Fernando Gamboa - Ostatnia krypta - recenzja

by - 20:46:00

Kochasz wolność i przygody. Nigdy nie pasowałeś do zwykłej, szarej egzystencji, jaką wiodą inni ludzie. Nie czujesz się od nich lepszy, po prostu jesteś odmienny - Twój niespokojny duch co rusz domaga się nowych podniet. Gdy wielokrotnie wracałeś do rodzinnej, pięknej Barcelony, liczyłeś ostatnie grosze, które pozostały Ci z ostatniej wyprawy i spoglądałeś na swoje podziurawione spodnie, zadając sobie jednocześnie pytanie, czy warto włóczyć się po całym świecie. Czy nie lepiej osiąść spokojnie w niewielkim mieszkanku, jakie pozostawiła Ci ukochana babcia, znaleźć pracę, poznać kobietę i wreszcie się ustatkować. Ale zawsze po paru dniach stagnacji nogi wiodą Cię do portu, w którym wciągasz pełną piersią słone od morskiej wody powietrze i ogarnia Cię niezmierzona tęsknota za wolnością. Taką, którą mierzy się głębią lazurowej wody pod kilem, wysokością palm na odległym wybrzeżu oraz szerokością kół, wykonywanych nad głową przez majestatyczne Albatrosy. Chodząc po uliczkach miasta, czujesz się coraz bardziej wyobcowany. Nie potrafisz znaleźć z ludźmi wspólnego języka, nie brakuje Ci też za towarzystwa dawnych przyjaciół, którzy, widząc, że ich nie potrzebujesz, już dawno odsunęli się od Ciebie. A może to właśnie Ty zacząłeś unikać ich bliskości. Tak czy inaczej, za każdym razem wracasz do starych nawyków i pędzisz przed siebie w poszukiwaniu przygody, nie zastanawiając się, co zdarzy się jutro. Przemierzyłeś świat wszerz i wzdłuż a odciski Twoich stóp można by znaleźć na Karaibach, nad Morzem Czerwonym, w Zanzibarze, Tajlandii, obu Amerykach i w innych niezliczonych krainach. 

„(...) coraz bardziej oddalałem się od świata, do którego - jak czułem - nigdy naprawdę nie pasowałem. Jakby inni wiedzieli coś, czego nikt mi nie powiedział, a co było niezbędne, by poczuć się częścią całości.” 


Właśnie wróciłeś z kolejnej wyprawy, tym razem z północnego Hondurasu, bogaty o niezwykły artefakt. Nurkując w celu odblokowania kotwicy jachtu, która zaplątała się w rafę koralową, natknąłeś się na omszały okrętowy dzwon z tajemniczą inskrypcją. Zaplątany w skamieniałe ukwiały i pokryty grubą patyną miedzi, długo stawiał opór Twoim wysiłkom, by przywrócić go światu. Tak, jakby za wszelką cenę pragnął ocalić swój spokój, spowity ciszą wodnej toni, z dala od zgiełku i krzątaniny, które są nieodłączną częścią ludzkiego uniwersum. W końcu jednak musiał się poddać i wychynął nad powierzchnię fal, lizany promieniami gorejącego słońca. Przeniosłeś go na pokład i głęboko ukryłeś w bagażu, modląc się, aby służby lotniskowe nie odkryły, co wnosisz na pokład samolotu. Niewątpliwie bowiem skończyłoby się to wieloletnią, niezbyt miłą gościną w tutejszych więzieniach, owianych całkowicie słusznie tak złą sławą. Szczęście jednak Cię nie opuściło i teraz z dumą patrzysz na swoje znalezisko spoczywające spokojnie na blacie stołu w gwarnym hiszpańskim mieście. Oczyszczone już i lśniące. Zastanawiasz się, w jaki sposób dzwon osiadł na dnie Morza Karaibskiego. Ile setek lat ma jego zimne, spiżowe serce, jakich ludzkich tragedii był świadkiem, wieszcząc je donośnym biciem... To pytania, które nurtują Cię od chwili, kiedy go ujrzałeś. Niewątpliwie pochodzi z zatopionego statku lub okrętu, który dumnie pruł wzburzone fale, zmierzając do zbawczego brzegu Nowego Świata, jednak nigdy tam nie dotarł. Spoczął w głębinie, stając się drewnianym grobem całej dzielnej załogi i zaginął po nim słuch w niezmierzonej pomroce dziejów. Istnieje tylko jeden człowiek, który może wyjaśnić jego pochodzenie. To profesor Castillo, dawny przyjaciel Twojego ojca i znakomity, uznany historyk, specjalizujący się w epokach średniowiecza i renesansu.  

