Nowości w kosmetyczce - Weleda, Bielenda i Solverx

 Cześć, Kochani.


Pogoda niestety zdecydowanie nas nie rozpieszcza - okropna szarówka nastraja wręcz przygnębiająco. Nie poddając się jednak pogodzie (choć ta uniemożliwia mi zrobienie dobrze oświetlonych zdjęć, co doprowadza mnie do szewskiej pasji ;)), pokażę Wam dziś kilka kolorowych nowości, które zagościły niedawno w mojej kosmetyczce. Będzie to mały misz-masz - opowiem Wam zarówno o nowinkach w mojej pielęgnacji twarzy, włosów, jak i w makijażu, wśród których znalazły się zarówno perełki, buble, jak i... zupełne dziwaki. ;-)

Marki, które zagościły u mnie niedawno to dobrze wszystkim znana Bielenda, lubiane dzięki mineralnym cudom do makijażu Lily Lolo oraz trzy marki, które były dla mnie zupełną nowością - Nourish, Weleda oraz Solverx.


Bielenda - magic water gold & fluid matujący 1


Z marką Bielenda, aż wstyd się przyznać, do tej pory miałam do czynienia jedynie w przypadku maseczek do twarzy, które zresztą bardzo lubię. Tym razem postanowiłam przetestować coś do makijażu. Jako że - choć podkładów mam niezliczoną ilość - lubię poznawać nowości i wciąż szukam swoich perełek w tej kategorii, postanowiłam spróbować podkładu matującego o odcieniu 1.

Podkład zamknięty jest w miękkiej, lecz nie za miękkiej wygodnej tubie, z której wyciska się bezproblemowo dzięki lekkiej konsystencji. Pachnie lekko i przyjemnie. Odcień nr 1 powinien odpowiadać większości osób o jasnej, ale nie porcelanowej cerze o żółtych i neutralnych tonach. Bardzo dobrze rozprowadza się po twarzy, nie tworząc nigdzie maski, czy też skorupy. Krycie opisałabym jako średnie - z pewnością polubią go fanki raczej delikatnych podkładów, które dobrze sprawdzają się na co dzień. Na większe wyjścia preferuję jednak mocniejsze krycie. Działanie matujące jest również na średnim poziomie - dla porządnego matu warto opruszyć podkład pudrem, co i tak zresztą zawsze robię. Co do trwałości nie mam żadnych zastrzeżeń - trzyma się twarzy aż do demakijażu. Punktowo oceniłabym go ma 6/10 punktów.


Jakiś czas temu zauważyłam już, że mgiełki rozświetlające Bielenda magic make water cieszą się dużym powodzeniem.Przyznam szczerze, że dla mnie ten produkt to... dziwak. ;-) Dziwak, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa, choć bez wątpienia aby nauczyć się go porządnie używać, trzeba troszkę poćwiczyć - przy pierwszej aplikacji świeciły się moje uszy, włosy i wszystko dookoła, poza twarzą. :-D

Ta rozświetlająca mgiełka może być stosowana zarówno jako primer, rozświetlacz, ale i nawilżacz. Ja zdecydowanie najbardziej lubię jej efekt, kiedy używam jej już po skończonym makijażu - zamiast klasycznego rozświetlacza. Ileż drobinek ma ta mgiełka, aż ciężko sobie wyobrazić! Mienią się chyba wszystkimi odcieniami złota, a taki właśnie mocny glow uwielbiam. Uwaga jednak z aplikacją - najpierw trzeba porządnie wstrząsnąć butelką, potem zaś z odległości nie za bliskiej i nie za dalekiej spryskać miejsca, które chcemy rozświetlić. Podoba mi się fakt, że mgiełka powoli zasycha dzięki czemu w razie błędu można szybko skorygować rozświetlone miejsce wacikiem kosmetycznym. A mieniący się efekt jest naprawdę uroczy. Co do nawilżenia, pewnie w takim użyciu zauważyć go nie można, jednak podejrzewam, że jeśli wybierzecie stosowanie jej jako primer, buzia będzie przyjemnie gładka - taka jest bowiem nawet po aplikacji mgiełki na podkład. Ode mnie 8/10 punktów.




