Snułaś tyle planów na ten
dzień i wszystkie musiałaś odłożyć na później za sprawą SMS-a wzywającego na
pilną rodzinną naradę. Otrzymałaś go od babci, która mieszka na obrzeżach Tarnowskich
Gór, gdzie musisz dojechać z Katowic - a to całkiem spory kawałek. Teraz
siedzisz w samochodzie, wściekając się na ogromne korki. W końcu jednak
docierasz na miejsce i jak zwykle wita Cię ogromny rwetes. Są wszyscy
członkowie familii, których nie widziałaś od dłuższego czasu, więc powitaniom
nie ma końca. Wszystkim dyryguje babcia Wiktoria, jaka pomimo swoich blisko
osiemdziesięciu dwóch lat wygląda i zachowuje się niczym osoba dużo młodsza.
Nigdy nie brakowało jej energii, a teraz jest jej istnym wulkanem. Uwagę
zwracają jej niesamowicie błękitne oczy, odziedziczone po własnej babci Anieli.
Ta ostatnia przeżyła osobistą tragedię, gdyż jako córka niezbyt zasobnych
chłopów, wbrew własnej woli została wydana za mąż za syna bogatego gospodarza.
Była najpiękniejszą dziewczyną we wsi, więc rodzice bez skrupułów
przehandlowali dziecko w zamian za apanaże. Ten krok przyczynił się do rozpadu
rodziny. Bracia - Antek i Jakub nie zaakceptowali tego wyboru. Od dawna marzyli
o wyjeździe do USA, więc oburzeni uznali, że przyszedł na to czas. Gorąco
namawiali siostrę, aby im towarzyszyła, jednak ta odmówiła. Koniec końców osiedli
na stałe w Wielkiej Brytanii, a kiedy po wojnie nad Europą zapadła Żelazna
Kurtyna, kontakty pomiędzy rodzeństwem się urwały. Do tego stopnia, że obydwie
rodzinne gałęzie nic o sobie nie wiedziały. Jak oświadcza babcia Wiktoria,
właśnie uległo to zmianie, dlatego też zwołała wszystkich do siebie. John
Hunter - wnuk Jakuba wynajął firmę detektywistyczną z zadaniem odnalezienia
krewnych w Polsce. Po ustaleniu miejsca ich pobytu, wystosował zaproszenie na
oficjalne obchody swoich dziewięćdziesiątych urodzin.
„Zły kadr” to połączenie thrillera, tragedii i elementów grozy w niezwykle klimatycznie udane ujęcie - debiut, dla jakiego miałam przyjemność napisać polecajkę na skrzydełko. Goszczę na nim wespół z Maxem Czornyjem, co jako psychofanka Autora uważam za ogromne wyróżnienie! Zdecydowałam się na okraszenie pierwszej powieści Pisarza o pseudonimie K. Gawron następującymi słowy: „Odcięci od świata przez śnieżycę czy uwięzieni w kadrze z koszmarów? Zamiast filmu, ekipa nagrała coś, czego nie da się wyreżyserować… Granica między rolą a przerażającą rzeczywistością zatarła się szybciej, niż spadały kolejne białe płatki. Dom stał się klatką, obiektyw świadkiem, a strach najsurowszym reżyserem. <Zły kadr> to osaczający thriller o tym, że oko kamery nigdy nie mruga. Odważysz się w nie spojrzeć?” - i myślę, że zdania te doskonale przystają do niepokojącej atmosfery, która eskaluje wraz z każdą przewróconą stroną lektury. Wydawać by się mogło, że to wszystko przecież niejednokrotnie w literaturze już było: śnieżyca, ustronny dom na wsi, klaustrofobiczne odcięcie od świata, brak zasięgu, trup i coraz większa nieufność, jaką odczuwa do sobie zgrana wcześniej paczka znajomych. Owszem, ale - co udowadnia powiązany ze środowiskiem kinowym twórca opowieści, wciąż można stworzyć z wykorzystywanymi wcześniej motywami w pełni oryginalną narrację, jakiej doskonale stopniowane napięcie sprawia, że nie można się od niej oderwać ani na chwilę. Oto thriller, którego każda strona powoduje u czytelnika uczucie trwożącego zimna i pożądane ciarki strachu. W mojej ocenie to jednak także w dużej mierze napisana pięknym, choć niestroniącym od uzasadnionej brzydoty, językiem opowieść o odrzuceniu i konieczności przywdziewania masek, za którymi o wiele trudniej kogoś skrzywdzić. O talencie i pasji, jakie to niekiedy muszą usunąć się w cień - i oczekiwać wiernie na realizację marzeń. O zadrach sprzed wielu lat, które będą uwierać dopóty, dopóki się ich nie pozbędzie, co zaś czasem jest możliwe tylko poprzez zemstę. I o tym, jak wiele czyni się, by osiągnąć cel…
Nie cierpisz takich spraw.
