Stanisław Lem - Powrót z gwiazd - recenzja
O ponownym zobaczeniu Błękitnego Globu marzyłeś
przez całą dekadę. Oczywiście chodzi o ten czas, jaki spędziłeś na pokładzie
Prometeusza - statku kosmicznego, wysłanego w celach badawczych w stronę gwiazdy
Fomalhaut,
najjaśniejszej w całej konstelacji Ryby Południowej i oddalonej o dwadzieścia
trzy lata świetlne. W chwili, gdy zająłeś miejsca za jego sterami, miałeś
trzydzieści wiosen, więc teraz pod względem biologicznym masz ich czterdzieści,
choć licząc miarami ziemskiego czasu, upłynęło ich aż sto dwadzieścia siedem. Załoga
składała się z pięciu pilotów oraz siedmiu uczonych, odpowiedzialnych za
naukową stronę wyprawy. Jak na trzysta tysięcy ton masy, to z pozoru niewiele,
ale trzeba pamiętać, że dziewięćdziesiąt procent z niej stanowią napęd i paliwo
- a przecież swój udział ma także niezbędne oprzyrządowanie w postaci sond, małych
rakiet służących do eksploracji gwiezdnej przestrzeni i tym podobnych urządzeń.
W rezultacie na takim olbrzymie miejsca dla człowieka nie ma zbyt dużo. Do jego
dyspozycji pozostają pojedyncze kajuty, mesa i mostek. Nie wszyscy wrócili, bo kosmos
nie wybacza błędów. Sam wielokrotnie tylko cudem ocaliłeś swoje istnienie, a
trzech aeronautów zginęło w zasadzie na Twoich oczach, poświęcając życie dla
dobra ludzkości. Tej samej, która tak naprawdę nawet nie spostrzegła Waszego powrotu.
Nie spodziewałeś się wprawdzie tłumnych orszaków, piejących dziękczynne hymny w
uznaniu dla Twojej odwagi i ofiarności, ale mimo wszystko jedynie jednozdaniowa
notka w prasie, gdzieś na tylnych łamach, to jak na Twój gust nieco za mało.
Zdajesz sobie sprawę, że żaden z bliźnich nie jest w stanie zrozumieć ani nawet
sobie wyobrazić, jakie wśród ciał niebieskich niebezpieczeństwa czyhały na Was
wszystkich - otoczonych bezlitosnym i zimnym bezmiarem wszechświata, wobec
którego człowiecza istota jest tylko nic nieznaczącym pyłkiem…
„Mężczyzna nie może zaimponować kobiecie brawurą, szaleńczym postępkiem, a przecież literatura, sztuka, cała kultura wiekami karmiła się tym nurtem: miłość w obliczu ostateczności. Orfeusz zszedł po Eurydykę do Hadesu, Otello zabił z miłości. Tragizm Romea i Julii… Dziś nie ma już tragedii. Nie ma nawet jej szansy. Zlikwidowaliśmy piekło namiętności, a wtedy okazało się, że za jednym zamachem i niebo przestało istnieć.”
Jakiego samozaparcia wymagało spędzenie ponad 3500 dób praktycznie w całkowitej samotności - bez kobiet, a przede wszystkim bliskich i przyjaciół, których nigdy już nie zobaczysz, z czego zdawałeś sobie sprawę od samego początku. Oddanych na pastwę często szaleńczych myśli, jakie kłębiły się w umyśle na kształt jadowitych węży i pochodzących z najczarniejszych głębi jaźni. Nawet gdybyś próbował to w jakiś sposób wytłumaczyć, nie byłbyś w stanie przekazać całej prawdy o tym, co przeżywa człowiek w czasie takiej ekspedycji. I dlatego wcale nie zamierzasz. Ale nie wyrażasz też zgody na spędzenie całych tygodni w tak zwanym Adopcie - ośrodku, w którym próbowano Cię zapoznać ze zmianami, jakie zaszły w społeczeństwie podczas Twojej ponad wiekowej nieobecności i przystosować do nowych zasad funkcjonowania wśród człowieczych istot, niby do Ciebie podobnych, a już tak bardzo odmiennych. Zbuntowałeś więc Olafa, pilota i zarazem przyjaciela, i wspólnie wymusiliście warunkowe wypuszczenie Was z placówki. I oto teraz po krótkim locie rakietą z Księżyca stoisz na gigantycznym dworcu lotniska, wśród przelewających się tłumów, zagubiony i bezsilny jak dziecko. Zupełnie jak wtedy, gdy z zafascynowaniem, ale i mimowolnym niepokojem spoglądałeś w przestrzeń bez początku i końca, jaka rozpościerała się przed Twoimi oczami tam - wśród jasno świecących gwiazd. Znacznie Ci bliższej niż ten zupełnie obcy gmach, pełen ludzi w dziwacznych ubraniach, pędzących przed siebie ruchomymi chodnikami bez zwracania najmniejszej uwagi na otoczenie. Przytłacza Cię tu wszystko. Ogrom budowli, której nie jesteś w stanie ogarnąć wzrokiem, feeria barw lśniąco migoczących reklam wyświetlanych na wielkich ekranach, jaskrawe snopy światła wydobywającego się z błyszczących reflektorów oraz kakofoniczny zgiełk i szum głosów dobiegających z głośników i dziesiątek tysięcy ust. Gdy w końcu ruszasz przed siebie, kroczysz jak po omacku, zupełnie nie wiedząc, w którą stronę się udać. Próbujesz zadawać pytania, jednak wszyscy zagadnięci wprawdzie udzielają wskazówek, jednak używają przy tym słów, których nie jesteś w stanie pojąć.
