Patricia Highsmith - Drżąca ręka fałszerza - recenzja
Maghreb to nie tylko część
Afryki, to także styl życia i sposób pojmowania świata. Swoista sztuka bytu.
Każdy przybysz, snujący rojenia o wyższości kulturalnej nad autochtonami,
przekonany, iż chroni go jakże cienki naskórek zachodniej cywilizacji, szybko
łapie się na tym, iż powoli, lecz nieuchronnie staje się jego częścią, czy tego
chce, czy nie. Jest jak wir, wciągający obcego w czeluści, których granice
biegną od bezkresnych piasków Sahary, poprzez liche arabskie lepianki aż po
rozgwieżdżone niebo, na którym można dostrzec każdą, nawet najmniejszą gwiazdę.
Proces ten nie ominął i Twojej osoby. Namacalnie dostrzegasz, jak kropla po
kropli sączy się w Ciebie tutejsza atmosfera, niezauważalnie zmieniając ogląd
świata i podejście do teraźniejszości. Niemal fizycznie czujesz, jak Afryka
trawi Cię w swoich bezdennych trzewiach krok po kroku, kawałek po kawałku.
Wystarczyły dwa tygodnie pobytu w Tunezji, byś przejął tutejsze podejście do
upływu czasu, który odmierzasz już nie godzinami i minutami, ale całymi dniami.
Zmienił się nawet wygląd Twojej skóry, ogorzałej od palących promieni słońca i
smaganej gorącym tchnieniem wiatru sirocco. Nie masz pojęcia czy na końcu tej
drogi będziesz czystszy i bardziej wolny od złudzeń przeszłości, czy
przeciwnie, ale wiesz jedno - przepełniająca Cię tęsknota pozostała taka sama.
Za tym, by mieć swoje miejsce na świecie, do którego chce się wracać i osobą,
dla której jesteś ważny, a może nawet najważniejszy. Niezasklepione rany bolą
najbardziej, zwłaszcza, gdy zostały zadane przez kogoś, kto był całym Twoim
światem. Komu niczego nie mogłeś odmówić, godząc się z radością na rolę cienia
podążającego za wyśnionym bytem. Od rozwodu, który położył kres Twojemu
dwuletniemu małżeństwu, minęło już półtora roku, a masz wrażenie, jakby miał
miejsce przed miesiącem.
„(...) unosił się jak obca drobinka (którą był) w bezkresie Afryki, lecz zarazem czuł stuprocentową pewność, że dzięki Afryce łatwiej wszystko przetrawi.”
Banalna historia, jakich wiele: romans z pieprzonym ekstrawertykiem, który jak dworski błazen był w stanie rozbawić Lotte w każdych okolicznościach i okazywał nieustanne, cielęce zainteresowanie, co przesądziło, że nad Tobą zatrzasnęło się z hukiem wieko trumny. Uchyliłeś je do pewnego stopnia, poznając Inę, ale tak naprawdę w głębi duszy jesteś wypalony i przerażony wizją zaufania innej kobiecie. Sam nie wiesz, co do niej czujesz. Jesteście razem, ale tak naprawdę w sposób niedookreślony. Nawet to, że w końcu się pobierzecie, ustaliliście między słowami, w pełni dorozumianie. Czekasz na jakikolwiek list od niej, po kilka razy dziennie rozpytując w hotelu, czy przyszła do Ciebie depesza. Nieodmiennie jednak recepcjoniści o nieodgadnionych oczach i obojętnym wyrazie twarzy odpowiadają tym samym zwrotem: non, m'sieur. Sam ślesz wiadomość za wiadomością, jednak bez najmniejszego rezultatu. Potem włóczysz się po plaży czy wsiadasz do samochodu i jedziesz zapoznać się z tutejszymi zabytkami, by pod koniec dnia jak zwykle powrócić do swojej krzyczącej samotności. Coraz bardziej niepokoi Cię, iż nie masz także żadnej informacji od Johna Castlewooda, który zamówił u Ciebie napisanie scenariusza do filmu „Trio”, jakiego akcja ma się rozgrywać właśnie w Tunezji. To dlatego znalazłeś się w tym afrykańskim kraju - miałeś nasiąknąć jego klimatem. Mężczyzna wypłacił nawet tysiąc dolarów zaliczki, a teraz zamilkł, choć przecież umawialiście się inaczej. Potrzebujesz jego wskazówek, więc jak na razie zarzuciłeś prace nad scenariuszem. Jednak dzięki temu piszesz każdej doby po kilka stron powieści, dla której nie masz jeszcze nawet tytułu. Znasz tylko jej zarys - ma opowiadać o człowieku, który tworzy własne normy moralne, pozostając obojętnym wobec tych, jakie narzuca społeczeństwo. Z poprzednich książek - pierwsza osiągnęła sukces, druga cieszyła się dużo mniejszym powodzeniem. Do trzeciej - „Gra w jeśli” prawa wykupiła wytwórnia filmowa, więc gratyfikacje z tego tytułu zapewniły Ci dostatnie życie. Nie musisz więc martwić się o pieniądze i tylko od Ciebie zależy, kiedy wrócisz do pustego mieszkania na Manhattanie, do którego i tak nic Cię nie ciągnie. Niedawno poznałeś Francisa Adamsa - rodaka, który przebywa tu od wielu lat i mieszka w wynajmowanym bungalowie. Jak większość Amerykanów, jest wścibski, gadatliwy i przekonany o swojej moralnej wyższości nad tutejszymi, których uważa w zasadzie za koczowników. Jednym słowem - irytujący gość. Peroruje całymi godzinami o swoim wielkim narodzie, któremu przyświeca misja zbawienia świata poprzez narzucenie każdemu, kto się nawinie demokracji, jankeskiego stylu życia. A pomimo tego nie stronisz od jego towarzystwa, w końcu to Twój jedyny łącznik z tym światem, który na razie pozornie porzuciłeś.
