Główna bohaterka powieści „Piekielna
osiemnastka” ma na imię Julka… i w tak wielkim stopniu jest mną, że chyba
powinnam podejrzewać Autorkę o rzeczywiste konszachty z diabłem. Każdą kolejną
stronę tego naznaczonego wątkami paranormalnymi thrillera czytałam z wręcz
makiawelicznym uśmiechem, jako że w literaturze nie trafiłam jeszcze na postać,
która miałaby ze mną tak wiele wspólnego. Julia ubiera się jedynie na czarno -
nie uznaje innych kolorów a jej stylizacje należałoby określić mianem mrocznie
rockowych. Uwielbia słuchać muzyki i ma do niej niesamowitą pamięć. Jeśli raz
wpadnie jej w ucho jakiś utwór, jest w stanie odtworzyć go z głowy. Za najciekawszą
spośród jej umiejętności uznaję natomiast niezwykłą smykałkę do języków obcych.
Uczy się ich z ogromną łatwością, najwięcej czerpiąc z tłumaczeń tekstów, które
niekiedy… jakoby same materializują się w jej jaźni. To natomiast wprawia w
konsternację nauczycieli, jacy za wszelką cenę usiłują udowodnić jej próbę oszustwa
czy niewiedzę - i irytują się niezmiernie za każdym razem, gdy okazuje się to niemożliwe.
Pozornie nie uważa na lekcjach, lecz mimo tego potrafi odpowiedzieć bezbłędnie
na wszystkie pytania belfrów. Nie musi spędzać licznych godzin na nauce jak
reszta jej rówieśników - co dla wykładających niemiecki lub angielski jest na
tyle podejrzane, że podczas zajęć niemalże zatruwają życie dziewczyny zagadnieniami
wykraczającymi ponad podstawę programową. Wydawać by się mogło, iż tego rodzaju
książkowy wątek jest mało realistyczny - jednak, kto chodził do mojego
prestiżowego z nazwy liceum, ten w cyrku się nie śmieje, chyba, że przez łzy. 😉 Zaręczam, zdarzają się i historie, o
jakich filozofom się nie śniło, a co dopiero jednostkom innym niż przeciętne.
Julka jest na domiar dla niej złego odmienna niż reszta - a przy tym wychowuje
się w małej wiosce, w jakiej niczego nie da się utrzymać w tajemnicy. Jako
jedyna nieochrzczona, pozostaje także szkolnym wyrzutkiem, za przyjaciółkę
mając tylko wyklętą dziewczynę. Cóż… tak bohaterka jest mną, jak i ja jestem
nią. Wielce.
Opowiadania nie należą do
łatwej formy literackiej, wszak przy użyciu niedużej ilości słów ich autor musi
wyrazić bardzo wiele, jeśli mają być uznane za udane. Z drugiej strony, to
właśnie one uważane są za oddające w pełni kunszt, jakim dysponuje pisarz. Sama
najbardziej lubię historie spowite ulotną mgiełką ezoteryki, które przemawiają
do tej cząstki duszy, jaka doskonale wie, że - cytując Hamleta: „świat jest
pełen tajemnic, zjawisk i niezwykłości, których ludzki rozum, nauka czy
filozofia nie są w stanie pojąć lub przewidzieć”. Która przyjmuje, że Mickiewiczowskie:
„czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko” jest w
pełni zasadne, ponieważ to, co
transcedentalne, stanowi immanentną część ludzkiego świata i świadomości. A
także wyobraźni, która często zabiera człowieczą istotę w podróż po tym,
czego nie da się przeniknąć rozumem a
tym bardziej namacalnie dotknąć. Niewątpliwymi mistrzami tego rodzaju opowiadań
byli Edgar Allan Poe oraz H. P. Lovecratft, którzy wyznaczyli ich niedościgły
wzorzec. Wykreowana w ich dziełach atmosfera, pełna niepewności i przeszyta na
wskroś tajemniczością, niejednokrotnie balansuje na granicy jawy i snu, a także
racjonalności i szaleństwa. Nie tylko zachwyca, ale i daje poczucie obcowania z
niewytłumaczalnym, które przez szeroko otwarte odrzwia imaginacji zyskuje
dostęp do samego serca, by już nigdy z niego nie ustąpić. Gatunek ten na ogół
stanowi emocjonalne połączenie fantastyki, science-fiction, ludowych wierzeń, i
horroru, czerpiąc pełnymi garściami z gotyckiej tradycji. Ujęty w odpowiednio
obrazowo przedstawione wydarzenia, zawsze pozostawia po sobie niezapomniane
wrażenie. Udowadnia to recenzowany zbiór opowiadań.