„Objąłem ją. Przyłożyła policzek do mojej
twarzy, a ze mnie wszystko uchodziło: dopalający się żużel zaciętości, gniewu i
szaleństwa ostatnich godzin, strach, rozpacz, leżałem pusty, jak martwy - i
tylko przyciskałem ją coraz mocniej, jakby wracały mi siły i była cisza,
światło błyszczało w złotych odbiciach pokoju, a gdzieś daleko, jakby w innym
świecie, za otwartymi oknami, szumiał Pacyfik.”
Błąkasz się tak przez parę godzin, dostrzegłszy ze zdumieniem, iż ludzki potok co jakiś czas znika w czeluściach pojazdów unoszących się w powietrzu na podobieństwo poduszkowców i bezszelestnie unoszących swój ładunek w dal. Chętnie wziąłbyś z nich przykład, ale ani nie wiesz dokąd zmierzają, ani też nie posiadasz żadnego biletu. Gdy w końcu docierasz do ściany przybytku, na której migocze wielki napis EX, czujesz jak porywa Cię ciepły prąd powietrza, zaś po chwili znajdujesz się na zewnątrz. Oddychasz z ulgą i zmierzasz w stronę budowli wyglądającej na restaurację. Gdy tylko zajmujesz pierwsze wolne krzesło, przydreptuje do Ciebie niski stolik na pałąkowatych nóżkach i słodkim głosem proponuje jakieś miejscowe danie. Odmawiasz i ze zdumieniem patrzysz, jak podchodzi do Ciebie dziewczyna i namawia na wspólny spacer. Wkrótce docieracie do jej mieszkania, zaś ona bez kozery Cię do niego zaprasza. Jesteś nieco zszokowany bezpośredniością oferty, lecz czułbyś się głupio, odmówiwszy damie, więc podążasz jej śladem. Przekroczywszy próg lokum, siadasz na kanapie i otrzymujesz szklankę z białym płynem, który początkowo bierzesz za mleko. Wychylasz go jednym haustem i stwierdzasz, że ma nieco dziwny smak. Jak się okazuje, to substancja o nazwie „bryt”. Gdy niewiasta zaczyna opowiadać o sobie, znów nie rozumiesz większości sformułowań. W końcu wyjaśniasz swoją sytuację i wyraźnie widzisz wyraz zdumienia malujący się na twarzy interlokutorki. Po chwili zmienia się on w przerażenie. Towarzyszka odskakuje gwałtownie i chowa się za oparciem a następnie drżącym głosem pyta, czy zostałeś betryzowany. Gdy zaprzeczasz, zaczyna dygotać ze strachu. Próbujesz ją uspokoić, ale nadaremno. W końcu wyjaśnia, że każdy człowiek po urodzeniu poddawany jest zabiegowi, który całkowicie wykorzenia z niego jakąkolwiek agresję. A podany Ci napój utrwala tę właściwość. Ponieważ na Ciebie to zupełnie nie działa, najwidoczniej jawisz się jej jako dzika, nieokrzesana bestia, kierująca się Bóg wie jakimi popędami. Wychodzisz, zauważywszy, że budzisz przerażenie nowo poznanej. Czujesz się całkowicie obcy w tym nowym, wspaniałym świecie bez cienia agresji i człowieczych podniet - obłym i bez wyrazu. Postanawiasz wyjechać w miejsce, gdzie nie będziesz musiał stykać się z tymi doskonałymi istotami, zupełnie nieświadomymi, jak wiele straciły. Literatura, którą tam poznasz, przybliży Ci procedurę betryzacji, czyli metodę, dzięki jakiej stworzono społeczeństwo wprawdzie wolne od przemocy, ale zarazem całkowicie uległe i pozbawione zdolności do ponoszenia jakiegokolwiek ryzyka. Tej sprężyny, która była siłą, jaka napędzała postęp ludzkości. Która stworzyła takich jak Ty, nieustraszonych twardzieli z gwiazd, wiecznych tułaczy zdolnych do przemierzenia niekończącej się drogi do odległych planet, o jakiej marzyły całe pokolenia. Już nikt nigdy nie wpadnie na tak „absurdalne” pomysły a cywilizacja zastygnie niczym zaskorupiła lawa na szczycie wulkanu, w którego wnętrzu nie goreje już głód wielkich dokonań i jakichkolwiek ambicji przerastających pragnienie przeżycia w spokoju następnego dnia. Ustalisz także, iż musisz się jakoś dostosować do zastanej rzeczywistości, choć z trudem przyjmiesz to do wiadomości. Ale tym razem dopisze Ci szczęście, gdyż znajdziesz ukojenie w uniwersum wielkiej miłości, gorętszej i silniejszej od Twojego pragnienia powrotu do gwiazd, które tak naprawdę wybrałeś na swój prawdziwy dom, a może po prostu ucieczkę od świata.