„Wciąż żyję marzeniami oraz chwilą obecną - dobrowolny więzień carpe diem.” 

Gdy do niego dzwonisz, wyraźnie czujesz, że odnosi się do Twojego znaleziska w nieco lekceważący sposób. Kiedy jednak w jego mieszkaniu ściągasz zasłonę, pod którą kryjesz swoją zdobycz, ze zdumieniem patrzysz, jak z trudem próbuje złapać dech. To prawdziwy fachowiec, więc błyskawicznie odcyfrował maksymę wybitą na powierzchni i to właśnie ona wprawiła go w takie roztrzęsienie.  Po dłuższej chwili, gdy już dochodzi do siebie, cierpliwie tłumaczy Ci, jak wielki ciężar gatunkowy ma ten niepozorny przedmiot. Łacińska, jak się okazuje, sentencja brzmi „Milites Templi”, stanowiąc powszechnie przyjętą nazwę Zakonu Templariuszy. Nie byłoby w tym nic sensacyjnego, w końcu Bracia byli znakomitymi żeglarzami a ich jednostki pływały po wszystkich znanych im współczesnym morzach. Jednak, w uważany do dziś za pechowy piątek 13 października 1307 roku, nastąpiła całkowita zagłada tej wspólnoty. Pogrążony w długach król Francji Filip Piękny, chcąc zawładnąć jej legendarnymi bogactwami, pod fałszywymi zarzutami trudnienia się czarną magią i posiadania bliskich konszachtów z samym diabłem, aresztował najwyższych dostojników Zakonu, na czele z Wielkim Mistrzem Jakubem de Molay. Ten ostatni wraz ze swoimi towarzyszami wkrótce publicznie spłonął na stosie a dobra organizacji zostały skonfiskowane. Obecność należącej do niej morskiej jednostki w okolicy wybrzeży Stanów Zjednoczonych oznacza, że… odkrycie Ameryki musiało nastąpić jeszcze przed Krzysztofem Kolumbem, co wymusiłoby zrewidowanie wszystkich szkolnych podręczników i prac naukowych. Co więcej, zachłannemu władcy niewiele przyszło ze snutej intrygi, gdyż, wbrew jego nadziejom, skarbiec zakonników okazał się przeraźliwie pusty. Według krążącej od średniowiecza legendy, Templariusze, spodziewając się tragicznego losu, uprzednio załadowali należące do nich kosztowności na 13 statków, które pewnej nocy wypłynęły z portu La Rochelle i udały się w rejs w nieznanym kierunku. Być może właśnie okręt, który zdobił dzwon, był częścią armady, uchodzącej przed galijskimi siepaczami. Skoro, jak wszystko na to wskazuje, mnisi doskonale wiedzieli o istnieniu Ameryki, była ona najlepszym miejscem do takiej wyprawy. Przecież ówcześni Europejczycy nie mieli świadomości, że poza krańcem znanego im świata wznosi się kolejny kontynent, więc ocalali Zakonnicy byliby na nim całkowicie bezpieczni. Słysząc to wszystko, gorączkowo zastanawiasz się przede wszystkim nad jednym - ile warte byłoby znalezisko, jakie niewątpliwie znajduje się w ładowniach zatopionej jednostki, która musi spoczywać się w pobliżu odkrytego przez Ciebie dzwonu. Profesor z szerokim uśmiechem oznajmia, że majątek Templariuszy ocenia się na około 10 miliardów obecnych dolarów, więc z wielkim prawdopodobieństwem można oszacować, że na pojedynczej jednostce zdeponowano precjoza kosztujące przynajmniej 500 milionów. Niczego więcej nie trzeba, abyś wpadł na oczywisty pomysł zorganizowania wyprawy, która dokona eksploracji wraku. Po gorących namowach naukowiec akceptuje tę propozycję. W parę dni załatwicie wszystkie konieczne formalności, pakujecie rzeczy i wsiadacie do samolotu, którego skrzydła przenoszą Was do USA. Tam spotykasz się ze znajomym Amerykaninem, trudniącym się podobnymi przedsięwzięciami. Dysponuje bardzo nowoczesnym statkiem, wyposażonym we wszelkie możliwe georadary, sonary i podwodne roboty. A także zespołem doświadczonych nurków, którego częścią jest Cassandra Brooks, młoda i atrakcyjna archeolog meksykańskiego pochodzenia, z którą szybko łączy Was nić wzajemnej sympatii a być może czegoś ważniejszego. John Hutch jest wyraźnie zainteresowany układem, by w zamian za udział w zysku podjąć się poszukiwań, więc wkrótce znowu czujesz pod stopami chyboczący się na falach pokład. Po krótkim rejsie docieracie na miejsce i rozpoczynacie przygotowania do zanurzenia się nie tylko w morską głębię, ale także przygodę życia. Twoja pogoń za skarbem Templariuszy zawiedzie Cię w piaski Północnej Afryki i do monumentalnych piramid wzniesionych przed wiekami przez Majów. Odkryjesz też coś, czego ujawnienie zburzyłoby ze szczętem cały porządek współczesnego świata.  

