Vincent Vin - Prześmiewca - recenzja
Mawiają, iż ten się śmieje, kto śmieje się ostatni… jednak zdarza się także, iż na koniec wcale nie ma komu się śmiać. Jeśli w istocie tak właśnie się dzieje, lekturę uznaję za udaną. Jeżeli na domiar cieniście dobrego ta mrocznieje z każdą przewróconą stroną i co chwila zaskakuje czytelnika niespodziewaną złożonością oraz skrętem fabuły w nieprzewidzianym kierunku - twierdzę, iż jest świetna. I dokładnie do takich zaliczam powieść pod tytułem „Prześmiewca”, której autorem jest Vincent Vin. Po przeczytaniu pierwszych rozdziałów byłam przekonana, że przede mną historia z cenionym motywem okrutnego, iście diabelskiego dziecka. Chwilę później sądziłam, iż będzie to dramatyczna opowieść o matce z piekła rodem, by moment potem dojść do wniosku, że może to raczej przesmutna opowieść o istocie zła. Wszystkie te założenia były zarówno prawdziwe, jak i całkowicie fałszywe - jako że Twórca umiejętnie lawiruje pomiędzy thrillerem, horrorem, kryminałem i obyczajową tragedią, splatając je w jedną narrację, okraszoną dodatkowo… tematyką wierzeń pewnego odległego kulturowo plemienia czy obłożonych klątwą bytów rodem spod skrzydeł samego Lucyfera, które to na skutek anatemy zmaterializowały się wśród żywych. Jej fabuła to również powieść drogi odbywanej do wtóru szaleńczo szybko przesuwających się zegarowych wskazówek czy gawęda traktująca o toksycznej miłości. Trzeba dużego talentu, aby tak różnorodną wielowątkowość złożyć w nieodkładalną prozę - i stwierdzam, że Pisarz bez wątpienia nim dysponuje. Bez epatowania ohydą krwawych detali zbrodni, zbędnego patosu czy często obecnej w „książkach z dreszczykiem” śmieszności - zabiera odbiorcę do rzeczywistości, która jest tyleż straszna, co… na swój sposób prawdziwa. Porywa go w podróż po wielu stanach, nomen omen, Stanów Zjednoczonych, prezentując amerykańską jakość treści - tę bardzo dobrej klasy, jaką aż chciałoby się zobaczyć w zekranizowanej wersji. A kim jest Kruk Prześmiewca, jeśli naprawdę chcesz się przekonać?
„Ludzie pragną żyć
beztrosko, jak we śnie. Chcą być bohaterami hollywoodzkich filmów (…). Teraz Ty
poddaj się tej wizji. Oddychaj spokojnie i zacznij sobie wyobrażać idealny
świat. Ale jeśli zdecydujesz się pozostać po tamtej stronie, jeśli barwy
tamtego nieba wydadzą Ci się piękniejsze, pomyśl o tym, co stanie się z moim
światem, gdy Ciebie zabraknie. (…) Bardzo Cię potrzebuję.”
Prawdą Twojej matki jest wieczne kłamstwo. Kiedy żył ojciec, rzeczywistość wyglądała nieco inaczej. Zawsze histeryczna, choć bardziej stonowana, być może tolerowała fakt, że wydawał się dostrzegać drzemiącą w Tobie odmienność i gdy trzeba było, zamykał ją na klucz w chowanym później głęboko pudełku, ukierunkowując obecny w ciele kilkulatka mrok na mniej zagrażające mu obszary. Taty zabrakło jednak szybko, tak jak i Twojego klasowego kolegi, na brzuchu którego ktoś po bestialskim morderstwie wyrył szkarłatną literę, przekształcając zwłoki w inscenizację sceniczną. A potem zbrodnię w dzieło sztuki, bo oto na szkolnym murze, przy pomocy li lichej farby w spray’u namalowałeś całe wydarzenie w wielkim formacie. Miało to najdalej idące konsekwencje, jakie tylko można sobie wyobrazić. Media szybko zapomniały o brutalnym przestępstwie, bo oto nagle w świetle jupiterów pojawił się ktoś ciekawszy - chłopiec, który potrafił oddać je w najmniejszych detalach niczym kosztowny obraz. I nawet matka przestała wymyślać dla Ciebie coraz to okrutniejsze tortury, jako że na Twoim talencie i możliwych apanażach, które z niego popłyną, poznał się zadufany w sobie i skoncentrowany na korzyściach finansowych mecenas sztuki tyleż makabrycznej, co dochodowej. Odtąd stałeś się złotym dzieckiem, chłopcem-skarbonką bez dna, ślęczącym nocami nad kolejną wersją tego samego rysunku, aby była jeszcze lepsza i wspanialsza. Mama zresztą, po pewnej dramatycznej nocy, nigdy więcej nie ważyła się zmuszać Cię do robienia sobie krzywdy czy próbować pozbawić syna życia na różne wymyślne metody - od tamtej chwili zawsze, w tchnieniach momentów teatralnie tragicznych, Twoje oczy zdawały się ciemnieć niczym bezgwiezdna noc a za Tobą wlókł się pierzasty cień o rozłożystych skrzydłach i wykrzywionym prześmiewczo dziobie. Kto obudził zło, przed którym każdy by drżał? Kim stali się jego nieodłączni, kroczący przed upadkiem towarzysze, przymusowa pycha, skoncentrowana na coraz bardziej mistrzowskich metodach makabreski?
