Grzegorz Kapla - Ziarno zła - recenzja
Pewna lokata w tegorocznym rankingu najlepszych przeczytanych książek oraz nota 11/10 nie oddadzą w pełni tego, jak misternie skonstruowaną szkatułką tragedii jest „Ziarno zła” - powieść Autora, którego zdążyłam… obdarzyć nienawiścią już po pierwszych kilku przeczytanych rozdziałach. W pozytywnym znaczeniu tego słowa, ponieważ jako literat odczuwam naturalną zazdrość względem niespotykanie ogromnego talentu, jakim bez wątpienia dysponuje Pisarz. Mieć oryginalny pomysł na fabułę, zaprezentować go w udany sposób, przedstawić umiejętnie czytelnikowi sztafaż barwnych postaci - to wszystko trudne, choć w pełni wykonalne. Twórca jednak na tym nie poprzestaje, prawdopodobnie postanowiwszy postawić poprzeczkę o wiele wyżej. Do powyższych dołączają bowiem inne elementy, które wynoszą prozę na o wiele ambitniejszy poziom. Trzecioosobowa narracja to swego rodzaju żonglerka, jako że płynnie i naprzemiennie rzuca światło na wydarzenia, które stają się udziałem wielu bohaterów. Pozornie takich, którzy nie mają ze sobą wiele wspólnego, pomijając pewne determinujące przyszłość wydarzenie z przeszłości. W istocie - osoby, które finalnie po zawirowaniach i świetnie wprowadzonych plot twistach, spotkają się na jednej, wielkiej scenie - w przedstawieniu tak dramatycznym, że aż zatrzymującym niemiejącego odbiorcę w miejscu. Do tego Kapla zdecydował się na bardzo rzadki zabieg literacki, z którym ostatnio miałam do czynienia… wiele lat temu we własnym tekście. Jakże pysznie było zobaczyć jego realizację na 413 stronach tekstu! Anadiploza, czyli paralelizm składniowy, zastosowany na poziomie kompozycji rozdziałów z wariacyjnym przekształceniem frazy to sztuka niesamowicie trudna. (Pisząc prościej: ostatnie zdanie rozdziału poprzedniego i pierwsze kolejnego są złożone z podobnych słów, choć różne - i właściwie wplecione w treść.) Zabawę słowotwórstwem, którą tak cenię, widać zresztą u Autora wielokrotnie. Z tego „Ziarna zła” wykiełkowało, nie przesadzając, dzieło. Idealnie niewtórny przedstawiciel literatury pięknej. Najwyższych lotów!
„W jakiś niezrozumiały dla
samego siebie sposób ufał, że wierność tej jednej przysiędze sprzed lat potrafi
oczyścić go ze wszystkiego. To przecież była przysięga tak samo ostateczna jak
śmierć. Była jego kawałkiem Silmarilu, zamkniętym w delikatnej fiolce, a jednak
potrafiłaby w czeluściach Mordoru wyczarować światło. Była jego okruchem
nadziei.”
