Można być komuś solą w oku…
lecz i cierniem w mroku. Osobą, która tak bardzo nie pasuje do pozostałych, że rezygnuje
ze wszystkiego i postanawia nigdy nie opuszczać cienia. Jakie to uczucie, kryć się
w nieprzeniknionych ciemnościach, nie pozostawać w jednym miejscu zbyt długo,
by nie dać się zauważyć ani pojmać, rozmawiać tylko z przeszłością i wspomnieniami
- w głowie? Wydaje się, że to tak zaawansowany stopień osamotnienia, że aż
przeraża. Tymczasem bohater o tajemniczej historii, wykreowany przez Elżbietę
Barczyk udowadnia, iż w niektórych okolicznościach nauczenie się życia w pojedynkę
i w niewidoczności jest o wiele lepszym rozwiązaniem niż przyłączenie się do bezpiecznej
aczkolwiek… nieposiadającej żadnych wartości grupy. Szczególnie, jeśli jest się
odmieńcem jak Val, który alternatywnie mógłby sprzeniewierzyć się wszystkiemu i
stać marionetką zarządzających światem wampirów lub wilkołaków albo członkiem kliki
człowieczych służących na usługach bestii. Mężczyzna, element ludzki o nietypowych
zdolnościach, pragnie zaś tylko, by nikt nie zwracał uwagi na jego marną
personę, przemykającą szemranymi zaułkami krainy, gdzie po wybuchu Słońca panuje
wieczna czerń i od jakiej sam Bóg dawno odwrócił wzrok, skrajnie rozczarowany
jej obecnym kształtem. Niestety, na skutek szalonych splotów okoliczności,
spokój jest ostatnim, co będzie mu dane. Jeden nierozważny krok prowadzi wprost
w przepaść nieprzewidywalnych konsekwencji - a jego samego na świecznik najpotężniejszych
(nie)żyjących stworzeń. Próba udowodnienia, że resztki sumienia wciąż znajdują
się na właściwym miejscu sprawia, że dotychczas bezimienną, nieposiadającą
koniecznego numeru, nieistotną osobą Vala interesuje się zarówno alfa wilków,
jak i książę krwiopijców. Z jakiego jednak powodu sama wierchuszka miałaby
stoczyć bój o to, by mieć kogoś tak pozornie nieważnego i nijakiego po stronie
swojego klanu? Odpowiedzi szukać należy głęboko w minionych czasach, w których
była jeszcze nadzieja na lepsze i świetliste oraz w… niezłomności. To o niej
bowiem opowiada przede wszystkim „Cierń w mroku”.
I oto nadeszła kolejna burza w Twoim życiu. Po tylu latach, które poświęciłaś korporacji… Wyzbyłaś się dla niej osobistych podniet, przesiadywałaś w pracy do późnego wieczora i nabawiłaś się nerwicy, a potem zostałaś przeżuta, wyciśnięta jak cytryna i wyrzucona praktycznie bez słowa wyjaśnienia. Oficjalnie dlatego, że zlikwidowano Twój dział eventów, ale wiesz, że to skutek machinacji Twojego byłego partnera, z którym rozstałaś się w burzliwych okolicznościach. Ma duże wpływy w branży i wykorzystał je bez chwili wahania. Gorzko myślisz o tym, jakim jest niegodziwcem, ale cóż - zajęta głównie robotą, nie byłaś w stanie dostrzec tego wcześniej. Teraz wsiadasz do samochodu i ze zgrozą zastanawiasz się, co z Tobą będzie. W głowie masz pustkę, podobnie jak na koncie. Odłożyłaś trochę pieniędzy, jednak nie starczy ich na długo. Żyłaś chwilą i nie oszczędzałaś, przekonana, że masz pewne zatrudnienie a przełożeni bardzo Cię cenią. Teraz przekonałaś się, jak bardzo się pomyliłaś - byłaś tylko drobnym trybikiem w wielkiej machinie, który wymienia się bez żadnego żalu i zastanowienia nad jego losem. Dalej wszystko toczy się, jak to na ogół wygląda w takich przypadkach. Najpierw faza wyparcia - całe dni spędzane w piżamie, zamawiana chińszczyzna i zaległe odcinki seriali, oglądane jeden za drugim. Potem etap wzmożenia - całe tony CV rozsyłane do wszelkich możliwych pracodawców, oczywiście bez najmniejszego skutku - złą opinię masz już wyrobioną a rynek pracy przeżywa zapaść. Wreszcie czas depresji, opartej na uświadomieniu sobie, że w błyskawicznym tempie zmierzasz do roli finansowego pariasa, bez żadnych widoków na przyszłość, czemu w żaden sposób nie możesz zapobiec.
