Zamiast dnia takiego jak
wszystkie inne - początek huraganu, który zdemoluje Twoje uładzone życie. Nigdy
byś nie przypuścił, że zetkniesz się z siłami, jakie ze swej natury skrywają
się za maskami pozorów, spowite tajemnicami nieprzeniknionymi dla zwykłych
śmiertelników. Gra wywiadów, akronimy CIA czy ABW... to wszystko znałeś jedynie
z filmów i sensacyjnej literatury, a tymczasem stałeś się częścią gry, w której
ludzkie życie nie ma znaczenia. Jak zwykle to bywa, brzemienny w wydarzenia
poranek zaczyna się całkowicie niewinnie, obleczony w zwyczajną, szarą rutynę.
Już o siódmej wyprowadzasz na spacer psa - piękną wyżlicę weimarską, prezent od
siostry na pięćdziesiąte urodziny. Ostatnim, jaki od niej dostałeś. Wkrótce
potem Eliza i jej mąż, Estończyk Esben Koppel ponieśli śmierć, gdy ich jacht
znajdujący się w drodze do Tallina przewrócił niespodziewany, gwałtowny poryw
wiatru. Bardzo to przeżyłeś, byliście bowiem nie tylko zżyci, ale też wiele jej
zawdzięczałeś. To ona wymusiła na Tobie rezygnację z kariery w żandarmerii
wojskowej, a następnie wymogła, byś skończył aplikację i dołączył do założonej
przez nią kancelarii adwokackiej. Prowadzisz ją do dzisiaj z wieloma sukcesami,
dzięki którym szyld „Koppel i Szczerzec” zdobył spore poważanie i renomę. Po
trzygodzinnej przechadzce przekraczasz próg biura, jak zwykle od razu wypytując
o stan bieżących spraw. Prosisz sekretarkę o podanie kawy i rozsiadasz w
wygodnym fotelu, stojącym w zajmowanym gabinecie a pies posłusznie mości się w
legowisku. Zanim udaje Ci się przystąpić do ułożenia planu dnia, rozdzwania się
telefon. Ze zdziwieniem spostrzegasz, że
dobija się do Ciebie znajomy, z którym w zasadzie nie utrzymujesz bliższych
kontaktów…
Joanna Gracjasz stworzyła
jedną z książek, jakich nie czyta się jedynie dla samej historii, a przede
wszystkim dla poznania prawdy. Takiej, jaka uwiera niczym przysłowiowy kamyk w
bucie i zostawia po sobie ślad głębszy od fabuły. „Tajemnica
zawodowa” to zbiór opowiadań, który nie jest literackim popisem czy bezpieczną
opowieścią o szkolnej rzeczywistości. To raczej zapis doświadczeń, emocji i
sytuacji, które wydarzyły się naprawdę lub mogły się wydarzyć na znanych
każdemu korytarzach… Ich ciężar nie wynika z dramatycznych zwrotów akcji, tylko
z autentyczności. Już we wstępie Autorka zaznacza wprost, że to narracje
inspirowane rzeczywistością i próba oddania emocji tych, którzy często
pozostają niewidoczni, choć funkcjonują tuż obok - w systemie edukacji, co to z
zewnątrz wydaje się uporządkowany, a od środka bywa miejscem cichych dramatów,
jakie rozgrywają się każdego dnia.
