Konrad Cieplik - Witaj, piękna pastereczko - recenzja
Właściwe miejsce,
odpowiedni czas i przeznaczona chwila - wielka trójka, której zaistnienie w tym
samym momencie zakrawa na prawdziwy cud. Najczęściej dopiero z perspektywy
teraźniejszej myśli się o przeszłej, dodając niezliczoną ilość „co by było,
gdyby…”, jakie to jednak przecież nie znajdą już nigdy praktycznych odpowiedzi
i zostaną kolejnymi elementami barwnych dywagacji, czynionych pod osłoną nocy.
Jeśli masz talent literacki, może niektóre spośród nich posłużą za pomysł na
powstanie barwnej powieści. Inne przedyskutujesz w gronie najbliższych
przyjaciół a znaczna część, rozmyta przez czas, zwyczajnie zatrze się w
niepamięci. Swoją DEBIUTANCKĄ książką Konrad Cieplik uśmiecha czytelnika
nietuzinkowym pomysłem na historię, z której płynie zgoła inne przesłanie.
Zdaniem charakternych bohaterów propozycji literackiej o dźwięcznym tytule
„Witaj, piękna pastereczko” absolutnie nic nie przydarza się przypadkowo a…
zaistnienie wspomnianej wcześniej, wyjątkowej trójcy jest częstsze niż mogłoby
się to wydawać. Przyznaję, że lubię poznawać fabuły, które przeczą moim
prywatnym doświadczeniom (te wskazują raczej, że jeśli wszystkie kataklizmy i
złe rzeczy, jakie da się wyobrazić, mają stać się czyimś udziałem, na trzysta
procent będę to ja 😉), jako że
każdorazowo udowadniają mi pewną wyjątkowość tak zwanej losowości. Choć jestem
skończonym i zdeklarowanym pechowcem, w pełni wierzę w determinizm. Jeżeli coś
zostało Ci zapisane - trafi do Ciebie, niezależnie od krętości ścieżki, którą
uparcie zmierza. Z tegoż powodu myślę, że niemożliwe nie istnieje - nawet,
jeśli rachunek prawdopodobieństwa jest bliski zera, należy spodziewać się
niespodziewanego, bo Los jest w swojej pomysłowości nader złośliwy i uparty.
Nieco jak ja… a już z pewnością jak podróżujący Harleyem po Albanii mężczyzna,
który wcale nie miał się tam znaleźć i nadspodziewanie oklęta opiekunka owiec o
tragicznej przeszłości… czyli bohaterowie recenzowanej książki. Tej
gawędziarskiej wyprawie daleko do standardowych!
„Nie wiedziałem, że już za moment moje życie stanie się opowieścią, którą będę chciał zapamiętać na zawsze.”
Kiedy spoglądasz na moment, w którym zobaczyłeś ją po raz pierwszy, z obecnej perspektywy, masz stuprocentową pewność: właśnie tak miało być. Musiało. Te wszystkie niewidoczne od razu wskazówki, pozornie zwyczajne zdarzenia, splecione w jedną całość - poprowadziły Cię ku nieprzewidywalnemu jak zawsze przeznaczeniu. Rajd motocyklowy po wielu krajach, jakich przecież odbyłeś w swoim życiu mnóstwo - a jednak nie taki co zawsze. Identyczny Ty, emeryt lat 61, przemierzający szosy świata na ulubionej, najwierniejszej maszynie, z obrazami życia zapisanymi na ciele licznymi tatuażami. Niby taki sam, a w tamtej jednej chwili przecież zupełnie inny. Odmienne było wszystko, mimo tak wielu stycznych z bliźniaczymi doświadczeniami poprzednich lat. Zacząwszy od początku, nie powinieneś wrócić wcale do Albanii, jaką dopiero co niedostatecznie zwizytowałeś podczas przejazdu. Zepsute dwa koła przyjaciela, naprawa, kolejne przeszkody i w końcu to uczucie, za którym bez większych refleksji postanowiłeś podążyć. Nie potrafisz wytłumaczyć, dlaczego. Hotelowy pokój i pobyt wśród malowniczych wzgórz upływały Ci przyjemnie - lecz właściwie bez większych atrakcji. Przepiękne krajobrazy i wijąca się między szczytami górskimi przez wiele kilometrów asfaltowa wstęga, którą chciałeś przejechać, miała jednak o wiele więcej do zaoferowania niż możliwość zrobienia niezapomnianych fotografii czy pobycia ze swoimi myślami na łonie majetstatycznej natury. Zwalniasz, jak i znerwicowany kierowca w samochodzie przed Tobą, który próbuje bezrozumnie pogonić klaksonem stado właśnie przecinających środek jezdni owiec. A Ciebie… uderza strzała Amora, piorun zesłany z niebios czy przeznaczenie, jakkolwiek to nazwać. Oto przed Tobą zjawisko w postaci zatrważająco pasterki, która wydaje się nijak nie pasować do tego miejsca ani samego zdarzenia. Wiatr rozwiewa jej czarne włosy, spojrzenie pozostaje poetycko zamyślone, choć nie brakuje mu przekory. Towarzyszą jej dwa ogromne psy, ale nie zwracasz jeszcze na nie większej uwagi - na razie Twój wzrok wędruje po historii, którą kobieta zapisała na ciele igłą i tuszem. Właśnie w tej chwili już rozumiesz: musiałeś się tu znaleźć, by poznać ją słowo po słowie - ta jej przeszła właśnie nierozerwalnie splotła się z Twoją teraźniejszą.
„(…) jesteś cudowną
dziewczyną (…) ale masz dziurę w duszy.”
