• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Żoną miałam być, miał być ślub… i wesele też - mogłabyś z powodzeniem zanucić tekst pewnej znanej kilka lat temu piosenki. Aż tu nagle, gdy do uroczystości zostało całkiem niedużo czasu, natrafiłaś na ten jeden artykuł, który wywrócił do góry nogami całe Twoje życie i sprawił, że przygotowania do dnia, w którym na Twoim palcu zalśni obrączka, zeszły na dalszy plan. Gdyby jeszcze niedawno ktoś Ci powiedział, że pojedyncza notka pośledniego czasopisma wpłynie na Twoją całkiem poukładaną rzeczywistość w tak wielkim stopniu, stwierdziłabyś, że chyba postradał zmysły. A jednak tak właśnie się stało, choć niektórzy powiedzieliby pewnie, iż poznany przypadkiem tekst tylko obudził to, czego od zawsze pragnęłaś - i co było w Tobie głęboko uśpione a dopiero teraz odnalazło drogę na zewnątrz. Przerzucałaś nieco bezmyślnie, bo dla zabicia czasu, kolejne treści damskich magazynów, kiedy nagle Twoją uwagę zwróciła ta, która zdeterminuje wszystko, co wydarzy się później. Szokujący na pierwszy rzut oka artykuł przedstawiał losy kobiety, jaka jednocześnie pozostawała w związku z dwoma mężczyznami - mężem oraz trenerem personalnym. Choć początkowo ślubny nie wiedział o istnieniu tego drugiego, finalnie całe trio nawiązało niecodzienną relację - i zaczęło „cieszyć się” życiem w stałym trójkącie. Kiedy przeczytałaś tę informację po raz pierwszy, jedynie zmarszczyłaś brwi, uznając ją za cokolwiek kontrowersyjną. Po kilku godzinach rozmyślań doszłaś natomiast do wniosku, że… zważywszy na Twoje nudne i stabilne życie z narzeczonym, który nie dba o Twoje potrzeby, sama chętnie spróbowałabyś takiego układu, jeśli oczywiście miałabyś na to szansę. Zazwyczaj stroniąca od eksperymentów, skupiona raczej na tym, co stałe - taka odmiana dobrze by Ci zrobiła. Pora jednak odłożyć mrzonki na bok, bo oto wybierasz się na poszukiwania sukni ślubnej. Ciężko Ci się do nich dostroić po ognistym śnie z dwoma Hiszpanami w roli głównej, który nawiedził Cię w nocy… I cóż, pech chce, że opowiesz o nim ze szczegółami przyjaciółce, na skutek czego wszechświat oszaleje.
23:45:00 No comments

Sagi rodzinne to opowieści złożone z wartości - jakże potrzebne w pędzącym dzisiaj coraz szybciej świecie, w jakim relacje z bliskimi często są odsuwane na dalszy plan. Wykreowane wielowymiarowo i napisane w uśmiechający sposób, gwarantują doskonałą rozrywkę i relaks, tak niezbędny po kolejnym trudnym dniu. Jeśli ich bohaterowie są zarysowani wielobarwnie i prezentują sobą i własnymi wyborami pewien starodawny urok, tym większa przyjemność z poznawania ich losów. Dokładnie takich znalazłam za przywołującą wiosnę okładką powieści „Jesteście tylko przyjaciółmi?” - pierwszego tomu serii „Rodzina Tylczyńskich” autorstwa Moniki Klary Krajniak. Choć najczęściej przebywam w mrocznych książkowych rzeczywistościach, tego rodzaju odprężające narracje są dla mnie dobrą odskocznią. Lekką, pozwalającą odpocząć skołatanym nerwom i uciekającym wiecznie w rozbieżnych kierunkach myślom, a przy tym pełną… nadziei. Autorka debiutuje pozytywną, skupioną na rodzinie, więzach oraz przyjaźniach fabułą, którą w takim kształcie niestety rzadko obecnie można znaleźć w rodzimej prozie. Niezepsutą, skoncentrowaną na najważniejszych wartościach - a do tego podaną estetyczną warstwą językową. Podobną codzienności, w pełni realistyczną, a jednak ma się wrażenie, że przenoszącą równocześnie w minione czasy. Przyznaję, iż poznawszy 367 stron historii Pisarki w jeden wieczór, nie mogę się doczekać, aby się przekonać, jak potoczą się dalsze perypetie wielodzietnej rodziny Tylczyńskich, której członków zdążyłam polubić niemalże bez wyjątku od pierwszego rozdziału opowieści. Oto gawęda, jaka otula - zabiera do krainy pewnej przyjaźni, z której być może wyniknie coś więcej… W małej wiosce Dąbrowa żyje bowiem dwójka młodych ludzi, jacy od dziecka pozostają nierozłączni i wiedzą o sobie niemalże wszystko. Przed jednym z nich otwierają się jednak bramy dorosłości - czas studiów i wolności, którymi to niestety można się szybko zachłysnąć i zapomnieć o wszystkim, co kiedyś było nader ważne… Choć może relacje na całe życie przezwyciężą chwilową fascynację nieznanym?