„Mad Love” Hannah McBride to tak bardzo ja - a cała trylogia, która dzięki tej książce zyskała zasłużenie emocjonujący finał, to czysta ADRENALINA. Wziąć pod swoje cieniste skrzydła tekst, który tak doskonale ze mną rezonuje - oto pierwszy i jakże przy tym ogromny tegoroczny zaszczyt. Domknięte już trio Pisarki składa się z niemalże wszystkiego, co uważam za „swoje”. To tragedia, jakiej kolejne akty odsłaniane są na wzór nieuniknionego chaosu, spowodowanego przez jedną, przypadkowo opadającą na inne, kostkę domina. Thriller o nieprzewidywalnym przebiegu, zaskakujący wieloma odcieniami psychopatycznych osobowości, których szaleństwo jest wręcz teatralnie trwożące. Powieść akcji i sensacji, rodem z najlepszych mafijnych produkcji, od jakich nie można się oderwać ani na sekundę. Romans, do którego skalista ścieżka wiedzie jedynie pod stromą górę - a niekiedy i ku przepaści; bez drogi wstecz, choć bohaterowie o złożonych charakterach oraz skomplikowanej przeszłości kroczą nią bez zastanowienia nad odwrotem. Wreszcie jednak, cykl „Mad world” to dla mnie przede wszystkim wielowymiarowy dramat rodzinny. O sukcesji, co to staje się brzemieniem i ciężarze utrzymania w jej imię nieposzlakowanej opinii. O mylących pozorach - wypracowanej dla członków familii dziedziców otoczce bajkopisarzy, dla jakiej nienaruszenia poważy się na absolutnie wszystko. Złotej klatce, ohydnej stronie bogactwa. I najsilniej… O tym, jak wielką wiarę i wierność pokłada się w rodzicach i w jak ogromnym stopniu, za wszelką cenę, próbuje się ich chronić przed krzywdą - mimo tego, że zawiedli dziesiątki i setki razy. O tym, kiedy w końcu należy powiedzieć sobie dość i przyznać, iż nie da się ratować kogoś, kto nigdy nie wybrał Ciebie - i że to przypadek od dawna stracony. O niezłomności i niemruganiu, niezależnie od okoliczności. O bezpowrotnym odchodzeniu od minionego i zostawaniu dla tych, którzy udowodnili, że warto. O miłości. Bo przecież wszystkie opowieści są tak naprawdę o miłości.
Gruzja - kraj olśniewających pięknem, monumentalnych zboczy gór Kaukazu, wspaniałych zabytków kultury sakralnej, malowniczo wznoszących się warowni oraz wielkich nierówności społecznych. Pełen sprzeczności, ujmujący i niedający się zapomnieć. Podobno kto choć raz ujrzał go na jawie, nie przestaje o nim śnić, nieodmiennie marząc o powrocie na „balkon Europy”, jak obrazowo nazywa się ten wyjątkowy zakątek. Taki właśnie los stał się udziałem Autora, który w dodatku jest z owym miejscem ściśle zespolony więzami rodzinnymi. Historia należy do gatunku tych, które można opowiadać w blasku ogniska, a jednocześnie stanowi przykład, jak „pokręcone” były ścieżki polskich losów w końcu XIX stulecia... Przodek Pisarza, Tadeusz Nowkuński był jednym z tych rodaków, którzy szanse na karierę dostrzegli na Dalekim Wschodzie. Starannie wykształcony (ukończył studia medyczne w Kijowie i Berlinie), wykazał się wielką odwagą i wraz z żoną Heleną oraz synem Aleksandrem wsiadł w pociąg, który zawiózł całą rodzinę do Harbinu w Chińskiej Mandżurii, znajdującą się pod carskim protektoratem. Tam dołączył do licznej, bo 10-tysięcznej diaspory, jaka w ogromnej większości zajmowała się budową linii kolejowych. Na miejscu został dyrektorem rosyjskiego szpitala, szybko zdobywając wielkie uznanie zasługami w walce z epidemiami dżumy i cholery. Syn wybrał karierę inżyniera, wytyczającego tysiące kilometrów szyn zmierzających z Chin aż na wybrzeże Morza Czarnego w Gruzji. Podczas jednego z licznych rautów zwrócił uwagę na Nino Tumaniszwili, piękną Gruzinkę - córkę carskiego generała i damy na dworze Romanowów. Nie był mile widziany jako absztyfikant, gdyż dla słynnej rodziny taki związek stanowił oczywisty mezalians.