Jej młode oczy są takie stare… Po krótkiej i dość impertynenckiej pogawędce z dziewczyną umawiasz się z nią w jej tymczasowo zaimprowizowanym w okolicy obozowisku, do którego właśnie zmierza ze zwierzętami. Jeszcze bezimienna jest tak intrygująca, że postanawiasz zrezygnować z noclegu w hotelu i spędzić z nią na rozmowie przynajmniej tę jedną noc, a najlepiej jeszcze kilka kolejnych. Kiedy stado jest już zabezpieczone a Twój motocykl prowizorycznie zaparkowany, rozpalacie ognisko i urządzacie sobie klimatyczny piknik. Dwudziestodwulatka imieniem Louise pochodzi z Marsylii i, czego zdążyłeś domyślić się wcześniej, wśród kojącej ciszy albańskich wzgórz próbuje odnaleźć siebie na nowo, jednocześnie ukrywając przez resztą świata. Kiedy rozmawiasz z kobietą, masz wrażenie, że jesteście dwójką dobrych przyjaciół, którzy spotkali się po drugiej przerwie. Nie ma między Wami żadnych niezręczności, a wręcz wydawać by się mogło, że ta niezwykła noc ewoluuje w coś więcej niż koleżeństwo. Niektóre dusze, nawet zjednoczone dziełem przypadku, są sobie pisane - jednak Ty póki co postanawiasz spełnić swój cel i dowiedzieć się jak najwięcej o tej niezwykłej istocie. Najpierw postanawiasz przypodobać się towarzyszącym niewieście psom, co (jak przekonała się spora liczba panów 😉) najczęściej jest rozsądnym rozwiązaniem (pro tip: prawidła wskazują, iż koty też winno się od razu obłaskawić, a najlepiej w sobie rozkochać, jeśli pani dla odmiany jest kociarą jak ja). Później zaś, zgodnie z obietnicą rzuconą chwilę wcześniej, opowiadasz jej o sobie - kim w istocie jest ten szalony Michał z Harleyem i głową pełną zwichrowania. A stąd już prosta droga, by zanurzyć się w niewyobrażalnie tragicznym i przez to tak nęcąco pięknym żywocie młodej pasterki, którą każdego kolejnego dnia zapragniesz witać tym samym, zawadiackim uśmiechem i ciepłymi słowami. Pewnym jest, że nie wiadomo, dokąd zabiorą dwójkę rozbitków te szalone i nieplanowane wakacje… Skąd do wieczności?
„Nie jestem opowieścią.
Jestem dziurą po niej (…).”
Odczuwam dysonans
poznawczy, jako że Konrad Cieplik potrafi w swoim debiucie niczym poeta
opisywać piękno albańskiej natury, ale też… kreować dialogi składające się
nadmiernie często niemalże z samych przekleństw. Gdyby nawet historia ta
wydarzyła się naprawdę, a jej bohaterowie właśnie tak „żywiołowo i
emocjonalnie” ze sobą konwersowali, myślę, że na potrzeby uchwycenia
literackiego piękna i nadania treści płynności, warto byłoby je okrasić
estetyczniejszą warstwą językową. Notoryczne stosowanie wyrazów powszechnie
uznawanych za obelżywe, co ciekawe, w większości przez młodą i piękną pasterkę
(„Że CO?! Że niby JA anioł?! No to się kurwa zdziwisz! (…) No toś, KURWA, wymyślił.”
- na przykład, przy czym rzeczony przecinek służy często także opisom czynności
- „Kurwa - westchnęła.” Dodatkowo Michał bywa typowym mistrzem podrywu, chociażby
informując „maleńką”, że „rozjebała mu system” zmaterializowaniem się… i tak
bardzo dalej. Niestety wyrazy te łączą się w rodzinki w wielu, wielu zdaniach,),
wybijało mnie z czytelniczego rytmu - zamiast ciekawić się tekstem, w pewnym
momencie zaczęłam je liczyć i nieco się przeraziłam. Imponujący motyw różnicy
wieku nie przekracza natomiast granic dobrego smaku. Sama historia jest bardzo
statyczna - lwią jej część zajmują rozmowy pomiędzy głównymi postaciami. Pełne
zabawnych anegdot i tragicznych retrospekcji, są bez wątpienia ciekawe, choć
przyznam, że okrasiłabym je bogatszą liczbą dynamicznych akcji. Spacery po
pastwiskach i wśród wzgórz nadają opowieści atmosfery senności - na szczęście tej
w malowniczym otoczeniu. Myślę również, że tak wyjątkowe miejsce, w którym
rozgrywają się narracyjne wydarzenia, aż prosi się o szersze opisanie
okolicznych obyczajów, tła kulturowo-społecznego. Samo zakończenie pozostawiło
u mnie niedosyt - miałam nadzieję na zupełnie inny, może bardziej widowiskowy
finał. Powieść obyczajowa „Witaj, piękna pastereczko” to właściwie teatr dwóch
aktorów, którzy występują w sztuce o tym, jak powstają wspomnienia oraz nieuchronności
przeznaczenia. Dla miłośników spokojnych akcją lektur, owiewających jaźń niczym
albańsko-górski wiatr (który czasem brzydko szepcze). Na szynach i z
zaciekawieniem na przyszłość, z dwoma minusami: 6/10.
„Była inna niż wszystkie.
Mimo że miała zaledwie dwadzieścia dwa lata, w jej oczach widziałem
doświadczenie kobiety, która przeżyła więcej niż niejedna pięćdziesięciolatka. A może i więcej niż setki kobiet na
całym świecie. Przeszła przez piekło, a jednak wciąż potrafiła się uśmiechać.
Nie tylko przetrwała - ona przeżyła.”
0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)