„(...) nie zdawaliśmy sobie sprawy, że stanęliśmy twarzą w twarz z Ah Puchem - majańskim bogiem śmierci, który po wiekach głodu wreszcie zamierzał nasycić się tymi, którzy odważyli się sprofanować jego królestwo.”                     

„Ostatnia krypta” hiszpańskiego pisarza Fernando Gamboa to pierwszy i zarazem bestsellerowy tom cyklu „Przygody Ulisesa Vidala” opowiadającego o niezwykłych kolejach losu awanturnika i podróżnika, nieodmiennie wikłającego się w potężne kłopoty podczas rozlicznych wypraw. Gdy w trakcie jednej z nich natyka się na zagrzebany w morskim dnie dzwon, pochodzący z okrętu Templariuszy, postanawia wydobyć ukryty w jego wnętrzu skarb. Jak zwykle to bywa w tego rodzaju powieściach, sprawa mocno się komplikuje a stojąca za nią tajemnica zmusza bohatera do podjęcia kolejnych ekskursji. Szalonych i pełnych emocjonujących wypadków oraz niespodziewanych niebezpieczeństw. Wiodą one poprzez siedmiuset-letnie ruiny hiszpańskiego klasztoru, północną Afrykę aż do Ameryki Południowej, gdzie spowite mrokiem wnętrza piramid Majów, skrywają sekret skrzętnie chroniony przez zakonników od czasów głębokiego średniowiecza. Historia napisana jest językiem przystającym do książek przygodowych - dynamicznym i obrazowym. Wprawdzie próżno szukać w nim pogłębionych analiz psychik postaci, za to nie brakuje intrygujących wydarzeń, romansów, malowniczych zmagań ze złoczyńcami i zagadek przyprawiających o zawrót głowy. W recenzowanej propozycji literackiej jest więc wszystko to, czego poszukuje odbiorca lubiący się zanurzać w głębiny przygodowego uniwersum. Pewne zastrzeżenia budzi zakończenie, moim zdaniem nieco skandalizujące i raczej przepełnione niechęcią do Chrześcijaństwa, ale nie ujmuje to znacząco wartości książki Autora. Jeśli poszukujesz doskonałej, żywiołowej rozrywki na zimowy wieczór ta narracja jest idealnym kandydatem. 7/10   

„W mojej głowie panował chaos. Myśli, emocje i lęki wirowały bez ładu i składu, nie pozwalając na choćby sekundę spokoju. Próbowałem wmówić sobie, że to tylko nieporozumienie, makabryczny żart sprzed tysiąca lat albo pomyłka popełniona przez niepiśmiennych mnichów sprzed siedmiu wieków.” 

You May Also Like

0 comments

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)