„Już nikt nie poleci do gwiazd. Już nikt nie zaryzykuje niebezpiecznego eksperymentu. Już nikt nie wypróbuje na sobie nowego lekarstwa. (…) Była to cywilizacja pozbawiona lęku. Wszystko, co istniało, służyło ludziom. Nic nie miało wagi, prócz ich wygody, zaspokojenia potrzeb oczywistych i najbardziej wyszukanych. (..) To (…) co dawniej przychodziło z największym trudem (…) do czego prowadziła droga najeżona niebezpieczeństwami i koniecznością wyrzeczeń, kompromisów, moralnych klęsk okupujących materialne sukcesy, jest teraz powszechne, łatwe i pewne. (…) zrobili okropną rzecz. Oni zabili w człowieku - człowieka.”
„Powrót z gwiazd” Stanisława Lema to powieść
z gatunku fantastyki naukowej. Jej bohaterem jest Hal Bregg, kosmonauta
powracający na Ziemię po stu dwudziestu siedmiu latach nieobecności. Na miejscu
przekonuje się, iż nie tylko nikt nie docenia jego ofiarności, ale także, że
społeczeństwo, do którego trafia, jest mu całkowicie obce. Poddane procesowi betryzacji,
pozbawione zostało wszelkiej skłonności do ryzyka i odruchów agresji, popadło w
zupełny marazm i pławi się w powszechnie dostępnych oraz całkowicie darmowych luksusach.
Hal musi więc zmagać z narastającym poczuciem bezsensu dokonanych wyborów, za
które zapłacił najwyższą cenę, pogodziwszy się z tym, że już nigdy nie będzie
oglądał swoich bliskich i niejednokrotnie wystawiwszy własne życie w kosmicznej
otchłani na największe niebezpieczeństwo. Znamienne są tu wersy: „(…) jak myśmy
wierzyli im, i czuli przez cały czas Ziemię poza sobą, obecną, wierzącą w nas,
myślącą o nas” oraz: „Jak umarł mój ojciec? Moja matka? Ja odumarłem ich
wcześniej i nie miałem, pogrobowiec, prawa pytać. (…) To oni mnie pochowali, w
gwiazdach, nie ja ich, na Ziemi.” Trzeba prawdziwego mistrza słowa, by
odmalować w tak plastyczny sposób stan jaźni człowieka, który stał się postronny
na własnej planecie, zakładając z góry przecież, że tak właśnie będzie i
dobrowolnie zdobywając się na ofiarę tego rodzaju. Niewątpliwą osią powieści są
rozważania na temat kondycji zbiorowości, co to nie czuje łaknienia dokonywania
wielkich czynów czy nieustraszonego pragnienia eksplorowania tego, co jeszcze
nieodkryte i skryte za mgłą niepewności. Pisarz zadaje ważkie pytanie,
sprowadzające się do zagadnienia, czy w imię spokoju i dobrobytu warto wyzbywać
się człowieczego pragnienia wolności myśli i czynów mających zadziwić bliźnich oraz
w rezultacie poruszać bryłę świata i popychać ją w niestannym ruchu - do przodu.
Czy zasadne jest spoczęcie na laurach i bierne oczekiwanie na to, co przyniesie
los, bez możliwości zapobieżenia jego wyrokom, czy też wpłynięcia na ich
zmianę. Każdy, kto ma w sobie iskrę człowieczeństwa i wrodzonej niepokory, zna
odpowiedź. Ale „Powrót z gwiazd” to nie tylko traktat filozoficzny i antyutopia
w jednym. To także, a może nawet przede wszystkim, hymn na cześć miłości -
ucieczki od prozy codzienności i jednocześnie wyzwolenia od niewidocznych więzów,
narzucanych przez społeczeństwo oraz jego demiurgów. Schronienia dla obolałego
serca i umysłu - jednoczesnej dźwigni, która umożliwia dokonywanie wyborów,
oznaczających rezygnację z własnych, nawet największych pragnień, jeśli kłóci
się to z jej istotą. A że Stanisław Lem umiał o miłości pisać w sposób
najpiękniejszy z możliwych, choćby z tego powodu warto sięgnąć po tę niezwykłą
książkę (klasyki notą punktową tradycyjnie nie opatruję, nie przystoi).
„Byłem gotów na wszystko. Dla tej dziewczyny.
Nie rozumiałem, jak to się stało ani dlaczego tak jest. Nie wiedziałem czy to
jest miłość, czy obłęd. Było mi to obojętne. Nie wiedziałem nic prócz tego, że przestało
się dla mnie wszystko liczyć i walczyłem z tym - stojąc u otwartego okna - jak
jeszcze nigdy z niczym; przyciskałem czoło do zimnej framugi i okropnie bałem
się o siebie.”

0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)