Szczepan Twardoch - Chołod - recenzja

by - 14:37:00

 „No więc ja nie miał nadziei na nic, szedł ja po prostu przed siebie, bo usiąść i pozostać na miejscu ja nigdy nie chciał, od kiedy ja rodzinny dom opuścił, więc ja szedł i klucząc między torosami, szukając gładkiego lodu, między wmarzłymi w pak górami lodowymi, które musiały tu przypłynąć nie wiem skąd, ale z daleka, może z Ziemi Franciszka Józefa, na tem kawałek gładkiego lodu zauważył ja łódeczkę, która niedługo później okazała się łódeczką Dużego i Małego.”

Lubicie czytelnicze wyzwania, czy też rzadko wychodzicie ze swojej strefy komfortu i trzymacie się gatunku, z którym najbardziej Wam po drodze? Choć moje serce bezapelacyjnie należy do thrillerów zagranicznych autorów, w nowym roku postanowiłam zmierzyć się ze swoimi regałami wstydu i przeczytać także powieści z innych gatunków. Jedną z nich jest właśnie Chołod Szczepana Twardocha, który stanowi dla mnie ogromną odmianę. Dotychczas nie miałam okazji poznać tego autora i już lektura pierwszych stron utwierdziła mnie w tym, że jest to jeden z najbardziej oryginalnie tworzących pisarzy. Już same zastosowane przez niego licznie zabiegi językowe to nie lada gratka dla miłośników niebanalnego języka. Języka staropolskiego, śląskiego, a nawet i… nieistniejącego być może wcale.


Na początku powieści autor sam siebie kreuje na jednego z jej bohaterów. Ma już dość wszystkiego i wszystkich, zatem postanawia wybrać się na daleką, samotną i – bądź co bądź – dziką wyprawę. Bardzo przypadło mi do gustu uzasadnienie owej decyzji:

„(…) coraz też częściej widywałem gęby, które, jak sądziłem, gwałtownie domagały się mojej pięści, poczułem więc, że uciec muszę tam, gdzie uciekam zawsze od piętnastu lat, na Spitsbergen, aby, gdy wrócę, już mniej gotować się na świat, na ludzi i na samego siebie.”

Samotna wyprawa autora-bohatera jest całkiem zgodna z założeniem, aż do momentu, kiedy w barze dosiada się do niego niejaka Borghild Moen. Starsza pani po krótkiej rozmowie zaprasza go do tego, aby towarzyszył jej w dalszej wyprawie przez daleki Ocean Arktyczny. I tak bohater-autor trafia na jacht i wplątuje się w jedną z przygód swojego życia. Warto jednak nadmienić, że przygodę tę rozpoczyna od szczegółowych smaczków dotyczących żeglowania, detali jachtu i temu podobnych – co mnie, dla której jest to czarną magią, zagwarantowało jedynie ból głowy, bowiem z tych kilkunastu kartek zrozumiałam okrągłe nic. Jeśli jednak nieobce są Wam wodne wojaże, zdecydowanie będziecie ukontentowani tego rodzaju intro.

Borghild wie/wiedziała/szybko odkrywa, że jej towarzysz jest pisarzem i wychodzi do niego z propozycją nie do odrzucenia – każe mu zapoznać się z dziennikiem, który będzie stanowił gotowy pomysł na powieść. I tak oto przechodzimy do głównej części fabuły książki, którą stanowią zapiski niejakiego Konrada Widucha, zaczynające się w roku 1946. Do tych zaś zdecydowanie trzeba się przyzwyczaić. Konrad od dawna bowiem nie pisał niczego – niejako więc tworząc swój pamiętnik, uczy się tego od nowa, zaś czytelnik uczy się czytać to, co stworzył. Nie jest to bynajmniej prostym zadaniem. Czy nie to jednak jest celem lektury, aby pogimnastykować nieco szare komórki? No właśnie.

Zapiski Konrada pełne są dygresji – rzekłabym wręcz, że to dygresja na dygresji – zatem musicie uzbroić się w dużą dozę skupienia. Bohater opowiada całe swoje życie w sposób bardzo chaotyczny, zupełnie jakby chciał przekazać czytelnikowi (choć nie wierzy, że ten się pojawi) wszystko na raz. Może nie będąc pewnym, czy zastanie go jeszcze jutro? Warto Wam bowiem wiedzieć, że ten pięćdziesięciokilkuletni człowiek dawno już pogrzebał swoją nadzieję. Nie wiadomo właściwie czy stało się to w momencie licznych i wymyślnych tortur, którym był poddawany, chwili, w której musiał się rozstać z żoną i córeczką dla ich bezpieczeństwa czy egzystowania w tytułowym Chołodzie. Bohater wydaje się jednak pogodzony z losem, opowiadając smutne, przewrotne i momentami bardzo nierzeczywiste koleje swojego życia. Czytając, dorozumiałam, że spędził szmat czasu w łagrach, jest obywatelem Rosji (choć sam się tak nie mianuje) i przyszło mu żyć w bardzo trudnej rzeczywistości. Jedynym w miarę uporządkowanym i cenionym mu światem jest Chołod, w którym zasady były proste, a każdy po prostu znał swoje miejsce i robił swoje. To do tej przystani chciałby przybić, zanim zastanie go kres żywota.

O Rosji zresztą możemy przeczytać wiele smutnych zdań, chociażby:

„(…) żeby w ogóle Rosyi nie porównywać do Europy, bo Rosya to osobny świat, osobne piekło, kto by nie był u władzy (…)”,

co pokrywa się przecież i z Rosją sprzed stu lat i z obecną. Rosja to stan umysłu, co doskonale pokazuje wiele z przemyśleń naszego bohatera – Konrada Widucha, czy Konrada Złego Ducha, jak sam o sobie pisze.

Konrad na swojej drodze spotyka wiele postaci – największą rolę odgrywają jednak dwaj Francuzi, których nazywa Dużym i Małym. To oni towarzyszą mu przez znaczną część swojej drogi przez mroźne wody Oceanu Arktycznego.

Fabuła powieści momentami jako żywo przypominała mi jeden z moich ulubionych filmów: „Jeniec – Tak daleko, jak nogi poniosą”, co uważam za spory plus. Jeśli liczyłam jednak na podobnie dobre i wyczekiwane zakończenie, to można powiedzieć, że się zawiodłam. Autor bowiem funduje nam zakończenie otwarte – bo i takie spotkało go we własnym życiu za sprawą Borghild. Czy Konrad istniał naprawdę? Czy przeszedł wszystko, o czym napisał w swoim pamiętniku? Tego nigdy się nie dowiemy. Chcę jednak wierzyć, że każdy kiedyś znajdzie swój własny, spokojny happy end.

You May Also Like

0 comments

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)