Oto prawdziwy ewenement. Zobaczywszy, że “Coma. Słodkich snów” Mimi Lisette liczy 768 stron i stanowi przy tym pierwszą część tomu numer jeden (!) pomyślałam niefortunnie, iż przede mną z pewnością najbardziej zbędnie rozwlekła powieść, jaką będę miała okazję przeczytać. O fakcie, że to pierwsze wrażenie, jak to zwykle bywa, jest całkowicie niesłuszne, przekonałam się już po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów. Choć początkowo odstraszał mnie nieco zbyt młodzieżowy język, opowieść Pisarki szybko okazała się tak wciągająca, dynamiczna i pełna komicznych wręcz żartów sytuacyjnych, iż dotarłszy do końca, zastanawiałam się, jakim cudem, po dwóch wieczorach z lekturą, nastał jego moment. Na szczęście lubiane przeze mnie uczucie obezwładniającej pustki, które następuje po przeczytaniu bardzo dobrej, dłuższej książki zostało wyparte przez informację, że niedługo premierę będzie miała kontynuacja opowieści. Inaczej niż poprzednim razem, mam nadzieję, że historia zostanie zawarta na tysiącu stron. Albo i więcej - a to definitywny komplement! 😉 W następnej części liczę na podobną dawkę kapitalnego humoru (ostrzegam jednak, kilkukrotnie zrujnowałam makijaż łzami ze śmiechu a brzuch notorycznie mnie od niego bolał!) oraz tak samo barwne malowanie nierzeczywistego świata udanie złożonymi słowami. Niezmiernie uśmiecha, że w literaturze romantasy nie wszystko zostało jeszcze napisane, co Autorka udowadnia na wskroś oryginalną fabułą. Nareszcie coś, czego jeszcze nie było! Zestawienie motywu onirycznego, rozgrywającego się w orientalnym środowisku ze swoistą karykaturą sytuacji: co by było, gdyby kobieta znalazła się w elitarnym oddziale żołnierzy - mistrzostwo! Na deser egzotyczne miejsce akcji (choć osobiście wolałabym arktyczne!), zgraja przystojnych Bad Boysów (panie, będziecie przeszczęśliwe!) oraz utrzymane w dobrym smaku przekomarzanki między wszystkimi, niewtórnie wykreowanymi postaciami - czego chcieć więcej? Może tylko, by jeden z wojskowych życzył... słodkich snów. 😉