00:09:00 No comments

Główna bohaterka powieści „Piekielna osiemnastka” ma na imię Julka… i w tak wielkim stopniu jest mną, że chyba powinnam podejrzewać Autorkę o rzeczywiste konszachty z diabłem. Każdą kolejną stronę tego naznaczonego wątkami paranormalnymi thrillera czytałam z wręcz makiawelicznym uśmiechem, jako że w literaturze nie trafiłam jeszcze na postać, która miałaby ze mną tak wiele wspólnego. Julia ubiera się jedynie na czarno - nie uznaje innych kolorów a jej stylizacje należałoby określić mianem mrocznie rockowych. Uwielbia słuchać muzyki i ma do niej niesamowitą pamięć. Jeśli raz wpadnie jej w ucho jakiś utwór, jest w stanie odtworzyć go z głowy. Za najciekawszą spośród jej umiejętności uznaję natomiast niezwykłą smykałkę do języków obcych. Uczy się ich z ogromną łatwością, najwięcej czerpiąc z tłumaczeń tekstów, które niekiedy… jakoby same materializują się w jej jaźni. To natomiast wprawia w konsternację nauczycieli, jacy za wszelką cenę usiłują udowodnić jej próbę oszustwa czy niewiedzę - i irytują się niezmiernie za każdym razem, gdy okazuje się to niemożliwe. Pozornie nie uważa na lekcjach, lecz mimo tego potrafi odpowiedzieć bezbłędnie na wszystkie pytania belfrów. Nie musi spędzać licznych godzin na nauce jak reszta jej rówieśników - co dla wykładających niemiecki lub angielski jest na tyle podejrzane, że podczas zajęć niemalże zatruwają życie dziewczyny zagadnieniami wykraczającymi ponad podstawę programową. Wydawać by się mogło, iż tego rodzaju książkowy wątek jest mało realistyczny - jednak, kto chodził do mojego prestiżowego z nazwy liceum, ten w cyrku się nie śmieje, chyba, że przez łzy. 😉 Zaręczam, zdarzają się i historie, o jakich filozofom się nie śniło, a co dopiero jednostkom innym niż przeciętne. Julka jest na domiar dla niej złego odmienna niż reszta - a przy tym wychowuje się w małej wiosce, w jakiej niczego nie da się utrzymać w tajemnicy. Jako jedyna nieochrzczona, pozostaje także szkolnym wyrzutkiem, za przyjaciółkę mając tylko wyklętą dziewczynę. Cóż… tak bohaterka jest mną, jak i ja jestem nią. Wielce.

02:13:00 No comments

Opowiadania nie należą do łatwej formy literackiej, wszak przy użyciu niedużej ilości słów ich autor musi wyrazić bardzo wiele, jeśli mają być uznane za udane. Z drugiej strony, to właśnie one uważane są za oddające w pełni kunszt, jakim dysponuje pisarz. Sama najbardziej lubię historie spowite ulotną mgiełką ezoteryki, które przemawiają do tej cząstki duszy, jaka doskonale wie, że - cytując Hamleta: „świat jest pełen tajemnic, zjawisk i niezwykłości, których ludzki rozum, nauka czy filozofia nie są w stanie pojąć lub przewidzieć”. Która przyjmuje, że Mickiewiczowskie: „czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko” jest w pełni  zasadne, ponieważ to, co transcedentalne, stanowi immanentną część ludzkiego świata i świadomości. A także wyobraźni, która często zabiera człowieczą istotę w podróż po tym, czego  nie da się przeniknąć rozumem a tym bardziej namacalnie dotknąć. Niewątpliwymi mistrzami tego rodzaju opowiadań byli Edgar Allan Poe oraz H. P. Lovecratft, którzy wyznaczyli ich niedościgły wzorzec. Wykreowana w ich dziełach atmosfera, pełna niepewności i przeszyta na wskroś tajemniczością, niejednokrotnie balansuje na granicy jawy i snu, a także racjonalności i szaleństwa. Nie tylko zachwyca, ale i daje poczucie obcowania z niewytłumaczalnym, które przez szeroko otwarte odrzwia imaginacji zyskuje dostęp do samego serca, by już nigdy z niego nie ustąpić. Gatunek ten na ogół stanowi emocjonalne połączenie fantastyki, science-fiction, ludowych wierzeń, i horroru, czerpiąc pełnymi garściami z gotyckiej tradycji. Ujęty w odpowiednio obrazowo przedstawione wydarzenia, zawsze pozostawia po sobie niezapomniane wrażenie. Udowadnia to recenzowany zbiór opowiadań.

