• Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca

Opowiadam historie o historiach. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką.

Powieściowy pojedynek na śmierć i życie, rozegrany na arenie zwanej Warszawą pomiędzy genialnym w swoim fachu złodziejem, wybierającym klientów do obrabowania niczym samomianowany Robin Hood a mordercą na zlecenie, zajmującym się oczyszczaniem świata z ofiar wskazanych przez podmiejską mafię? Et voilà - właśnie taką historią zaskoczył mnie Krzysztof Domardzki, którego twórczość zdążyłam pokochać za sprawą iście genialnej narracji pod tytułem „Error”. Co okazało się dla mnie dużą niespodzianką, tym razem Pisarz pokusił się o wykreowanie fabuły z pogranicza sensacji, akcji oraz książek szpiegowskich, jaka to charakterem przypomina mi nieco koncepcję, którą Forsyth zastosował w świetnej propozycji literackiej „Szakal”. Nie jest to jednak pomysł wtórny, albowiem urodzony w Łodzi Twórca „Pojedynku” stworzył zupełnie inną wersję prozy, jaka dzięki krótkim rozdziałom i niesamowitej dynamice nie pozwala czytającemu na to, by przerwać lekturę przed poznaniem zakończenia. Całość okraszona została do tego wersami z polskich utworów z gatunku rap - a hip-hop starej, dobrej jakości, wpleciony umiejętnie w treść, zawsze ubarwia mi odbiór dzieła. Za zabieg ryzykowny uznaję natomiast umiejscowienie akcji rodem z amerykańskich filmów i to tych, w których fajerwerków nie brakuje, w rodzimej stolicy - mnóstwo pościgów, jeszcze więcej strzelanin, niezliczenie mnogo trupów oraz widowiskowe porachunki policji z elementami przystającymi do gangów… Czy Autorowi udało się tą wersją mnie przekonać, tradycyjnie dowiesz z subiektywnej części recenzji. Tymczasem pozostaje mi stwierdzić, iż jeden z filmowych bohaterów, którego działania oglądane na wielkim ekranie darzę miłością niezrozumiale ogromną, to jest niepowtarzalny John Wick, jakiego to odgrywa jeszcze bardziej wyjątkowo Keanu Reeves… w mojej ocenie całkiem dobrze bawiłby się, jeśli miałby okazję przeczytać powieść Domardzkiego. A może i zrodziłoby to u aktora kilka nowych pomysłów odnośnie widowiskowości roli, w którą się wciela? 

02:39:00 No comments

Jestem szczęśliwym człowiekiem, jako że uczęszczałam do gimnazjum, w którym kadra nauczycielska składała się z pasjonatów, traktujących zawód jak misję. Z osób, które w większości nie tylko chciały przekazać posiadaną wiedzę, ale i zarazić miłością do wykładanego przedmiotu. Jeden z nich zaszczepił we mnie uczucia do historii, nieprzemijalne do teraz. Nauczycielka języka polskiego sprawiła, że proza i poezja stały się moim domem i zapoczątkowały coś, co na zawsze ukształtowało mój świat - fakt, iż zaczęłam pisać własne teksty i zakochałam się w literaturze, zaś wiele lat później znalazłam się tutaj jako recenzent literacki. Pozostaje zresztą moją Muzą i zajmuje specjalną lokatę w mrocznym sercu po wieczność, lecz to historia zbyt prywatna, bym chciała się nią dzielić. Swoją najnowszą powieścią „Git-mana” Witold Horwath zafundował mi jednak swoisty powrót do przeszłości - choć przecież przeniósł się narracją jeszcze dalej, do tej prywatnej z końca lat 60. i początku 70. aż po współczesność. Ta literacka podróż wielokrotnie mnie wzruszyła i silnie rozrzewniła, bo… niewiele różniła się od mojego szkolnego kiedyś. Ile oddałabym za jeszcze jedną lekcję polskiego w sali numer 309, której kochałam każdy centymetr z uwagi na wszystko-to i to mimo tego, że notorycznie przeświecało przez nią rażące słońce, którego nie znoszę? Mnóstwo. Za kolejny wykład o gramatyce rodzimego języka, ze skomplikowanymi rozbiorami zdań, przedmiot dziś już zapomniany, jakie to były dla mnie najwyższą przyjemnością? Wiele. Za to, by jeszcze raz poczuć się tak jak wtedy, niczym królowa szkoły, wygrzewająca czarne skrzydła w blasku sympatii? Majestat. Niepowetowane. Niedawno opublikowana książka utalentowanego Pisarza traktuje głównie o gitowcach, przedstawicielach wywrotowej subkultury zafascynowanej światem przestępczym, lecz dla mnie to najsmutniejsza opowieść o nauczycielach, jakich już nie ma, zbuntowanym bracie, co to dla siostry podpaliłby świat oraz pięknej postaci dyrektorki szkoły, która wzięła pod swoją aureolę wychowanków - dwa ranne ptaki, dając początek przyjaźni po kres dni…

00:34:00 No comments

Jak w każdy powszedni dzień, szybkim ruchem dłoni wyłączasz budzik, zanim jego donośny sygnał wypełni niewielką sypialnię. Nie możesz przecież dopuścić, aby o piątej rano poderwał całą rodzinę, z jaką gnieździsz się w pięćdziesięciometrowej klitce o papierowych ścianach. Nastawiasz go tylko z przyzwyczajenia, gdyż Twój organizm zawsze wybija się ze snu parę chwil wcześniej. Potem ostrożnie zwlekasz się z łóżka, aby nie zbudzić śpiących żony i dzieci. Zachowujesz się jak automat, w którego pamięć wpisano zawsze tę samą sekwencję ruchów: trucht do kuchni, nastawienie wody na kawę, którą wypijasz paroma szybkimi haustami, narzucenie wierzchniego okrycia i pośpieszny spacer na przystanek, aby zdążyć na autobus. Jeśli odjedzie bez Ciebie, spóźnisz się do pracy, a to będzie miało swoje konsekwencje. Należy do nich nie tylko upokarzająca rozmowa dyscyplinująca, ale także obcięcie pensji. A ta, którą otrzymujesz i tak ledwo starcza na utrzymanie rodziny: Ciebie, Magdy i dwojga maluchów. Już teraz nie opłacasz wszystkich rachunków, których ilość rośnie w zastraszającym tempie. Jeden dług pociąga za sobą następny i tak bez końca, aż w końcu zjawi się tłusty, zadowolony z siebie komornik i zabierze nawet ten skromny dobytek, jaki posiadasz. Doskonale o tym wiesz, więc nie możesz pogrążać się w rezygnacji, bo Twoim podstawowym zadaniem jest utrzymanie bliskich. Zaciskasz więc zęby w akcie bezsiły i pakujesz się do starego, kopcącego niemiłosiernie Jelcza. On sam jest jak miasto w którym mieszkasz - brudny i wyglądający, jakby miał się za chwilę rozpaść. Gdy spoglądasz na pozostałych pasażerów, widzisz to, co zawsze. Wszyscy mają te same szare i pozbawione jakiejkolwiek nadziei twarze. Siedzą zgarbieni, wbijając pusty wzrok w podłogę lub w umorusaną szybę, przez jaką i tak niczego nie widać. Nawet gdyby było inaczej, przed ich oczyma rozpostarłby się mało zachęcający widok - Włocławek umiera, powoli, ale nieubłaganie.