Zawsze brzydziły Cię narkotyki, choć nie obwiniasz za ich używanie nieszczęśników, jacy nie mogą się bez nich
obejść. Całą niechęć skupiasz na tych, którzy najpierw podstępem wciągają ich w
nałóg a potem bezlitośnie wykorzystują słabość, jaką sami wywołali. Gdyby to od
Ciebie zależało, oskarżyłbyś wszystkich dilerów o udział w ludobójstwie.
Niestety jako prokurator musisz się ograniczyć do stosowania obowiązujących
przepisów, a te są zdecydowanie zbyt łagodne, nad czym bolejesz. Najbardziej
przerażają Cię dzieciaki, które po paru latach raczenia się zakazanymi
substancjami zachowują się jak zombie lub przypominają osoby o wiele lat
starsze a do tego po strasznych przejściach. Aż pewnego dnia znajduje się ich
już bez życia. Dzisiaj będziesz miał do czynienia z jednym z nich - ofiarą
przedawkowania. Jak zwykle w pobliże miejsca zbrodni docierasz komunikacją
miejską. Ubrany w garnitur i elegancki, długi płaszcz, z nienagannie
wypastowanymi butami, przyciągasz wzrok współpasażerów. Skromnych wymagań co do
materialnej strony życia oraz dbałości o wygląd nauczyłeś się w latach, gdy
byłeś księdzem. Zrezygnowałeś z powołania, nie mogąc pogodzić się z tuszowaniem
występków przełożonych. Skończyłeś studia prawnicze, odbyłeś aplikację i
zacząłeś zajmować się ściganiem przestępców. A także naprawianiem świata,
oczywiście w tym skromnym wymiarze, na jaki możesz mieć wpływ. Tak naprawdę w
głębi ducha pozostałeś sługą bożym, z misją pomocy bliźnim. A wiara daje Ci w
tym wielkie oparcie, choć często prowadzisz z Najwyższym zażarte i gniewne
dyskusje. Wiele osób dostrzega, że
jesteś życzliwym i sumiennym człowiekiem, więc cieszysz się nie tylko uznaniem,
ale przede wszystkim wielkim szacunkiem.
Anna Wolf zdążyła zawojować me serce za sprawą kilku powieści z prostej, choć niestety rzadko możliwej obecnie do dostrzeżenia przyczyny. Otóż, w mojej skromnej opinii recenzenta to jedna z najlepszych współczesnych polskich pisarek, jeśli chodzi o kreowanie niezwykle ciepłych relacji rodzinnych między bohaterami oraz wartościowych fabuł. Dawniej kwestia, wydawałoby się, dość oczywista w świecie literatury romantycznej. Dziś niejako święty Graal, którego odnalazłam również w trzecim tomie cyklu „Rodzina Marshall” - uśmiechającej lektury, jaka pozostaje świetną rozrywką. Pełna postaci, które lubią słowa: impertynencja, charakterność, przekomarzanki i zawadiackość, obfituje jednak przede wszystkim w uczucia i wszystko to, co tytułowe więzi tworzy. Nie udaje także czegokolwiek, czym nie jest - a stanowi po prostu doskonały wybór na ten wieczór, kiedy pragniesz świetnie się bawić. I cóż… jest bogata również w dość zwariowane zwroty akcji, na skutek czego myślę, że ekranizacja książki „Więzy krwi” miałaby szansę stać się kinowym hitem. Komedią romantyczną, na jaką można wybrać się zarówno w parze podczas Walentynek, jak i w trakcie kobiecego wypadu czy w samotności, kiedy chce się zobaczyć coś… zwyczajnie dobrego. Jeżeli nie miałeś okazji poznać cokolwiek zwichrowanej, bajecznie bogatej, a przy tym niezblazowanej fortuną rodziny Marshall, myślę, że to doskonały moment. Trzy