„Trzymani przez nich za
ręce, powoli wkraczamy do Krainy Cieni - tam, gdzie kończą się wszystkie
ludzkie ścieżki.”
Zdanie zamykające ostatnie
z opowiadań doskonale oddaje klimat utworów Pisarki, do których przeniosę Cię
właśnie teraz.
Pięknie mroczna wyklejka,
zaczernione pierwsze strony rozdziałów, pełne zwracających uwagę grafik, rysunkowe
ilustracje oraz elegancka okładka z literami, które skrzą się odcieniem fuksji
- właśnie w tak estetycznym wydaniu Iwona Feldmann sprezentowała czytelnikom
pierwszy tom serii „Wakacje z szefem” o podtytule „Rosy”, wziętym od imienia
głównej bohaterki. Jako miłośnik wizualizacji, muszę stwierdzić, iż tego
rodzaju spójność jest więcej niż mile widziana. Z pewnością wszelkie fanki
historii romantycznych przyznają mi rację - wszak opowieści o relacjach dobrze
jest okrasić odpowiednio przyciągającą wzrok warstwą optyczną! Wystarczy jednak
o zaletach, które można dostrzec na pierwszy rzut oka, bo przecież w każdej
książce, mimo wszystko najważniejsza jest treść. W tę standardowo wprowadzę Cię
w recenzji - zwichrowanej halucynacji semantycznej, która zaprosi Cię do
odbycia pewnej nieplanowanej podróży z mężczyzną, jakiego do tej pory znałaś
tylko z firmowych zebrań, niemiłych rozmów i eleganckich korytarzy. Choć pracujesz
dla Cartera Bellamy od ponad sześciu lat, dotychczas nie miałaś o nim
najlepszego zdania. I trudno Ci się dziwić - w końcu wyniosła pyszałkowatość
młodego i nieprzyzwoicie przystojnego miliardera raczej nie są cechami, jakich
inteligentna kobieta, utalentowany analityk finansowy, może poszukiwać u
mężczyzny. Jak to jednak często bywa, w każdej grze karty zmieniają się co
rozdanie - i potrafią tak nagle, co niespodziewanie odwrócić passę. Tymczasowa
nieobecność zarządzającego Twoim działem przyjaciela sprawi, że już niedługo będziesz
miała okazję pracować dla samego prezesa i poznać go znacznie lepiej niż do tej
pory. Ogarnięta prywatnymi problemami z pogarszającym się stanem matki na
czele, wcale nie potrzebowałaś akurat teraz nowych wyzwań. Nikt jednak nie
pytał o Twoje chęci, a raczej z ironicznie uniesionym kącikiem pięknie
wykrojonych ust stwierdził, że przed Tobą delegacja do Kalifornii. Tyleż słonecznej,
co gorącej - i to niekoniecznie za sprawą samej pogody…
Napisanie powieści z wątkami dla dorosłych czytelników nie jest prostym zadaniem. Jeśli ma być czymś więcej niż tylko przedstawieniem czysto fizycznej relacji pomiędzy bohaterami, trzeba dodatkowo zadbać o wiele istotnych kwestii. W mojej ocenie przede wszystkim same postaci nie mogą być płaskie - a tak skonstruowane, by czytelnik chciał się dowiedzieć, co się pomiędzy nimi wydarzy. Otoczone odpowiednimi przeżyciami i okraszone właściwą dawką charakterystycznych cech, zdecydowanie zachęcą odbiorcę do poznania swoich losów. Jeśli autor zdecyduje się nadać im inteligentnego poczucia humoru - tym lepiej. Poza tym uważam, że rzadko kiedy w literaturze wywodzącej się z romansu teatr dwóch aktorów, czyli naczelnych sylwetek, okazuje się wystarczający. Doskonale zatem, jeśli dodatkowo wprowadzi się do narracji wątki rodzinne czy powiązane z przyjaciółmi. Czym barwniejsze, tym ciekawsze okazuje się książkowe tło - wszak jego wielowątkowość zawsze jest zaletą. Jeżeli są wartościowe - zaczynam uśmiechać się, tym razem nie makiawelicznie, jeszcze szerzej. Pewien ewenement, ponieważ podczas lektury „Dalii” Patrycji Dzień poczułam się nader zachęcona do jak najszybszego poznania dalszych