Helene Flood - Wdowa - recenzja

by - 21:54:00

Thriller z klaustrofobiczną atmosferą, w którym nic nie jest tym, czym zdawało się być, zaś główna bohaterka wydaje się cierpieć na zaniki pamięci lub nawet znajduje się w stadium eskalującej paranoi? Oto i on - „Wdowa” napisana przez nieznaną mi wcześniej, pochodzącą z Norwegii, Helene Flood. Po lekturze recenzowanej książki zyskałam pewność, że od tej pory będę niecierpliwie wypatrywać każdej kolejnej spod pióra utalentowanej Pisarki. Świetną, nader dynamiczną warstwą językową o raczej krótkich rozdziałach i przystających do nich zdaniach, którym jednak nie brak niekiedy poetyckości, Autorka maluje przed odbiorcą słowami historię, od jakiej wprost nie sposób się oderwać. Początkowo wszystko jawi się jako dość oczywiste - mąż, który spędził z żoną blisko pięćdziesiąt lat w udanym związku, pewnego dnia wybywa do pracy na reperowanym własnoręcznie rowerze tylko po to, by nigdy już nie wrócić - równocześnie czyniąc z kobiety wdowę, jak i sieroty z trójki swoich dorosłych już dzieci, dwóch córek oraz syna. Chwilę po tym, gdy mężczyzna opuszcza dom, do Evy, naczelnej postaci, przybiega nielubiana w okolicy sąsiadka - wyraźnie zdenerwowana, rozemocjonowanym głosem informuje ją, że musi natychmiast za nią podążyć, jako że Erling miał wypadek. Obrazy, które kobieta zastaje na miejscu zdarzenia już nigdy jej nie opuszczą - pasek kasku wciąż zapięty pod szyją, białka oczu ledwie widoczne zza kurtyny opadłych na nie rzęs, pęknięcie w chodniku i ta widywana prawie pięć dekad dłoń, co to leży bezładnie na asfalcie, wciąż błyskając noszoną od niemalże zawsze, złotą obrączką… A potem śmierć w karetce. Odrętwienie, te pierwsze dni PO Tym Dniu, kiedy jeszcze nie do wszystkich dociera, że nie ma już świata, jaki znali. Tylko że przybyły do domu śledczy wywróci porządek rzeczywistości jeszcze bardziej, zdradzając, iż wcale nie był to przypadkowy zawał - dowody wskazują na to, że ktoś usilnie próbował pozbyć się mężczyzny z tego świata. Sama Evy, która coraz większej ilości rzeczy nie pamięta? Tak, tak skonstruowanych thrillerów mi trzeba.

„Pewnie w tym momencie sprawa była już przesądzona, pewnie właśnie umierał. Prawdopodobnie nie mogłam niczego już zrobić, żeby w tamtej chwili jeszcze go uratować, nie byłam w stanie powiedzieć niczego, co zawróciłoby go z tej drogi. Nie było sposobu, żeby przechwycić jego uwagę, okazji, żeby wymienić kilka ostatnich słów, powiedzieć coś ważniejszego (…). A jednak miałam takie poczucie. Że mogłam go tam jeszcze wybudzić, gdyby tylko przyszły mi do głowy właściwe słowa. Że mogłam go ściągnąć z powrotem do świata, ale mi się nie udało.”

Wielki dom, którego nigdy do końca nie lubiłaś, jest tak tragicznie pusty, cichy i naznaczony nieobecnością tej jednej osoby - i to mimo tego, że co chwila ktoś się przez niego przewija. Jakaś kobieta przyniosła coś do jedzenia, chyba były tu też Twoje córki, ulubiona najmłodsza o ekspresyjnym, tym razem wyjątkowo przygaszonym charakterze oraz zawsze doskonale zorganizowana Hanne. Syn także przyszedł, pewnie że tak, musiał. I był jeszcze kurier, który zostawił bukiet dwudziestu długich, białych róż, do tej pory nierozwinięty z papieru, na co nigdy wcześniej nie pozwoliłabyś sobie jako idealna gospodyni. Może zaczął już więdnąć, ale to nie ma teraz znaczenia; jak miałabyś zająć się kwiatami, zadbać o nie, kiedy nie ma już nikogo, kto doceniłby ich piękno i o kogo mogłabyś się zatroszczyć, komu podać aromatyczną kolację, z kim wymienić kilka słów lub o kilkadziesiąt więcej? Co ma zrobić świeżo mianowana wdowa, sama nagle i bez ostrzeżenia po pięciu dekadach dzielenia życia z pierwszym i ostatnim mężczyzną, jaki w nim gościł? Tabletki nasenne i na niepokoje wydają się tak kuszące jak nigdy wcześniej, jednak nie decydujesz się wziąć ani jednej. Wybierasz tulenie zimnej strony łóżka i zastygłej w niebyciu pościeli, przecież musisz być świadoma, kiedy Erling wróci. Zawsze wracał, nawet z najdalszych podróży - choć ta, nieplanowana przedłuży się na wieczność. Ze stuporu wybudza Cię dopiero wizyta policjanta, który przynosi szokujące informacje - w trakcie autopsji ustalono, że w organizmie Twojego męża nie znaleziono śladu leków nasercowych, jakie przecież od dawna przyjmował. To niemożliwe, powtarzasz, a potem kolejne pytanie roztrzaskuje strzępki zawieszonego świata w drobny mak: czy był ktoś, kto mógł źle życzyć osobie, z jaką dzieliłaś rzeczywistość i pomóc jej się z niej usunąć. Co takiego?

