K. N. Haner - Sny Morfeusza

Witajcie, Kochani.

Wieki zajęła mi pozornie nieistotna decyzja odnośnie przeczytania powieści K.N. Haner Sny Morfeusza. Internetowe recenzje były tak rozróżne, iż obawiałam się co zastanie mnie tuż za okładką. Jedni (czasem nawet w sposób nie do końca kulturalnie akceptowalny) uznali owe dzieło za najgorsze, z jakim to styczność w swoim życiu mieli; inni zaś docenili zamysł, koncepcję i próbę tworzenia autorki a nawet i fabułę pod niebo wynosili. Po lekturze podczas której emocji towarzyszyła mi kaskada cała wiem jedno- Sny Morfeusza można kochać lub nienawidzić, ustawić je na piedestałowej półce lub też zakopać głęboko pod ziemią. Zdecydowanie jest to pozycja skrajnie niebezpieczna emocjonalnie. Dlaczego?

Okładka zdecydowanie do mnie trafia, jako że lubuję się w ciemnych kolorach (nie będę pisać, że odzwierciedlają one kolory mojej duszy, ale jako jakże mrochhhna gimnazjalistka przed wieloma laty z pewnością bym sobie tego nie odpuściła ;)). Tajemnicze niebieskie ślepię, autor, tytuł, wydawnictwo- skromnie i niezbędnie; tak jak lubię.


Z tyłu okładki tors za pewne niewychodzącego z siłowni (tudzież takiego, który dopiero co wyszedł z laboratorium) mężczyzny- ukłon zapewne w stronę fantazjujących o księciu z bajki buzujących niespożytkowaną energią seksualną nastolatek... choć może bardziej nie do końca spełnionych (czyt. niespełnionych wcale) kur domowych mających pod stołem całą serię Harlequinów. Dla mnie element zbędny, ale wiadomo dlaczego musi być. 

Oprócz tego, a może raczej przede wszystkim, opis. Rzecz kolosalnie istotna- często w końcu przeważa o decyzji nad tym czy książkę zakupić, czy też lepiej szybko odłożyć na półkę. Do niczego tu właściwie przyczepić się nie można- nooo, może poza odrobinę przypadkowym rzucaniem przecinkami. Czy zdecydowałabym się na zakup lektury po przeczytaniu opisu? Sądzę, że tak- szczególnie przed jakimiś trzema laty, kiedy lektura zabarwionych erotyzmem powieści o nadludzko przystojnych niebezpiecznych mężczyznach i odmieniających je szarych myszkach wydawała mi się realna i nawet zabawna.


Język, gramatyka, styl pisania... I tutaj niestety mamy tragedię godną porównania z tymi ze starożytnej Grecji. Wszystko to leży i kwiczy i to w tak zatrważającym stopniu, iż czasem musiałam zdanie przeczytać kilkukrotnie, przecierając przy tym oczy, coby się upewnić, iż naprawdę przeczytałam to co przeczytałam. Książka pisana jest jednym ciągiem, bez rozdziałów, co dodatkowo wszystkie problemy językowe uwidacznia. 

K.N. nie stroni niestety od przekleństw (na losowo otworzonej przed momentem stronie znalazłam właśnie u szczytu jakże szarmanckie ,,Wyp**rdalaj stąd dzi*ko.'') i, co gorsza, w chwili miłosnych uniesień między głównymi bohaterami, odzywki te wcale nie są lepsze. Dalej - co w powieści przewija się kilkukrotnie i za każdym razem wywołało u mnie salwę śmiechu graniczącą z płaczem - odmiana wyrazów. Naprawdę, ale to naprawdę, na mamusię przysięgam, wyrazy określające części intymne można odmieniać. Serio. Nikt za to batem nie smaga, choć może mało adekwatna to zachęta, wziąwszy pod uwagę tematykę powieści. O ileż ładniej brzmiałoby (jeśli rzecz można w ogóle, iż zdanie to ładnie brzmi) ,,(...) i wzięła do ręki jego twardego penisa." zamiast ,,(...) i wzięła do ręki jego twardy penis." Ano wybaczcie, i do teraz nie mogę powstrzymać dzikiego śmiechu. Niedokładnie zapewne odtworzyłam zdanie, ale tak to właśnie wygląda. K.N. zdecydowanie ktoś kiedyś brzydko bardzo okłamał twierdząc, iż słowa penis nie wolno odmieniać (święte? ;)). Dialogi momentami są mocno drewniane, ale do tego jeśli chodzi o styl miałabym chyba najmniejsze zastrzeżenia, wziąwszy pod uwagę całą resztę.


Fabuła... Rozpocząwszy lekturę miałam niejednokrotnie ochotę wypruć sobie flaki w nader widowiskowy sposób i zrobić z nich naszyjnik. Podczas czytania początkowych scen w głowie samoistnie odtwarzał mi się film z pierwszymi scenami z ,,Pięćdziesięciu twarzy Grey'a" (nie ażeby było się czym chwalić, iż tę wątpliwej jakości produkcję widziałam i to na kinowej sali...). Kropka w kropkę, tylko że detale były nieco inne, lub choć w założeniu być miały. 

Cassandra, główna bohaterka, z początkowych (i nie tylko zresztą) stron jawiła mi się jako chyba najgłupsza kobieta, o jakiej kiedykolwiek czytałam. Sądzę, iż czterolatka miałaby więcej samozaparcia. Kilkukrotne sytuacje, kiedy obiecuje sobie, iż w życiu się tego nie dopuści, po czym oczywiście jednak tak postępuje, następnie mówi sobie, iż był to jeden i ostatni raz, po czym... robi dokładnie to samo i koło się zatacza. Błędne, bardzo błędne koło. Idealnie obrazuje to zresztą sytuacja, kiedy Cass obiecuje sobie, że nigdy nie skrzywdzi swojego biednego, śmiertelnie chorego i do imentu zakochanego w niej przyjaciela Tommy'ego- a już na pewno nigdy się z nim nie prześpi, a gdzie!- po czym... dokładnie to następuje. Ale, ale, moi państwo, tylko ten jeden i ostatni raz!