części opowieści z tak pozytywną energią definitywnie świetnie nastroją Cię na wiosnę. Recenzowana uświadomi także, że moja teoria jest jak najbardziej słuszna. Jeśli coś jest Ci przeznaczone, trafi do Ciebie tą czy inną ścieżką. Może przy okazji odmieni kilka istnień i zobrazuje fakt, że wszystko, czego szukałeś, jest tak naprawdę na wyciągnięcie ręki - choć czasem wydaje się absolutnie nieosiągalne. I niekoniecznie w tym tkwi jego urok - to Ty musisz to zawojować! 😉
O debiucie, który okazał
się szokująco złożony - i to niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu…
Praca w kancelarii
komorniczej to niezbyt łatwy kawałek chleba. Czasami próba zwykłego doręczenia
zawiadomienia o wszczęciu postępowania egzekucyjnego może skończyć się
poszczuciem psem a nawet rękoczynami. Na szczęście jesteś byłym policjantem,
więc szybko dajesz sobie radę ze zbyt krewkimi dłużnikami i członkami ich
rodzin. Dziś jest poniedziałek, więc jak zwykle z samego rana pojawiasz się w
biurze, tym razem jednak w nie najlepszym nastroju - daje o sobie znać
weekendowy kac. Wyraźnie czujesz suchość w ustach a głowa pulsuje Ci tępym
bólem. Do tego Twoje oblicze znaczy wielki siniak pod okiem - skutek wdania się
w bójkę z damskim bokserem i ochroną w pubie. Rozpaczliwie próbujesz sobie
przypomnieć, kto odwiózł Cię po wszystkim do domu, ale niestety masz dziurę we
wspomnieniach. Witasz się zdawkowo ze swoim współpracownikiem - Łucją
Adamczewską i raczysz kawą, z ulgą siadając na krześle. Byłeś pewien, że to
właśnie ona poratowała Cię w nocy, ale wyraźnie widzisz, że nie miała z tym nic
wspólnego, więc odpuszczasz sobie rozmyślanie o problemie i zaczynasz zajmować
się pracą. Porządkujesz szybko dokumenty i pakujesz je do teczki. Po chwili
ruszacie samochodem w teren. Śpieszycie się, gdyż macie sporo wezwań do
rozwiezienia. Pierwsze z nich trzeba dostarczyć Henrykowi Zielińskiemu, który
mieszka w niewielkiej wsi - Malanowie. Dzięki nawigacji niebawem docieracie na
miejsce, mijając po drodze przeraźliwie puste i zaśnieżone pola. Wysiadacie i
obrzucacie wzrokiem spory dom, wyglądający jednak na mocno zaniedbany. Sprawia
wrażenie opuszczonego - odpadający tynk pozostawił po sobie liszaje, w oczy
rzucają się też niemiłosiernie zarośnięty ogród oraz przekrzywiony płot. Gdy
pukasz do drzwi, odpowiada Ci głucha cisza.
Właściwe miejsce,
odpowiedni czas i przeznaczona chwila - wielka trójka, której zaistnienie w tym
samym momencie zakrawa na prawdziwy cud. Najczęściej dopiero z perspektywy
teraźniejszej myśli się o przeszłej, dodając niezliczoną ilość „co by było,
gdyby…”, jakie to jednak przecież nie znajdą już nigdy praktycznych odpowiedzi
i zostaną kolejnymi elementami barwnych dywagacji, czynionych pod osłoną nocy.
Jeśli masz talent literacki, może niektóre spośród nich posłużą za pomysł na
powstanie barwnej powieści. Inne przedyskutujesz w gronie najbliższych
przyjaciół a znaczna część, rozmyta przez czas, zwyczajnie zatrze się w
niepamięci. Swoją DEBIUTANCKĄ książką Konrad Cieplik uśmiecha czytelnika
nietuzinkowym pomysłem na historię, z której płynie zgoła inne przesłanie.
