Żaneta Górecka - Nieudane doręczenie - recenzja

by - 23:17:00

O debiucie, który okazał się szokująco złożony - i to niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu…

Praca w kancelarii komorniczej to niezbyt łatwy kawałek chleba. Czasami próba zwykłego doręczenia zawiadomienia o wszczęciu postępowania egzekucyjnego może skończyć się poszczuciem psem a nawet rękoczynami. Na szczęście jesteś byłym policjantem, więc szybko dajesz sobie radę ze zbyt krewkimi dłużnikami i członkami ich rodzin. Dziś jest poniedziałek, więc jak zwykle z samego rana pojawiasz się w biurze, tym razem jednak w nie najlepszym nastroju - daje o sobie znać weekendowy kac. Wyraźnie czujesz suchość w ustach a głowa pulsuje Ci tępym bólem. Do tego Twoje oblicze znaczy wielki siniak pod okiem - skutek wdania się w bójkę z damskim bokserem i ochroną w pubie. Rozpaczliwie próbujesz sobie przypomnieć, kto odwiózł Cię po wszystkim do domu, ale niestety masz dziurę we wspomnieniach. Witasz się zdawkowo ze swoim współpracownikiem - Łucją Adamczewską i raczysz kawą, z ulgą siadając na krześle. Byłeś pewien, że to właśnie ona poratowała Cię w nocy, ale wyraźnie widzisz, że nie miała z tym nic wspólnego, więc odpuszczasz sobie rozmyślanie o problemie i zaczynasz zajmować się pracą. Porządkujesz szybko dokumenty i pakujesz je do teczki. Po chwili ruszacie samochodem w teren. Śpieszycie się, gdyż macie sporo wezwań do rozwiezienia. Pierwsze z nich trzeba dostarczyć Henrykowi Zielińskiemu, który mieszka w niewielkiej wsi - Malanowie. Dzięki nawigacji niebawem docieracie na miejsce, mijając po drodze przeraźliwie puste i zaśnieżone pola. Wysiadacie i obrzucacie wzrokiem spory dom, wyglądający jednak na mocno zaniedbany. Sprawia wrażenie opuszczonego - odpadający tynk pozostawił po sobie liszaje, w oczy rzucają się też niemiłosiernie zarośnięty ogród oraz przekrzywiony płot. Gdy pukasz do drzwi, odpowiada Ci głucha cisza.

„Był inteligentny, kąśliwy, ale zawsze z szacunkiem dla innych. Błysk w jego oczach mówił, że nie ma problemu, którego nie da się rozwiązać, a nawet jeśli coś nie wychodziło, potrafił obrócić to w żart.”

Po chwili naciskasz klamkę, a wtedy wrota uchylają się z niemiłosiernym skrzypnięciem. Choć wołasz, że masz urzędową przesyłkę, nie przynosi to żadnego skutku. Ruszasz więc w głąb ciemnym korytarzem i napotykasz widok, jakiego nie doświadczyłeś nigdy z życiu, choć jako policjant miałeś do czynienia z najbardziej brutalnymi zbrodniami. Najpierw widzisz nogi wystające zza drzwi pokoju i rozrzucone pod nienaturalnym kątem, a potem resztę zmasakrowanego ciała, z którego krew pokrywa nawet ściany pomieszczenia. Wprawdzie nie dajesz rady utrzymać żołądka w ryzach i wymiotujesz, ale pchany zawodowym przyzwyczajeniem, zaraz potem dokonujesz pobieżnej obdukcji. Stan plam opadowych wskazuje wyraźnie, że gospodarz nie żyje od dłuższego czasu, więc nie próbujesz podejmować jakichkolwiek czynności ratunkowych. Zresztą musisz zająć się Łucją, która stoi osłupiała i w wyraźnym szoku. Delikatnie ujmujesz ją pod ramię i wyprowadzasz na zewnątrz. Chwilę później pod nieruchomość podjeżdżają z wyciem syren i błyskiem „kogutów” trzy samochody policyjne. Widocznie ktoś już dokonał powiadomienia o makabrze, co oznacza, że nie Wy pierwsi odkryliście ofiarę zabójstwa. Wietrzysz kłopoty, gdyż jako były kolega nie cieszysz się zbyt wielką popularnością wśród stróżów prawa. I wcale się nie mylisz. Policjanci traktują Cię z lekceważeniem i zastrzegają z przekąsem, abyś stawiał się na każde wezwanie, ponieważ od tego momentu uzyskujesz status świadka. Tego dnia nie zapomnisz do końca życia.

