Malarstwo ikonowe to sztuka
sakralna, będąca klasą samą w sobie. Jest nieporównywalne i nie do pomylenia z
żadnym innym - oddziałuje na zmysły w niezwykle specyficzny sposób. Nic w tym
dziwnego, gdyż jego pochodzenie wywodzi się z kultury Bizancjum, nosi więc
znamię dla niej bardzo charakterystyczne - ogromne bogactwo wyrazu, poddane
jednak ścisłemu rygoryzmowi. Teoretycznie próżno szukać w nim kunsztu Giotto di
Bandone, średniowiecznego czarodzieja pędzla, który zrewolucjonizował malarską
wizję chrześcijańskiego eposu i wprowadził do swoich przepięknych obrazów
trójwymiarowość oraz początki operowania światłocieniem, jak choćby w arcydziele
„Pojmanie Chrystusa” vel. „Pocałunek Judasza” (1303/1305 r.), w którym odbiorca
godzinami może z zachwytem analizować zbiegające się spojrzenia głównych
postaci, będące nieśmiertelnym spleceniem niewidzialną nicią dwóch ich rodzajów
- niewinnego i zdradzieckiego. Na zdrowy rozum, ikony nie dorównują dziełom
innego mediewalnego giganta sztuki Simone Martini, którego „Zwiastowanie” (1333
r.) oszałamia patrzącego mistrzowskim przedstawieniem postaci i bogactwem
skąpanych w złocie kolorów. Z pozoru nie są w stanie konkurować także z
„Mistycznymi zaślubinami św. Franciszka”
(1437/1444 r.) Stefano Sassetty, „bijącego” po oczach” prezentowaną co prawda
wstydliwie, a jednak przepyszną urodą trzech cnót, najpierw stojących przed
obliczem bożego wybrańca, by „po chwili” unieść się nad nim w ślicznie ukazanym
łuku swych ciał. Nie przenikają one zgrozą werycznym ukazaniem cielesnych
skutków męki Zbawiciela, jak na płótnie Andrei Mantegny „Opłakiwanie zmarłego
Chrystusa” (1467/1480), gdzie rany Syna Boga, zadane bestialsko wbijanymi
gwoździami, dosłownie przepalają wzrok każdego, kto miał okazję oglądać ten
niezwykły obraz, zadając krzyczące pytanie o granice wytrzymałości ludzkiego
ciała poddanego niewysłowionym katuszom.
W mroku można zatracić się bez reszty i zagubić na długo - wszak nie bez powodu wielu bezpowrotnie się w nim zakochuje. Raz umiłowawszy wszystko, co pochodzi z ciemności, niechętnie wybiera się to, co świetliste, łatwe i przyjemne. Czerń ma jednak sporo odcieni, spośród jakich niektóre okazują się niebezpieczne, niezależnie od tego, jak kusząco by się jawiły. Z pewnością do nich właśnie można zaliczyć powojenną zamieć, w której wirują odłamki próbującej złożyć się na nowo codzienności. Tej, w jakiej goszczą od wielu lat bohaterowie drugiej książki, którą zdecydowałam się przyjąć w tym roku pod medialne skrzydła - romansu historycznego Joanny Jax. Jako niespełna jedenastolatka i jeszcze młodsza dziewczynka, Ewa Zakrzewska była świadkiem wydarzeń, których definitywnie nie powinno widzieć żadne dziecko. Jednokrotnie ujrzawszy wszechpotężny ogrom zła, nigdy nie jest się już tą samą osobą, co jeszcze chwilę temu. Jeśli natomiast jest się zmuszonym, by obserwować go wciąż i raz jeszcze, przez okres kilku lat, to właśnie z tych doświadczeń tworzy się siebie zupełnie na nowo. Jak ktoś, kto podczas drugiej wojny światowej był świadkiem ciągłej makabry oraz zapętlającego się tragizmu ma zbudować dobre, pełne wartości życie, w którym poczuje się bezpiecznie? Należy jedynie podejrzewać, iż wymaga to nadludzkiej siły. Tą zaś przecież musiały cechować się tak zwane wojenne sieroty, dla których słowo dzieciństwo przestało istnieć z chwilą oddania pierwszego strzału przez wrogą armię. Choć „Zagubieni w mroku” szukają się i odnajdują głównie w roku 1969 na terenie Berlina Wschodniego, dzięki umiejętnie wplecionym w fabułę retrospekcjom naczelnej postaci, czytelnik podróżuje w czasie i przestrzeni również do Polski niszczonej właśnie przez nazistów i trawionej ogniem zniewolenia. Zestawienie tych dwóch światów daje zaś efekt, jaki wstrząsa niepowtarzalnie. Młoda architekt, która właśnie jedzie na zagraniczny staż, wciąż jest przecież tamtą małą dziewczynką… Nawet, jeśli tylko w jaźni.
