Amy Harmon - Making faces

15:05:00

Cześć Kochani.

Mój zapał do czytania książek ostatnimi czasy zaskakuje nawet mnie samą. Praktycznie każdego wieczora biorę do ręki książkę i kończę ją jeszcze tego samego dnia. Zapomniałam już jak wiele przyjemności może z tego płynąć.

Po okładce wczorajszej lektury spodziewałam się lekkiego romansu, rzekłszy szczerze, choć wiem, iż ocenianie książki po obrazku bywa mocno krzywdzące. W tym przypadku jednak nie tyle jednak takie to było, a niebywale mylące. Już od pierwszych stron powieści znalazłam bowiem całą kaskadę emocji, oryginalnych scenerii i licznych wzruszeń. Taka właśnie jest książka Amy Harmon - Making faces, która na długo jeszcze pozostanie w mojej pamięci. Dlaczego?

Okładka, ot, dość niewyróżniająca się na tle innych książek. Podoba mi się jednak zmysłowe ujęcie pary i spokojne, ciepłe kolory zieleni i pomarańczu przełamane bielą.


Przyznam szczerze, iż wybierając powieść, nie przeczytałam tylnego opisu, co rzadko mi się zdarza. Po prostu poprzednia powieść Amy jaką czytałam (Prawo Mojżesza, którego recenzja tutaj: KLIK) zaciekawiła mnie na tyle, iż zapragnęłam sięgnąć po kolejną. Opis przeczytałam dopiero później i niezmiernie się z tego cieszę- zupełnie nie rozumiem zawartego w nim spoilera... Cieszę się, iż bohaterów lektury poznawałam sama wraz z upływem kolejnych stron. Właśnie dzięki temu miałam szansę dać się ponieść emocjom i przenieść w inny świat. Takim opisom na okładce mówię stanowcze: NIE.



Książka podzielona jest na ciekawie zatytułowane rozdziały, które, jak się później okazuje, są cudownie wzruszającą listą marzeń do spełnienia, ale nie będę spojlerować. Niemniej, kapitalny pomysł, który dopiero przy końcu powieści nabiera sensu. Urzekł mnie także fakt, iż w książce w niemalże każdym z najczęściej kilkunastostronnicowych rozdziałów znajdziemy retrospekcje. Lubię cofać się w czasie wraz z bohaterami i dowiadywać się, jacy byli kiedyś oraz zastanawiać jaki wpływ miały przeszłe wydarzenia na obecne ich osobowości. Czcionka przystępna, podobnie jak i język, który jest lekki, acz w ten inteligentny sposób.


Cytat, który wybrałam do zdjęć zgrywa się z fabułą powieści w sposób nierozerwalny, choć na początku nic na to nie wskazywało. Mamy tutaj Fern- szarą, choć rudą, myszkę dobrą do imentu zakochaną w szkolnej gwieździe imieniem Ambrose (które niezmiernie mi się spodobało), chełpiącej się chwałą wybitnego zapaśnika. Oczywiście, o nienagannej aparycji. Oczywiście nie zauważa zakochanej w nim nastolatki (a gdzie tam taki on i taka ona). Schemat tak typowy, że aż w duchu chciało mi się śmiać z trafności klasyfikacji pozycji po okładce. Ostatnia klasa liceum, miłosne podboje, imprezy... Zresztą, przyjaciółka głównej bohaterki zastawia na Ambrose'a sidła i knuje małą intrygę. Ot, typowe.

Aż tu nagle, przeczytawszy niewiele stron, odkryłam jak bardzo się pomyliłam i uświadomiłam sobie, iż nie będzie to płytkie love story jakich wiele. Pojawia się postać Bailey'a- nieuleczalnie chorego na dystrofię mięśniową kuzyna głównej bohaterki, którym ta, troskliwie, naturalnie i bez najmniejszych wyrzutów opiekuje się niemalże non stop od urodzenia. Postać Fern jest tu tak nieskończenie dobra, że aż nierealna. Sam Bailey budzi tak wielką sympatię, iż kibicuje się mu praktycznie od momentu zetknięcia się z bohaterem. Pojawia się także zupełnie paraliżujący nastolatków (i nie tylko) zamach na Word Trade Center. Muszę przyznać, iż opisany jest w sposób znakomity i trzymający w napięciu. Emocje aż biją ze stron po oczach- na tyle bardzo iż czytelnik także je czuje.

A później główny bohater wraz z ukochanymi przyjaciółmi z których każdy ma inną, acz ciekawą osobowość, wyrusza na wojnę aż do niebezpiecznego Iraku... Wciągnęłam się w historię na tyle, iż serce zaczęło mi mocniej bić.


Kiedy Ambrose powraca, nic nie jest ani trochę takie, jakim było. Wojna zabrała mu piękną twarz i pozbawiła emocji, pozostawiając na wrażliwym chłopcu lodową skorupę. Na jego szczęście niestrudzona Fern, która podczas jego nieobecności przemieniła się z brzydkiego kaczątka w uroczą, choć jeszcze zupełnie siebie nieświadomą kobietę, nie zamierza odpuścić sobie walki o miłość. Z całego serca chciałam, aby historia zakończyła się szczęśliwie dla bohatera z blizną w sercu i na twarzy i nieświadomej własnej wartości Fern, dla której (choć może brzmi to błaho- choć nie jest tak wcale) prawdziwe piękno kryje się głęboko wewnątrz.

Making faces to powieść, której nie można odłożyć nawet na chwilę, nie poznawszy dalszego ciągu wydarzeń. To powieść, z której bohaterami zżyć idzie się w tak wielkim stopniu, iż po skończonej lekturze czuje się żal- że to już. To powieść, którą polecam każdemu. I przede wszystkim, to powieść, której historia z pewnością zostanie ze mną na dłużej.


Dajcie znać, czy mieliście już przyjemność poznać którąś z książek Amy.
xoxo

You Might Also Like

1 komentarze

  1. O kurde a ja zawsze czytam to, co jest napisane na tyle książki :D Czasem nie warto się tym sugerować :)

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)