„Trzymani przez nich za ręce, powoli wkraczamy do Krainy Cieni - tam, gdzie kończą się wszystkie ludzkie ścieżki.”

Zdanie zamykające ostatnie z opowiadań doskonale oddaje klimat utworów Pisarki, do których przeniosę Cię właśnie teraz.

01:33:00 No comments

Pięknie mroczna wyklejka, zaczernione pierwsze strony rozdziałów, pełne zwracających uwagę grafik, rysunkowe ilustracje oraz elegancka okładka z literami, które skrzą się odcieniem fuksji - właśnie w tak estetycznym wydaniu Iwona Feldmann sprezentowała czytelnikom pierwszy tom serii „Wakacje z szefem” o podtytule „Rosy”, wziętym od imienia głównej bohaterki. Jako miłośnik wizualizacji, muszę stwierdzić, iż tego rodzaju spójność jest więcej niż mile widziana. Z pewnością wszelkie fanki historii romantycznych przyznają mi rację - wszak opowieści o relacjach dobrze jest okrasić odpowiednio przyciągającą wzrok warstwą optyczną! Wystarczy jednak o zaletach, które można dostrzec na pierwszy rzut oka, bo przecież w każdej książce, mimo wszystko najważniejsza jest treść. W tę standardowo wprowadzę Cię w recenzji - zwichrowanej halucynacji semantycznej, która zaprosi Cię do odbycia pewnej nieplanowanej podróży z mężczyzną, jakiego do tej pory znałaś tylko z firmowych zebrań, niemiłych rozmów i eleganckich korytarzy. Choć pracujesz dla Cartera Bellamy od ponad sześciu lat, dotychczas nie miałaś o nim najlepszego zdania. I trudno Ci się dziwić - w końcu wyniosła pyszałkowatość młodego i nieprzyzwoicie przystojnego miliardera raczej nie są cechami, jakich inteligentna kobieta, utalentowany analityk finansowy, może poszukiwać u mężczyzny. Jak to jednak często bywa, w każdej grze karty zmieniają się co rozdanie - i potrafią tak nagle, co niespodziewanie odwrócić passę. Tymczasowa nieobecność zarządzającego Twoim działem przyjaciela sprawi, że już niedługo będziesz miała okazję pracować dla samego prezesa i poznać go znacznie lepiej niż do tej pory. Ogarnięta prywatnymi problemami z pogarszającym się stanem matki na czele, wcale nie potrzebowałaś akurat teraz nowych wyzwań. Nikt jednak nie pytał o Twoje chęci, a raczej z ironicznie uniesionym kącikiem pięknie wykrojonych ust stwierdził, że przed Tobą delegacja do Kalifornii. Tyleż słonecznej, co gorącej - i to niekoniecznie za sprawą samej pogody…