„To nie oznacza, że Kruk
Prześmiewca wyrządza Twoimi rękami wyłącznie zło. (…) Może odbiera życie
ludziom, by ulepszyć świat? (…) kieruje się wartościami (…) Możemy to roztrząsać
(…) nie możemy tego zmienić.”
Władzę nad Tobą niepodzielnie dzierży węglistopióry Kruk; obok Ciebie od czasów powierzenia najstraszniejszej prawdy tkwi Alan - niewidzący poza Tobą świata przyjaciel ze szkolnej ławki. Niejako motywuje, częściowo podburza, nie mogąc doczekać się, kiedy będzie świadkiem kolejnego dokonanego przez Ciebie przestępczego dzieła. A później duet przekształca się w trio, kiedy przypadkiem lub przeznaczeniem poznajesz Emily, jaka zakochuje się w Tobie od pierwszego wejrzenia i okazuje się żywić psychopatyczne skłonności przystające przez Ciebie posiadanym. Stary Ford Mustang, spętana sznurami matka, która w więzieniu pod postacią plecionego fotela nigdy nie ujrzy już zza grubych kotar światła dziennego, na jakiego blask nie zasłużyła i Ten, który Tobą kieruje, raczywszy ratować Cię z każdych tarapatów i wieść do finału sobie tylko znanej misji. Amerykańskie rzadko uczęszczane drogi, zbyt wąskie, by pomieścić Wasze okrucieństwo. Tropy wiodące donikąd, podrzucane zawsze we właściwym momencie, oddalające od Ciebie podejrzliwy wzrok stróżów prawa. Daleka wioska, a w niej plemię rdzennych mieszkańców, jacy czynią wszystko, byleby odsunąć od siebie widmo silnie strasznej przepowiedni. Świat ciemnieje, gromadzą się nad nim chmury grozy bez prześwitu, uginają się gałęzie wiekowych drzew. Nad nimi niekiedy na chwilę przed zbiorową, niewyjaśnialną makabrą, da się posłyszeć śmiech szydercy, brzmiący zupełnie niczym: kra, kra… Kim jesteś, skąd przybyłeś i dokąd zmierzasz? Tam, gdzie najgęściej ściele się trup, ścieżką opływającą świetlistą krwią. Gdzie zawiodą Cię kreślone krzykliwością konturów rysunki, układające się w przerażający pattern. Omen to zły, ili klątwy ziszczenie - libo wrzask przeznaczenia, które zawsze się wypełni, choćby i kruczą przybrać miało postać? Albo sen wariata lub szaleńca koszmar, tylko że… z niektórych nie sposób się obudzić. Kra…
„Błyskotliwość jego umysłu
pozwalała mu tworzyć własne scenariusze; rozdawał szczęśliwe karty, nie nosząc
przy tym ciasnej kamizelki krupiera.”
Narastający niepokój
nieważkości narracji nieodkładalnej powieści „Prześmiewca” nie pozwala przerwać
lektury przed poznaniem zakończenia, które pozostawia czytelnika z pytaniem o
naturę zła - jego pochodzenie oraz pewną nieprzerywalność. Czy jeżeli cokolwiek
w życiu trwożąco wykreowanego bohatera potoczyłoby się odmiennie, przeznaczenie
pozwoliłoby mu uniknąć powierzonego lub nadanego przy urodzeniu losu? Jeśliby
dać wiarę istnieniu klątw - można je przerwać, czy jednak i tak się dopełnią?
Vincent Vin wzbrania się w swojej twórczości przed oczywistościami, gwarantując
fabułą doskonałą rozrywkę, która przenosi do miejsc, w jakich nikt raczej nie
chciałby naprawdę się znaleźć, choć równocześnie ofiarowuje odbiorcy sztafaż moralnych
oraz życiowych rozterek, jakie to zostają z nim na długo po lekturze. W iście amerykańskim
sznycie wiedzie poprzez dramat rodzinny, thriller domestic noir właściwie, zagadki
zbrodni rodem z kryminałów oraz motywy, których nie powstydziłby się żaden wysokiej
klasy horror. Warstwą językową niekiedy poetycką, innym razem nieskomplikowaną,
lecz nieodmiennie mroczną, przedstawia historię tragiczną, lecz możliwą do wyobrażenia
mimo nasączenia paranormalnością. Skróciłabym jedynie nieznacznie wątki
związane z odkrywaniem prawdziwego pochodzenia przez Logana Blue oraz rozważyła
zmianę poczynań wszechwiedzącego narratora, który to wtrąca się niekiedy do tekstu,
używając niecenionej przeze mnie liczby mnogiej, to jest przykładowo: jak pamiętamy…
Niewielkie niesnaski nie zmieniają natomiast faktu, iż proza o Kruku
Prześmiewcy jest dopracowana w niemalże każdym calu, przyzywająco pierzasta we
własnej ciemności oraz przerażająco przyjemna, psychopatycznie stwierdzam. Opatruję
ją notą obarczonych minusem dziewięciu na dziesięć punktów. A Ty, kra…
przypatrz się dobrze, jakiego kształtu cień tkwi za Twoimi plecami. I przestrasz
się pewnej prześmiewczości.
„Doznał sentymentalnego
powrotu do twórczych czasów, czyli okresu sadystycznych mordów (…) oraz
nieustającej pracy przy lampce biurkowej, która wyczerpywała jego młodzieńczy
wzrok do granic możliwości. Bez wody, jedzenia i towarzystwa, napędzany chorobliwą
wolą powielania na papierze za pomocą kolorowej farby miejsca zbrodni (…) nie
musiał spać (…).”
0 comments
Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)