Masz sekret, którego nie
możesz wyjawić nawet najbliższym. Niewidzialny wróg toczy Twoje ciało,
odbierając nie tylko siłę fizyczną, ale także wszelką nadzieję na przyszłość. A
obydwie te moce są bardzo potrzebne w walce, którą podjąłeś z wrogiem swojej
ojczyzny. Polska pozostaje pod zaborami już prawie sto lat, a Ty nigdy się z
tym nie pogodziłeś. Jesteś konspiratorem i przynależysz do organizacji
niepodległościowej „Głos Orła”. Twoje brawurowe i zarazem często lekkomyślne
wyczyny budzą zgrozę w jej kierownictwie, a zwłaszcza w kapitanie Janie
Skrzetuskim - Twoim dowódcy. Jednak ten toleruje wyskoki, jakich się
dopuszczasz. To dawny przyjaciel Twojego ojca, którego Rosjanie zesłali na
Syberię i od lat nie ma o nim żadnych wiadomości. W skrytości ducha jest dumny,
że jego syn nie zna pojęcia strachu, choć zarazem bardzo się martwi, czy nie
podzielisz losu rodziciela. Właśnie dostajesz od niego kolejną burę za
najnowszy wyczyn, który po raz kolejny udowodnił Twoją ułańską fantazję, a
zarazem naraził na wielkie niebezpieczeństwo. Poważyłeś się bowiem na rzecz bardzo
zuchwałą. Dostałeś się na bal wydawany z okazji urodzin cara Aleksandra III
przez namiestnika Josifa Hurko - generał-gubernatora, sprawującego nadzór nad
byłym Królestwem Polskim. Świeżo poznana, zalotna dama, żona jednego z polskich
urzędników obcej władzy, pod wrażeniem Twojego uroku, wyraziła zgodę na
przedstawienie Cię oficjelowi. Idealnie zgrało się to z Twoim planem. Gdy
wsłuchiwałeś się w głos perorującego i zadufanego w sobie Rosjanina, Twój
towarzysz Maciej Skrzetuski - udając kompletnie pijanego, popchnął Cię w taki
sposób, że wylałeś na carskiego dowódcę wino ze swojego kieliszka. Zdenerwowany,
zaczął wykrzykiwać w Twoim kierunku obelgi i zanim zdołał się zorientować, już
trzymałeś w ręku jeden z jego drogocennych orderów, po czym skierowałeś się
śpiesznym krokiem do wyjścia.