Najsilniej oddziałuje na
mnie opowiadanie „Granica” - studium relacji między nauczycielką a uczennicą i
jednocześnie opowieść o tym, jak łatwo przekroczyć niewidzialną linię
oddzielającą pomoc od uzależnienia emocjonalnego. Anna to nauczycielka z
powołania - ktoś, kto naprawdę wierzy, że może zmienić czyjeś życie; iż
odpowiednie wsparcie potrafi wyrwać człowieka z najgorszego miejsca. Marta jest
z kolei dziewczyną zagubioną, zamkniętą w sobie, funkcjonującą w świecie, w
którym nie ma stabilności ani zainteresowania ze strony rodziców a szkoła staje
się jej przestrzenią obcą i przytłaczającą. Jej problemy z nauką, wagary, brak
zaangażowania nie są bynajmniej lenistwem, tylko konsekwencją głębszego chaosu,
w którym żyje. I w jakim tak łatwo przecież się pogrążyć… Pisarka nader celnie
ukazuje cały proces kształtowania się i przekształcania relacji - nie sam punkt
kulminacyjny. Anna zaczyna od drobnych gestów, dodatkowych zajęć, rozmów, prób
zrozumienia. Stopniowo wchodzi coraz głębiej w życie Marty, poświęca swój czas,
energię a w końcu także siebie. I właśnie w tym miejscu pojawia się coś, co
czyni tę historię tak… wyjątkową i zarazem niepokojącą. Pomoc przestaje być
wsparciem, a zmienia się w potrzebę. Anna zaczyna definiować siebie przez to,
czy jest w stanie uratować dziewczynę. Marta natomiast uczy się tej znajomości
w sposób, który jest jej najbliższy, czyli przez manipulację, kontrolę i
testowanie granic. Jej zachowania eskalują - od wagarów, przez kłamstwa, aż po
kradzieże i szantaż emocjonalny wobec rówieśników, co nie jest przedstawione
jako nagła transformacja, ale jako naturalna konsekwencja środowiska i
mechanizmów, które wcześniej się w niej ukształtowały. Najbardziej bolesny
moment tej historii nie polega jednak na tym, co robi Marta, ale na tym, jak
świat reaguje na Annę. Jej zaangażowanie zostaje podważone, jej działania
odczytane jako przekroczenie granic a matka dziewczyny obraca sytuację
przeciwko niej, oskarżając ją o niewłaściwe zachowanie i brak kompetencji. W
tym jednym punkcie cała konstrukcja, którą Anna budowała miesiącami, zaczyna
się rozpadać. I to nie jest dramat w stylu literackim, to jest coś znacznie
bardziej realnego, moment, w którym człowiek zaczyna wątpić nie tylko w swoje
decyzje, ale w sens tego, co robi… Jakże doskonale mi zresztą znany. Kulminacją
tej historii nie jest jednak konflikt, ale konsekwencje. Wyczerpanie,
emocjonalne wypalenie i w końcu diagnoza choroby, która nie pojawia się jako
przypadek, tylko jako efekt nagromadzonego stresu, napięcia i ignorowania
własnych granic. Scena, w której Anna zostaje sama z tą informacją, jest jedną
z najmocniejszych w całym zbiorze, jako że nie opiera się na dramatycznych
środkach, tylko na ciszy, na załamaniu i na świadomości, że człowiek, który
próbował ratować innych, zapomniał o sobie…
Drugie opowiadanie, które
szczególnie zostaje w mojej głowie, czyli „Wrony”, działa inaczej, ale równie druzgocąco.
Tutaj nie ma jednej relacji, która się rozpada, tylko cały system, jaki powoli
niszczy jednostkę. Maria jest nauczycielką pełną pasji - kreatywną,
zaangażowaną, taką, która naprawdę chce uczyć inaczej, głębiej, bardziej
świadomie. Jej podejście stoi jednak w sprzeczności z rzeczywistością szkoły, w
której liczą się wyniki, dokumentacja i podporządkowanie zasadom. To
opowiadanie pokazuje coś, co rzadko jest nazywane wprost, czyli systemowe
wypalenie, które nie rodzi się z jednego wydarzenia, tylko z ciągłego nacisku,
braku wsparcia i poczucia, że to, co robisz, nie ma znaczenia. Maria stopniowo
traci energię, sens a w końcu także siebie. Autorka bardzo precyzyjnie opisuje
narastające lęki, napięcie, problemy ze snem, izolację i poczucie osamotnienia,
które nie wynikają z braku ludzi wokół, tylko z niezrozumienia. Relacje w pracy
się zmieniają, wsparcie znika a ona sama zaczyna funkcjonować jak cień - obecna
fizycznie, ale coraz bardziej wycofana psychicznie. Ten tekst nie potrzebuje
wielkich zwrotów akcji, bo jego siła tkwi w powtarzalności, w monotonii, w tym,
jak dzień po dniu coś w człowieku gaśnie… Czy bezpowrotnie?
