Żaneta Górecka - Nieudane doręczenie - recenzja
O debiucie, który okazał
się szokująco złożony - i to niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu…
Praca w kancelarii
komorniczej to niezbyt łatwy kawałek chleba. Czasami próba zwykłego doręczenia
zawiadomienia o wszczęciu postępowania egzekucyjnego może skończyć się
poszczuciem psem a nawet rękoczynami. Na szczęście jesteś byłym policjantem,
więc szybko dajesz sobie radę ze zbyt krewkimi dłużnikami i członkami ich
rodzin. Dziś jest poniedziałek, więc jak zwykle z samego rana pojawiasz się w
biurze, tym razem jednak w nie najlepszym nastroju - daje o sobie znać
weekendowy kac. Wyraźnie czujesz suchość w ustach a głowa pulsuje Ci tępym
bólem. Do tego Twoje oblicze znaczy wielki siniak pod okiem - skutek wdania się
w bójkę z damskim bokserem i ochroną w pubie. Rozpaczliwie próbujesz sobie
przypomnieć, kto odwiózł Cię po wszystkim do domu, ale niestety masz dziurę we
wspomnieniach. Witasz się zdawkowo ze swoim współpracownikiem - Łucją
Adamczewską i raczysz kawą, z ulgą siadając na krześle. Byłeś pewien, że to
właśnie ona poratowała Cię w nocy, ale wyraźnie widzisz, że nie miała z tym nic
wspólnego, więc odpuszczasz sobie rozmyślanie o problemie i zaczynasz zajmować
się pracą. Porządkujesz szybko dokumenty i pakujesz je do teczki. Po chwili
ruszacie samochodem w teren. Śpieszycie się, gdyż macie sporo wezwań do
rozwiezienia. Pierwsze z nich trzeba dostarczyć Henrykowi Zielińskiemu, który
mieszka w niewielkiej wsi - Malanowie. Dzięki nawigacji niebawem docieracie na
miejsce, mijając po drodze przeraźliwie puste i zaśnieżone pola. Wysiadacie i
obrzucacie wzrokiem spory dom, wyglądający jednak na mocno zaniedbany. Sprawia
wrażenie opuszczonego - odpadający tynk pozostawił po sobie liszaje, w oczy
rzucają się też niemiłosiernie zarośnięty ogród oraz przekrzywiony płot. Gdy
pukasz do drzwi, odpowiada Ci głucha cisza.
„Był inteligentny, kąśliwy, ale zawsze z szacunkiem dla innych. Błysk w jego oczach mówił, że nie ma problemu, którego nie da się rozwiązać, a nawet jeśli coś nie wychodziło, potrafił obrócić to w żart.”
Po chwili naciskasz klamkę, a wtedy wrota uchylają się z niemiłosiernym skrzypnięciem. Choć wołasz, że masz urzędową przesyłkę, nie przynosi to żadnego skutku. Ruszasz więc w głąb ciemnym korytarzem i napotykasz widok, jakiego nie doświadczyłeś nigdy z życiu, choć jako policjant miałeś do czynienia z najbardziej brutalnymi zbrodniami. Najpierw widzisz nogi wystające zza drzwi pokoju i rozrzucone pod nienaturalnym kątem, a potem resztę zmasakrowanego ciała, z którego krew pokrywa nawet ściany pomieszczenia. Wprawdzie nie dajesz rady utrzymać żołądka w ryzach i wymiotujesz, ale pchany zawodowym przyzwyczajeniem, zaraz potem dokonujesz pobieżnej obdukcji. Stan plam opadowych wskazuje wyraźnie, że gospodarz nie żyje od dłuższego czasu, więc nie próbujesz podejmować jakichkolwiek czynności ratunkowych. Zresztą musisz zająć się Łucją, która stoi osłupiała i w wyraźnym szoku. Delikatnie ujmujesz ją pod ramię i wyprowadzasz na zewnątrz. Chwilę później pod nieruchomość podjeżdżają z wyciem syren i błyskiem „kogutów” trzy samochody policyjne. Widocznie ktoś już dokonał powiadomienia o makabrze, co oznacza, że nie Wy pierwsi odkryliście ofiarę zabójstwa. Wietrzysz kłopoty, gdyż jako były kolega nie cieszysz się zbyt wielką popularnością wśród stróżów prawa. I wcale się nie mylisz. Policjanci traktują Cię z lekceważeniem i zastrzegają z przekąsem, abyś stawiał się na każde wezwanie, ponieważ od tego momentu uzyskujesz status świadka. Tego dnia nie zapomnisz do końca życia.