Literatura science-fiction
stanowi niezrównany wehikuł, za pomocą którego jej autorzy oraz odbiorcy mogą
pędzić przez przyszłość z bagażnikiem pełnym przeszłości. Umożliwiającym, pod
płaszczykiem opowiadania o wiekach, które dopiero nadejdą, wnikliwe
roztrząsanie spraw znanych ludzkości od samych jej początków. Jeśli chcesz
przeczytać niezrównane studium przeraźliwej samotności w świecie pełnym
bliźnich, bezsiły wobec nieznanego i miłości potężniejszej od wszelkich
przeciwności - sięgnij po „Solaris” Stanisława Lema. Masz ochotę poznać naturę
totalitaryzmów, wobec których jednostka jest niczym a wszelkie przejawy życia
podporządkowane są życzeniom władzy i stworzonego przez nią systemu przy
wydatnym udziale uciskanych - zapoznaj się ze słynnymi dystopiami: „Rok 1984”
George'a Orwell ‘a, „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya oraz „451 stopni
Fahrenheita” Raya Bradbury’ego. Gdy interesują Cię zagadnienia pozbawionej
wszelkich skrupułów walki o objęcie rządów, mechanizmy sterujące imperiami oraz
istota bezlitosnego żywiołu rewolucji, rozpętanej przez demagogów - weź do ręki
„Diunę” Franka Herberta. Chciałbyś zagłębić się w pełną zadumy opowieść o
kalejdoskopie postaw wobec nieubłaganej siły, wiodącej do upadku cywilizacji
oraz granicy poświęceń, ofiaruj parę godzin „Wojnie światów” Herberta Georges'a
Wellsa. Wyliczać dzieła z tego gatunku, które opisują światy wyimaginowane, a
jednak przerażająco prawdziwe, zajmujące się tak naprawdę człowiekiem, stanem
jego jaźni, marzeń i tęsknot, obaw i najgorszych ze strachów; tym wszystkim, co
unosi go i dręczy, można by bez końca. Do tegoż kanonu należy także twórczość
Harlana Ellisona, niepokornego i przez długi czas wyklinanego Pisarza,
zajmującego się fantastyką naukową, którego zbiór opowiadań jest przedmiotem
niniejszej recenzji. On sam był postacią niezwykłą; jedną z tych, które ufają,
że ludzkie uniwersum może być lepsze niż faktycznie jest.
Można być komuś solą w oku…
lecz i cierniem w mroku. Osobą, która tak bardzo nie pasuje do pozostałych, że rezygnuje
ze wszystkiego i postanawia nigdy nie opuszczać cienia. Jakie to uczucie, kryć się
w nieprzeniknionych ciemnościach, nie pozostawać w jednym miejscu zbyt długo,
by nie dać się zauważyć ani pojmać, rozmawiać tylko z przeszłością i wspomnieniami
- w głowie? Wydaje się, że to tak zaawansowany stopień osamotnienia, że aż
przeraża. Tymczasem bohater o tajemniczej historii, wykreowany przez Elżbietę
Barczyk udowadnia, iż w niektórych okolicznościach nauczenie się życia w pojedynkę
i w niewidoczności jest o wiele lepszym rozwiązaniem niż przyłączenie się do bezpiecznej
aczkolwiek… nieposiadającej żadnych wartości grupy. Szczególnie, jeśli jest się
odmieńcem jak Val, który alternatywnie mógłby sprzeniewierzyć się wszystkiemu i
stać marionetką zarządzających światem wampirów lub wilkołaków albo członkiem kliki
człowieczych służących na usługach bestii. Mężczyzna, element ludzki o nietypowych
zdolnościach, pragnie zaś tylko, by nikt nie zwracał uwagi na jego marną
personę, przemykającą szemranymi zaułkami krainy, gdzie po wybuchu Słońca panuje
wieczna czerń i od jakiej sam Bóg dawno odwrócił wzrok, skrajnie rozczarowany
jej obecnym kształtem. Niestety, na skutek szalonych splotów okoliczności,
spokój jest ostatnim, co będzie mu dane. Jeden nierozważny krok prowadzi wprost
w przepaść nieprzewidywalnych konsekwencji - a jego samego na świecznik najpotężniejszych
(nie)żyjących stworzeń. Próba udowodnienia, że resztki sumienia wciąż znajdują
się na właściwym miejscu sprawia, że dotychczas bezimienną, nieposiadającą
koniecznego numeru, nieistotną osobą Vala interesuje się zarówno alfa wilków,
jak i książę krwiopijców. Z jakiego jednak powodu sama wierchuszka miałaby
stoczyć bój o to, by mieć kogoś tak pozornie nieważnego i nijakiego po stronie
swojego klanu? Odpowiedzi szukać należy głęboko w minionych czasach, w których
była jeszcze nadzieja na lepsze i świetliste oraz w… niezłomności. To o niej
bowiem opowiada przede wszystkim „Cierń w mroku”.