Postać Tommy'ego zdecydowanie dodaje tej powieści uśmiechu. Ciepły, zwyczajny, a i nawet potrafiący odezwać się całkiem normalnie. Powieść byłaby zapewne dla wielbicielek BDSM i klimatów pokrewnych zbyt bezbarwna, toteż główne skrzypce gra tutaj nieprzyzwoicie bogaty Adam, w sytuacjach nieco bardziej klimatycznych nazywany Morfeuszem. I może gdyby pominąć otoczkę odezwań rodem spod burdelu, tudzież budki z piwem oraz kopulacji z naszą główną bohaterką w częstotliwości conajmniej trzech razy na dziesięć stron powieści, to właśnie on tworzy klimat tej powieści. Klimat mroku, szemranych mocno interesów, w których nie do końca wiadomo o co chodzi i znajomi, z którymi definitywnie nie chciałabym mieć do czynienia.


Sama nawet nie wiem kiedy wciągnęłam się w lekturę. A kiedy już się tak zatraciłam, pozbywszy się ogromnej dozy irytacji (pewnie, zważywszy na język, warto byłoby nazwać ją nawet wku**ieniem ;)), każda kolejna strona powieści uciekała mi coraz szybciej. Przestała mnie mierzić Cassandra, łopatologicznie opisane sceny zbliżeń zaczęłam omijać, przymrużyłam nawet trochę oko na język. Akcja nabrała tempa w takim stopniu, iż coraz bardziej chciałam dowiedzieć się co przyniesie dalszy ciąg fabuły- a przede wszystkim jakie tajemnice tak naprawdę niesie ze sobą postać Morfeusza. Muszę bowiem przyznać, że ta niebezpieczna otoczka wiecznie mu towarzysząca jest skonstruowana świetnie i oryginalnie- z takim pomysłem się jeszcze nie spotkałam, choć o co chodzi sensu stricto przekonam się dopiero w drugiej części powieści, którą już mam na półce. 

Mam nadzieję, iż kontynuacja będzie równie dynamiczna co część pierwsza od sama nie wiem którego momentu, w którym udało mi się zatracić (myślę, że zdarzyło się to mniej więcej w połowie). Pobożne takie mam też mrzonki, ażeby język był choć odrobinę lepszy... 

Zaliczę siebie nieskromnie do tej części oryginalnej, tej pośrodku, która w przypadku tej powieści właściwie nie ma racji bytu- ani książki nie kocham, ani nie nienawidzę (choć równie dobrze można byłoby zrównoważyć to powiedzeniem, że i ją kocham i jej nienawidzę i byłoby to chyba najtrafniejsze). Przeczytałam ją, jak i przeczytam kolejne dwie części- wtedy zapewne będę mogła już wybrać czy miłość czy nienawiść trafniejszym jest słowem, jeśli o tę trylogię K.N. Haner chodzi.

Wydawnictwo Editio Red

Chętnie dowiem się czy znacie już Sny Morfeusza! Dajcie znać.
xoxo


Pokrewne posty

12 komentarzy:

  1. Czytałam i jestem ciekawa kolejnych części choć nie wiem czy po nie sięgnę. To raczej nie moja tematyka ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie znam tej książki, rzeczywiście - słowo penis powinno się odmieniać, ciekawe kto wpadł na pomysł, aby tego nie robić, brzmi to co najmniej komicznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojjj,takie KSIĄŻKI,to ja lubię :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja książki bardzo nie lubię. Przede wszystkim zraził mnie styl i właśnie wyrazy penis itd. to się odmienia, no kurcze. Poza tym wytrwałam tylko przez 50 stron i dalej nie bylam w stanie czytać. Przez bite pięćdziesiąt stron opisywany był okres głównej, pieprzniętej i pustej głównej bohaterki. A co kogo to obchodzi, że ona ma okres, o który zapomina, gdy ma dojść do stosunku? Ja nie wiem jak można wykreować taką bohaterkę.
    Zresztą Grey polski totalnie mnie nie kręci, a to jest jego idealne odzwierciedlenie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie czytałam i przyznam szczerze, że pierwszy raz spotykam się z ta książką. Po tej recenzji też jestem taka "obojętna" co do tej lektury. Nie jestem perfekcjonistką jednak błędy i wyrazy, które autor popełnia w tej książce chyba od razu by mnie zniechęciły. Mimo wszystko zachęca mnie bardzo to, że sama się w niej zatraciłaś mimo wielkich uwag co da samego stylu czy bohaterów. Musiałabym przeczytać żeby wypowiedzieć się bardziej ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tytuł fajnie się zapowiadał, ale po tytule nie pomyślałabym, że jest o takiej tematyce, no nie wiem może kiedyś przeczytam, póki co na liście jej nie mam ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Trąca Greyem na kilometr, a że fanką nie jestem, to raczej nie skuszę się na tę "powieść".
    A co do błędów i języka, kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem... ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Chyba nie jest to jednak książka dla mnie :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Co do odmiany słowa "penis" przez przypadki, to w bierniku obie formy są dopuszczalne: wzięła do ręki - kogo? co? - penis/penisa :)
    https://pl.wiktionary.org/wiki/penis#penis_.28j.C4.99zyk_polski.29
    Taka ciekawostka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem, niemniej brzmi to co najmniej komicznie... a właściwie nie brzmi :D

      Usuń

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)