„Drzwi trzasnęły za nią głucho,
a wraz z tym dźwiękiem coś się w niej domknęło.”
W policyjnej pracy jedno jest niezmienne - właśnie w tej chwili ktoś kogoś zabija, z tego czy innego powodu, bądź akurat się do tego szykuje. Dlatego, gdy dostałaś polecenie, aby udać się na miejsce zbrodni, przyjęłaś to z rezygnacją. Jesteś śledczym, który widział już chyba wszystko, więc po prostu odhaczysz następną sprawę. To niekończący się proces, z którym dawno się pogodziłaś. Jednak gdy parkujesz pod domem Henryka Zielińskiego w Malanowie i zbliżasz się do pobladłego, stojącego na ganku kolegi, od razu wiesz, że to nie będzie tylko kolejny trup. Gdy wchodzisz do środka, w Twoje nozdrza uderza zapach śmierci i zwietrzałej krwi. Ciało denata jest w strasznym stanie. Twarz została zmasakrowana, tak jakby sprawca chciał nie tylko zabić ofiarę, ale w ogóle wymazać jej istnienie z tego świata. Nawet na Tobie robi to tak ogromne wrażenie, że z trudem powstrzymujesz się przed opuszczeniem pomieszczenia, aby zaczerpnąć odrobiny świeżego powietrza. Współpracownik Antek pokrótce informuje, że brak jest jakichkolwiek śladów włamania czy walki, więc właściciel najwyraźniej znał sprawcę. Zgon nastąpił przynajmniej 48 godzin temu a sposób potraktowania ciała wskazuje na działanie w szale - takim, w jakim człowiek nie uderza na oślep, ale dokładnie kontroluje to, co robi. Winowajcą musiała więc kierować ogromna nienawiść. Zanim udaje Ci się przetrawić te rewelacje, dobiega Cię głośne skrzypnięcie schodów, które przecież w pustym domu nie ma prawa się rozlec. Wymieniasz z Antkiem spojrzenia i obydwoje odruchowo sięgacie po broń. Bezszelestnie zbliżacie się do stopni, a wtedy w ich połowie ukazuje się Wam przyczyna hałasu. Dumnie prężąc się, spogląda na Was z wielkim zaciekawieniem i demonstruje wszem i wobec obciągnięte gołą skórą ciało. Z osłupienia wybudza Was głośne miauknięcie. Rozluźniona, bierzesz sfinksa z niemiłosiernie wystającymi żebrami w ramiona, na co reaguje przyjaznym mruczeniem. Pierwszy raz widzisz tego „ufoludka” z bliska i musisz przyznać, że to wyjątkowo oryginalne zwierzę. Od razu przychodzi Ci na myśl, aby zabrać go do swojego mieszkania, przecież właściciel nie będzie już w stanie się nim opiekować. Masz już nawet dla niego imię - Gorgonzola, gdyż jego zapach i wygląd kojarzą się Tobie właśnie z tym serem. Jednak teraz masz do zrobienia w tym strasznym miejscu jeszcze jedną rzecz - musisz sprowadzić miejscowego proboszcza, aby zmówił modlitwę za nieszczęśnika, który padł ofiarą tak bestialskiego morderstwa…
„Jej piwne oczy potrafiły
przenikać ludzi na wskroś. W jej spojrzeniu było coś, co sprawiało, że
podejrzani czuli się nieswojo, a koledzy z wydziału woleli nie testować jej
cierpliwości. (…) Czerwień była jej znakiem rozpoznawczym - symbolizowała
nieustępliwość, której nigdy jej nie brakowało.”