Styl całego zbioru opowiadań jest spójny i podporządkowany emocjom. Nie ma tu przesadnej stylizacji ani literackiego nadmiaru. Jest prostota, która momentami boli bardziej niż najbardziej poetyckie zdania, bo nie daje czytelnikowi dystansu. To książka, którą się nie tyle czyta, co przechodzi przez każdą z akcji razem z bohaterami, czując ich zmęczenie, frustrację i bezsilność. Smutek… i reminiscencje prywatne. „Tajemnica zawodowa” to nie jest tom treści o szkole. To teksty o ludziach zamkniętych w systemie, o granicach, które się zacierają, o pomocy, która potrafi zniszczyć, i o tym, jak łatwo zatracić i potracić siebie, kiedy za wszelką cenę próbuje się uratować kogoś innego. Nie daje pocieszenia ani nie ofiarowuje czytelnikowi łatwych odpowiedzi. Prezentuje mu za to coś znacznie cenniejszego - świadomość. Poza tym, jestem pewna, iż po lekturze także i Ty pozostaniesz z powracającym raz i co rusz pytaniem: ile z siebie ofiarujesz, nim Cię zabraknie… i w imię czego właściwie?
Sagi rodzinne to opowieści złożone z wartości - jakże potrzebne w pędzącym dzisiaj coraz szybciej świecie, w jakim relacje z bliskimi często są odsuwane na dalszy plan. Wykreowane wielowymiarowo i napisane w uśmiechający sposób, gwarantują doskonałą rozrywkę i relaks, tak niezbędny po kolejnym trudnym dniu. Jeśli ich bohaterowie są zarysowani wielobarwnie i prezentują sobą i własnymi wyborami pewien starodawny urok, tym większa przyjemność z poznawania ich losów. Dokładnie takich znalazłam za przywołującą wiosnę okładką powieści „Jesteście tylko przyjaciółmi?” - pierwszego tomu serii „Rodzina Tylczyńskich” autorstwa Moniki Klary Krajniak. Choć najczęściej przebywam w mrocznych książkowych rzeczywistościach, tego rodzaju odprężające narracje są dla mnie dobrą odskocznią. Lekką, pozwalającą odpocząć skołatanym nerwom i uciekającym wiecznie w rozbieżnych kierunkach myślom, a przy tym pełną… nadziei. Autorka debiutuje pozytywną, skupioną na rodzinie, więzach oraz przyjaźniach fabułą, którą w takim kształcie niestety rzadko obecnie można znaleźć w rodzimej prozie. Niezepsutą, skoncentrowaną na najważniejszych wartościach - a do tego podaną estetyczną warstwą językową. Podobną codzienności, w pełni realistyczną, a jednak ma się wrażenie, że przenoszącą równocześnie w minione czasy. Przyznaję, iż poznawszy 367 stron historii Pisarki w jeden wieczór, nie mogę się doczekać, aby się przekonać, jak potoczą się dalsze perypetie wielodzietnej rodziny Tylczyńskich, której członków zdążyłam polubić niemalże bez wyjątku od pierwszego rozdziału opowieści. Oto gawęda, jaka otula - zabiera do krainy pewnej przyjaźni, z której być może wyniknie coś więcej… W małej wiosce Dąbrowa żyje bowiem dwójka młodych ludzi, jacy od dziecka pozostają nierozłączni i wiedzą o sobie niemalże wszystko. Przed jednym z nich otwierają się jednak bramy dorosłości - czas studiów i wolności, którymi to niestety można się szybko zachłysnąć i zapomnieć o wszystkim, co kiedyś było nader ważne… Choć może relacje na całe życie przezwyciężą chwilową fascynację nieznanym?