Przedpremierowo
o tytule idealnym dla miłośników zagadek kryminalnych, świetnie napisanej prozy
oraz fanów literackiego świata. „Morderstwa w Marble Hall” zaskakują bowiem nie
tylko interesująco zaprezentowanymi przez główną bohaterkę kulisami
działalności wydawnictw, ale także inną niespodzianką. Anthony Horowitz, nie
bez powodu znany oraz ceniony, zdecydował się na uwielbianą przeze mnie
wariację na temat konstrukcji szkatułkowej i wewnątrz swojej powieści zamieścił
maszynopis książki innej postaci. Choć jego akcja rozgrywa się o wiele wcześniej
i rozpoczyna w roku 1955, zmyślny czytelnik z pewnością da się wplątać w szereg
znajdujących się w nim szarad i dostrzeże, iż ta swoista narracja wewnątrz narracji
ma więcej wspólnego z aktualnymi przeżyciami sylwetek bieżącej linii fabularnej
niż mogłoby się wydawać. Na uznanie zasługuje także fakt, iż Autor okrasił obie
historie przystającymi do nich warstwami literackimi i równocześnie utrzymał
przekonująco dwie formy gatunkowe… finalnie w sposób udany łącząc je w jedną.
Znać mistrzowskie pióro, w jakim każdy, pozornie nieistotny nawet detal,
odnajduje pełne wyjaśnienie, dopełniając uśmiechającej złożonością mozaiki z słów.
I tak oto „Morderstwa…” stają się współczesnym kryminałem o mającej duże
zasługi w wydawniczym świecie pani redaktor o barwnej osobowości, do której
właśnie wróciło znane z przeszłości nazwisko, z jakim powiązana twórczość już
niejednokrotnie próbowała… ją zabić. Równocześnie jednak, właśnie dzięki zawartemu
w tej opowieści maszynopisowi, to także retro historia spod ciemnej gwiazdy, w
której z pewnością zaczytałaby się chociażby słynna Christie. Dla mnie z kolei ta
propozycja literacka Horowitza o pięknym projekcie okładki to przede wszystkim gawęda
o świecie pisarzy, w jakim równie chętnie się gości, co… chciałoby się go spopielić,
a potem stworzyć od nowa. Mimo dwoistej natury, wciąż jest jednak cenniejszy od
tego rzeczywistego.
Ciężar korony bywa przekleństwem, o czym przekonały się niezliczone rzesze władców. Nawet przygotowywani do tej roli od zawsze, przywdziawszy nareszcie diadem na głowę, okazywali się przerażeni wszystkimi konsekwencjami panowania nad całym królestwem - szczególnie na początku, choć w niektórych przypadkach niepewność nie znikała nigdy, zastąpiona przez nabywane stopniowo doświadczenie czy wypracowaną, chłodną i dumną odwagę oraz spokój zasiadania na tronie. Głównej bohaterce powieści Weroniki Kalisiak Autorka powierzyła jeszcze trudniejsze zadanie. Solvendorem, krainą Światła i Powietrza - podobnie jak pozostałymi trzema landami: Ognia i Wojny, Wody i Iluzji oraz Cienia i Ziemi - zawsze zarządzali panujący, którzy władają magicznymi mocami. Tymczasem Alanya właśnie zostaje monarchą, lecz mimo wszelkich prób i niezliczonych starań, nie potrafi odnaleźć w sobie żadnych nadnaturalnych umiejętności, których, jak się obawia, jej poskąpiono. Sytuacja patowa - nie może się do tego przyznać przed doradcami i świtą w obawie o rychły przewrót. Wszyscy są zresztą przekonani, że dysponuje odpowiednią siłą nie z tego świata, nadaną z urodzenia, tylko jeszcze, na szczęście, nie musiała tego udowodnić. Dopiero co ogłoszona królową, ma zresztą o wiele więcej zmartwień na głowie. Na skutek ataków cienistych bestii, z których mało kto wychodzi żywy, z mapy zaczynają znikać kolejne wioski, po jakich pozostają zgliszcza. Dorzuciwszy do tego wdrażanie w nowe obowiązki, pierwsze dni panowania młodej kobiety na tronie można uznać za cokolwiek burzliwe. Dodatkowy chaos w głowie wprowadzają jednak dopiero dwaj panowie - przybyły na koronację, wierny przyjaciel z dzieciństwa w majestatycznie dorosłej wersji oraz pojawiający się w coraz bardziej trwożących snach, czarnowłosy nieznajomy, przez którego Alanya boi się zmrużyć oczy, nie wiedząc, co zastanie ją w kolejnej, budzącej grozę wizji. Na co wskażą „Znaki przeznaczenia”?
