Hannah McBride - Mad Love - recenzja patronacka
„Mad Love” Hannah McBride to tak bardzo ja - a cała trylogia, która dzięki tej książce zyskała zasłużenie emocjonujący finał, to czysta ADRENALINA. Wziąć pod swoje cieniste skrzydła tekst, który tak doskonale ze mną rezonuje - oto pierwszy i jakże przy tym ogromny tegoroczny zaszczyt. Domknięte już trio Pisarki składa się z niemalże wszystkiego, co uważam za „swoje”. To tragedia, jakiej kolejne akty odsłaniane są na wzór nieuniknionego chaosu, spowodowanego przez jedną, przypadkowo opadającą na inne, kostkę domina. Thriller o nieprzewidywalnym przebiegu, zaskakujący wieloma odcieniami psychopatycznych osobowości, których szaleństwo jest wręcz teatralnie trwożące. Powieść akcji i sensacji, rodem z najlepszych mafijnych produkcji, od jakich nie można się oderwać ani na sekundę. Romans, do którego skalista ścieżka wiedzie jedynie pod stromą górę - a niekiedy i ku przepaści; bez drogi wstecz, choć bohaterowie o złożonych charakterach oraz skomplikowanej przeszłości kroczą nią bez zastanowienia nad odwrotem. Wreszcie jednak, cykl „Mad world” to dla mnie przede wszystkim wielowymiarowy dramat rodzinny. O sukcesji, co to staje się brzemieniem i ciężarze utrzymania w jej imię nieposzlakowanej opinii. O mylących pozorach - wypracowanej dla członków familii dziedziców otoczce bajkopisarzy, dla jakiej nienaruszenia poważy się na absolutnie wszystko. Złotej klatce, ohydnej stronie bogactwa. I najsilniej… O tym, jak wielką wiarę i wierność pokłada się w rodzicach i w jak ogromnym stopniu, za wszelką cenę, próbuje się ich chronić przed krzywdą - mimo tego, że zawiedli dziesiątki i setki razy. O tym, kiedy w końcu należy powiedzieć sobie dość i przyznać, iż nie da się ratować kogoś, kto nigdy nie wybrał Ciebie - i że to przypadek od dawna stracony. O niezłomności i niemruganiu, niezależnie od okoliczności. O bezpowrotnym odchodzeniu od minionego i zostawaniu dla tych, którzy udowodnili, że warto. O miłości. Bo przecież wszystkie opowieści są tak naprawdę o miłości.
„Początkowo z tym walczyłam, ale każdy osiąga punkt krytyczny, wiesz? (…) W którymś momencie zaakceptowanie tego po prostu miało więcej sensu. (…) Dam radę. Pomyślałam, że może jeżeli powtórzę te słowa wystarczająco wiele razy, staną się prawdą.”
Lecz zanim nadeszła miłość, musiała zahartować się stal. Jeszcze nie jesteś niezniszczalna - i to właśnie ten decydujący moment, w jakim możesz wybrać tylko spośród dwóch opcji: przetrwać z wysoko podniesioną głową, by kiedyś zemścić się i niszczyć lub… dać się zniszczyć. Poza tym, że w piekle, nie masz pojęcia, gdzie się obecnie znajdujesz. Biały kitel, kolejne nakłucie na przedramieniu, pozbawione pościeli posłanie. Kakofonia dźwięków, która rozlega się bez uprzedzenia, odtwarzana potem w zapętleniu godzinami - a może te nienawistne głosy pochodzą z Twojej przeszłości i zwyczajnie oszalałaś. Dniami i nocami wychładzane a potem przegrzewane pomieszczenie zalewane jest światłem tak ostrym, że półsen, w który zapadasz, nie daje żadnego wytchnienia. Zorientowałaś się już, że leki lepiej zażywać bez prób uniknięcia następującego po nich otępienia, osłabienia i wyzucia z emocji. Z siebie. I nawet, nim uświadomisz sobie, że przecież jesteś wojowniczką, przez chwilę, mgnienie stroboskopowej kuli, która nie chce przestać wypalać Ci wzorku, pomyślałaś, że może lepszą opcją byłoby po prostu odpuścić. Poddać się. Odpłynąć. Siebie pożegnać. Uschnąć tu, bo targnąć się na życie ani jak, ani czym. Zamknięta w ośrodku, porwana przez psychopatycznego ojca - może kiedyś niczym upragnione przez niego, posłuszne i bezwolne zombie, stanąć u jego boku i nie wiedzieć kim jesteś i że w ogóle jesteś. Jednak potem sobie przypominasz i mimo tortur odtwarzasz niczym film. O tym, że zamordował Twoją dopiero co poznaną siostrę bliźniaczkę, z którą chciałaś tylko na chwilę zamienić się życiami (o ironio!). O tym, co stało się z Twoją matką, jak zwykle niedecyzyjnie, niedyspozycyjnie nieobecną. O Twoim mężu, który podpaliłby za swoich cały świat - i że Ryan wespół z paczką przyjaciół, rodziną z wyboru, z pewnością już po Ciebie idzie. I że nigdy, przenigdy nie dasz ojcu wygrać. Ty się nie podajesz. Dumnie podnosisz głowę, mimo że ledwo potrafisz prosto ją utrzymać. Nie mrugasz. Nie mrugniesz, Madison.