Główna bohaterka powieści „Piekielna
osiemnastka” ma na imię Julka… i w tak wielkim stopniu jest mną, że chyba
powinnam podejrzewać Autorkę o rzeczywiste konszachty z diabłem. Każdą kolejną
stronę tego naznaczonego wątkami paranormalnymi thrillera czytałam z wręcz
makiawelicznym uśmiechem, jako że w literaturze nie trafiłam jeszcze na postać,
która miałaby ze mną tak wiele wspólnego. Julia ubiera się jedynie na czarno -
nie uznaje innych kolorów a jej stylizacje należałoby określić mianem mrocznie
rockowych. Uwielbia słuchać muzyki i ma do niej niesamowitą pamięć. Jeśli raz
wpadnie jej w ucho jakiś utwór, jest w stanie odtworzyć go z głowy. Za najciekawszą
spośród jej umiejętności uznaję natomiast niezwykłą smykałkę do języków obcych.
Uczy się ich z ogromną łatwością, najwięcej czerpiąc z tłumaczeń tekstów, które
niekiedy… jakoby same materializują się w jej jaźni. To natomiast wprawia w
konsternację nauczycieli, jacy za wszelką cenę usiłują udowodnić jej próbę oszustwa
czy niewiedzę - i irytują się niezmiernie za każdym razem, gdy okazuje się to niemożliwe.
Pozornie nie uważa na lekcjach, lecz mimo tego potrafi odpowiedzieć bezbłędnie
na wszystkie pytania belfrów. Nie musi spędzać licznych godzin na nauce jak
reszta jej rówieśników - co dla wykładających niemiecki lub angielski jest na
tyle podejrzane, że podczas zajęć niemalże zatruwają życie dziewczyny zagadnieniami
wykraczającymi ponad podstawę programową. Wydawać by się mogło, iż tego rodzaju
książkowy wątek jest mało realistyczny - jednak, kto chodził do mojego
prestiżowego z nazwy liceum, ten w cyrku się nie śmieje, chyba, że przez łzy. 😉 Zaręczam, zdarzają się i historie, o
jakich filozofom się nie śniło, a co dopiero jednostkom innym niż przeciętne.
Julka jest na domiar dla niej złego odmienna niż reszta - a przy tym wychowuje
się w małej wiosce, w jakiej niczego nie da się utrzymać w tajemnicy. Jako
jedyna nieochrzczona, pozostaje także szkolnym wyrzutkiem, za przyjaciółkę
mając tylko wyklętą dziewczynę. Cóż… tak bohaterka jest mną, jak i ja jestem
nią. Wielce.
Opowiadania nie należą do
łatwej formy literackiej, wszak przy użyciu niedużej ilości słów ich autor musi
wyrazić bardzo wiele, jeśli mają być uznane za udane. Z drugiej strony, to
właśnie one uważane są za oddające w pełni kunszt, jakim dysponuje pisarz. Sama
najbardziej lubię historie spowite ulotną mgiełką ezoteryki, które przemawiają
do tej cząstki duszy, jaka doskonale wie, że - cytując Hamleta: „świat jest
pełen tajemnic, zjawisk i niezwykłości, których ludzki rozum, nauka czy
filozofia nie są w stanie pojąć lub przewidzieć”. Która przyjmuje, że Mickiewiczowskie:
„czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko” jest w
pełni zasadne, ponieważ to, co
transcedentalne, stanowi immanentną część ludzkiego świata i świadomości. A
także wyobraźni, która często zabiera człowieczą istotę w podróż po tym,
czego nie da się przeniknąć rozumem a
tym bardziej namacalnie dotknąć. Niewątpliwymi mistrzami tego rodzaju opowiadań
byli Edgar Allan Poe oraz H. P. Lovecratft, którzy wyznaczyli ich niedościgły
wzorzec. Wykreowana w ich dziełach atmosfera, pełna niepewności i przeszyta na
wskroś tajemniczością, niejednokrotnie balansuje na granicy jawy i snu, a także
racjonalności i szaleństwa. Nie tylko zachwyca, ale i daje poczucie obcowania z
niewytłumaczalnym, które przez szeroko otwarte odrzwia imaginacji zyskuje
dostęp do samego serca, by już nigdy z niego nie ustąpić. Gatunek ten na ogół
stanowi emocjonalne połączenie fantastyki, science-fiction, ludowych wierzeń, i
horroru, czerpiąc pełnymi garściami z gotyckiej tradycji. Ujęty w odpowiednio
obrazowo przedstawione wydarzenia, zawsze pozostawia po sobie niezapomniane
wrażenie. Udowadnia to recenzowany zbiór opowiadań.