„Ingham uśmiechnął się
lekko na myśl o rozterkach serca w wieku dojrzewania, o samotności, niemożności
porozumienia z innymi. Wszyscy mamy takie doświadczenia za sobą (…) - są jak
skałki w strumieniu, pomiędzy którymi należy przepłynąć, które powodują lekkie
rany i zadrapania i których istnienie przeczuwamy nieświadomie, tak więc -
podobnie jak ból narodzin - cierpienie tego rodzaju pozostaje w końcu tylko
mglistym wspomnieniem.”
Innym Twoim interlokutorem jest Duńczyk Anders Jensen, na którego natknąłeś się w jednym z tutejszych obskurnych barów, gdy przyszedł do niego ze swoim nieodłącznym wilczurem. Okazał się być malarzem, który zresztą idealnie pasuje do bohatera Twojej nienapisanej jeszcze powieści. Wydaje się być pozbawiony jakichkolwiek skrupułów moralnych i może to właśnie Cię do niego wabi. Stanowi wymowny kontrapunkt dla Adamsa, z jego całą nieznośną świętoszkowatością. W Tunezji jest od ośmiu miesięcy, a przyjechał tu by leczyć „na słońcu” załamanie nerwowe, jak zalecił mu psychiatra. Pierwsze spotkanie zakończyło się wizytą w jego odrażającym pokoju, obok którego w „łazience” ziała dziura w podłodze pełniąca rolę ustępu. Po interesującej rozmowie, zapoznałeś się z jego obrazami, które nawet przypadły Ci do gustu. Gdy jednak zapalił dwie świeczki, jakie wstawił do butelek po alkoholu, po czym objął Cię ramieniem, zrozumiałeś, że miał także inne plany. Grzecznie uniknąłeś jego oczekiwań, a że nie był natarczywy, rozstaliście się w doskonałej komitywie. Ruszając w powrotną drogę, natknąłeś się na specyficzne tunezyjskie realia. Najpierw potknąłeś się o coś, co leżało na trotuarze. Gdy wstałeś i zapaliłeś zapałkę, w jej poświacie dostrzegłeś, że to ciało człowieka, pod jakiego brodą widniał wyraźny ślad cięcia, które prawie oddzieliło głowę od tułowia. Uznałeś szybko, że to nie Twoja sprawa, w końcu tutaj to w zasadzie chleb powszedni i na nikim nie robi wrażenia. Wszyscy kierują się jedną zasadą: Inszallah... Bóg tak chce. Ciała tego rodzaju nieszczęśników nad ranem znikają w niedalekich piaskach pustyni, tak jakby nigdy nie istnieli... Gdy dotarłeś w pobliże samochodu zaparkowanego pod szynkiem, dostrzegłeś przy nim starego znajomego - kulawego, starego Araba, który z uporem charakterystycznym dla autochtonów, za każdym razem, gdy pozostawiałeś auto, próbował dostać się do wnętrza, aby ogołocić je ze wszystkiego co wpadnie mu w ręce. Na Twój widok umknął jak zwykle z nieprawdopodobną wręcz szybkością. Tym razem jednak mu się udało, gdyż nieopatrznie pozostawiłeś okno uchylone na kilka centymetrów. Zniknęły ręcznik plażowy i marynarka. Wściekły, byłeś jedynie w stanie posłać w jego kierunku pyszną wiązankę przekleństw, okraszonych życzeniem szybkiej śmierci. Jakbyś zapomniał, że to nie zależy od Ciebie, ale od Allaha. Jakbyś nie uświadomił sobie jeszcze, że nie jesteś u siebie, ale w świecie, w którym nigdy nie będziesz swój. Wkrótce staniesz przed wyzwaniem, które po raz kolejny da Ci zakosztować tego przeszywającego poczucia wyobcowania, zwłaszcza wyzucia z norm moralności, którym hołduje się tylko w Twoim zachodnim uniwersum, pełnym lśniących przedmiotów i wielkich słów, lecz pozbawionym nawet cząstki duszy. Okażesz się wytrawnym fałszerzem, jakiemu w najważniejszej chwili - tuż przed złożeniem nieswojego podpisu pod dokumentem, niedostrzegalnie zadrży ręka, zwiastująca rozpad wszechświata tak długo pielęgnowanych wyobrażeń co do samego siebie, jak i otaczającej rzeczywistości.