O tej marce gdzieś zapewne kiedyś czytałam, bo nazwa wydaje mi się znajoma, jednak jej produkt wpadł w moje łapki po raz pierwszy. Krem skin food dedykowany jest do skóry suchej i wrażliwej i ma za zadanie nawilżać, koić i niwelować szorstkie miejsca na skórze. Niestety jego pojemność nie jest największa, bowiem to zaledwie 30 ml. Obawiałam się, że starczy mi zaledwie na kilka użyć, jednak okazuje się, że dzięki konsystencji (bardzo lekkiej, która szybko się wchłania) jest naprawdę wydajny. Dodatkowo na Notino ma bardzo fajną cenę.

Stosuję go miejscowo na pięty, kolana i łokcie oraz skórki dookoła nosa, czyli miejsca, które wysuszają mi się najczęściej. Muszę przyznać, że już po 2-3 użyciach zaczyna być widać efekty - suche skórki znikają, a skóra staje się coraz bardziej gładka i miła w dotyku. Pochwalić muszę także jego skład - ja, jako wybredna włosomaniaczka, dodałam nawet odrobinę do maski na włosy! - krótki i całkiem bogaty, z olejem słonecznikowym, ze słodkich migdałów i ekstraktem z rumianku na czele. Podsumowując 9/10 - a minus jedynie za pojemność.


Solverx - szampony do skóry wrażliwej


I w końcu gratka dla wieloletniej włosomaniaczki - zupełnie nieznana dotychczas marka ;-). Szampony Solverx dedykowane są dla osób z wrażliwą skórą głowy. Wielkim plusem jest to, że moją być także stosowane dla osób z cerą atopową - a już to sugeruje, że mamy do czynienia z naprawdę dobrym, delikatnym i specjalistycznym kosmetykiem. Szampony te nie zawierają SLS i SLES, zapachowych alergenów i są stworzone z naturalnych składników (mnóstwo olejków i naturalnych ekstraktów!).

Do mojej kolekcji dołączyły 3 szampony - szampon dla kobiet, dla mężczyzn oraz dla dzieci od 3 roku życia. Wariant dziecięcy jest przeznaczony na Mikołajki dla mojej siostry, wariant dla mężczyzn namiętnie zużywa mój mąż, zaś wariantem damskim zajęłam się sama i to na nim dzisiaj skupię się najbardziej - składowo wypadają bowiem całkiem podobnie. Z recenzji Męża podszepnę Wam tylko, że "fajny jest i ładnie pachnie" (pewnie dlatego mężczyźni raczej nie piszą recenzji ;-)), jednak z własnych obserwacji dodam, że mojemu TŻ często tworzą się suche miejsca na skórze głowy, które wręcz się łuszczą - odkąd stosuje ten szampon, w ogóle nie zauważyłam tego problemu.

Zapach wariantu damskiego kojarzy mi się z delikatnym, niemowlęcym kosmetykiem, lub aptecznym kremem... i jest to woń bardzo przyjemna. Kremowo-żelowa konsystencja dobrze rozprowadza się na skórze głowy i odpowiednio się pieni. Wiem, że będę zadowolona z szamponu już w momencie spłukiwania go z włosów - kiedy te nie plączą się, tylko przelatują mi przez palce jak tafla - i tak jest właśnie w tym przypadku. Włosy są miękkie, puszyste (ale nie spuszone!), gładkie i bezproblemowo się rozczesują. No i, przede wszystkim, podobnie jak mój Mąż, odkąd go stosuję, moje problemy ze skórą głowy jak ręką odjął. Żadnych wysuszonych miejsc, a i nawet po farbowaniu skóra wydaje się być ukojona. Zasłużona dyszka/10! ;-)


Lily Lolo - puder mineralny, pędzelek do brwi, eyebrow duo light 


Przyznam, że brwi do tej pory malowałam raczej jedynie na specjalne okazje, a i wtedy nie byłam zazwyczaj zadowolona z efektu. Marka Lily Lolo, znana z wysokiej jakości mineralnych kosmetyków naturalnych skusiła mnie jednak do podjęcia częstszych prób wystylizowania swoich brwi. 