Z pewnością „Nieudane
doręczenie” Żanety Góreckiej to zawiły i nieoczywisty kryminał. Jego głównymi
bohaterami są dwaj komisarze policji, choć swoją rolę odgrywa także były stróż
prawa, obecnie pracujący w kancelarii komorniczej. Narracja prowadzona jest
wokół makabrycznego morderstwa, jakiego ofiarą padł właściciel zaniedbanego
domu w małej wsi. Sprawa dodatkowo się gmatwa, gdy w bagażniku samochodu
zaparkowanego nieopodal nieruchomości śledczy odkrywają odciętą głowę. Trzeba
przyznać, że Autorka do pewnego momentu udanie myli tropy, zaś osoba zabójcy
jest zaskakująca. Powieść jest wielowątkowa, a motywy kierujące sprawcą mają
swoje korzenie w wydarzeniach sprzed trzydziestu laty. I na tym właściwie
kończą się dobre strony tej propozycji literackiej. Ubolewam nad tym, bo to
debiut - jednak myślę, że z korzyścią dla przyszłych historii Pisarki będzie je
wymienić oraz opisać, jako że Górecka ma potencjał, któremu zwyczajnie brakuje
uładzenia.
Warstwa językowa jest zbyt
ekspresyjna i emfatyczna. Na przykład: „tak właśnie minęła ta podróż: pełna
kontrastów, pytań i ulotnych obrazów, które jeszcze długo miały odbijać się w
ich sercach”, przy czym dotyczy to trasy, jaką prawie bez słowa i w ciągu
krótkiego czasu przebyli pracownicy kancelarii komorniczej, aby wręczyć
dłużnikowi banalne powiadomienie. I dalej: „Dźwięk jej kroków był cichy, a
powietrze w Malanowie, jak zawsze, miało w sobie coś niepokojącego”. Prawdę
pisząc, po raz pierwszy zetknęłam się z określeniem, by wiejskie powietrze było
niepokojące... Patolog, który dokonuje sekcji ciała ofiary, prowadzi w trakcie niemiłosiernie
długie rozważania o istocie życia oraz roli jaką odgrywa w nim serce: „Zawsze
wydawało mi się najbardziej samotnym miejscem w ciele człowieka. Pracuje bez
ustanku, dzień po dniu, często w ciszy i bez wdzięczności... dopóki któregoś
dnia nie pęknie.” czy: „Patrzę na to serce i zastanawiam się, czy umarło nagle,
bo zostało brutalnie zatrzymane, czy już wcześniej nosiło ślady walki. Blizny.
Zmęczenie. Niewypowiedziane słowa, które miały zostać w ukryciu.” i jeszcze:
„To właśnie ono - ten kawałek mięśnia - napędzało kiedyś całe życie. (…) Ile
emocji przepłynęło przez jego komory? Ile razy zadrżało z miłości, zacisnęło
się z gniewu, załkało z żalu? (…) Cichy organ po wielkiej pracy.” Potem
następuje podobna tyrada na temat mózgu. I tak przez bite 4 strony. Na
szczęście w tym momencie Pani patolog natyka się na tkwiące głęboko w gardle
denata… ludzkie jądra! (Nie żartuję!). Przez chwilę obawiałam się, że obrazowa
elegia zostanie wygłoszona także na ich cześć, ale do tego nie doszło. Szkoda -
teraz trochę tego żałuję, bo niewątpliwie byłoby to ciekawe doznanie
czytelnicze. Podobnych fragmentów jest w książce bardzo wiele - lubię piękne
rozważania w każdej opowieści, ale jednak muszą mieć one sens i uzasadnienie.
Powieść dotknięta jest także
licznymi nieracjonalnymi i po prostu niespotykanymi zdarzeniami. Pierwszy raz
zetknęłam się z przypadkiem, gdy komisarze po dokonaniu wstępnej autopsji
ciała, które jest brutalnie zmasakrowane, osobiście udają się do księdza, aby
ten odmówił modlitwę za nieszczęśnika i to na miejscu zbrodni. Mogłabym to z
trudem zrozumieć, gdyby tej jeszcze żył i konieczne byłoby udzielenie
ostatniego namaszczenia. Choć i to jest zupełnie nieprawdopodobne. Duchowny
oczywiście przyjeżdża (!), kręci się tam i ówdzie, zadeptuje ślady, po czym
spełnia żądania policjantów. Całe szczęście, że zamordowany nie należał do
kościoła uniwersalnego, wówczas bowiem trzeba by przywieść duchownych także
innych wyznań.