Zdaniem charakternych bohaterów propozycji literackiej o dźwięcznym tytule
„Witaj, piękna pastereczko” absolutnie nic nie przydarza się przypadkowo a…
zaistnienie wspomnianej wcześniej, wyjątkowej trójcy jest częstsze niż mogłoby
się to wydawać. Przyznaję, że lubię poznawać fabuły, które przeczą moim
prywatnym doświadczeniom (te wskazują raczej, że jeśli wszystkie kataklizmy i
złe rzeczy, jakie da się wyobrazić, mają stać się czyimś udziałem, na trzysta
procent będę to ja 😉), jako że
każdorazowo udowadniają mi pewną wyjątkowość tak zwanej losowości. Choć jestem
skończonym i zdeklarowanym pechowcem, w pełni wierzę w determinizm. Jeżeli coś
zostało Ci zapisane - trafi do Ciebie, niezależnie od krętości ścieżki, którą
uparcie zmierza. Z tegoż powodu myślę, że niemożliwe nie istnieje - nawet,
jeśli rachunek prawdopodobieństwa jest bliski zera, należy spodziewać się
niespodziewanego, bo Los jest w swojej pomysłowości nader złośliwy i uparty.
Nieco jak ja… a już z pewnością jak podróżujący Harleyem po Albanii mężczyzna,
który wcale nie miał się tam znaleźć i nadspodziewanie oklęta opiekunka owiec o
tragicznej przeszłości… czyli bohaterowie recenzowanej książki. Tej
gawędziarskiej wyprawie daleko do standardowych!
Malarstwo ikonowe to sztuka
sakralna, będąca klasą samą w sobie. Jest nieporównywalne i nie do pomylenia z
żadnym innym - oddziałuje na zmysły w niezwykle specyficzny sposób. Nic w tym
dziwnego, gdyż jego pochodzenie wywodzi się z kultury Bizancjum, nosi więc
znamię dla niej bardzo charakterystyczne - ogromne bogactwo wyrazu, poddane
jednak ścisłemu rygoryzmowi. Teoretycznie próżno szukać w nim kunsztu Giotto di
Bandone, średniowiecznego czarodzieja pędzla, który zrewolucjonizował malarską
wizję chrześcijańskiego eposu i wprowadził do swoich przepięknych obrazów
trójwymiarowość oraz początki operowania światłocieniem, jak choćby w arcydziele
„Pojmanie Chrystusa” vel. „Pocałunek Judasza” (1303/1305 r.), w którym odbiorca
godzinami może z zachwytem analizować zbiegające się spojrzenia głównych
postaci, będące nieśmiertelnym spleceniem niewidzialną nicią dwóch ich rodzajów
- niewinnego i zdradzieckiego. Na zdrowy rozum, ikony nie dorównują dziełom
innego mediewalnego giganta sztuki Simone Martini, którego „Zwiastowanie” (1333
r.) oszałamia patrzącego mistrzowskim przedstawieniem postaci i bogactwem
skąpanych w złocie kolorów. Z pozoru nie są w stanie konkurować także z
„Mistycznymi zaślubinami św. Franciszka”
(1437/1444 r.) Stefano Sassetty, „bijącego” po oczach” prezentowaną co prawda
wstydliwie, a jednak przepyszną urodą trzech cnót, najpierw stojących przed
obliczem bożego wybrańca, by „po chwili” unieść się nad nim w ślicznie ukazanym
łuku swych ciał. Nie przenikają one zgrozą werycznym ukazaniem cielesnych
skutków męki Zbawiciela, jak na płótnie Andrei Mantegny „Opłakiwanie zmarłego
Chrystusa” (1467/1480), gdzie rany Syna Boga, zadane bestialsko wbijanymi
gwoździami, dosłownie przepalają wzrok każdego, kto miał okazję oglądać ten
niezwykły obraz, zadając krzyczące pytanie o granice wytrzymałości ludzkiego
ciała poddanego niewysłowionym katuszom.