Nigdy nie przypuszczałam, że utrzymane w komediowej koncepcji fantasy skrzyżowane z powieścią akcji, którego druga część tomu pierwszego (!) liczy 686 stron rozkocha mnie w sobie na tyle, że nie będę mogła się doczekać kontynuacji, jaka - na co wszystko wskazuje - także będzie duetem. Świadczy to niezbicie o fakcie, że Mimi Lisette dysponuje niesamowitym talentem literackim. Nie tylko porywa bowiem bez reszty do wykreowanego przez siebie, na wskroś oryginalnego świata, ale i przez ponad 1300 kart niezmiennie bawi czytelnika. Przekomarzanki pomiędzy licznymi postaciami zostały w „Comie” wyniesione na zupełnie inny poziom, będąc immamentną częścią pełnej akcji i emocjonujących plot twistów fabuły. W świecie śniących i walczących o oświecenie, skrytych przebudzonych, personalnie najbardziej urzeka mnie jednak… elitarny oddział militarny, zwany Bad Boysami. Nie ukrywam, umiejscowienie naczelnych postaci w tejże jednostce wojskowej budzi moją sympatię - i to ogromną. Najczęściej tak się właśnie składa, że w podobnie męskich światach rozgrywają się najsilniej zabawne narracyjne wydarzenia, co Autorka wykorzystuje wręcz brawurowo. A już wrzucenie do owej formacji zbrojnej pyskatej, niepokornej i inteligentnie ironicznej sylwetki, która przekornie i impertynencko mianowała się Heleną Trojańską (historię oryginalnej zna chyba każdy 😉) udowadnia, że Pisarce ani finezjo-fantazji, ani animuszu nie brakuje. I owszem, podczas lektury pierwszej części tomu pierwszego zaśmiewałam się do rozmazania odwiecznie tragicznego makijażu, aczkolwiek czytając kontynuację o podtytule „Na dnie snu” nieestetycznie parskałam i wybuchałam szyderczym rechotem godnym szaleńca z częstotliwością najbardziej niebezpiecznego psychopaty (minuta ciszy dla zaniepokojonego bardziej niż zwykle Męża), co potwierdza, że Lisette nie tylko utrzymała poziom fabularno-komiczny, ale i cudem nieznanym… jeszcze podniosła sobie poprzeczkę, czyniąc go wyższym! Chapeau bas. A ja dalej pytam, gdzie można się do takiej dowcipnej kompanii zapisać! Dla koleżanki oczywiście… 😉
Gdybym chciała sprawić, że
sztafaż moich byłych nieudaczników, zwanych przeszłymi partnerami, zejdzie z
owego padołu łez na zawał, opowiedziałabym co nieco albo i więcej o ich godnych
pożałowania zachowaniach. Póki co pomysł ten trzymam w blokach startowych, za
lepszą karę uznając fakt, że nie znają dnia ani godziny a przy tym muszą się jeszcze
nieco pomęczyć w swych nędznych żywotach, z daleka li obserwując, jak wiele
utracili wraz z naszymi relacjami. Miałeś chamie złoty róg - i te sprawy. Choć
cytat ten poznałam wiele lat wstecz, jakoś wciąż uśmiecha. 😉 Aleksandra Gmyrek nader nietypowo i
niesamowicie estetycznie zaserwowanym w formie pamiętnika poradnikiem zdecydowała
się zaś przedstawić czytelnikom uczuciową przeszłość - wszystko po to, by ci wyciągnęli
z niej własne lekcje i zaczęli pracować nad prywatnymi relacjami. Koncepcja
świetna, bo najczęściej tak to właśnie bywa, że dostrzega się pewne niuanse
dopiero, gdy spojrzy się na nie chłodnym, zazwyczaj cudzym okiem. A zapewniam, że
czterej panowie, z jakimi związki opisuje w memuarowym stylu Alex. Gi są