02:00:00 No comments

Napisanie powieści z wątkami dla dorosłych czytelników nie jest prostym zadaniem. Jeśli ma być czymś więcej niż tylko przedstawieniem czysto fizycznej relacji pomiędzy bohaterami, trzeba dodatkowo zadbać o wiele istotnych kwestii. W mojej ocenie przede wszystkim same postaci nie mogą być płaskie - a tak skonstruowane, by czytelnik chciał się dowiedzieć, co się pomiędzy nimi wydarzy. Otoczone odpowiednimi przeżyciami i okraszone właściwą dawką charakterystycznych cech, zdecydowanie zachęcą odbiorcę do poznania swoich losów. Jeśli autor zdecyduje się nadać im inteligentnego poczucia humoru - tym lepiej. Poza tym uważam, że rzadko kiedy w literaturze wywodzącej się z romansu teatr dwóch aktorów, czyli naczelnych sylwetek, okazuje się wystarczający. Doskonale zatem, jeśli dodatkowo wprowadzi się do narracji wątki rodzinne czy powiązane z przyjaciółmi. Czym barwniejsze, tym ciekawsze okazuje się książkowe tło - wszak jego wielowątkowość zawsze jest zaletą. Jeżeli są wartościowe - zaczynam uśmiechać się, tym razem nie makiawelicznie, jeszcze szerzej. Pewien ewenement, ponieważ podczas lektury „Dalii” Patrycji Dzień poczułam się nader zachęcona do jak najszybszego poznania dalszych stron historii już po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron. Główna bohaterka, pisarka Maria jest bowiem tak przykuwającą uwagę osobą, że niemalże od razu kradnie serce odbiorcy nader nietypową kreacją. Choć na co dzień tworzy udane fabuły fantasy, tym razem staje przed nią zupełnie inne wyzwanie: napisać erotyk. Początkowo narzeka na ten pomysł, kierując skargi do psa malamuta, który jest absolutnie uroczym towarzyszem, ale - jak to ma w zwyczaju, decyduje się na spróbowanie sił w nieznanym gatunku. Po krótkim ochłonięciu w przydomowym warsztacie, w jakim produkuje na zamówienie oryginalne, drewniane wyroby, zgadza się na cokolwiek szalony pomysł wydawcy - i odwiedziny pewnego klubu, który ma jej posłużyć za inspirację. I tu cały galimatias dopiero się rozpoczyna… Może bezpieczniej byłoby zostać przy fantastyce? 😉  

23:27:00 No comments

Pewna lokata w tegorocznym rankingu najlepszych przeczytanych książek oraz nota 11/10 nie oddadzą w pełni tego, jak misternie skonstruowaną szkatułką tragedii jest „Ziarno zła” - powieść Autora, którego zdążyłam… obdarzyć nienawiścią już po pierwszych kilku przeczytanych rozdziałach. W pozytywnym znaczeniu tego słowa, ponieważ jako literat odczuwam naturalną zazdrość względem niespotykanie ogromnego talentu, jakim bez wątpienia dysponuje Pisarz. Mieć oryginalny pomysł na fabułę, zaprezentować go w udany sposób, przedstawić umiejętnie czytelnikowi sztafaż barwnych postaci - to wszystko trudne, choć w pełni wykonalne. Twórca jednak na tym nie poprzestaje, prawdopodobnie postanowiwszy postawić poprzeczkę o wiele wyżej. Do powyższych dołączają bowiem inne elementy, które wynoszą prozę na o wiele ambitniejszy poziom. Trzecioosobowa narracja to swego rodzaju żonglerka, jako że płynnie i naprzemiennie rzuca światło na wydarzenia, które stają się udziałem wielu bohaterów. Pozornie takich, którzy nie mają ze sobą wiele wspólnego, pomijając pewne determinujące przyszłość wydarzenie z przeszłości. W istocie - osoby, które finalnie po zawirowaniach i świetnie wprowadzonych plot twistach, spotkają się na jednej, wielkiej scenie - w przedstawieniu tak dramatycznym, że aż zatrzymującym niemiejącego odbiorcę w miejscu. Do tego Kapla zdecydował się na bardzo rzadki zabieg literacki, z którym ostatnio miałam do czynienia… wiele lat temu we własnym tekście. Jakże pysznie było zobaczyć jego realizację na 413 stronach! Anadiploza, czyli paralelizm składniowy, zastosowany na poziomie kompozycji rozdziałów z wariacyjnym przekształceniem frazy to sztuka niesamowicie trudna. (Pisząc prościej: ostatnie zdanie rozdziału poprzedniego i pierwsze kolejnego są złożone z podobnych słów, choć różne - i właściwie wplecione w treść.) Zabawę słowotwórstwem, którą tak cenię, widać zresztą u Autora wielokrotnie. Z tego „Ziarna zła” wykiełkowało, nie przesadzając, dzieło. Idealnie niewtórny przedstawiciel literatury pięknej. Najwyższych lotów!