„(…) zaakceptowałem dawno
temu, że mogę być łowcą albo zwierzyną i wybrałem rolę, dzięki której nie będę
ofiarą? (…) Ludzie odczuwają ogromną potrzebę plotkowania kosztem bólu innych.”
Pozostaje Ci nadzieja, że Maddie wciąż oddycha, niezbędna ojcu do pozyskania środków z funduszu powierniczego a przy tym trzymająca się ufności w tym, że ją uratujesz. Choć dlaczego miałaby jeszcze komukolwiek wierzyć, opuszczona przez wszystkich, którzy kiedykolwiek byli jej bliscy i zawiedziona przez każdego, kto powinien być jej oparciem? Nie wolno Ci tak myśleć, co w ogóle dzieje się z Tobą, że stałeś się tak delikatny i pesymistyczny. Wiesz. Ona też ma świadomość tego, co do niej czujesz, musi mieć. A Ty będziesz w kółko, aż do chwili gdy Ash i reszta Waszej paczki ustali miejsce pobytu Mads i uda się Wam ją odbić, powtarzał sobie jedno - to, co tak wiele razy widziałeś na własne oczy. Twoja żona to wojowniczka. Warrior. Najsilniejsza osoba, jaką znasz - a obracając się wśród najbogatszych i równocześnie najbardziej szemranych na tym świecie, spotkałeś ich już mnóstwo. Pomimo tego, masz jednak także świadomość, że musicie się pospieszyć, jeżeli chcesz odzyskać dziewczynę żywą, bo trudno o większego psychopatę, lubującego się w krzywdzeniu bliskich, niż Twój przymusowy i niebawem martwy teść. Opuściwszy mury więzienia po zaaranżowanym przez niego przedstawieniu, podejmujesz krwawą krucjatę o odzyskanie ukochanej, a także o to, by Wasza burzliwa historia nareszcie otrzymała zasłużenie spokojne zakończenie. Kiedy, a nie - jeśli się uda, zadbasz także, by zemsta smakowała tak wybornie jak nigdy. Choć Twoi przyjaciele dawno zauważyli, że zmieniasz się na bardziej ludzkie, jedno pozostało niezmienne - nikt nie ma prawa jakkolwiek skrzywdzić tych, na których Ci zależy. Myślałeś, że miłość to słabość - czuły punkt, w który uderzają wrogowie i kolejny do ochrony. Niedawno zrozumiałeś, że to także niszczycielska siła, jaka… po spopieleniu buduje świat. ‘Cause in this Mad World the only thing that matters is Mad Love. Wasza opowieść - wszak wszystkie tak naprawdę są o miłości.
„Dobrze wiesz, jakie to uczucie,
gdy człowiek musi walczyć o każdy dzień. Gdy ranią go i porzucają ludzie,
którzy powinni go chronić. Wiesz, jak to jest dorastać w strachu (…).
Poprzysiągłem sobie, że się z tego wygrzebię.”
Zerknąwszy na kuszącą blichtrem,
feerią barw i blaskiem okładkę „Mad Love” Hannah McBride (tak jak Pisarka
sądzę, iż brokat to osobny kolor!) można błędnie założyć, że oto jedna z wielu
historia o bogatej młodzieży, uwikłanej w prędkie uczucia, szybkie pieniądze i
trudne do wyobrażenia afery. Cóż… gdybym jako dumny patron nie znała złożoności
i niewtórnej jakości treści całej trylogii, poleciłabym tak właśnie uczynić.
Wielkie, pozytywne rozczarowania, czyli zaskoczenia, literackie, są jednym z
najbardziej ważkich czytelniczych uczuć. Wśród tak wielu światowych opowieści łatwiej
o te niebędące oksymoronem, zatem jeszcze bardziej docenić należy kunszt młodej
Pisarki, jaka złożyła około 1700 stron w trzech tomach powieści łącznie z
samych emocjonujących wydarzeń i nie postawiła przy tym ani jednego zbędnego
słowa. Niezliczone akcje nie stanowią jednak tła dla papierowych postaci -
każdy z bohaterów cechuje się oryginalną osobowością i… składa się z różnych
odcieni tragedii. Stąd wniosek patrona: może to właśnie one czynią sylwetki wielowymiarowymi
a ludzi wartościowymi? Stal musi się zahartować a książkowa persona przejść przez
wiele, by mogła stać się zapamiętana. A może po prostu lubię się nurzać w
poezji nieszczęścia - choć jedno nie wyklucza drugiego. Gwoli formalności, 10/10
dla finału (kamień także nie mruga) mojej ulubionej trylogii ostatnich lat.
Twojej uwadze polecam cytaty z tejże grafiki a tę szaloną opowieść fanom
thrillerów, dramatów, romansów, sensacji… Wróć. Wszystkim kolekcjonerom przeżyć,
kochającym adrenalinę i doskonałe historie. Mad stories, ‘cause maybe every
story is, in the end, about love but… also every love is a little bit mad, isn’t
it? 😉
„(…) mogłam kontrolować swoje reakcje. To ode mnie zależało, jak sobie poradzę z tym, co się dzieje teraz i co się stanie w przyszłości. Mogłam usiąść i się załamać albo wziąć się w garść i sklecić z tych wszystkich połamanych elementów coś mocniejszego. Coś, czego nikt nie będzie mógł mi odebrać.”
0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)