I oto nadeszła kolejna burza w Twoim życiu. Po tylu latach, które poświęciłaś korporacji… Wyzbyłaś się dla niej osobistych podniet, przesiadywałaś w pracy do późnego wieczora i nabawiłaś się nerwicy, a potem zostałaś przeżuta, wyciśnięta jak cytryna i wyrzucona praktycznie bez słowa wyjaśnienia. Oficjalnie dlatego, że zlikwidowano Twój dział eventów, ale wiesz, że to skutek machinacji Twojego byłego partnera, z którym rozstałaś się w burzliwych okolicznościach. Ma duże wpływy w branży i wykorzystał je bez chwili wahania. Gorzko myślisz o tym, jakim jest niegodziwcem, ale cóż - zajęta głównie robotą, nie byłaś w stanie dostrzec tego wcześniej. Teraz wsiadasz do samochodu i ze zgrozą zastanawiasz się, co z Tobą będzie. W głowie masz pustkę, podobnie jak na koncie. Odłożyłaś trochę pieniędzy, jednak nie starczy ich na długo. Żyłaś chwilą i nie oszczędzałaś, przekonana, że masz pewne zatrudnienie a przełożeni bardzo Cię cenią. Teraz przekonałaś się, jak bardzo się pomyliłaś - byłaś tylko drobnym trybikiem w wielkiej machinie, który wymienia się bez żadnego żalu i zastanowienia nad jego losem. Dalej wszystko toczy się, jak to na ogół wygląda w takich przypadkach. Najpierw faza wyparcia - całe dni spędzane w piżamie, zamawiana chińszczyzna i zaległe odcinki seriali, oglądane jeden za drugim. Potem etap wzmożenia - całe tony CV rozsyłane do wszelkich możliwych pracodawców, oczywiście bez najmniejszego skutku - złą opinię masz już wyrobioną a rynek pracy przeżywa zapaść. Wreszcie czas depresji, opartej na uświadomieniu sobie, że w błyskawicznym tempie zmierzasz do roli finansowego pariasa, bez żadnych widoków na przyszłość, czemu w żaden sposób nie możesz zapobiec.
„Mad Love” Hannah McBride to tak bardzo ja - a cała trylogia, która dzięki tej książce zyskała zasłużenie emocjonujący finał, to czysta ADRENALINA. Wziąć pod swoje cieniste skrzydła tekst, który tak doskonale ze mną rezonuje - oto pierwszy i jakże przy tym ogromny tegoroczny zaszczyt. Domknięte już trio Pisarki składa się z niemalże wszystkiego, co uważam za „swoje”. To tragedia, jakiej kolejne akty odsłaniane są na wzór nieuniknionego chaosu, spowodowanego przez jedną, przypadkowo opadającą na inne, kostkę domina. Thriller o nieprzewidywalnym przebiegu, zaskakujący wieloma odcieniami psychopatycznych osobowości, których szaleństwo jest wręcz teatralnie trwożące. Powieść akcji i sensacji, rodem z najlepszych mafijnych produkcji, od jakich nie można się oderwać ani na sekundę. Romans, do którego skalista ścieżka wiedzie jedynie pod stromą górę - a niekiedy i ku przepaści; bez drogi wstecz, choć bohaterowie o złożonych charakterach oraz skomplikowanej przeszłości kroczą nią bez zastanowienia nad odwrotem. Wreszcie jednak, cykl „Mad world” to dla mnie przede wszystkim wielowymiarowy dramat rodzinny. O sukcesji, co to staje się brzemieniem i ciężarze utrzymania w jej imię nieposzlakowanej opinii. O mylących pozorach - wypracowanej dla członków familii dziedziców otoczce bajkopisarzy, dla jakiej nienaruszenia poważy się na absolutnie wszystko. Złotej klatce, ohydnej stronie bogactwa. I najsilniej… O tym, jak wielką wiarę i wierność pokłada się w rodzicach i w jak ogromnym stopniu, za wszelką cenę, próbuje się ich chronić przed krzywdą - mimo tego, że zawiedli dziesiątki i setki razy. O tym, kiedy w końcu należy powiedzieć sobie dość i przyznać, iż nie da się ratować kogoś, kto nigdy nie wybrał Ciebie - i że to przypadek od dawna stracony. O niezłomności i niemruganiu, niezależnie od okoliczności. O bezpowrotnym odchodzeniu od minionego i zostawaniu dla tych, którzy udowodnili, że warto. O miłości. Bo przecież wszystkie opowieści są tak naprawdę o miłości.