„Nie przyszło mi do głowy, że może się to zdarzyć już teraz. Powinnam była powiedzieć to, co uważałam, że powinien wiedzieć, dopóki miałam taką szansę, powinnam była go poprosić o kilka wskazówek, jak należy żyć. Ale tego nie zrobiłam, a teraz było za późno. Miałam trzydzieści lat i czułam się zagubioną sierotą.”

To nie koniec niespodzianek. Chwilę przed nagłą i teoretycznie wypadkową przecież śmiercią, Erling zmienił adwokata, w ślad za czym poszły również zupełnie odmienne niż te dotychczas Ci znane dyspozycje dotyczące jego majątku. Testament okazuje się tak szokujący, że aż tracisz oddech - choć jeszcze silniej odbierają Ci go zastanawiające reakcje trójki dzieci na zasłyszane rewelacje. Niejasne przebłyski wspomnień podpowiadają Ci, że przecież pamiętasz, wszystko to wiesz… Może nie słuchałaś męża dokładnie? Podpisywałaś coś? I tamta kolacja, gdy z okazji Wielkanocy cała rodzina zebrała się razem, naprawdę ktoś wtedy był w jego gabinecie? Co z niego zniknęło, bo przecież czegoś definitywnie w nim brakuje? Kieliszek po winie świeci pustotą, lecz wcale nie bardziej niż cały ten dom, w którym nieść zaczął się nawet najmniejszy hałas, choć przecież zabrakło w nim tylko jednej osoby. A później budzi Cię duszący dym, który wydaje się pochodzić zewsząd i znikąd, piwnica tchnie zapachem wilgotnej śmierci albo nie, albo… tylko zaczynasz tracić jaźń i poczucie teraźniejszości zupełnie tak jak Twoja znajdująca się w domu opieki mama. W głowie migają Ci obrazy sprzed czterdziestu, trzydziestu, dwudziestu lat, mieszając się z tym, co jest teraz i odsłaniając przed Tobą zupełnie inną przeszłość niż ta, jaką myślałaś, że przeżyłaś. A może zawsze byłaś w mniejszym lub większym stopniu szalona i dopiero obecnie zaczynasz zdawać sobie z tego sprawę? Przecież nie mogłaś każdego z tych detali wymyślić. Najgorszy pozostaje jednak fakt, że już któryś raz ktoś próbuje pozbawić Cię życia, a Ty nawet nie jesteś pewna, czy… nie odpowiadasz za to Ty sama. Wiesz, Wdowo… faktycznie wydaje się, że masz paranoję, lecz to nie znaczy wcale, że nikt Cię nie obserwuje.

„(…) nie była głupią kobietą i zdawała sobie sprawę, że jeśli choćby przez moment okaże, że ten ostracyzm ją rani, to będzie przegrana. Wyciągnęła bardzo słuszny wniosek, że nie może oczekiwać żadnej litości ze strony pań z sąsiedztwa, że nawet poddając im się, nie zdobędzie ich przyjaźni, i była dostatecznie sprytna, żeby zareagować w sposób, który zirytuje je najbardziej: udając, że jej to w ogóle nie obchodzi.”

Jakkolwiek Helene Flood pięknie oddała słowami uczucia towarzyszące żałobie, odchodzeniu i utracie, przedstawiając zmyślnie tragedię Evy, tak personalnie cieszę się, iż Erling jest w powieści „Wdowa” bohaterem martwym, jako że wzbudził moją skrajną antypatię. Ów szalony ekolog, głoszący, iż wszyscy powinni rzucić obecne płatne zajęcia i działać na rzecz środowiska, które niebawem na pewno spłonie w wersji żywej z pewnością sprawiłby, że genialny thriller norweskiej Pisarki byłby dla mniej o wiele mniej świetny. A taki właśnie jest - z gęstniejącą z każdą przewróconą stroną atmosferą i poczuciem niepokoju, które nie mija aż do bardzo zaskakującego zakończenia. I to mimo epizodycznej „osoby partnerskiej” majaczącej na szczęście jednorazowo w treści. Autorka świetnie przedstawiła zaś motyw odziedziczenia spadku przez teoretycznie zgodną rodzinę - jak niemalże zawsze, tak i w fabule prowadzi to do kłótni i niesnasek, jakie przybierają zasmucające rozmiary. Równie udanie prezentuje się kreacja głównej bohaterki, która z każdym wydarzeniem silniej uświadamia sobie, iż wspomnienia nie zawsze są czymś, na czym można polegać. Zniekształcone upływem czasu, naznaczone trudnościami oraz nieodżałowanymi stratami, ranne - zmieniają swój kształt, transferując w rzeczywistość niewiele mającą wspólnego z prawdą… albo przeciwnie. I te kapitalnie tajemnicze retrospekcje! Pozostawiam „Wdowę” z notą opatrzoną dużym plusem: 8/10 i życzeniem, by w moje emanujące cienistą mrocznością wprost z serca ręce trafiało więcej tak finezyjnie-fantazyjnych opowieści spod ciemnej… latarni.

„Jest coś szczególnego w tym wyrażeniu. Być poza czasem. Robi się krok na stronę, schodzi z tej ogromnej taśmy, na której wszyscy stoimy, taśmy czasu pędzącego przed siebie bez żadnych hamulców, i już nas na niej nie ma. To piękne. Prawie jakby człowiek był wolny.”

You May Also Like

0 comments

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)