stron historii już po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron. Główna bohaterka, pisarka Maria jest bowiem tak przykuwającą uwagę osobą, że niemalże od razu kradnie serce odbiorcy nader nietypową kreacją. Choć na co dzień tworzy udane fabuły fantasy, tym razem staje przed nią zupełnie inne wyzwanie: napisać erotyk. Początkowo narzeka na ten pomysł, kierując skargi do psa malamuta, który jest absolutnie uroczym towarzyszem, ale - jak to ma w zwyczaju, decyduje się na spróbowanie sił w nieznanym gatunku. Po krótkim ochłonięciu w przydomowym warsztacie, w jakim produkuje na zamówienie oryginalne, drewniane wyroby, zgadza się na cokolwiek szalony pomysł wydawcy - i odwiedziny pewnego klubu, który ma jej posłużyć za inspirację. I tu cały galimatias dopiero się rozpoczyna… Może bezpieczniej byłoby zostać przy fantastyce? 😉
Pewna lokata w tegorocznym rankingu najlepszych przeczytanych książek oraz nota 11/10 nie oddadzą w pełni tego, jak misternie skonstruowaną szkatułką tragedii jest „Ziarno zła” - powieść Autora, którego zdążyłam… obdarzyć nienawiścią już po pierwszych kilku przeczytanych rozdziałach. W pozytywnym znaczeniu tego słowa, ponieważ jako literat odczuwam naturalną zazdrość względem niespotykanie ogromnego talentu, jakim bez wątpienia dysponuje Pisarz. Mieć oryginalny pomysł na fabułę, zaprezentować go w udany sposób, przedstawić umiejętnie czytelnikowi sztafaż barwnych postaci - to wszystko trudne, choć w pełni wykonalne. Twórca jednak na tym nie poprzestaje, prawdopodobnie postanowiwszy postawić poprzeczkę o wiele wyżej. Do powyższych dołączają bowiem inne elementy, które wynoszą prozę na o wiele ambitniejszy poziom. Trzecioosobowa narracja to swego rodzaju żonglerka, jako że płynnie i naprzemiennie rzuca światło na wydarzenia, które stają się udziałem wielu bohaterów. Pozornie takich, którzy nie mają ze sobą wiele wspólnego, pomijając pewne determinujące przyszłość wydarzenie z przeszłości. W istocie - osoby, które finalnie po zawirowaniach i świetnie wprowadzonych plot twistach, spotkają się na jednej, wielkiej scenie - w przedstawieniu tak dramatycznym, że aż zatrzymującym niemiejącego odbiorcę w miejscu. Do tego Kapla zdecydował się na bardzo rzadki zabieg literacki, z którym ostatnio miałam do czynienia… wiele lat temu we własnym tekście. Jakże pysznie było zobaczyć jego realizację na 413 stronach! Anadiploza, czyli paralelizm składniowy, zastosowany na poziomie kompozycji rozdziałów z wariacyjnym przekształceniem frazy to sztuka niesamowicie trudna. (Pisząc prościej: ostatnie zdanie rozdziału poprzedniego i pierwsze kolejnego są złożone z podobnych słów, choć różne - i właściwie wplecione w treść.) Zabawę słowotwórstwem, którą tak cenię, widać zresztą u Autora wielokrotnie. Z tego „Ziarna zła” wykiełkowało, nie przesadzając, dzieło. Idealnie niewtórny przedstawiciel literatury pięknej. Najwyższych lotów!
Maghreb to nie tylko część
Afryki, to także styl życia i sposób pojmowania świata. Swoista sztuka bytu.
Każdy przybysz, snujący rojenia o wyższości kulturalnej nad autochtonami,
przekonany, iż chroni go jakże cienki naskórek zachodniej cywilizacji, szybko
łapie się na tym, iż powoli, lecz nieuchronnie staje się jego częścią, czy tego
chce, czy nie. Jest jak wir, wciągający obcego w czeluści, których granice
biegną od bezkresnych piasków Sahary, poprzez liche arabskie lepianki aż po
rozgwieżdżone niebo, na którym można dostrzec każdą, nawet najmniejszą gwiazdę.