Policjantka Maja umawia się
w pubie (!) ze swoim kolegą, który jako pierwszy pojawił się na miejscu mordu,
po czym słucha jego opowieści o tym, co widział. Dlaczego tam, a nie drogą
służbową, pozostaje niezgłębioną tajemnicą. Co więcej, chwilę później zjawia
się akurat tam Mateusz Jasiński, z jakim kobieta kiedyś była w związku i który,
jak wiadomo, pierwszy odkrył ciało. Zbieg okoliczności… widocznie przeznaczenie
uparło się, by te dwie zagubione dusze połączyć. I tak by się pewnie stało,
gdyby policjantka nie okazała się lubić pań. Na szczęście w kręgu bohaterów
pojawia się nowa patolog, która podziela takie właśnie zainteresowania, więc
nawiązuje się nić nowego stadła. A poza tym, co szczególnie interesujące, były
partner śledczej bez niczyjej wiedzy zabiera z miejsca zbrodni ważny dowód a na
pytanie, dlaczego to zrobił, w zasadzie odpowiada, że… nie ma pojęcia. Potem w
końcu wydusza, że chodziło mu o odzyskanie jej względów, można by więc ukuć
nowe powiedzenie: przez kradzież dowodów do serca policjanta.... Szkoda, ze nie
wyszło.
12 dni (!) po wszczęciu
śledztwa policjanci w końcu przesłuchują sąsiadkę, jaka oznajmia, że widziała
obcy samochód, którego kierowca był w domu denata w dzień morderstwa. Dzięki
Bogu, uchylając firankę wskazuje go palcem stróżom prawa, więc Ci wreszcie
wpadają na pomysł, że nieznane auto, którego nikt we wsi wcześniej nie widział,
zaparkowane od prawie dwóch tygodni (!) w pobliżu miejsca zbrodni może mieć
związek ze sprawą. Ale i to nie wystarcza... Szczęśliwie dla przebiegu tak
dynamicznie prowadzonego śledztwa, na posterunku pojawia się żona brata ofiary,
do którego właśnie należy ten automobil. Okazuje się, że pojechał on 12 dni
temu do swojego brata, czyli zabitego i wszelki ślad po nim zaginął. Kobieta,
znając doskonale adres, nie robi nic, aby we własnym zakresie wyjaśnić, co jest
przyczyną tej nieobecności (!), choć od samego początku miała złe przeczucia co
do rodzinnej wizyty, a i mąż nie ukrywał swojego zdenerwowania przed jej
odbyciem. Dopiero to wydarzenie dopinguje śledczych do przeszukania auta,
dzięki czemu znajdują w jego bagażniku odciętą głowę… - nieco sobie poleżała.
Może to i lepiej, że na nią
trafili, gdyż śledczy mają do czynienia z tak krwiożerczym mordercą, że ten
jest w stanie w biały dzień dostać się do zakładu medycyny sądowej (!!!) i, co
następuje: zabić lekarza, zabrać ciało swej ofiary przechowywane w chłodni a do
tego porwać panią patolog, do której skłaniają się uczucia policjantki Mai. Nie
mogę pozbyć się z umysłu widoku mężczyzny słusznej postury, w odzieniu uwalanym
krwią doktora, wynoszącego z placówki pod jedną z pach skostniałego, nagiego trupa
a pod drugą jego omdlałą pracownicę… Jest też ksiądz, który rewolwer wyjmuje
znienacka spod sutanny (!). Barwna plejada się wylosowała. Sądzę zresztą, że poznawszy
tak kwieciście i poetycko wyrażającą się panią patolog pewien przedstawiciel tejże
samej profesji z mojego ulubionego serialu „Dexter” mógłby się zakochać. Jest
to niezła myśl, jako że „Nieudane doręczenie” ma zakończenie otwarte.
To nie wszystko, co w
fabule uraziło mnie jako recenzenckiego wyjadacza, od lat wielu rozsmakowanego
w najmroczniejszych lekturach, ale… musiałabym właściwie opisać całą książkę, by
wskazać każdą z rażących nielogiczności. A tak pozostaje mi mieć nadzieję, że
kolejne propozycje Autorki zyskają na jakości - a ta znajdzie swoich
czytelników wśród fanów mniej wymagających lektur. Za mnogość pomysłów, choć za
dużo ich w jednej opowieści i płynność oraz wielość kreacji dałabym z dwoma minusami:
4/10. Jako że to debiut, niech będzie piątka z uśmiechem na przyszłość.
.png)
0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)