„Trzymani przez nich za
ręce, powoli wkraczamy do Krainy Cieni - tam, gdzie kończą się wszystkie
ludzkie ścieżki.”
Zdanie zamykające ostatnie
z opowiadań doskonale oddaje klimat utworów Pisarki, do których przeniosę Cię
właśnie teraz.
Pięknie mroczna wyklejka,
zaczernione pierwsze strony rozdziałów, pełne zwracających uwagę grafik, rysunkowe
ilustracje oraz elegancka okładka z literami, które skrzą się odcieniem fuksji
- właśnie w tak estetycznym wydaniu Iwona Feldmann sprezentowała czytelnikom
pierwszy tom serii „Wakacje z szefem” o podtytule „Rosy”, wziętym od imienia
głównej bohaterki. Jako miłośnik wizualizacji, muszę stwierdzić, iż tego
rodzaju spójność jest więcej niż mile widziana. Z pewnością wszelkie fanki
historii romantycznych przyznają mi rację - wszak opowieści o relacjach dobrze
jest okrasić odpowiednio przyciągającą wzrok warstwą optyczną! Wystarczy jednak
o zaletach, które można dostrzec na pierwszy rzut oka, bo przecież w każdej
książce, mimo wszystko najważniejsza jest treść. W tę standardowo wprowadzę Cię
w recenzji - zwichrowanej halucynacji semantycznej, która zaprosi Cię do
odbycia pewnej nieplanowanej podróży z mężczyzną, jakiego do tej pory znałaś
tylko z firmowych zebrań, niemiłych rozmów i eleganckich korytarzy. Choć pracujesz
dla Cartera Bellamy od ponad sześciu lat, dotychczas nie miałaś o nim
najlepszego zdania. I trudno Ci się dziwić - w końcu wyniosła pyszałkowatość
młodego i nieprzyzwoicie przystojnego miliardera raczej nie są cechami, jakich
inteligentna kobieta, utalentowany analityk finansowy, może poszukiwać u
mężczyzny. Jak to jednak często bywa, w każdej grze karty zmieniają się co
rozdanie - i potrafią tak nagle, co niespodziewanie odwrócić passę. Tymczasowa
nieobecność zarządzającego Twoim działem przyjaciela sprawi, że już niedługo będziesz
miała okazję pracować dla samego prezesa i poznać go znacznie lepiej niż do tej
pory. Ogarnięta prywatnymi problemami z pogarszającym się stanem matki na
czele, wcale nie potrzebowałaś akurat teraz nowych wyzwań. Nikt jednak nie
pytał o Twoje chęci, a raczej z ironicznie uniesionym kącikiem pięknie
wykrojonych ust stwierdził, że przed Tobą delegacja do Kalifornii. Tyleż słonecznej,
co gorącej - i to niekoniecznie za sprawą samej pogody…
Napisanie powieści z wątkami dla dorosłych czytelników nie jest prostym zadaniem. Jeśli ma być czymś więcej niż tylko przedstawieniem czysto fizycznej relacji pomiędzy bohaterami, trzeba dodatkowo zadbać o wiele istotnych kwestii. W mojej ocenie przede wszystkim same postaci nie mogą być płaskie - a tak skonstruowane, by czytelnik chciał się dowiedzieć, co się pomiędzy nimi wydarzy. Otoczone odpowiednimi przeżyciami i okraszone właściwą dawką charakterystycznych cech, zdecydowanie zachęcą odbiorcę do poznania swoich losów. Jeśli autor zdecyduje się nadać im inteligentnego poczucia humoru - tym lepiej. Poza tym uważam, że rzadko kiedy w literaturze wywodzącej się z romansu teatr dwóch aktorów, czyli naczelnych sylwetek, okazuje się wystarczający. Doskonale zatem, jeśli dodatkowo wprowadzi się do narracji wątki rodzinne czy powiązane z przyjaciółmi. Czym barwniejsze, tym ciekawsze okazuje się książkowe