Proces ten nie ominął i Twojej osoby. Namacalnie dostrzegasz, jak kropla po
kropli sączy się w Ciebie tutejsza atmosfera, niezauważalnie zmieniając ogląd
świata i podejście do teraźniejszości. Niemal fizycznie czujesz, jak Afryka
trawi Cię w swoich bezdennych trzewiach krok po kroku, kawałek po kawałku.
Wystarczyły dwa tygodnie pobytu w Tunezji, byś przejął tutejsze podejście do
upływu czasu, który odmierzasz już nie godzinami i minutami, ale całymi dniami.
Zmienił się nawet wygląd Twojej skóry, ogorzałej od palących promieni słońca i
smaganej gorącym tchnieniem wiatru sirocco. Nie masz pojęcia czy na końcu tej
drogi będziesz czystszy i bardziej wolny od złudzeń przeszłości, czy
przeciwnie, ale wiesz jedno - przepełniająca Cię tęsknota pozostała taka sama.
Za tym, by mieć swoje miejsce na świecie, do którego chce się wracać i osobą,
dla której jesteś ważny, a może nawet najważniejszy. Niezasklepione rany bolą
najbardziej, zwłaszcza, gdy zostały zadane przez kogoś, kto był całym Twoim
światem. Komu niczego nie mogłeś odmówić, godząc się z radością na rolę cienia
podążającego za wyśnionym bytem. Od rozwodu, który położył kres Twojemu
dwuletniemu małżeństwu, minęło już półtora roku, a masz wrażenie, jakby miał
miejsce przed miesiącem.
Snułaś tyle planów na ten
dzień i wszystkie musiałaś odłożyć na później za sprawą SMS-a wzywającego na
pilną rodzinną naradę. Otrzymałaś go od babci, która mieszka na obrzeżach Tarnowskich
Gór, gdzie musisz dojechać z Katowic - a to całkiem spory kawałek. Teraz
siedzisz w samochodzie, wściekając się na ogromne korki. W końcu jednak
docierasz na miejsce i jak zwykle wita Cię ogromny rwetes. Są wszyscy
członkowie familii, których nie widziałaś od dłuższego czasu, więc powitaniom
nie ma końca. Wszystkim dyryguje babcia Wiktoria, jaka pomimo swoich blisko
osiemdziesięciu dwóch lat wygląda i zachowuje się niczym osoba dużo młodsza.
Nigdy nie brakowało jej energii, a teraz jest jej istnym wulkanem. Uwagę
zwracają jej niesamowicie błękitne oczy, odziedziczone po własnej babci Anieli.
Ta ostatnia przeżyła osobistą tragedię, gdyż jako córka niezbyt zasobnych
chłopów, wbrew własnej woli została wydana za mąż za syna bogatego gospodarza.
Była najpiękniejszą dziewczyną we wsi, więc rodzice bez skrupułów
przehandlowali dziecko w zamian za apanaże. Ten krok przyczynił się do rozpadu
rodziny. Bracia - Antek i Jakub nie zaakceptowali tego wyboru. Od dawna marzyli
o wyjeździe do USA, więc oburzeni uznali, że przyszedł na to czas. Gorąco
namawiali siostrę, aby im towarzyszyła, jednak ta odmówiła. Koniec końców osiedli
na stałe w Wielkiej Brytanii, a kiedy po wojnie nad Europą zapadła Żelazna
Kurtyna, kontakty pomiędzy rodzeństwem się urwały. Do tego stopnia, że obydwie
rodzinne gałęzie nic o sobie nie wiedziały. Jak oświadcza babcia Wiktoria,
właśnie uległo to zmianie, dlatego też zwołała wszystkich do siebie. John
Hunter - wnuk Jakuba wynajął firmę detektywistyczną z zadaniem odnalezienia
krewnych w Polsce. Po ustaleniu miejsca ich pobytu, wystosował zaproszenie na
oficjalne obchody swoich dziewięćdziesiątych urodzin.