„Drzwi trzasnęły za nią głucho, a wraz z tym dźwiękiem coś się w niej domknęło.”

W policyjnej pracy jedno jest niezmienne - właśnie w tej chwili ktoś kogoś zabija, z tego czy innego powodu, bądź akurat się do tego szykuje. Dlatego, gdy dostałaś polecenie, aby udać się na miejsce zbrodni, przyjęłaś to z rezygnacją. Jesteś śledczym, który widział już chyba wszystko, więc po prostu odhaczysz następną sprawę. To niekończący się proces, z którym dawno się pogodziłaś. Jednak gdy parkujesz pod domem Henryka Zielińskiego w Malanowie i zbliżasz się do pobladłego, stojącego na ganku kolegi, od razu wiesz, że to nie będzie tylko kolejny trup. Gdy wchodzisz do środka, w Twoje nozdrza uderza zapach śmierci i zwietrzałej krwi. Ciało denata jest w strasznym stanie. Twarz została zmasakrowana, tak jakby sprawca chciał nie tylko zabić ofiarę, ale w ogóle wymazać jej istnienie z tego świata. Nawet na Tobie robi to tak ogromne wrażenie, że z trudem powstrzymujesz się przed opuszczeniem pomieszczenia, aby zaczerpnąć odrobiny świeżego powietrza. Współpracownik Antek pokrótce informuje, że brak jest jakichkolwiek śladów włamania czy walki, więc właściciel najwyraźniej znał sprawcę. Zgon nastąpił przynajmniej 48 godzin temu a sposób potraktowania ciała wskazuje na działanie w szale - takim, w jakim człowiek nie uderza na oślep, ale dokładnie kontroluje to, co robi. Winowajcą musiała więc kierować ogromna nienawiść. Zanim udaje Ci się przetrawić te rewelacje, dobiega Cię głośne skrzypnięcie schodów, które przecież w pustym domu nie ma prawa się rozlec. Wymieniasz z Antkiem spojrzenia i obydwoje odruchowo sięgacie po broń. Bezszelestnie zbliżacie się do stopni, a wtedy w ich połowie ukazuje się Wam przyczyna hałasu. Dumnie prężąc się, spogląda na Was z wielkim zaciekawieniem i demonstruje wszem i wobec obciągnięte gołą skórą ciało. Z osłupienia wybudza Was głośne miauknięcie. Rozluźniona, bierzesz sfinksa z niemiłosiernie wystającymi żebrami w ramiona, na co reaguje przyjaznym mruczeniem. Pierwszy raz widzisz tego „ufoludka” z bliska i musisz przyznać, że to wyjątkowo oryginalne zwierzę. Od razu przychodzi Ci na myśl, aby zabrać go do swojego mieszkania, przecież właściciel nie będzie już w stanie się nim opiekować. Masz już nawet dla niego imię - Gorgonzola, gdyż jego zapach i wygląd kojarzą się Tobie właśnie z tym serem. Jednak teraz masz do zrobienia w tym strasznym miejscu jeszcze jedną rzecz - musisz sprowadzić miejscowego proboszcza, aby zmówił modlitwę za nieszczęśnika, który padł ofiarą tak bestialskiego morderstwa…

„Jej piwne oczy potrafiły przenikać ludzi na wskroś. W jej spojrzeniu było coś, co sprawiało, że podejrzani czuli się nieswojo, a koledzy z wydziału woleli nie testować jej cierpliwości. (…) Czerwień była jej znakiem rozpoznawczym - symbolizowała nieustępliwość, której nigdy jej nie brakowało.”