01:47:00 1 comments

Mawiają, iż ten się śmieje, kto śmieje się ostatni… jednak zdarza się także, iż na koniec wcale nie ma komu się śmiać. Jeśli w istocie tak właśnie się dzieje, lekturę uznaję za udaną. Jeżeli na domiar cieniście dobrego ta mrocznieje z każdą przewróconą stroną i co chwila zaskakuje czytelnika niespodziewaną złożonością oraz skrętem fabuły w nieprzewidzianym kierunku - twierdzę, iż jest świetna. I dokładnie do takich zaliczam powieść pod tytułem „Prześmiewca”, której autorem jest Vincent Vin. Po przeczytaniu pierwszych rozdziałów byłam przekonana, że przede mną historia z cenionym motywem okrutnego, iście diabelskiego dziecka. Chwilę później sądziłam, iż będzie to dramatyczna opowieść o matce z piekła rodem, by moment potem dojść do wniosku, że może to raczej przesmutna opowieść o istocie zła. Wszystkie te założenia były zarówno prawdziwe, jak i całkowicie fałszywe - jako że Twórca umiejętnie lawiruje pomiędzy thrillerem, horrorem, kryminałem i obyczajową tragedią, splatając je w jedną narrację, okraszoną dodatkowo… tematyką wierzeń pewnego odległego kulturowo plemienia czy obłożonych klątwą bytów rodem spod skrzydeł samego Lucyfera, które to na skutek anatemy zmaterializowały się wśród żywych. Jej fabuła to również powieść drogi odbywanej do wtóru szaleńczo szybko przesuwających się zegarowych wskazówek czy gawęda traktująca o toksycznej miłości. Trzeba dużego talentu, aby tak różnorodną wielowątkowość złożyć w nieodkładalną prozę - i stwierdzam, że Pisarz bez wątpienia nim dysponuje. Bez epatowania ohydą krwawych detali zbrodni, zbędnego patosu czy często obecnej w „książkach z dreszczykiem” śmieszności - zabiera odbiorcę do rzeczywistości, która jest tyleż straszna, co… na swój sposób prawdziwa. Porywa go w podróż po wielu stanach, nomen omen, Stanów Zjednoczonych, prezentując amerykańską jakość treści - tę bardzo dobrej klasy, jaką aż chciałoby się zobaczyć w zekranizowanej wersji. A kim jest Kruk Prześmiewca, jeśli naprawdę chcesz się przekonać?

01:40:00 No comments

W końcu spełniło się Twoje marzenie. Z zimnego, hałaśliwego Londynu, którego nie cierpiałaś z całego serca, przeniosłaś się na spokojną, sielską prowincję. I to do pięknego domu. Wprawdzie niezbyt dużego i wymagającego odświeżenia, ale pełnego czaru i posiadającego własne drzewo, które dumnie wznosi się tuż przy oknie sypialni. Jest poskręcane ze starości i wygląda jak rekwizyt wyciągnięty z mrocznej baśni, lecz niewątpliwie dodaje uroku całemu siedlisku. Zakochałaś się w nim, jak tylko je ujrzałaś, więc wiele się nie zastanawiając, postanowiłaś je kupić. Wydałaś na ten cel całe oszczędności, które na szczęście uzupełniła hojna zapomoga udzielona ze strony rodziców, sięgająca połowy ceny. Sam zwieńczony czarnym dachem budynek znajduje się na wzniesieniu i wykonany jest czerwonej cegły. Posiada także taras i spory ogród. To idealne otoczenie dla gabinetu psychologicznego, jaki zamierzasz otworzyć, kiedy tylko przeprowadzisz niewielki remont. Co ciekawe, nie będziesz miała konkurencji, gdyż takiego przybytku to niewielkie miasteczko nie posiada. Będziesz więc pionierem, z nadzieją na zdobycie stałej i niemałej klienteli. Różnego rodzaju zaburzeń emocjonalnych z pewnością nie brakuje nawet mieszkańcom prowincji. A Ty bardzo chcesz im pomóc, bo uzdrawianie ludzkich umysłów to nie tylko Twój zawód, ale przede wszystkim powołanie. Na razie kontaktujesz się z firmą „JERRY ADAMS AND SONS”, prowadzącą jak głosi jej slogan reklamowy, usługi remontowe na każdą kieszeń. I okazuje się, że jest pełni zgodny z prawdą. Szybko ustalasz należne wynagrodzenie i zakres prac a dwaj bracia bliźniacy, z imionami jak bohaterowie kreskówki: Ben i Ken, niezwłocznie przystępują do ich wykonania.