„Zły kadr” to połączenie thrillera, tragedii i elementów grozy w niezwykle klimatycznie udane ujęcie - debiut, dla jakiego miałam przyjemność napisać polecajkę na skrzydełko. Goszczę na nim wespół z Maxem Czornyjem, co jako psychofanka Autora uważam za ogromne wyróżnienie! Zdecydowałam się na okraszenie pierwszej powieści Pisarza o pseudonimie K. Gawron następującymi słowy: „Odcięci od świata przez śnieżycę czy uwięzieni w kadrze z koszmarów? Zamiast filmu, ekipa nagrała coś, czego nie da się wyreżyserować… Granica między rolą a przerażającą rzeczywistością zatarła się szybciej, niż spadały kolejne białe płatki. Dom stał się klatką, obiektyw świadkiem, a strach najsurowszym reżyserem. <Zły kadr> to osaczający thriller o tym, że oko kamery nigdy nie mruga. Odważysz się w nie spojrzeć?” - i myślę, że zdania te doskonale przystają do niepokojącej atmosfery, która eskaluje wraz z każdą przewróconą stroną lektury. Wydawać by się mogło, że to wszystko przecież niejednokrotnie w literaturze już było: śnieżyca, ustronny dom na wsi, klaustrofobiczne odcięcie od świata, brak zasięgu, trup i coraz większa nieufność, jaką odczuwa do sobie zgrana wcześniej paczka znajomych. Owszem, ale - co udowadnia powiązany ze środowiskiem kinowym twórca opowieści, wciąż można stworzyć z wykorzystywanymi wcześniej motywami w pełni oryginalną narrację, jakiej doskonale stopniowane napięcie sprawia, że nie można się od niej oderwać ani na chwilę. Oto thriller, którego każda strona powoduje u czytelnika uczucie trwożącego zimna i pożądane ciarki strachu. W mojej ocenie to jednak także w dużej mierze napisana pięknym, choć niestroniącym od uzasadnionej brzydoty, językiem opowieść o odrzuceniu i konieczności przywdziewania masek, za którymi o wiele trudniej kogoś skrzywdzić. O talencie i pasji, jakie to niekiedy muszą usunąć się w cień - i oczekiwać wiernie na realizację marzeń. O zadrach sprzed wielu lat, które będą uwierać dopóty, dopóki się ich nie pozbędzie, co zaś czasem jest możliwe tylko poprzez zemstę. I o tym, jak wiele czyni się, by osiągnąć cel…
Nie cierpisz takich spraw.
Zawsze brzydziły Cię narkotyki, choć nie obwiniasz za ich używanie nieszczęśników, jacy nie mogą się bez nich
obejść. Całą niechęć skupiasz na tych, którzy najpierw podstępem wciągają ich w
nałóg a potem bezlitośnie wykorzystują słabość, jaką sami wywołali. Gdyby to od
Ciebie zależało, oskarżyłbyś wszystkich dilerów o udział w ludobójstwie.
Niestety jako prokurator musisz się ograniczyć do stosowania obowiązujących
przepisów, a te są zdecydowanie zbyt łagodne, nad czym bolejesz. Najbardziej
przerażają Cię dzieciaki, które po paru latach raczenia się zakazanymi
substancjami zachowują się jak zombie lub przypominają osoby o wiele lat
starsze a do tego po strasznych przejściach. Aż pewnego dnia znajduje się ich
już bez życia. Dzisiaj będziesz miał do czynienia z jednym z nich - ofiarą
przedawkowania. Jak zwykle w pobliże miejsca zbrodni docierasz komunikacją
miejską. Ubrany w garnitur i elegancki, długi płaszcz, z nienagannie
wypastowanymi butami, przyciągasz wzrok współpasażerów. Skromnych wymagań co do
materialnej strony życia oraz dbałości o wygląd nauczyłeś się w latach, gdy
byłeś księdzem. Zrezygnowałeś z powołania, nie mogąc pogodzić się z tuszowaniem
występków przełożonych. Skończyłeś studia prawnicze, odbyłeś aplikację i
zacząłeś zajmować się ściganiem przestępców. A także naprawianiem świata,
oczywiście w tym skromnym wymiarze, na jaki możesz mieć wpływ. Tak naprawdę w
głębi ducha pozostałeś sługą bożym, z misją pomocy bliźnim. A wiara daje Ci w
tym wielkie oparcie, choć często prowadzisz z Najwyższym zażarte i gniewne
dyskusje. Wiele osób dostrzega, że
jesteś życzliwym i sumiennym człowiekiem, więc cieszysz się nie tylko uznaniem,
ale przede wszystkim wielkim szacunkiem.
%20(1).png)