„(...) doświadczał czegoś w
rodzaju przebłysków nieuświadomionych pytań: „Kim ja w ogóle jestem?” „Czy my
istniejemy albo w jakim stopniu istniejemy jako jednostki, bez znajomych,
rodziny, bez ludzi, z którymi nas cokolwiek łączy, dla których nasz istnienie
ma choćby najmniejszą wagę?”. To było osobliwe jak przeżycie religijne.”
„Drżąca ręka fałszerza” to
powieść z dziedziny literatury pięknej, którą napisała Patricia Highsmith,
uznana amerykańska mistrzyni psychologicznego thrillera. Jej bohaterem jest
Howard Ingham, twórca, który w poszukiwaniu weny do stworzenia zleconego mu
scenariusza filmowego przyjeżdża do północnoafrykańskiej Tunezji. Pomimo upływu
kilkunastu dni nie ma żadnego kontaktu ani ze swoją dziewczyna, ani ze
zleceniodawcą. Ogarnięty nudą, zaczyna kreować nową książkę, której główna
postać, kierująca się wyłącznie stworzonymi przez siebie moralnymi kanonami,
staje się jego swoistym alter ego. Wkrótce zaczyna doznawać niepokojących
sytuacji, jakie rzucą się cieniem na jego przyszłość i zmuszą do dokonania
rozrachunku z przeszłością. Od pierwszych stron powieści czytelnika otacza
świetnie wykreowana przez Pisarkę duszna atmosfera, w której nawet
najdrobniejsze wydarzenia przepojone są nieustannie narastającą złowieszczą
nutą, pieczętowaną atmosferą kraju, w jakim zderzają się dwie całkowicie obce
sobie cywilizacje - europejska (francuska) i arabska. Choć istnieją obok siebie
od ponad stu lat, nigdy nie uległy zespoleniu, kierując się całkowicie
odmiennymi zasadami. Dla człowieka zachodu, jakim jest główny bohater,
nieprzenikniona fasada Maghrebu staje się katalizatorem wyzwalającym głęboko
uśpione pod kulturową powłoką namiętności i obawy. Nie unika on przy tym
ważkich pytań o istotę człowieczeństwa, a także podstawy etyczne, które powodują
ludzkością. Czy są jedynie cienką błoną, łatwo pękającą pod wpływem wyzwań, czy
też tkwią tak mocno w każdej osobie, że stanowią niewzruszone latarnie,
nieodmiennie wytyczające jasno określony sposób postępowania? Klimat tej
propozycji literackiej przypomina mi „Kwartet aleksandryjski” Lawrence’a
Durrella, „Pod osłoną nieba” Paula Bowlesa czy zwłaszcza „Obcego” Alberta
Camusa z ich niepowtarzalną północnoafrykańską aurą, przeszywającą bohaterów na
wskroś i wyznaczającą kręte ścieżki ich losów i nieoczywistych, często
amoralnych wyborów. Warstwa językowa tej propozycji literackiej jest klasą samą
w sobie. Oszczędna w wyrazie, z „ubogimi” dialogami, doskonale koresponduje z
klimatem narracji. Na najwyższe uznanie zasługuje także świetnie nakreślona
sylwetka psychologiczna Inghama - o wyjątkowo bogatym i obrazowo przedstawionym
życiu wewnętrznym. W kierunku dziewiątki - solidne 8/10. Po tak złożone,
inteligentne i świetnie zaserwowane opowieści chciałoby się sięgać jak
najczęściej.
„Odnosił wrażenie, że
niewidzialna siła podnosi go do góry, coraz wyżej i wyżej. Nie ma, pomyślał,
nie ma nic rozkoszniejszego na świecie niż porwać w objęcia kobietę, która
jest… zapowiedzią kłopotów.”
0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)