Dzień najwyższych lotów. Zbliża się Wigilia, w trakcie jakiej co roku na nowo Bóg się rodzi a moc truchleje - ale tym razem nie tylko ona podda się ledwo wyczuwalnym drżeniom wiary. Efekt skrzydeł motyla albo ta jedna kostka domina, która najbardziej przerażająco jak tylko można wprawi w ruch całą układankę, jakiej każdy element ma w sobie inną wariację roztrząsań: co by było, gdyby…? Czy jeśli choć pojedyncza składowa którejś z sytuacji byłaby odmienna, nie doszłoby do tego wszystkiego? Sędzia, dziennikarz telewizyjny, policjant i profesor - czterej mężczyźni, których wiele lat temu połączyła zmowa milczenia. Niepisany, choć przyklepany podzielonym na czworo starym banknotem pakt, w ramach którego do końca życia każdy z członków grupy jest zobowiązany do pomocy temu, jaki się do niego odezwał, bez zadawania żadnych pytań. Nieistotne, czego dotyczy prośba, jak ryzykowna się wydaje, z czym jest związana. Czterej muszkieterowie, którzy raz wojowali za siebie podczas szkolnej wycieczki i równie dobrze już wówczas mogli za siebie zginąć. Choć poranieni wewnętrznie i naznaczeni niepowetowaną stratą oraz odpływającą w otoczce otumaniających kłamstw tragedią, doczekali dorosłości. Odnieśli sukcesy - okupione oszustwami lub okraszone ciężką pracą. Dwaj z nich, związani ze światem prawa, stworzyli udany duet, działający drastycznie sprawnie, by oszukać każdy system. Pozostała dwójka czasem tylko wspomina, że dwadzieścia lat temu, wśród górskich pasm i łańcuchów wczepionych w skały wydarzyło się coś, za co być może kiedyś przyjdzie im niewyobrażalnie wiele zapłacić. Wszak ponoć natura nie znosi próżni a na skutek minionej tragedii, za jaką nikt nie odpokutował należycie, wciąż ktoś powinien ponieść cenę. Tylko… ile powinna wynieść, jeśli była li odpłaceniem brzydkim za ohydne - zasłużonym złym za podłe? I kto by pomyślał, że przedzielony na cztery części banknot zapragnie połączyć się w jedność tego samego dnia? Jak małe jest prawdopodobieństwo, że dawny kwartet akurat tej doby będzie potrzebować pomocy reszty zespołu? Chichot Losu zawsze rozlega się w najmniej oczekiwanych momentach.
„(…) pogrążył się w jakichś
chmurnych wspomnieniach, tych, co czynią źrenice oczu wyblakłe jak śniedź. Wiesz,
że kiedyś krył się tam jakiś blask, ale to już była odległa przeszłość.”
Przeznaczenie śmieje się nie w chwilach, w jakich się tego oczekuje. Kostki domina opadają z głośnym echem, które rezonuje w pozostałych częściach układanki. Każda kolejna to zazębiający się element następnych mechanizmów. Spróbuj sobie wyobrazić, że wszystkie są ze sobą połączone. Do samochodu wykładowcy, który właśnie zakończył spotkanie z kolegą po fachu, wsiada mężczyzna mówiący ze wschodnim akcentem. Składa profesorowi propozycję nie do odrzucenia, jednocześnie wikłając w sprawę jego młodą i uzależnioną od substancji wyskokowych żonę. Równocześnie syn sędziego właśnie ulega wypadkowi samochodowemu - w okolicznościach, które postawiłyby go w bardzo niekorzystnym świetle, gdyby oczywiście ujrzały to dzienne. Chłopak słabej psychiki wraz z towarzyszącą mu dziewczyną trafia do położonego na obrzeżach miasta domu doktora, jaki niegdyś uczestniczył w nader szemranych interesach. Tymczasem policjant robi wszystko, by zatuszować powierzone mu wydarzenia, chwilę temu otrzymawszy kolejny telefon - niestety nie od niebanalnie rozrywkowej kochanki. Na skutek nadużywania alkoholu, telewizyjny prezenter o podejrzanie przystojnej aparycji jeszcze bardziej pogrążył się w marazmie, związanym z nieuleczalną chorobą matki. Na domiar złego, w domu kobiety już niedługo wybuchnie pożar. Na miejsce trafi młoda policjantka, jakiej za codzienne towarzystwo wystarczyć musi mruczący jegomość. Co ciekawe, fatum splecie ją z niewidzianym od dawna funkcjonariuszem, który dopiero co postrzelił na służbie pierwszego człowieka. W nieco innej lokalizacji kobieta, jaka zdecydowała się poddać nielegalnemu zabiegowi, wciąż walczy o życie - choć nawet nie jest świadoma tego, że balansuje na cienkiej granicy między światami. A gdzieś na niebie, w strugach deszczu, opadającego na rzeczywistość na zmianę ze świątecznym śniegiem, być może właśnie pojawiła się pierwsza gwiazdka. Światło, które pozwoli nareszcie wyrosnąć ziarnu zła, zasianemu wiele lat wcześniej - albo doszczętnie je spali. A w tych promieniach podzielony na czworo dwie dekady wcześniej banknot scali się lub spopieli. Ciężko nie wierzyć w ciężar przeznaczenia…
„(…) rozumie, że ten chłód,
dystans (…) to nie pycha, ale lęk. Strach przed tym, że ktoś dostrzeże prawdę.