W mroku można zatracić się bez reszty i zagubić na długo - wszak nie bez powodu wielu bezpowrotnie się w nim zakochuje. Raz umiłowawszy wszystko, co pochodzi z ciemności, niechętnie wybiera się to, co świetliste, łatwe i przyjemne. Czerń ma jednak sporo odcieni, spośród jakich niektóre okazują się niebezpieczne, niezależnie od tego, jak kusząco by się jawiły. Z pewnością do nich właśnie można zaliczyć powojenną zamieć, w której wirują odłamki próbującej złożyć się na nowo codzienności. Tej, w jakiej goszczą od wielu lat bohaterowie drugiej książki, którą zdecydowałam się przyjąć w tym roku pod medialne skrzydła - romansu historycznego Joanny Jax. Jako niespełna jedenastolatka i jeszcze młodsza dziewczynka, Ewa Zakrzewska była świadkiem wydarzeń, których definitywnie nie powinno widzieć żadne dziecko. Jednokrotnie ujrzawszy wszechpotężny ogrom zła, nigdy nie jest się już tą samą osobą, co jeszcze chwilę temu. Jeśli natomiast jest się zmuszonym, by obserwować go wciąż i raz jeszcze, przez okres kilku lat, to właśnie z tych doświadczeń tworzy się siebie zupełnie na nowo. Jak ktoś, kto podczas drugiej wojny światowej był świadkiem ciągłej makabry oraz zapętlającego się tragizmu ma zbudować dobre, pełne wartości życie, w którym poczuje się bezpiecznie? Należy jedynie podejrzewać, iż wymaga to nadludzkiej siły. Tą zaś przecież musiały cechować się tak zwane wojenne sieroty, dla których słowo dzieciństwo przestało istnieć z chwilą oddania pierwszego strzału przez wrogą armię. Choć „Zagubieni w mroku” szukają się i odnajdują głównie w roku 1969 na terenie Berlina Wschodniego, dzięki umiejętnie wplecionym w fabułę retrospekcjom naczelnej postaci, czytelnik podróżuje w czasie i przestrzeni również do Polski niszczonej właśnie przez nazistów i trawionej ogniem zniewolenia. Zestawienie tych dwóch światów daje zaś efekt, jaki wstrząsa niepowtarzalnie. Młoda architekt, która właśnie jedzie na zagraniczny staż, wciąż jest przecież tamtą małą dziewczynką… Nawet, jeśli tylko w jaźni.
Masz sekret, którego nie
możesz wyjawić nawet najbliższym. Niewidzialny wróg toczy Twoje ciało,
odbierając nie tylko siłę fizyczną, ale także wszelką nadzieję na przyszłość. A
obydwie te moce są bardzo potrzebne w walce, którą podjąłeś z wrogiem swojej
ojczyzny. Polska pozostaje pod zaborami już prawie sto lat, a Ty nigdy się z
tym nie pogodziłeś. Jesteś konspiratorem i przynależysz do organizacji
niepodległościowej „Głos Orła”. Twoje brawurowe i zarazem często lekkomyślne
wyczyny budzą zgrozę w jej kierownictwie, a zwłaszcza w kapitanie Janie
Skrzetuskim - Twoim dowódcy. Jednak ten toleruje wyskoki, jakich się
dopuszczasz. To dawny przyjaciel Twojego ojca, którego Rosjanie zesłali na
Syberię i od lat nie ma o nim żadnych wiadomości. W skrytości ducha jest dumny,
że jego syn nie zna pojęcia strachu, choć zarazem bardzo się martwi, czy nie
podzielisz losu rodziciela. Właśnie dostajesz od niego kolejną burę za
najnowszy wyczyn, który po raz kolejny udowodnił Twoją ułańską fantazję, a
zarazem naraził na wielkie niebezpieczeństwo. Poważyłeś się bowiem na rzecz bardzo
zuchwałą. Dostałeś się na bal wydawany z okazji urodzin cara Aleksandra III
przez namiestnika Josifa Hurko - generał-gubernatora, sprawującego nadzór nad
byłym Królestwem Polskim. Świeżo poznana, zalotna dama, żona jednego z polskich
urzędników obcej władzy, pod wrażeniem Twojego uroku, wyraziła zgodę na
przedstawienie Cię oficjelowi. Idealnie zgrało się to z Twoim planem. Gdy
wsłuchiwałeś się w głos perorującego i zadufanego w sobie Rosjanina, Twój
towarzysz Maciej Skrzetuski - udając kompletnie pijanego, popchnął Cię w taki
sposób, że wylałeś na carskiego dowódcę wino ze swojego kieliszka. Zdenerwowany,
zaczął wykrzykiwać w Twoim kierunku obelgi i zanim zdołał się zorientować, już
trzymałeś w ręku jeden z jego drogocennych orderów, po czym skierowałeś się
śpiesznym krokiem do wyjścia.
%20(1).png)
.png)