plejadą barwną a przy tym tak w krzywym zwierciadle odmalowaną, że czytając o
ich postawach niejednokrotnie stwierdzisz: ups… przecież ja dokładnie takiego
mężczyznę znałam. Gdyby nie były to prywatne zapiski z kroniki zwierzeń
Autorki, sama czułabym się cokolwiek dziwnie - wśród przedstawionego kwartetu
znalazłam wszak wiele podobieństw do znanych mi kreatur. Z perspektywy dużej
liczby minionych lat, poznawanie podobnych sylwetek dzięki literaturze bawi i
uśmiecha - choć gdybym wciąż tkwiła w definitywnie toksycznych relacjach, być
może takie teksty otworzyłyby mi oczy znacznie wcześniej. Stąd też uważam, że
nabrawszy właściwej wartości własnej i przeszedłszy konieczną, lecz trudną
drogę ku lepszemu, Autorka zdecydowała się na doskonały krok (łatwiej się uczy
na błędach postaw innych), opisując personalne przypadki nieudanych związków w
formie intymnych zapisków podanych z dozą humoru. Może dzięki nim choć jedna
osoba dostrzeże… kiedy nie warto marnować ni sekundy więcej. Otóż: CZĘSTO.
Dżungla wydobywa z każdego
to, co najgorsze.
Przecież <…> Ci o tym
w <…> szalona suko. Do reszty ogłuchłaś? Znowu <…> co do Ciebie
mówię? A poza tym jesteś <…> bezużyteczna. Może lepiej <…> Twój
ojciec, bo <…>.
Naprawdę Aid tak powiedział,
rzeczywiście użył dokładnie tych słów? A może Twój mózg znowu dopowiedział nieistniejącą
opowieść, uzupełniając to, co udało Ci się usłyszeć z nieodpowiednio
wyregulowanymi aparatami słuchowymi o wyrazy, które miały zasiać w Tobie
jeszcze większe zwątpienie? Pisk. Przecież i tak notorycznie rozlega się między
uszami, kiedy dobiegają do nich dźwięki na wysokich tonach - te, których od
czasu wypadku nie odbierasz już poprawnie. W samym środku dzikiego Belize, gdzie
zdecydowałaś się pozostać, na początku cała ta kakofonia życia sprawiała, że niedaleko
Ci było do utraty pozostałych zmysłów. Może to zresztą Twoja scheda po matce… Nie
pamiętasz jej zbyt dobrze - byłaś za mała, aby jej obraz wiele lat później
wciąż pojawiał Ci się przed oczyma na zawołanie. Wielu sytuacji nie potrafisz
sobie od dawna w całości przypomnieć. Urwane fragmenty przeszłości jeszcze
majaczą gdzieś na obrzeżach. Ojciec, z którym kobieta znowu się kłóci - bo tata
zbyt wiele czasu poświęca badaniom nad ukochanymi kwiatami. Wyjechał na zbyt
długo? Orchidelirium, to wtedy usłyszałaś to po raz pierwszy? A może wrzaski z
pokoju rodziców dotyczyły choroby mamy, jaka wracała falami tylko po to, by w
końcu pochłonąć ją całkowicie? Dzieciństwo. Kiedy Twoja starsza siostra odnosząca
sukcesy jako prawnik o nim opowiada, masz wrażenie, że żyłaś w zupełnie innym
świecie. Kłamie czy to Ty masz coraz większe luki we wspomnieniach? Gładzisz w zamyśleniu
tatuaż Aida, leżąc na belizeńskiej plaży i zastanawiasz się nad tym wszystkim. Inicjały
LF, live forever, jak Ci powiedział. Całe ciało pokryte ma tuszem, zapisuje na
nim wszystko, co istotne w jego życiu. Na pamiątkę Waszej relacji wykaligrafował
przecież „no sorry”, choć… nie wiesz już, do czego dokładnie się to odnosi. A
może Ci mówił? Nie usłyszałaś? Nie pamiętasz? Szalona suka.
).jpg)