Gruzja - kraj olśniewających pięknem, monumentalnych zboczy gór Kaukazu, wspaniałych zabytków kultury sakralnej, malowniczo wznoszących się warowni oraz wielkich nierówności społecznych. Pełen sprzeczności, ujmujący i niedający się zapomnieć. Podobno kto choć raz ujrzał go na jawie, nie przestaje o nim śnić, nieodmiennie marząc o powrocie na „balkon Europy”, jak obrazowo nazywa się ten wyjątkowy zakątek. Taki właśnie los stał się udziałem Autora, który w dodatku jest z owym miejscem ściśle zespolony więzami rodzinnymi. Historia należy do gatunku tych, które można opowiadać w blasku ogniska, a jednocześnie stanowi przykład, jak „pokręcone” były ścieżki polskich losów w końcu XIX stulecia... Przodek Pisarza, Tadeusz Nowkuński był jednym z tych rodaków, którzy szanse na karierę dostrzegli na Dalekim Wschodzie. Starannie wykształcony (ukończył studia medyczne w Kijowie i Berlinie), wykazał się wielką odwagą i wraz z żoną Heleną oraz synem Aleksandrem wsiadł w pociąg, który zawiózł całą rodzinę do Harbinu w Chińskiej Mandżurii, znajdującą się pod carskim protektoratem. Tam dołączył do licznej, bo 10-tysięcznej diaspory, jaka w ogromnej większości zajmowała się budową linii kolejowych. Na miejscu został dyrektorem rosyjskiego szpitala, szybko zdobywając wielkie uznanie zasługami w walce z epidemiami dżumy i cholery. Syn wybrał karierę inżyniera, wytyczającego tysiące kilometrów szyn zmierzających z Chin aż na wybrzeże Morza Czarnego w Gruzji. Podczas jednego z licznych rautów zwrócił uwagę na Nino Tumaniszwili, piękną Gruzinkę - córkę carskiego generała i damy na dworze Romanowów. Nie był mile widziany jako absztyfikant, gdyż dla słynnej rodziny taki związek stanowił oczywisty mezalians.
Przedpremierowo
o tytule idealnym dla miłośników zagadek kryminalnych, świetnie napisanej prozy
oraz fanów literackiego świata. „Morderstwa w Marble Hall” zaskakują bowiem nie
tylko interesująco zaprezentowanymi przez główną bohaterkę kulisami
działalności wydawnictw, ale także inną niespodzianką. Anthony Horowitz, nie
bez powodu znany oraz ceniony, zdecydował się na uwielbianą przeze mnie
wariację na temat konstrukcji szkatułkowej i wewnątrz swojej powieści zamieścił
maszynopis książki innej postaci. Choć jego akcja rozgrywa się o wiele wcześniej
i rozpoczyna w roku 1955, zmyślny czytelnik z pewnością da się wplątać w szereg
znajdujących się w nim szarad i dostrzeże, iż ta swoista narracja wewnątrz narracji
ma więcej wspólnego z aktualnymi przeżyciami sylwetek bieżącej linii fabularnej
niż mogłoby się wydawać. Na uznanie zasługuje także fakt, iż Autor okrasił obie
historie przystającymi do nich warstwami literackimi i równocześnie utrzymał
przekonująco dwie formy gatunkowe… finalnie w sposób udany łącząc je w jedną.
Znać mistrzowskie pióro, w jakim każdy, pozornie nieistotny nawet detal,
odnajduje pełne wyjaśnienie, dopełniając uśmiechającej złożonością mozaiki z słów.
I tak oto „Morderstwa…” stają się współczesnym kryminałem o mającej duże
zasługi w wydawniczym świecie pani redaktor o barwnej osobowości, do której
właśnie wróciło znane z przeszłości nazwisko, z jakim powiązana twórczość już
niejednokrotnie próbowała… ją zabić. Równocześnie jednak, właśnie dzięki zawartemu
w tej opowieści maszynopisowi, to także retro historia spod ciemnej gwiazdy, w
której z pewnością zaczytałaby się chociażby słynna Christie. Dla mnie z kolei ta
propozycja literacka Horowitza o pięknym projekcie okładki to przede wszystkim gawęda
o świecie pisarzy, w jakim równie chętnie się gości, co… chciałoby się go spopielić,
a potem stworzyć od nowa. Mimo dwoistej natury, wciąż jest jednak cenniejszy od
tego rzeczywistego.