Lęk przed upokorzeniem. (…) Niektórzy są dojrzali już jako dzieci, a inni są
dziećmi całe życie.”
Choć trudno dać temu wiarę,
wszystkie zarysowane powyżej wątki Grzegorz Kapla złożył w jedną całość. Tak
udaną i zmyślną, że aż mogłoby się to wydawać niemożliwe. A jednak! Do tego Autor urzekł mnie dodatkowo poza dramatyczną
złożonością nieodkładalnej historii także innymi kwestiami. W swoją opowieść
udanie wplótł utwory muzyczne, które - wyobrażone - dodają nut odpowiedniego
tragizmu poznawanym wydarzeniom. W tych uczestniczą również… koty, które
odegrają w fabule niebanalną rolę, co dodatkowo uśmiecha. Poza tym Pisarz nader
ironicznie wypowiada się o rzeczywistości, przy czym prezentuje oryginalnie
inteligentne poglądy. Wśród bohaterów tak smutnych, że aż od początku
wydających się zmierzać do nieuchronnie najgorszego końca, znajdują się także
ci wartościowi - jak chociażby piękne wręcz w swym oddaniu małżeństwo
zajmującego się nielegalnymi interesami doktora. Urzeka dwoistość natury! Na
uwagę zasługują również niemożliwe do przewidzenia do samego końca plot twisty,
spośród który każdy zostaje odpowiednio wyjaśniony. Twórca posłużył się
właściwie niezliczoną ilością postaci, motywów i zwrotów akcji oraz pozornie
nieznaczących wydarzeń - a przy tym nie potracił po drodze żadnego z umiejscowionych
w narracji elementów. W tej sztuce, bo tym właśnie jest „Ziarno zła”,
dziesiątki nici, które na początku tylko łaskoczą odbiorcę w nos, czyniąc mu intelektualnego
psikusa, splatają się finalnie w jeden, nader skomplikowany wzór. Teatr
dramatycznego piękna. Literatura najwyższej jakości, której Autor udowadnia
zarówno osobom z własnej branży, jak i czytelnikom, że wciąż są jeszcze książki,
w jakich dbałość o formę i niezwykle artystyczną konstrukcję szkatułkową stanowią
ważkie wartości. O poświęceniu, wierności przekonaniom, wadze przyjaźni, błędach
rodziców, zaniedbaniach tych, co to mieli chronić, zapłacie za zadawnione winy.
I o tym, że nic się nie dzieje przez przypadek, a jedna odwrócona karta jest w
stanie zachwiać całym światem. Ziarno zła zawsze wykiełkuje, niezależnie od
gruntu, na jaki trafiło. 11/10 i lokata w top10. Grzegorz Kapla to zaś
sztukmistrz tragedii oraz katastroficznego artyzmu.
„Ambicja, determinacja,
konsekwencja w działaniu. (…) nauczyła się, czym jest zemsta. Można wyć z
wściekłości, ale można też stać się najlepszą wersją siebie i wszystko zmienić.
Zostać księżniczką. (…) Zazdrość to takie budujące uczucie, jeśli tylko
wykorzysta się je do pracy nad sobą. (…) ona nie ma łatwej historii (…).”
0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)