23:17:00 No comments

Maghreb to nie tylko część Afryki, to także styl życia i sposób pojmowania świata. Swoista sztuka bytu. Każdy przybysz, snujący rojenia o wyższości kulturalnej nad autochtonami, przekonany, iż chroni go jakże cienki naskórek zachodniej cywilizacji, szybko łapie się na tym, iż powoli, lecz nieuchronnie staje się jego częścią, czy tego chce, czy nie. Jest jak wir, wciągający obcego w czeluści, których granice biegną od bezkresnych piasków Sahary, poprzez liche arabskie lepianki aż po rozgwieżdżone niebo, na którym można dostrzec każdą, nawet najmniejszą gwiazdę. Proces ten nie ominął i Twojej osoby. Namacalnie dostrzegasz, jak kropla po kropli sączy się w Ciebie tutejsza atmosfera, niezauważalnie zmieniając ogląd świata i podejście do teraźniejszości. Niemal fizycznie czujesz, jak Afryka trawi Cię w swoich bezdennych trzewiach krok po kroku, kawałek po kawałku. Wystarczyły dwa tygodnie pobytu w Tunezji, byś przejął tutejsze podejście do upływu czasu, który odmierzasz już nie godzinami i minutami, ale całymi dniami. Zmienił się nawet wygląd Twojej skóry, ogorzałej od palących promieni słońca i smaganej gorącym tchnieniem wiatru sirocco. Nie masz pojęcia czy na końcu tej drogi będziesz czystszy i bardziej wolny od złudzeń przeszłości, czy przeciwnie, ale wiesz jedno - przepełniająca Cię tęsknota pozostała taka sama. Za tym, by mieć swoje miejsce na świecie, do którego chce się wracać i osobą, dla której jesteś ważny, a może nawet najważniejszy. Niezasklepione rany bolą najbardziej, zwłaszcza, gdy zostały zadane przez kogoś, kto był całym Twoim światem. Komu niczego nie mogłeś odmówić, godząc się z radością na rolę cienia podążającego za wyśnionym bytem. Od rozwodu, który położył kres Twojemu dwuletniemu małżeństwu, minęło już półtora roku, a masz wrażenie, jakby miał miejsce przed miesiącem.

23:58:00 No comments

Snułaś tyle planów na ten dzień i wszystkie musiałaś odłożyć na później za sprawą SMS-a wzywającego na pilną rodzinną naradę. Otrzymałaś go od babci, która mieszka na obrzeżach Tarnowskich Gór, gdzie musisz dojechać z Katowic - a to całkiem spory kawałek. Teraz siedzisz w samochodzie, wściekając się na ogromne korki. W końcu jednak docierasz na miejsce i jak zwykle wita Cię ogromny rwetes. Są wszyscy członkowie familii, których nie widziałaś od dłuższego czasu, więc powitaniom nie ma końca. Wszystkim dyryguje babcia Wiktoria, jaka pomimo swoich blisko osiemdziesięciu dwóch lat wygląda i zachowuje się niczym osoba dużo młodsza. Nigdy nie brakowało jej energii, a teraz jest jej istnym wulkanem. Uwagę zwracają jej niesamowicie błękitne oczy, odziedziczone po własnej babci Anieli. Ta ostatnia przeżyła osobistą tragedię, gdyż jako córka niezbyt zasobnych chłopów, wbrew własnej woli została wydana za mąż za syna bogatego gospodarza. Była najpiękniejszą dziewczyną we wsi, więc rodzice bez skrupułów przehandlowali dziecko w zamian za apanaże. Ten krok przyczynił się do rozpadu rodziny. Bracia - Antek i Jakub nie zaakceptowali tego wyboru. Od dawna marzyli o wyjeździe do USA, więc oburzeni uznali, że przyszedł na to czas. Gorąco namawiali siostrę, aby im towarzyszyła, jednak ta odmówiła. Koniec końców osiedli na stałe w Wielkiej Brytanii, a kiedy po wojnie nad Europą zapadła Żelazna Kurtyna, kontakty pomiędzy rodzeństwem się urwały. Do tego stopnia, że obydwie rodzinne gałęzie nic o sobie nie wiedziały. Jak oświadcza babcia Wiktoria, właśnie uległo to zmianie, dlatego też zwołała wszystkich do siebie. John Hunter - wnuk Jakuba wynajął firmę detektywistyczną z zadaniem odnalezienia krewnych w Polsce. Po ustaleniu miejsca ich pobytu, wystosował zaproszenie na oficjalne obchody swoich dziewięćdziesiątych urodzin.

22:13:00 No comments
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (47)
    • ▼  kwi (6)
      • Justyna Pawlikowska - Zakazana - recenzja
      • Monika Klara Krajniak - Jesteście tylko przyjaciół...
      • Dagmara Warszewska-Kołacz - Piekielna osiemnastka ...
      • Beata Ziaja - U schyłku czasów - recenzja
      • Iwona Feldmann - Wakacje z szefem. Rosy - recenzja
      • Patrycja Dzień - Dalia - recenzja
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates