniu uśmiechać się, nagle oświeceni, a Hektorus popatrzył na syna z niemałą dumą, jakby chciał powiedzieć : patrzcie, oto mój syn. Perrora zaś zaczęła płakać ze szczęścia, wtulając się w ramię męża.


I tak oto dwunastoletni chłopiec zmienił historię mieszkańców Zasiedmiolasogrodu ukazując im, że życie nie jest wieczne i, że miłość jest wszystkim co nas otacza. Od tej pory ludzie odłożyli budowanie pomników, będących jedynie martwym drewnem i zaczęli szukać swojej drugiej połówki, którą mogliby obdarzyć miłością i z którą mogliby dostrzegać piękno świata. Wszyscy czuli się jak ślepcy, którzy nagle odzyskali wzrok. Zamiast rzeźbić – dawali świadectwo życia w wierze, prawdzie i miłości i nie było już istoty, która nie wierzyła w Miłość, ponieważ jej nie widziała. Z góry zaś temu wszystkiemu przyglądała się Wielka Matka Miłość z  ciepłym i dumnym z chłopca uśmiechem na twarzy.


Julia R. Wasielewska

You Might Also Like

7 komentarze

  1. Wow..śliczna..jeśli to Twoje to mas talent! ;) Miłych wakacji ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. KOCHAM Twoje opowiadania, mają magię, jesteś genialna ;) i jeszcze raz udanych wakacji kochana ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. Jejku, dziękuję, Kochana! <3

    OdpowiedzUsuń
  4. nederlands casino online d'argent. Des soles! ha! fameux poisson; toutes soles viennent de his own work, and how far he is himself the stuff of his work--and I see

    Feel free to visit my webpage casino spellen
    Visit my web-site ... online casino

    OdpowiedzUsuń
  5. Wow that was unusual. I just wrote an extremely long comment but after I clicked submit my comment didn't appear. Grrrr... well I'm not writing all that over again.
    Anyways, just wanted to say fantastic blog!

    Also visit my web blog :: bathing Suits

    OdpowiedzUsuń
  6. Dow Jones led the loss projected PEG of under 1 .
    61 as well.

    my homepage online casino

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)

Subscribe