06:47:00 No comments

Czarna komedia, której twórcą jest niemiecki pisarz, prawnik i autor scenariuszy filmowych, pod tytułem „Moje wewnętrzne dziecko chce zabijać uważnie” jest jedną z najzabawniejszych książek, jakie miałam okazję przeczytać w tym roku - choć nie przeczę, z dużą dozą prawdopodobieństwa na ów ogląd wpływa fakt, iż zaliczam się do szacownego grona psychopatów. 😉 Podczas czytania o zbrodniach makiawelicznie się zaśmiewam, w trakcie knucia krwawych planów z dzikim chichotem przegryzam przekąski, zaś kiedy poznaję tak zmyślnie i finezyjnie fantazyjnie wykreowany pastisz, ukazujący w krzywym zwierciadle cały świat oraz bohatera, który dokonuje kolejnych przestępstw niejako dziełem przypadków, prowadzących do zabawnie najgorszych konsekwencji - mroczność mojego oblicza rozjaśnia wyraz uznania dla kunsztu prozatorskiego, jakim to niewątpliwie odznacza się Karsten Dusse. Śmiem twierdzić, iż w rodzimym kraju nie jest raczej personą lubianą - wszak wszechobecna w jego tekstach krytyka dla nordyckiej nacji niegdysiejszych wybrańców, mających stać się nadludźmi, przybiera wręcz formę bawiącej odbiorcę karykatury. I tak oto dzięki powieści będącej drugą częścią kapitalnej serii, której kolejnych tomów już nie mogę się doczekać (moje wewnętrzne dziecko także) czytelnik zostaje uśmiechnięty kpinami z ekoświryzmu, rozlicznymi żartami sytuacyjnymi, wyłaniającymi się z treści właściwie strona po stronie oraz dla przykładu obaleniem sensu poradników, mających magicznie odmienić życie zaraz po przeczytaniu. Chociaż w istocie… Pisarz wplata w narrację jeden, który sama mogłabym wcielić w rzeczywistość. Co bowiem, gdyby tak zacząć z pełną uważnością, cierpliwie i otwarcie na potrzeby (i pogrzeby) tkwiące w głębi duszy, oczyszczać tę ziemską krainę z całkowicie zbędnych jednostek? Krok po kroku wplatać w codzienność koncepcję dochodzenia do wewnętrznej równowagi dzięki popełnieniu tego czy innego mordu, oczywiście z zachowaniem jasności umysłu, skupieniem się na „tu i teraz” oraz kontrolowaniem oddechu? No czyż to nie jest najpyszniejszy pomysł?!

01:46:00 No comments

Pompeje to starożytne miasto, położone na końcowym fragmencie italskiego buta, w słonecznej i urodzajnej Kampanii. Intersujący się historią Imperium Rzymskiego kojarzą je przede wszystkim z bogactwa zachowanych form archeologicznych, a także odgrywanej przez nie roli ważnego portu handlowego. Wszystkim innym przed oczyma stają wstrząsające, zaklęte w gipsie oblicza zmarłych próbujących złapać ostatni oddech, który zdradziecko i nieubłaganie wypełniał ich płuca gorącym wulkanicznym pyłem oraz trującymi gazami pochodzącymi z erupcji pobliskiego Wezuwiusza. Umiejscowienie grodu w Zatoce Neapolitańskiej, wprost nad morzem Tyrreńskim, gdzie zbiegały się liczne szlaki kupieckie było dla niego błogosławieństwem, lecz tylko do 79 roku n.e. W nim właśnie, a dokładnie 24 sierpnia, choć niektórzy historycy wskazują datę o dwa miesiące późniejszą, ogromny krater przebudził się do życia, eksplodując na wysokość nawet 33 kilometrów i całkowicie niszcząc Pompeje oraz pobliskie Herkulanum i Stabie, w których elita Cesarstwa postawiła swoje oszałamiające wille. Epicentrum wybuchu znajdowało się w odległości zaledwie około 9 kilometrów od aglomeracji, co przesądziło jej los. Nawet nad odległym Rzymem zapadło zaćmienie słońca a pył wulkaniczny dotarł do Egiptu i Syrii, co daje pojęcie o jego skali, wobec której także współczesne państwo, dysponujące nieporównywalnie doskonalszymi środkami technicznymi, byłoby zupełnie bezsilne. Oblicza się, że wyzwolona została energia cieplna 100 tysięcy razy większa niż ta, jaką wzbudziły bomby atomowe zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki. Skutkiem był wyrzut ogromnej ilości lawy oraz stopionych błyskawicznie skał, gorącego pyłu i popiołu z prędkością 1,5 miliona ton na sekundę. To zaś spowodowało, że na miasto opadła gorejąca chmura wyziewów o temperaturze, jak się szacuje, nawet kilkuset stopni Celsjusza.

00:48:00 No comments

Thriller z klaustrofobiczną atmosferą, w którym nic nie jest tym, czym zdawało się być, zaś główna bohaterka wydaje się cierpieć na zaniki pamięci lub nawet znajduje się w stadium eskalującej paranoi? Oto i on - „Wdowa” napisana przez nieznaną mi wcześniej, pochodzącą z Norwegii, Helene Flood. Po lekturze recenzowanej książki zyskałam pewność, że od tej pory będę niecierpliwie wypatrywać każdej kolejnej spod pióra utalentowanej Pisarki. Świetną, nader dynamiczną warstwą językową o raczej krótkich rozdziałach i przystających do nich zdaniach, którym jednak nie brak niekiedy poetyckości, Autorka maluje przed odbiorcą słowami historię, od jakiej wprost nie sposób się oderwać. Początkowo wszystko jawi się jako dość oczywiste - mąż, który spędził z żoną blisko pięćdziesiąt lat w udanym związku, pewnego dnia wybywa do pracy na reperowanym własnoręcznie rowerze tylko po to, by nigdy już nie wrócić - równocześnie czyniąc z kobiety wdowę, jak i sieroty z trójki swoich dorosłych już dzieci, dwóch córek oraz syna. Chwilę po tym, gdy mężczyzna opuszcza dom, do Evy, naczelnej postaci, przybiega nielubiana w okolicy sąsiadka - wyraźnie zdenerwowana, rozemocjonowanym głosem informuje ją, że musi natychmiast za nią podążyć, jako że Erling miał wypadek. Obrazy, które kobieta zastaje na miejscu zdarzenia już nigdy jej nie opuszczą - pasek kasku wciąż zapięty pod szyją, białka oczu ledwie widoczne zza kurtyny opadłych na nie rzęs, pęknięcie w chodniku i ta widywana prawie pięć dekad dłoń, co to leży bezładnie na asfalcie, wciąż błyskając noszoną od niemalże zawsze, złotą obrączką… A potem śmierć w karetce. Odrętwienie, te pierwsze dni PO Tym Dniu, kiedy jeszcze nie do wszystkich dociera, że nie ma już świata, jaki znali. Tylko że przybyły do domu śledczy wywróci porządek rzeczywistości jeszcze bardziej, zdradzając, iż wcale nie był to przypadkowy zawał - dowody wskazują na to, że ktoś usilnie próbował pozbyć się mężczyzny z tego świata. Sama Evy, która coraz większej ilości rzeczy nie pamięta? Tak, tak skonstruowanych thrillerów mi trzeba.

21:54:00 No comments

Retellingi, czyli doskonale znane historie napisane na nowo, zaliczają się do kategorii moich prywatnych „zakazanych przyjemności”. „Zatruta” Jennifer Donnelly przedstawia jedną z opowieści, jakie bardzo ceniłam w dzieciństwie - choć miłość do podobnych baśni chyba nigdy mnie nie opuści. Opublikowana w twardej oprawie z pięknymi barwionymi brzegami w Wydawnictwie Zysk i S-ka, definitywnie cieszy oczy. To samo czyni jednak treść - a przyznaję, iż wariacjom na temat bajań o Królewnie Śnieżce ciężko już mnie zaskoczyć, jako że powstało ich zaskakująco wiele. Jak udowadnia posiadająca bezsprzecznie duży talent Pisarka, wciąż da się wykreować prozę, której jeszcze nie było - nie tylko poszerzając klasyczny tekst narracji, ale i ubarwiając go zupełnie nowymi elementami, jakie przeniosą odbiorcę w świat bajek, sennych marzeń i… koszmarów. Propozycja czytelnicza Autorki zalicza się bowiem do… nader mrocznych. Zła i złożona z zazdrości królowa chyba jeszcze nigdy nie była aż tak okrutna. Czarnowłosa i bladolica Sophie - w tak dużej mierze skomponowana z życzliwości, dobroci oraz właściwej wiekowi niespełna siedemnastu lat naiwności a także mrzonek o szczerej, nieskończonej miłości i wiary w to, że władca może rządzić sercem i łaskawością zjednać sobie poddanych. Rolę siedmiu krasnoludków pełni natomiast siedmioro mężczyzn, mieszkających w zaczarowanej chacie pośrodku lasu z kucharzem pająkiem o przyjaznym usposobieniu oraz biedronką, co to pełni rolę gospodyni domowej. Łowca odpowiedzialny za pozbawienie Śnieżki serca staje się natomiast silnie cieniście złowieszczym, wszechwiedzącym narratorem opowieści. Donnelly na tym jednak nie poprzestaje, jako że do fabuły wkracza jeszcze wiele innych postaci, spośród których każda wnosi do niej coś innowacyjnego. Pozostaje mi nadmienić, iż niezmiernie się cieszę, że klasyka pozostaje bezśmiertna - właśnie dzięki nieustającemu ożywianiu jej przez Twórców na najróżniejsze sposoby. Jak i dawno, dawno temu…

22:53:00 No comments

W TOMIKACH WIERSZY można przepaść bez reszty - tym bardziej, jeżeli są tak zjawiskowo przygotowane wizualnie jak reprint Wydawnictwa Grafika… i jeśli jak i ja pisało się kiedyś poezję. Okres wciąż wspominany z rozrzewnieniem. Tymczasem mam zaszczyt przedstawić Ci zbiory „Niedola” oraz „Burze”, których Autorką jest Ada Negri. Kim była owa zasługująca na pamięć i uznanie Pisarka liryki?

Ada Negri żyła w latach 1870-1945 i urodziła się w bardzo ubogiej rodzinie mieszkającej w Lombardii. Jej ojciec zmarł, gdy była niemowlęciem, zaś matka pracowała jako tkaczka. Negri zdobyła wykształcenie nauczycielskie i szybko zaczęła pracować w zawodzie, jednocześnie pisząc wiersze. Jej debiut poetycki o tytule „Fatalità” ukazał się w 1892 roku i niemal natychmiast uczynił z nieznanej wcześniej nauczycielki literata. Warto przy tym zauważyć, że kobieta tworzyła z pozycji kogoś, kto znał biedę i trudne społecznie tematy nie tylko z książek. Jej wczesne teksty stały się głosem ludzi pracy, kobiet, robotników, dzieci, ludzi wyrzuconych poza wygodny świat mieszczański. Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie określa jej dzieła z tego okresu jako połączenie postulatów ruchu socjalistycznego i emancypacyjnego z osobistymi wyznaniami kobiety i matki. Co ciekawe, Negri była pierwszą i jedyną kobietą przyjętą do Accademia d'Italia!

Tom treści, jaki chciałabym Ci dzisiaj przybliżyć, jest reprintem wydania „Niedola / Burze” z 1901 roku. Intrygujący fakt: nie jest to jeden oryginalny włoski zbiór. To wybór z dwóch pierwszych książek Negri: „Fatalità”, czyli „Niedola” (1892) oraz „Tempeste”, to jest „Burze” (1895). Przekładu dokonała Maria Konopnicka. Oryginalne oba tomy miały po 61 utworów, natomiast dawne warszawskie wydanie zawierało 41 wierszy z „Fatalità” i 52 z „Tempeste”. Nieprzypadkowo - carska cenzura nie dopuściła części tekstów, zwłaszcza tych o wyraźniejszej wymowie socjalistycznej, dotyczących nędzy, krzywdy czy wyzysku robotników.

23:27:00 No comments

Twórczość Keigo Higashino pokochałam od pierwszego przeczytania, toteż piszę tę recenzję z niemałym smutkiem, w związku z tym, że Autor niedawno zmarł. Coś podobnego przydarzyło mi się po raz pierwszy - zauroczyłam się każdą z jego książek, lecz tę ostatnio wydaną pod tytułem „Przybysz” przyszło mi poznać wówczas, gdy Pisarz stał się osobą świętej pamięci... Choć nijak nie rzutuje to na moją ocenę powieści, przyznaję, że towarzyszy mi cokolwiek dziwne uczucie. Jak jednak zapewnić sobie nieśmiertelność, jeśli nie dzięki opublikowanej prozie, która ma szansę żyć wiecznie, stać się pomnikiem trwalszym niż ten ze spiżu? W mojej pamięci tytuł „mistrz japońskiego kryminału” na zawsze pozostanie zarezerwowany właśnie dla Higashino. Tym bardziej, że jego historie… stanowią dla mnie pewien ewenement. Najczęściej nie znoszę, gdy lwią część fabuły pochłania śledztwo, przyćmiewając przemyślenia bohaterów, ich charakterystykę czy opisy życia wewnętrznego. Tymczasem opowieść, w jakiej naczelną postacią jest detektyw Kaga i o której kreślę dla Ciebie dzisiaj własną narrację, jest kryminałem… tak silnie kryminalnym, jak ten tylko może być. 😉 Mimo tego owa propozycja literacka pochłonęła mnie na tyle, iż nie potrafiłam jej odłożyć aż do poznania zakończenia. Świadczy to o wielkim kunszcie Prozaika, który miał niesłychany talent do zmyślnego konstruowania zagadek spod ciemnej gwiazdy. Nie jest to nawet „po nitce do kłębka”, a raczej: po maleńkim okruchu, który dla większości pozostaje niewidoczny, ku widowiskowemu pysznemu ciastu - finałowi. Pozornie niezwiązane ze sobą sylwetki majaczą w „Przybyszu” gdzieś na obrzeżach opowieści, ale ich losy szybko zaczynają się zazębiać. U kresu gawędy każda z nich staje się jednym z ogniw widowiskowo składającego się w jedną całość mechanizmu, którego ostateczny kształt potrafi zaskoczyć. I to mimo tego, że ofiara zbrodni była odbiorcy znana od samego początku! Takiż poziom sztukmistrzostwa uważam za niedościgniony. Kto wie, gdzie i komu Pisarz teraz prezentuje swoje godne podziwu, tekstowe układanki?

02:49:00 No comments

To byli Moi Przyjaciele. A potem, kiedy minęło to pierwsze i ostatnie wspólne lato o długości całego mojego życia, nie było już nikogo. Przecież wszyscy, których kocham i tak w końcu odchodzą - dlaczego więc miałbym się temu dziwić? Opowiem Ci jednak o tamtym morzu i słońcu, dwóch miesiącach zatrzymanych między próbą przetrwania a nieistnieniem, jedynym szczęśliwym czasie w życiu tej zgrai naznaczonej tragediami. O nastolatkach kąpiących się w marzeniach, choć obmywał je cały szlam świata, zwieszających nogi z molo na chwilę przed szalonym skokiem, tych uwiecznionych na obrazie, których większość nawet na nim nie dostrzega, bo i niewiele brakowało, żeby sam rysunek nigdy nie powstał. Żeby całej kuli ziemskiej nie przydarzył się artysta o talencie tak wielkim, że się na niej nie mieścił. Nakreślę ich słowami, bo wiele lat później poznałem dziewczynę, Ciebie - jedną z nas, choć nas od dawna nie było, a może istnieliśmy tylko w naszych głowach i nie było nas nigdy. A jednak nawet dziś czuję ten wiatr we włosach, kiedy w jednej z rzadkich chwil dziecięcego zwariowania pełnego beztroski zjeżdżaliśmy kradzionym sklepowym wózkiem z najwyższej górki naszego portowego miasta. Chłód piwnicznego pokoju, który urządziła mi mama, abym nie przebywał w domu składającym się z odchodzenia i śmierci taty, jakiego w pełnym zdrowiu nawet nie pamiętam. Ból, jaki sprawiało mi patrzenie na jednego z nich, na którego ciele jego własny ojciec postanowił przetestować sztukę łączenia dwóch barw - czerwieni krwiaków i fioletu siniaków, skomponowanych rzutem za trzy punkty wgniatającym kaloryfer raz niezliczony. Pamiętam tę, co nie znała strachu i chełpiła się najszaleńszymi z pomysłów tylko po to, by skryć całą miłość tej rzeczywistości, jaką dla nas w sobie nosi. Musisz poznać tę opowieść, choć ostrzegam - to będzie NAJPIĘKNIEJ NAJSMUTNIEJSZA KSIĄŻKA świata. Ktoś musi ocalić ich od zapomnienia, oddechem odżywić cień zasnuwający retrospekcje. A zatem przeczytaj. To były piękne wakacje. Mieliśmy czternaście lat i przed sobą… tylko śmierć.

00:21:00 No comments

Gdy tylko otwierasz oczy, natychmiast zalewa je światło jaskrawych jarzeniówek. Musisz często nimi mrugać, by osiągnąć odpowiednią precyzję widzenia. Jednocześnie czujesz, że Twoje serce podrywa się do intensywnej pracy - z uporem tłoczy krew do żył, aby zaspokoić potrzeby przebudzonego do życia ciała. Potem w Twoje nozdrza uderza duszący zapach płynów antyseptycznych i powoduje łzawienie. Wreszcie pojawia się natłok chaotycznych myśli, które krzyczą w środku głowy: kim jestem i gdzie się znajduję? Pamięć okazuje się prawdziwą „czarną dziurą” - mimo Twoich rozpaczliwych wysiłków, aby wywołać jakiekolwiek klisze na których zapisana została przeszłość. Jedna wielka pustka… Po chwili pojawia się jednak pewien obraz: siedzisz na kanapie w mieszkaniu i popijasz gorącą herbatę z filiżanki. Potem następuje cięcie niczym nożem i wszystko zapada w ciemność. Szybkie spojrzenie rzucone na otoczenie rejestruje gładkie, białe ściany, na których wiszą liczne ekrany, na jakich wyświetlane są parametry organizmu oraz zupełnie Ci nieznane, holograficzne obrazy. Wniosek jest oczywisty: znajdujesz się w szpitalu, ale nie jesteś w stanie sobie przypomnieć z jakiego powodu. Zadajesz gorączkowe pytania - spotkała Cię choroba, wypadek czy może jeszcze coś innego? Nagle słyszysz jak uchylają się drzwi do pokoju w którym się znajdujesz i w polu widzenia materializują się trzy sylwetki obleczone w białe kitle. Pierwsza z nich, kobieta, przedstawia się jako doktor Nowak i wskazuje jednocześnie, że pozostali to jej koledzy: doktorzy Miller oraz Davis. Spokojnym, jakby bezosobowym tonem informuje, że miałaś kolizję samochodową, w wyniku której doznałaś poważnych obrażeń - zwłaszcza głowy, co spowodowało utratę pamięci. Medycy walczyli o Twoje życie, ale musieli wprowadzić Cię w stan śpiączki farmakologicznej, która trwała aż trzy lata. Teraz jest zaś rok 2225 a Ty nazywasz się Emma Voss.

03:53:00 No comments

Spośród książek, które mogą otworzyć przed czytelnikiem drzwi do innego świata definitywnie wyróżniają się te, jakie… usiłują wyrwać je razem z futryną - dlatego, iż zabierają odbiorcę kilkadziesiąt miliardów lat świetlnych od domu, wkładają go w futurystyczną zbroję i oznajmiają, że od tej chwili ma do uratowania kawałek wszechświata. Mianem tej kategorii obdarzyłabym powieść „Endostella. Nasza pierwsza historia”, którą napisał Tomasz Wartnik, jako że mogę z czystym sumieniem wskazać, iż podobnej narracji jeszcze nigdy nie czytałam. Tysiące poznawanych fabuł… a ja definitywnie jeszcze nie spotkałam się z drugą tego rodzaju - która aż tak bezceremonialnie mieszałaby w finezyjnie-fantazyjnym kotle zadziwiająco dużą ilość gatunkowych składników. Cóż wyszło Pisarzowi z tej autorskiej potrawy? Science fiction z wkładką w postaci historii superbohaterskiej, szczyptą dramatu rodzinnego, dodatkiem szkolnej codzienności, przyprawione kosmiczną przygodą, filozoficznymi pytaniami o naturę świadomości, rozważaniami dotyczącymi wiary i z przystawką ze współczesnych problemów społecznych. To lektura dla zwichrowanych czytających, których umysły uwielbiają lawirować pomiędzy wydarzeniami - tak oto bowiem w jednej scenie można obserwować obcą planetę i zaawansowaną technologię, zaś kilka stron później znaleźć się w szkolnej szatni, na lekcji fizyki (brr, przypomniał mi się edukacyjny koszmar!) albo w domu głównej bohaterki, gdzie trzeba będzie po prostu odpowiedzieć mamie na niewygodne pytanie. Fani statycznych opowieści definitywnie poczują się zagubieni, jednak miłośnicy mocnych, skrajnie szalonych, zwichrowanych wrażeń polubią opowieść Autora od pierwszej strony. Z pewnością w gronie miłośników jego twórczości znajdą się także wszyscy gustujący w anime oraz najbardziej dynamicznych grach akcji. Pozostaje mi stwierdzić, że „Endostella…” zalicza się do debiutów ryzykownych - a kreatywnością Tomasz Wartnik mógłby obdzielić całe grono osób. A nawet i kosmicznych bytów! 😉

23:22:00 No comments

Z pozoru jesteś tylko zwykłym chłopcem, bawiącym się u stóp potężnego zamku jak wielu Twoich rówieśników. Tak naprawdę zaś Twoim przeznaczeniem jest zostać następcą tronu po śmierci ojca Karolesława Lupusa Wielkiego, władcy Ajuwaru. Jest jednak coś jeszcze: nie bez przyczyny nosisz imię Dragan, które zostało Ci nadane w chwili urodzin, aby strzegło Cię przed demonami i złymi duchami. Od najmłodszych lat wyczuwasz szczególną więź z jaszczurkami, jako jedyny człowiek rozumiesz ich język a nawet przyjaźniłeś się ze szczególnie sprytną, którą nazwałeś Gemanem. Mieszkała w Twoim pokoju, ale pewnego dnia służka tak przeraziła się jej widoku, że zaczęła wrzeszczeć bez opamiętania, próbując jednocześnie zabić zwierzątko miotłą. Nie było Cię przy tym, lecz od tego momentu gad zniknął i się nie odnalazł, mimo że szukałeś go przez bardzo długi czas. Bez jego towarzystwa czułeś się samotny, gdyż do pewnego czasu nie zdołałeś się zaprzyjaźnić z żadnym chłopcem. O swoich smutkach szeptałeś tylko Wielkiemu Dębowi, najstarszemu i najpotężniejszemu w pobliskim lesie, jaki przemierzasz od najmłodszych lat wszerz i wzdłuż. Pewnego dnia wszystko się zmieniło. Pod sędziwym drzewem spotkałeś wyrostka, który stał się Twoim najlepszym przyjacielem. Gdy leżałeś na trawie, oddając się kojącemu wpływowi przyrody, usłyszałeś głos pytający kim jesteś. Otworzyłeś oczy i ujrzałeś młodzieńca przyglądającego Ci się z uwagą bystrym, brązowym spojrzeniem. Przedstawił się jako Lelek a Ty od razu poczułeś, że to bratnia dusza. I wcale się nie myliłeś - szybko staliście się nierozłączni. Gdy w końcu zdradziłeś, kim jesteś, początkowo nie chciał wierzyć, ale w końcu przyjął to do wiadomości. Lelek wprawdzie jest synem najlepszego kowala w państwie, więc sam pochodzi z dość zamożnego domu, jednak daleko mu do królewskiego rodu. Na szczęście nie stało się to przeszkodą dla nawiązania pomiędzy Wami prawdziwego braterstwa.

00:44:00 1 comments

Jeśli budzisz się codziennie o tej samej godzinie, znękany tym czy innym koszmarem, jest duża szansa na to, że Twoja podświadomość próbuje Ci coś przekazać. Tym bardziej, jeżeli tak jak Wiktor - główny bohater powieści „4:44” - znajdujesz się aktualnie na życiowym zakręcie. Dawniej postrach ulicy i persona doskonale znana wśród szarości półświatka. Dziś ktoś, kto wespół z przyjacielem prowadzi dobrze prosperującą firmę, powiązaną z przemysłem paliwowym. Jak to jednak często bywa, właśnie wówczas, gdy rzeczywistość wydaje się układać aż nazbyt dobrze, całe na ubawione przybywa Przeznaczenie i postanawia co nieco zamieszać… Ta jedna propozycja nie do odrzucenia powoduje zamęt w myślach i kusi podejrzanie wielkimi korzyściami. Spotkanie u znajomego psychologa właśnie się odbyło, przemyślenia są o wiele spokojniejsze niż kiedyś, postanowienia poprawy wciąż stabilne i dojrzałe - do szczęścia brakuje tylko prawdziwej miłości. Tak się przynajmniej sądzi do czasu, kiedy usłyszy się, że już za moment posiadane bogactwo może być większe, kiedy zbudowane od zera przedsiębiorstwo stanie się graczem, z którym będzie musiał się liczyć absolutnie każdy na skutek wejścia na najsilniej lukratywny rynek… Chyba tylko święty by się nie skusił. Cudowna oferta szybko okazuje się jednak transakcją wiązaną - i to taką z rodzaju skrajnie niebezpiecznych. Czasu do namysłu jest coraz mniej a Ty niemalże słyszysz w głowie, jak uciekają kolejne pieniądze. Co uznasz za wartość nadrzędną, kiedy przyjdzie Ci wybierać pomiędzy ledwie odzyskaną wiarą w ludzi, obiecującą nową znajomością rodem z marzeń sennych i stabilną pracą a… szansą, jaka może już nigdy więcej Ci się nie trafić? Za wycieraczką Twojego samochodu ktoś umieścił już asa kier… lecz czy to tą właśnie kartą z talii się okażesz? Maciej M. Maślak książką skrytą za urzekająco mroczną okładką przenosi czytelnika w zwichrowanie zadumany świat. Taki, w jakim każda decyzja może się okazać skrajnie krytyczna…

19:54:00 No comments

Na początku było słowo… Ale nie to biblijne, zwiastujące powstanie człowieczego uniwersum pod bożą opoką, a zupełnie inne: krwiożercze i pełne nienawiści. Znajdujące apogeum w niewielkiej, skrajnie grafomańskiej książeczce „Mein Kampf” i sączone kropla po kropli już od XIX wieku w naród chełpiący się pochodzeniem od Arminiusza, wsławionego wycięciem w pień trzech rzymskich legionów cesarza Oktawiana Augusta. Wyniesionego na wyżyny europejskiej kultury przez takie jej posągowe postaci jak: Johann Goethe, Heinrich Heiene, Fredrich Schiller, Ludwig van Beethowen, Wolfgang Amadeus Mozart, Albrecht Dürer, Matthias Grünewald, Caspar Friedrich i tylu innych, którzy wprawiają w wibrację tę strunę w ludzkiej duszy, jaka odpowiada za podziwianie nieskończonego piękna doskonałej sztuki. Słynącego z filozofów o wielkich umysłach, z uwagą obracających w palcach człowieczą duszę i wywracających ją na nice z wdziękiem i sztuką przekonywania. Wystarczy wspomnieć Immanuela Kanta, Georga Friedricha Hegela, Arthura Schopenhauera czy Fryderyka Nietzsche. Wszyscy oni widząc, w jaki obłąkańczy, antyludzki szał popadł w latach trzydziestych naród, z którego się wywodzili i który kochali z całego serca, nie uwierzyliby własnym oczom. A jednak fakty krzyczą niezrównanej grozie: Niemcy podążając w przepaść samozagłady za dźwiękami instrumentu nowego flecisty z Hameln o austriackich korzeniach i śmiesznym wąsiku, wrzeszczącego na wiecach niczym opętaniec, gestykulującego na wzór nieuleczalnego szaleńca, pociągnęli za sobą w jej otchłań 6 milionów Żydów, 3 miliony Polaków, ponad 20 milionów obywateli ZSRR i niezliczone rzesze przedstawicieli innych narodów, umęczonych i pomordowanych z zimną krwią w imię stworzonej przez niego ideologii. Jak do tego doszło, próbują opowiedzieć Autorzy recenzowanej książki, jednocześnie przywołując imiona tych, którzy mieli odwagę postawić na szali własne życie, aby uratować bliźnich przed niechybną śmiercią, udowadniając w ten sposób, że polskie anioły mieszkają nie tylko w Bieszczadach…

19:58:00 No comments

Jako kochanka mroku uwielbiam przepadać w lekturach spod ciemnej gwiazdy, choć przyznaję - nie jest łatwo mnie zadowolić. Poznawszy tysiące cienistych narracji, wciąż poszukuję tych, które wywołają u mnie pożądane ciarki strachu i sprawią, że nocą nawiedzi mnie ten czy inny koszmar, jeśli zbytnio oddam się rozmyślaniom o niedawno przeczytanych opowieściach. „Zofiówka. Przebudzenie zła” to książka, która jawiła mi się jako doskonały kandydat na wieczór, podczas jakiego pragnęłam dreszczyku przerażenia. Justyna Jelińska zdecydowała się bowiem umiejscowić fabułę na faktycznie istniejącym terenie, co zawsze dodaje historii pewnej autentyczności. Bardziej emocjonalnie czyta się wszak o lokalizacjach, w jakich faktycznie wydarzyło się coś okrutnego. Położony w Otwocku, dzisiaj już opuszczony Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów Zofiówka za czasów drugiej wojny światowej był świadkiem niepowetowanej tragedii. W czasie likwidacji getta, na terenie jakiego się znalazł, stał się miejscem kaźni około 140 osób, spośród których część rozstrzelano na miejscu, zaś resztę wywieziono do Treblinki. Od tamtego czasu pojawiło się wiele świadectw, jakoby ruiny były odwiedzane przez duchy tam skrzywdzonych i straconych a samo miejsce uważane jest za jedno z bardziej nawiedzonych w Polsce. Takiż wybór lokalizacji akcji dla fikcyjnej prozy definitywnie niesie spory ciężar gatunkowy, choć moim zdaniem potencjał został nie do końca wykorzystany. Autorka przedstawiła dzieje dawnego szpitala dość pobieżnie, być może celowo oddając większe pole do popisu wykreowanym przez siebie bohaterom. Niestety, ci również nie do końca spełnili moje oczekiwania, podobnie jak sama akcja. Jestem jednak zdania, że ta definitywnie przypadnie do gustu miłośnikom horrorów w stylu „Paranormal activity” - w mojej ocenie raczej statycznych i niezbyt przerażających. Czas spędzony z najnowszą powieścią Pisarki nie był dla mnie jednak stracony - przyznaję, że niektóre sceny bardzo mnie… rozbawiły. Summa summarum ciekawa to była rozrywka.

19:09:00 No comments

Olivia Hayle zdecydowanie napisała najbardziej wakacyjną książkę, jaką przeczytałam w tym roku, jako że po lekturze powieści „Miesiąc miodowy dla singli” czuję się zrelaksowana zupełnie jak po egzotycznym urlopie. Co najważniejsze dla miłośnika kran śnieżnych i mroźnych w mojej postaci - tę odprężającą literacką podróż odbyłam bez wychodzenia z domu! Uwielbiam zwiedzać dzięki tak przemyślanie skrojonej prozie - która lekkimi opisami świetnie buduje klimat, a przy tym udanie maluje przed oczyma odbiorcy miejsce akcji. W prawdziwym życiu raczej nigdy nie znajdę się na Karaibach - konkretniej na Barbadosie - z uwagi na niechęć do lokalizacji gorących i słonecznych, toteż z przyjemnością zwiedziłam ich egzotyczne zakątki za sprawą nieznanej mi dotychczas Autorki romansów. Wykreowani przez nią bohaterowie okazali się doskonałymi towarzyszami - dzięki nim te orientalne kanikuły przyniosły mi wiele śmiechu. Zestawieni na bazie kontrastu, niejednokrotnie rozbawiają żartami sytuacyjnymi i perypetiami, w których… mogłabym się znaleźć. Naczelna żeńska postać imieniem Eden… wielokrotnie przypomina mi mnie samą. W prawdziwym świecie odpowiedzialna, dobrze zorganizowana i podążająca za skrzętnie złożonym planem, podczas tej wyprawy - która miała być jej niedoszłą podróżą poślubną - staje się szaloną wersją siebie i notorycznie stawia sobie zwariowane wyzwania, próbując wyjść ze strefy komfortu, przez co często ładuje się w tarapaty. Phillip, jej całkowite przeciwieństwo, dość wyniosłe i zdystansowane do świata, jest idealnym dopełnieniem. Potrafi zresztą w komplementy! Stwierdzenie, iż z nikim nie toczył dziwniejszych rozmów niż z Eden albo to, iż nie ma pojęcia, jak działa jej skaczący z tematu na temat mózg (z ADHD skłonnym do analizy miliona rzeczy równocześnie)… słyszałam od własnego Męża. 😉 Pozdrowienia! Ten duet nie może nie uśmiechnąć i nie rozśmieszyć. Jeżeli więc książka na wakacje, urlop lub poprawę humoru - to definitywnie ta! Relaksujący i komfortowy „Miesiąc miodowy dla singli”. Jedziesz?