Eyebrow duo w odcieniu light składa się z wosku i cienia w odcieniu jasnego, naturalnego brązu bez żadnych rudych tonów. Przyznam, że makijaż brwi tym produktem jest dziecinnie łatwy - wystarczy odpowiednio wypełnić kontur cieniem, a następnie pokryć go delikatnie woskiem. Konsystencja nie jest zbyt twarda i rozprowadza się bez problemu. Do tego jednak potrzebujemy odpowiedniego pędzelka...


... i oto jest i on. Cieniutki, precyzyjny, dobrze leżący w dłoni. Z jednej strony włoski, którymi rozczesujemy brwi przed procesem stylizacji, z drugiej strony zakrzywiony pędzelek do wypełnienia konturu brwi cieniem a później woskiem. Najbardziej w tym subtelnym zestawie podoba mi się to, że nie można zrobić nim sobie krzywdy. :-D


I na koniec mój hit absolutny, puder mineralny sypki, w którym zakochałam się od pierwszego użycia. Zamknięty w odkręcanym słoiczku, w którym mamy jeszcze specjalne wieczko, otwierające dziurki, przez które sypie się puder - co bardzo mi się podoba, bowiem kosmetyk nie wysypuje się dzięki nim kiedy na przykład kula się w torebce. 

Nie bieli, nie pyli, idealnie rozprowadza się na twarzy, matując podkład i utrwalając go na wiele godzin. Dodatkowo, skóra jest po nim tak aksamitna w dotyku, że nie sposób się w nim nie zadurzyć! Drogie Panie, to coś, co obowiązkowo musicie mieć w swojej kosmetyczce. Ode mnie, za całe trio zasłużone 10 punktów.


Nourish kale 3D cleanse - emulsja myjąca do twarzy


Z tą marką również nie miałam nigdy wcześniej do czynienia, ba!, nigdy nawet o niej nie słyszałam. Emulsja oczyszczająca do twarzy zamknięta jest w estetycznym białym opakowaniu. Aby ją wydobyć, należy nacisnąć pompkę - i nie wiem, czy trafiłam na wadliwy model, czy tak po prostu fabrycznie jest, jednak chodzi ona bardzo ciężko i wydobywa jedynie niewielką ilość produktu, tak więc na jedną aplikację potrzebuję kilku porządnych naciśnięć.

Przyznam, że jej pierwsze użycie było dla mnie ogromnym szokiem ze względu na zapach... Przypomina mi on coś pomiędzy strychem, wilgotnym mchem a mokrym drewnem i jest, cóż, naprawdę specyficzny. W pierwszym momencie mnie odrzucił, jednak już po kilku użyciach do niego przywykłam i lubię jego nietypową woń

Emulsja jest lekko kremowa i ma perłowy kolor oraz drobinki, jednak w miarę mycia twarzy staje się pistacjowo zielona - dzięki czemu wiadomo, kiedy buźka jest już czysta i można zmyć ją wodą. Zawiera kwas hialuronowy, jarmuż i czerwoną fasolę, które detoksykują, oczyszczają i widocznie wygładzają twarz. Przyznam szczerze, że uwielbiam to, jak miła jest skóra mojej buzi po myciu oraz polepszenie się jakości mojej cery - żegnajcie wypryski. ;-) W podsumowaniu to dla mnie 8/10.

Która z nowości zaciekawiła Was najbardziej? A może znacie już któryś z opisanych przeze mnie kosmetyków?
xoxo

You May Also Like

0 comments

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)