tło - wszak jego wielowątkowość zawsze jest zaletą. Jeżeli są wartościowe - zaczynam uśmiechać się, tym razem nie makiawelicznie, jeszcze szerzej. Pewien ewenement, ponieważ podczas lektury „Dalii” Patrycji Dzień poczułam się nader zachęcona do jak najszybszego poznania dalszych stron historii już po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron. Główna bohaterka, pisarka Maria jest bowiem tak przykuwającą uwagę osobą, że niemalże od razu kradnie serce odbiorcy nader nietypową kreacją. Choć na co dzień tworzy udane fabuły fantasy, tym razem staje przed nią zupełnie inne wyzwanie: napisać erotyk. Początkowo narzeka na ten pomysł, kierując skargi do psa malamuta, który jest absolutnie uroczym towarzyszem, ale - jak to ma w zwyczaju, decyduje się na spróbowanie sił w nieznanym gatunku. Po krótkim ochłonięciu w przydomowym warsztacie, w jakim produkuje na zamówienie oryginalne, drewniane wyroby, zgadza się na cokolwiek szalony pomysł wydawcy - i odwiedziny pewnego klubu, który ma jej posłużyć za inspirację. I tu cały galimatias dopiero się rozpoczyna… Może bezpieczniej byłoby zostać przy fantastyce? 😉
Pewna lokata w tegorocznym rankingu najlepszych przeczytanych książek oraz nota 11/10 nie oddadzą w pełni tego, jak misternie skonstruowaną szkatułką tragedii jest „Ziarno zła” - powieść Autora, którego zdążyłam… obdarzyć nienawiścią już po pierwszych kilku przeczytanych rozdziałach. W pozytywnym znaczeniu tego słowa, ponieważ jako literat odczuwam naturalną zazdrość względem niespotykanie ogromnego talentu, jakim bez wątpienia dysponuje Pisarz. Mieć oryginalny pomysł na fabułę, zaprezentować go w udany sposób, przedstawić umiejętnie czytelnikowi sztafaż barwnych postaci - to wszystko trudne, choć w pełni wykonalne. Twórca jednak na tym nie poprzestaje, prawdopodobnie postanowiwszy postawić poprzeczkę o wiele wyżej. Do powyższych dołączają bowiem inne elementy, które wynoszą prozę na o wiele ambitniejszy poziom. Trzecioosobowa narracja to swego rodzaju żonglerka, jako że płynnie i naprzemiennie rzuca światło na wydarzenia, które stają się udziałem wielu bohaterów. Pozornie takich, którzy nie mają ze sobą wiele wspólnego, pomijając pewne determinujące przyszłość wydarzenie z przeszłości. W istocie - osoby, które finalnie po zawirowaniach i świetnie wprowadzonych plot twistach, spotkają się na jednej, wielkiej scenie - w przedstawieniu tak dramatycznym, że aż zatrzymującym niemiejącego odbiorcę w miejscu. Do tego Kapla zdecydował się na bardzo rzadki zabieg literacki, z którym ostatnio miałam do czynienia… wiele lat temu we własnym tekście. Jakże pysznie było zobaczyć jego realizację na 413 stronach! Anadiploza, czyli paralelizm składniowy, zastosowany na poziomie kompozycji rozdziałów z wariacyjnym przekształceniem frazy to sztuka niesamowicie trudna. (Pisząc prościej: ostatnie zdanie rozdziału poprzedniego i pierwsze kolejnego są złożone z podobnych słów, choć różne - i właściwie wplecione w treść.) Zabawę słowotwórstwem, którą tak cenię, widać zresztą u Autora wielokrotnie. Z tego „Ziarna zła” wykiełkowało, nie przesadzając, dzieło. Idealnie niewtórny przedstawiciel literatury pięknej. Najwyższych lotów!