Z pewnością „Nieudane doręczenie” Żanety Góreckiej to zawiły i nieoczywisty kryminał. Jego głównymi bohaterami są dwaj komisarze policji, choć swoją rolę odgrywa także były stróż prawa, obecnie pracujący w kancelarii komorniczej. Narracja prowadzona jest wokół makabrycznego morderstwa, jakiego ofiarą padł właściciel zaniedbanego domu w małej wsi. Sprawa dodatkowo się gmatwa, gdy w bagażniku samochodu zaparkowanego nieopodal nieruchomości śledczy odkrywają odciętą głowę. Trzeba przyznać, że Autorka do pewnego momentu udanie myli tropy, zaś osoba zabójcy jest zaskakująca. Powieść jest wielowątkowa, a motywy kierujące sprawcą mają swoje korzenie w wydarzeniach sprzed trzydziestu laty. I na tym właściwie kończą się dobre strony tej propozycji literackiej. Ubolewam nad tym, bo to debiut - jednak myślę, że z korzyścią dla przyszłych historii Pisarki będzie je wymienić oraz opisać, jako że Górecka ma potencjał, któremu zwyczajnie brakuje uładzenia.

Warstwa językowa jest zbyt ekspresyjna i emfatyczna. Na przykład: „tak właśnie minęła ta podróż: pełna kontrastów, pytań i ulotnych obrazów, które jeszcze długo miały odbijać się w ich sercach”, przy czym dotyczy to trasy, jaką prawie bez słowa i w ciągu krótkiego czasu przebyli pracownicy kancelarii komorniczej, aby wręczyć dłużnikowi banalne powiadomienie. I dalej: „Dźwięk jej kroków był cichy, a powietrze w Malanowie, jak zawsze, miało w sobie coś niepokojącego”. Prawdę pisząc, po raz pierwszy zetknęłam się z określeniem, by wiejskie powietrze było niepokojące... Patolog, który dokonuje sekcji ciała ofiary, prowadzi w trakcie niemiłosiernie długie rozważania o istocie życia oraz roli jaką odgrywa w nim serce: „Zawsze wydawało mi się najbardziej samotnym miejscem w ciele człowieka. Pracuje bez ustanku, dzień po dniu, często w ciszy i bez wdzięczności... dopóki któregoś dnia nie pęknie.” czy: „Patrzę na to serce i zastanawiam się, czy umarło nagle, bo zostało brutalnie zatrzymane, czy już wcześniej nosiło ślady walki. Blizny. Zmęczenie. Niewypowiedziane słowa, które miały zostać w ukryciu.” i jeszcze: „To właśnie ono - ten kawałek mięśnia - napędzało kiedyś całe życie. (…) Ile emocji przepłynęło przez jego komory? Ile razy zadrżało z miłości, zacisnęło się z gniewu, załkało z żalu? (…) Cichy organ po wielkiej pracy.” Potem następuje podobna tyrada na temat mózgu. I tak przez bite 4 strony. Na szczęście w tym momencie Pani patolog natyka się na tkwiące głęboko w gardle denata… ludzkie jądra! (Nie żartuję!). Przez chwilę obawiałam się, że obrazowa elegia zostanie wygłoszona także na ich cześć, ale do tego nie doszło. Szkoda - teraz trochę tego żałuję, bo niewątpliwie byłoby to ciekawe doznanie czytelnicze. Podobnych fragmentów jest w książce bardzo wiele - lubię piękne rozważania w każdej opowieści, ale jednak muszą mieć one sens i uzasadnienie.

Powieść dotknięta jest także licznymi nieracjonalnymi i po prostu niespotykanymi zdarzeniami. Pierwszy raz zetknęłam się z przypadkiem, gdy komisarze po dokonaniu wstępnej autopsji ciała, które jest brutalnie zmasakrowane, osobiście udają się do księdza, aby ten odmówił modlitwę za nieszczęśnika i to na miejscu zbrodni. Mogłabym to z trudem zrozumieć, gdyby tej jeszcze żył i konieczne byłoby udzielenie ostatniego namaszczenia. Choć i to jest zupełnie nieprawdopodobne. Duchowny oczywiście przyjeżdża (!), kręci się tam i ówdzie, zadeptuje ślady, po czym spełnia żądania policjantów. Całe szczęście, że zamordowany nie należał do kościoła uniwersalnego, wówczas bowiem trzeba by przywieść duchownych także innych wyznań.   

Policjantka Maja umawia się w pubie (!) ze swoim kolegą, który jako pierwszy pojawił się na miejscu mordu, po czym słucha jego opowieści o tym, co widział. Dlaczego tam, a nie drogą służbową, pozostaje niezgłębioną tajemnicą. Co więcej, chwilę później zjawia się akurat tam Mateusz Jasiński, z jakim kobieta kiedyś była w związku i który, jak wiadomo, pierwszy odkrył ciało. Zbieg okoliczności… widocznie przeznaczenie uparło się, by te dwie zagubione dusze połączyć. I tak by się pewnie stało, gdyby policjantka nie okazała się lubić pań. Na szczęście w kręgu bohaterów pojawia się nowa patolog, która podziela takie właśnie zainteresowania, więc nawiązuje się nić nowego stadła. A poza tym, co szczególnie interesujące, były partner śledczej bez niczyjej wiedzy zabiera z miejsca zbrodni ważny dowód a na pytanie, dlaczego to zrobił, w zasadzie odpowiada, że… nie ma pojęcia. Potem w końcu wydusza, że chodziło mu o odzyskanie jej względów, można by więc ukuć nowe powiedzenie: przez kradzież dowodów do serca policjanta.... Szkoda, ze nie wyszło.

12 dni (!) po wszczęciu śledztwa policjanci w końcu przesłuchują sąsiadkę, jaka oznajmia, że widziała obcy samochód, którego kierowca był w domu denata w dzień morderstwa. Dzięki Bogu, uchylając firankę wskazuje go palcem stróżom prawa, więc Ci wreszcie wpadają na pomysł, że nieznane auto, którego nikt we wsi wcześniej nie widział, zaparkowane od prawie dwóch tygodni (!) w pobliżu miejsca zbrodni może mieć związek ze sprawą. Ale i to nie wystarcza... Szczęśliwie dla przebiegu tak dynamicznie prowadzonego śledztwa, na posterunku pojawia się żona brata ofiary, do którego właśnie należy ten automobil. Okazuje się, że pojechał on 12 dni temu do swojego brata, czyli zabitego i wszelki ślad po nim zaginął. Kobieta, znając doskonale adres, nie robi nic, aby we własnym zakresie wyjaśnić, co jest przyczyną tej nieobecności (!), choć od samego początku miała złe przeczucia co do rodzinnej wizyty, a i mąż nie ukrywał swojego zdenerwowania przed jej odbyciem. Dopiero to wydarzenie dopinguje śledczych do przeszukania auta, dzięki czemu znajdują w jego bagażniku odciętą głowę… - nieco sobie poleżała.

Może to i lepiej, że na nią trafili, gdyż śledczy mają do czynienia z tak krwiożerczym mordercą, że ten jest w stanie w biały dzień dostać się do zakładu medycyny sądowej (!!!) i, co następuje: zabić lekarza, zabrać ciało swej ofiary przechowywane w chłodni a do tego porwać panią patolog, do której skłaniają się uczucia policjantki Mai. Nie mogę pozbyć się z umysłu widoku mężczyzny słusznej postury, w odzieniu uwalanym krwią doktora, wynoszącego z placówki pod jedną z pach skostniałego, nagiego trupa a pod drugą jego omdlałą pracownicę… Jest też ksiądz, który rewolwer wyjmuje znienacka spod sutanny (!). Barwna plejada się wylosowała. Sądzę zresztą, że poznawszy tak kwieciście i poetycko wyrażającą się panią patolog pewien przedstawiciel tejże samej profesji z mojego ulubionego serialu „Dexter” mógłby się zakochać. Jest to niezła myśl, jako że „Nieudane doręczenie” ma zakończenie otwarte.

To nie wszystko, co w fabule uraziło mnie jako recenzenckiego wyjadacza, od lat wielu rozsmakowanego w najmroczniejszych lekturach, ale… musiałabym właściwie opisać całą książkę, by wskazać każdą z rażących nielogiczności. A tak pozostaje mi mieć nadzieję, że kolejne propozycje Autorki zyskają na jakości - a ta znajdzie swoich czytelników wśród fanów mniej wymagających lektur. Za mnogość pomysłów, choć za dużo ich w jednej opowieści i płynność oraz wielość kreacji dałabym z dwoma minusami: 4/10. Jako że to debiut, niech będzie piątka z uśmiechem na przyszłość.

You May Also Like

0 comments

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)