19:58:00 1 comments
Nowsze posty
Strasze posty

O autorce

O autorce
Żona, kociara, maniaczka thrillerów, wielki ogarniacz życia. Recenzuję literaturę - bo życie jest sztuką. Opowiadam historie o historiach. Mail: kierownikoperacyjny.sp@gmail.com 💥

Kategorie

  • książki

Jestem tutaj

Statystyka odwiedzin

Stali czytelnicy

Archiwum

  • ▼  2026 (134)
    • ►  wrz (1)
    • ▼  sie (19)
      • Krzysztof Domardzki - Pojedynek - recenzja
      • Witold Horwath Git-mana - recenzja
      • Dawid Sakowski - Napięcie krytyczne - recenzja
      • Vincent Vin - Prześmiewca - recenzja
      • MD Holloway - Zanim otworzysz drzwi - recenzja
      • Karsten Dusse - Moje wewnętrzne dziecko chce zabij...
      • album Pompeje. Odzyskana historia - recenzja
      • Helene Flood - Wdowa - recenzja
      • Jennifer Donnelly - Zatruta - recenzja
      • Ada Negri - Niedola / Burze - recenzja
      • Keigo Higashino - Przybysz - recenzja
      • Fredrik Backman - Moi przyjaciele - recenzja
      • Magdalena Michalak - Emma - recenzja
      • Tomasz Wartnik - Endostella - recenzja
      • Dorota Wakarecy - Dragan - recenzja
      • Maciej M Maślak - 4:44 - recenzja
      • Marek Tadeusz Frankowski & Jarosław Stolarski - Po...
      • Justyna Jelińska - Zofiówka. Przebudzenie zła - re...
      • Olivia Hayle - Miesiąc miodowy dla singli - recenzja
    • ►  lip (19)
    • ►  cze (24)
    • ►  maj (20)
    • ►  kwi (10)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (13)
    • ►  sty (10)
  • ►  2025 (296)
    • ►  gru (20)
    • ►  lis (19)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (25)
    • ►  sie (16)
    • ►  lip (22)
    • ►  cze (19)
    • ►  maj (38)
    • ►  kwi (24)
    • ►  mar (36)
    • ►  lut (24)
    • ►  sty (23)
  • ►  2024 (292)
    • ►  gru (18)
    • ►  lis (30)
    • ►  paź (30)
    • ►  wrz (27)
    • ►  sie (28)
    • ►  lip (25)
    • ►  cze (20)
    • ►  maj (21)
    • ►  kwi (22)
    • ►  mar (24)
    • ►  lut (29)
    • ►  sty (18)
  • ►  2023 (143)
    • ►  gru (17)
    • ►  lis (20)
    • ►  paź (15)
    • ►  wrz (14)
    • ►  sie (14)
    • ►  lip (15)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (10)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (9)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (5)
  • ►  2022 (31)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (2)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (2)
    • ►  cze (2)
    • ►  maj (2)
    • ►  kwi (3)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (4)
    • ►  sty (3)
  • ►  2021 (60)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (5)
    • ►  lip (13)
    • ►  cze (9)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (9)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
  • ►  2020 (55)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (6)
    • ►  paź (5)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (3)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (6)
    • ►  maj (6)
    • ►  kwi (8)
    • ►  mar (6)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (4)
  • ►  2019 (40)
    • ►  gru (4)
    • ►  lis (4)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (4)
    • ►  lip (5)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (5)
    • ►  kwi (2)
    • ►  lut (7)
    • ►  sty (1)
  • ►  2018 (96)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (4)
    • ►  wrz (5)
    • ►  sie (8)
    • ►  cze (8)
    • ►  maj (12)
    • ►  kwi (11)
    • ►  mar (13)
    • ►  lut (14)
    • ►  sty (17)
  • ►  2017 (197)
    • ►  gru (6)
    • ►  lis (11)
    • ►  paź (9)
    • ►  wrz (16)
    • ►  sie (24)
    • ►  lip (20)
    • ►  cze (17)
    • ►  maj (19)
    • ►  kwi (16)
    • ►  mar (18)
    • ►  lut (8)
    • ►  sty (33)
  • ►  2016 (81)
    • ►  gru (15)
    • ►  lis (23)
    • ►  paź (17)
    • ►  wrz (11)
    • ►  sie (11)
    • ►  cze (2)
    • ►  lut (2)
  • ►  2015 (8)
    • ►  lis (1)
    • ►  cze (1)
    • ►  maj (1)
    • ►  mar (1)
    • ►  lut (2)
    • ►  sty (2)
  • ►  2014 (18)
    • ►  gru (1)
    • ►  lis (1)
    • ►  paź (1)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  kwi (4)
    • ►  mar (4)
    • ►  lut (1)
    • ►  sty (2)
  • ►  2013 (18)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (4)
    • ►  wrz (1)
    • ►  sie (2)
    • ►  lip (1)
    • ►  cze (3)
    • ►  lut (3)
    • ►  sty (2)
  • ►  2012 (14)
    • ►  gru (1)
    • ►  paź (5)
    • ►  cze (2)
    • ►  kwi (1)
    • ►  mar (3)
    • ►  lut (2)
  • ►  2011 (12)
    • ►  gru (2)
    • ►  lis (2)
    • ►  paź (2)
    • ►  wrz (3)
    • ►  sie (1)
    • ►  lip (1)
    • ►  mar (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates