Fredrik Backman - Moi przyjaciele - recenzja

by - 00:21:00

To byli Moi Przyjaciele. A potem, kiedy minęło to pierwsze i ostatnie wspólne lato o długości całego mojego życia, nie było już nikogo. Przecież wszyscy, których kocham i tak w końcu odchodzą - dlaczego więc miałbym się temu dziwić? Opowiem Ci jednak o tamtym morzu i słońcu, dwóch miesiącach zatrzymanych między próbą przetrwania a nieistnieniem, jedynym szczęśliwym czasie w życiu tej zgrai naznaczonej tragediami. O nastolatkach kąpiących się w marzeniach, choć obmywał je cały szlam świata, zwieszających nogi z molo na chwilę przed szalonym skokiem, tych uwiecznionych na obrazie, których większość nawet na nim nie dostrzega, bo i niewiele brakowało, żeby sam rysunek nigdy nie powstał. Żeby całej kuli ziemskiej nie przydarzył się artysta o talencie tak wielkim, że się na niej nie mieścił. Nakreślę ich słowami, bo wiele lat później poznałem dziewczynę, Ciebie - jedną z nas, choć nas od dawna nie było, a może istnieliśmy tylko w naszych głowach i nie było nas nigdy. A jednak nawet dziś czuję ten wiatr we włosach, kiedy w jednej z rzadkich chwil dziecięcego zwariowania pełnego beztroski zjeżdżaliśmy kradzionym sklepowym wózkiem z najwyższej górki naszego portowego miasta. Chłód piwnicznego pokoju, który urządziła mi mama, abym nie przebywał w domu składającym się z odchodzenia i śmierci taty, jakiego w pełnym zdrowiu nawet nie pamiętam. Ból, jaki sprawiało mi patrzenie na jednego z nich, na którego ciele jego własny ojciec postanowił przetestować sztukę łączenia dwóch barw - czerwieni krwiaków i fioletu siniaków, skomponowanych rzutem za trzy punkty wgniatającym kaloryfer raz niezliczony. Pamiętam tę, co nie znała strachu i chełpiła się najszaleńszymi z pomysłów tylko po to, by skryć całą miłość tej rzeczywistości, jaką dla nas w sobie nosi. Musisz poznać tę opowieść, choć ostrzegam - to będzie NAJPIĘKNIEJ NAJSMUTNIEJSZA KSIĄŻKA świata. Ktoś musi ocalić ich od zapomnienia, oddechem odżywić cień zasnuwający retrospekcje. A zatem przeczytaj. To były piękne wakacje. Mieliśmy czternaście lat i przed sobą… tylko śmierć.

„A w tamte wakacje przed dwudziestoma pięcioma laty? Zobaczyły śmierć, uciekały przed oprawcami i zostały pobite, doświadczyły więcej przemocy niż ci zgromadzeni na aukcji ćwierć wieku później przez całe swoje życie. Takie dzieciństwo nie wróży żadnej przyszłości, a już na pewno nie pozycji uznanego na całym świecie artysty. Na przekór wszystkiemu jeden z nastolatków właśnie nim zostanie. Urodził się w miejscu tak brzydkim, kryjąc w sobie coś tak pięknego, że można pomyśleć, iż to wręcz akt buntu. W świecie przepełnionym młotami jego sztuka jawiła się niczym deklaracja wojny.

Moja opowieść nie będzie linearna. Zanim zapytasz dlaczego, zapewne przerywając mi manierą najbardziej irytujących ludzi tego świata, napiszę tylko tyle. Spróbuj wyobrazić sobie, że przekazujesz zamknięty w dwóch miesiącach cały czas świata, który przydarzył Ci się ponad dwadzieścia lat temu, szalonej, zupełnie obcej osiemnastolatce, na jakiej towarzystwo skazała Cię jedyna miłość Twojego życia. Najwierniej dorozumiana, nierozerwalnie dośmiertna, zawiązana właśnie w czasie, o którym zaczynasz snuć swoją gawędę. Spotkawszy Cię na swojej drodze, kiedy to pędem uciekałaś z domu aukcyjnego, ścigana przez strażników, rozpoznał w Tobie jedną z nas. Malowidła na tylnej ścianie kościoła przypomniały mu o tym, kim nigdy nie przestał być, a to cenne, bo na tym świecie tak niewiele jest już artystów. Tak, wiem także, że chciałaś tylko zobaczyć jego obraz, który był tam wystawiony i powiedział mi, że spełniałaś jedynie niedokończony sen własnej dokończonej już miłości, jaka dokonała życia, nim to tak naprawdę się zaczęło. I tylko dlatego sam umierając, przekazał swoje pierwsze dzieło w Twoje dłonie moimi - jednocześnie splótłszy Twój los z moim, skazując mnie chwilowo na Twoje towarzystwo. Ostatnia wola. Ostatni oddech. Ostatni raz odbicie w jego spojrzeniu. Milcz więc, proszę. Mam na imię Ted a to nie jest opowieść o Tobie, choć gdy trzymając tego szaleńca w objęciach, by zasnął na zawsze, ofiarowując mu również ostatnią łzę, usłyszałem jeszcze od artysty, że to Ty przedłużysz jego historię, niosąc sztukę na własnych koniuszkach palców. Naszą historię. Czytaj zatem, ale zgaś niepoprawny uśmiech optymisty, słońce świeci nad wodami morza, lecz nie zawsze wychodzi po burzy, a większość opowieści wcale nie ma szczęśliwych zakończeń. O czym napisać najpierw?

„Gdy człowiek dorasta bez rodziców, przyzwyczaja się do wielu dziwnych rzeczy, do tego, że ma się tę jedną jedyną osobę do kochania i że potem nie da się już bez niej żyć. (…) Czas to przedziwny koncept, gdy ktoś Cię porzuca. Jeśli Twój rodzic zostawia Cię, gdy masz pięć lat, nie dzieje się to jednego konkretnego dnia, tylko codziennie. I nigdy się nie kończy.

Twoja przyjaciółka miała rację, nie trzeba przeżyć stu lat, aby znaleźć to jedno wspomnienie, tę chwilę złudzeń i bajań, aby wspominać ją przez całe późniejsze życie. Wystarczy skrawek czasu, z którym kiedyś zawędruje się do nieba lub piekła. Dla mnie i moich przyjaciół było to tamto lato. A wszystko zaczęło się od zauważonego w gazecie ogłoszenia o konkursie plastycznym. I później jeden z nas, ten, co to od zawsze wiedział, że artysta jest artystą i trzeba zrobić wszystko, aby nie zgnił swojego talentu w ohydzie naszego miasta i wypuścić go na szerokie wody w wielki świat, który zasłużył na jego talent, rozpoczął przygodę grupy przyjaciół, bandy nieszczęśników, czternastolatków o oczach pełnych dorosłego rozczarowania. Tych, którzy wiedzieli, jak to jest chcieć każdego dnia umrzeć, bo nie ma po co tkwić w tęsknych tragediach, nas - dzieci, dasz wiarę? Zapomniał na chwilę o tym, jak pomagał mamie tuszować siniaki, bo ojciec wróciwszy z pracy usłyszał ich śmiech, a dlaczego miałoby im być wesoło, odrzucił pokaleczone ciało oraz nieposiadane bajko-zabawki i znalazł sobie misję. Potem były wyłudzone wózkowe monety, śmiały plan kradzieży rowerów i inne intratne biznesy za kilka groszy, bo przecież aby artysta artystą się stał, grono obdartusów z suchymi ciastkami i czerstwym chlebem musiała uzbierać okrągłą sumę na przybory malarskie. A przyszły twórca znany na całą planetę, ten, na którego obrazie wydrukowanym na pocztówce zapisałaś na odwrocie: Widzimy się niedługo, Mama, żeby tylko udawać, że masz jakąś, która za Tobą tęskni, wcale nie rwał się do przyszłej chwały. I tu pojawiła się nasza rola - przyjaciół i obrońców sztuki. Udało się, to przecież doskonale sama wiesz, historia zatoczyła koło, ale te wszystkie przygody, które przeżyliśmy po drodze? Jak o nich napisać? Nie umiem. Tak jak i o tym, kiedy sam sobie wmówiłem, że jak ostatnia ciamajda poślizgnąłem się na schodach, a to tylko mój starszy brat rzucił mną po całej ich długości - może zazdrosny o to, że on pamięta naszego ojca, gdy jeszcze grał na pianinie a ja tkwię w błogiej nie pamięci, przecież nigdy go nie miałem. Poza: dobranoc, strachy na lachy. Jedyne wspomnienie zdrowego taty. Zmyślone?

„Droga paniusiu (…) gdybym chciała zniszczyć ten obraz, z całego tego budynku zostałby już tylko pył. Jestem przecież mistrzynią świata w niszczeniu rzeczy, droga paniusiu. Wszyscy, których kocham, umierają.

Zanim odkryliśmy artystę i zanim odkrył go świat, był jeszcze tamten szkolny dozorca, który pokazał mu, jak brzydkie są białe ściany i jak pięknie przez malowaną sztukę przeświecają promienie słoneczne. Jak wiele miał szczęścia, spotykając przyjaciół i takich ludzi jak my? Nie. To my mieliśmy szczęście spędzić obok niego kawałek rzeczywistości, taki ktoś nieodwracalnie zmienia coś w Twoim sercu, w Twoim życiu, bo nie myślisz już: ja, tylko: my. Ale nie zawsze tak było. Nienawistni i nierozumiejący negatywni nieludzie próbują zabić talent, jeśli sami go nie mają. Był taki jeden nauczyciel, belfer plastyki, który obrał sobie artystę za cel, uparcie usiłując wtłoczyć go w najsztywniejsze ramy. Wyszydzając, czyniąc obiektem agresji reszty klasy. Zacietrzewiony w okrutności, na koniec roku z szerokim uśmiechem zbierał ze szkolnego podwórka powyrywane z jego skrzydeł pióra, a my baliśmy się jak nigdy wcześniej, że zrobi użytek ze zgromadzonych w plecaku pigułek. Że pochłonie go bezkres morza smutku, utopi utrącając ostatki twórczego zapału. Ale potem powstał ten obraz, na którego przedruk spoglądałaś z nadzieją całe lata tułaczek po domach dziecka. Na molo siedzą ledwie widoczni na pierwszy rzut oka nastolatkowie. Jest ich troje. Joar, Ali, Ted. Artysta także jest obecny na płótnie. Stanowi wszystko to, co nas otacza - bezkres niebieskiej wody, słoność powietrza i błękitnego nieba, w którym ktoś pewnie zastanawia się, jak wynagrodzić im to całe zło, jakiego doświadczyli za czasu zbyt krótkich żyć. Biedę burczących żołądków, szorstkość połatanych ubrań, drwiące spojrzenia rzucane szkolnym wyrzutkom, wymierzane im kopniaki i szturchnięcia. Śmierciodajne pigułki w tornistrze i nóż ukryty na dnie drugiego. Piach przysypujący wieko przedwcześnie zatrzaśniętej trumny. Ale nie łzy, smutek, nigdy poddanie się - bo wiesz, nie mając niczego, lecz siebie, posiadaliśmy wszystko. To ja i Moi Przyjaciele. Skrawki schwytanego szczęścia, ułamki uśmiechów, strzępki słów, delikatność dłoni, ważkość wieczności i bezśmiertna miłość. Pozostałem, choć ich już nie ma, nieutulony nieobecnością, i wciąż pytam siebie: jak wyjaśnić stan, w którym zamarzam na śmierć, jeśli nie ma mnie w Twoim spojrzeniu? Lecz pozostała i sztuka, w niej Ty i dziś pytasz mnie, co zamierzam wreszcie zrobić z moim jedynym, zwariowanym i cennym życiem? Już wiem. Chcę wiecznie trwać tamtym latem i opowiadać innym, kim wciąż są Moi Przyjaciele. Przecież obrazy nie przemijają.

„Jak wyjaśnić stan, w którym zamarzam na śmierć, jeśli nie ma mnie w Twoim spojrzeniu?”

Jedne wakacje opowiedziane podczas podróży pociągiem przez niespełna czterdziestolatka osiemnastolatce, oboje z oczami koloru straty i pogrzebami w spojrzeniach, a ja czuję się, jakbym spędziła z bohaterami całe życie. Literatura najsmutniej piękna najwyższych lotów, można by opisać skrótowo powieść „Moi przyjaciele”, którą nakreślił majestatycznie nieszczęśliwą narracją Fredrik Backman. To jednak nie odda nawet ułamka siły tego, jak boleśnie urzeka ta książka - jedna z najlepszych tegorocznych premier, z jaką właściwie nie sposób konkurować. To opowieść o tym, jak wspaniale żyć chwilą - i chwilą przeżyć całe życie. Urodzić się w złej rodzinie, najgorszym miejscu i ciele zbyt małym, by pomieściło żyjący w nim talent. O sztuce, którą tak trudno objąć rozumem - i tak łatwo nią oddychać, jeśli się tylko poczuje transferującą z obrazu morską sól głęboko w płucach, za wszystkie dni. Za wszystkie nasze dni. Jeszcze jeden haust za rodziców i nauczycieli, którzy nie dorośli do swoich ról i nigdy nie powinni nimi być, za cierpienie istnienia i rozpacz odchodzenia, , nieprzemijające żałoby, za bezrozumną przemoc, nieprzebłagane śmierci i dzieci, które nie miały okazji nimi być, o młodych-starych oczach i szarych-kolorowych doświadczeniach. I za coś dobrego, te przypadkowe uczucia, które - nawet jeśli na darowany moment - czynią i wypełniają wieczność oraz za ukradkiem przekazywane podarki, dopełniające odwieczny krąg sztuki; odszedł król i król przyszedł. Kochanka losów najmroczniejszych i nieszczęśliwy wiecznie poeta w mojej postaci, jak bardzo chciałby, nie potrafi oddać pełni kunsztu tej historii. Odkładanej wielokrotnie podczas lektury, by przeżywać fragmenty ponownie; tak dumnie pięknej w grozie, że aż pragnie się nigdy nie skończyć jej czytać. Uczyń coś dla mnie, zanurz się najgłębiej pod wodą, w treści powieści, gdzie docierają tylko drobinki światła. Przyjrzyj się temu, jak się skrzą - jak bardzo dzięki unikatowości są cenne. Poczuj prozę utraty - nigdy jej nie zapomnisz. Stanie się serca stałym gościem, a co nie przemija, najdroższe. Tym są moim przyjaciele - faktem, że istnieli i pewien artysta, który artystą wcale mógł się nie stać, podarował im „na zawsze” na płótnie. Uwiecznił sztuką. Uszlachetnił uwerturą umierania i unieśmiertelnił. 11/10 oraz tegoroczne TOP 10 (lokata 2.)  - tęskna tragedia, dojmujący dramat, czysta sztuka i poemat o niej. A może nie tylko, a aż o tym, kim moi przyjaciele?

I… <Powiedz, co zamierzasz wreszcie robić / z Twoim jedynym zwariowanym i cennym życiem?> a ja pozwolę przemówić prozie przepięknej:

„Trudno snuć opowieści, nawet jakiekolwiek, ale jeśli to Twoja własna, jest to prawie niemożliwe. Zawsze zaczynasz od złej strony, zawsze mówisz za dużo albo za mało, pomijasz zawsze to, co najważniejsze.”

DODATKOWA SCENA WARTA WYRÓŻNIENIA, czyli historia o tym jak łatwo nauczyciel zdeptać może talent pasjonata i wyrwać każde z piór skrzydłom marzeń:

„Jakby rysował to trzylatek... (…) Wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem. (…) Tak łatwo stłamsić czyjeś serce. Wkrótce z artysty pozostał jedynie cień. (…) Puszczyk mógł już wtedy odpuścić, wycofać się po wygranej, ale władza za bardzo mu się spodobała. Lekcje plastyki zmieniły się w koszmar. Jego wyzwiska przerodziły się w terror, artyście nie wolno było dłużej ukrywać głowy pod kapturem ani używać własnego ołówka. Puszczyk zasłaniał się zasadami stworzonymi dla wszystkich, niech sobie chłopak nawet nie myśli, że jest jakiś wyjątkowy! Tak jakby temu chłopcu kiedykolwiek w ogóle przyszło to do głowy. Któregoś dnia Puszczyk polecił całej klasie, by narysowali pudełko. Zadanie nie należało do trudnych, uczniowie dostali nawet linijki, ale pod koniec lekcji kartka artysty nadal pozostawała pusta, a on sam prawie zwymiotował z przerażenia. Nauczyciel powinien to wiedzieć, przecież nawet ten drań musiał kiedyś, choć raz w życiu, kogoś kochać. W oczach chłopca powinien był dostrzec, że ten nie rysuje pudełka, nie czując przy tym, że sam jest w nim zamknięty. Powinien był mu kazać narysować świat na zewnątrz pudełka, wszystko, co czuł, gdy w końcu wypuszczono go z tej skrzyni w przedszkolu: promienie słońca i tlen. (…) pierwszego najlepszego przyjaciela. Zamiast tego Puszczyk wybrał okrucieństwo. Wyśmiał go. Wcale nie trzeba wielkich ciężarów, by złamać czyjąś wiarę w siebie. Wystarczy wiedzieć, gdzie nadepnąć. (…) Rysowanie oznaczało dla artysty wolność. Puszczyk [nauczyciel] zamienił je więc w więzienną celę. Wymyślał tysiące zasad i setki tysięcy sposobów, by artyście się nie udało. W szybkim tempie odzyskał swój autorytet. Artysta nie miał tworzyć, a jedynie podporządkować się nakazom, precyzyjnie wykonywać każde zadanie i przedstawiać konkretne wyniki. Oczywiście nie był w stanie temu podołać. Jeśli kazano mu narysować dom, rysował to, jak czuł ten dom. Puszczyk był inteligentny, jest to konieczność, gdy jest się okrutnym (…). [przyjaciele] Na wszystkie sposoby próbowali go przekonać, by znów zaczął rysować. Ale już nie potrafił. Na koniec wiosennego semestru artysta dostał ocenę niedostateczną z plastyki. Nie widać tego gołym okiem, ale z początkiem wakacji na wszystkich szkolnych podwórkach leży pełno potarganych skrzydeł. Artysta przestał mówić, prawie nie jadł i jego przyjaciele myśleli tylko o jednym: że tego nie przeżyje.”

DODATKOWE CYTATY WARTE WYRÓŻNIENIA… choć właściwie powinnam tu przepisać cały tekst powieści:

„Wyobraźnia to jedyna broń dziecka. Na widokówce z obrazem napisała taką wiadomość, o jakiej marzyła, tak jakby ktoś za nią tęsknił i ją kochał. <Widzimy się niedługo. Mama>. Wsunęła ją do plecaka z myślą o tym, że któregoś dnia razem z Rybką zobaczą ten obraz na żywo. I będzie tak jak wtedy, gdy superbohaterowie odkrywają swoje supermoce. Louisa dotrze nad morze i przestanie się bać pływać. Że będzie jak w bajkach i w jakiś magiczny sposób wszystko skończy się pomyślnie. Tak nie będzie. Ale właśnie w ten sposób zaczyna się jej historia.”

„Twierdzili, że była szalona i niebezpieczna i że najlepsze, co mogła zrobić dla świata, to przestać istnieć. (…)  nie była szalona. Prawie we wszystkim była najlepsza i była moim człowiekiem, moim CZŁOWIEKIEM, moim CZŁOWIEKIEM. A teraz nie żyje i wszyscy mają to gdzieś, nikt nawet nie będzie jej pamiętał!

„A artysta? Dobrze mu szło dostrzeganie piękna we wszystkim, tak to już jest, gdy nigdy nie widzi się go u siebie. Nie pasował do tej szkoły, nie pasował do tego miasta, nie pasował do swojego ciała. Tej wiosny, gdy miał czternaście lat, płakał tak dużo, że zdawało mu się, iż jest już całkiem pusty. Wszyscy odbierali go jako niepewnego siebie tylko dlatego, że był taki cichy, ale nie to stanowiło problem. Problemem okazywało się to, czego był całkowicie pewien. Pewien, że jest nic niewart. Pewien, że jego przyjaciele mylili się co do niego. Pewien, że wszystkich zawiedzie.”

„Możesz sobie malować, co chcesz, jeśli tylko będziesz to robić, po prostu cholernie się boję, że Cię stracę, jeśli przestaniesz malować.”

„To nie dzięki mnie. Ani nikomu innemu. To, co tworzysz, to jedynie Twoja zasługa.”

Czasem chciał jedynie wrzasnąć, że we wszystkim, co maluje, chodzi o to, że umarła jedna z najbliższych mu osób, nie widzicie tego? Umarł bliski mu człowiek, a on nie może przestać się smucić, trwa w tym stanie przez cały czas, wszędzie. (…) Właśnie to niepojęte w żałobie sprawia, że tracimy zmysły, zapominamy, jak oddychać, jak chodzić, aż w końcu snujemy się nocami po pustych pokojach, wydzwaniając bez skutku. Próbując zrozumieć, jak to jest możliwe, że istnieje numer, pod który już nie można się dodzwonić.

„Demony dorosłego życia ciążą mu tak mocno, że szura stopami po chodniku. Żałoba to samolubna bakteria, żąda od nas całej uwagi. (…) nie chce wyjść na bezdusznego, po prostu chce zostać sam, w ciszy, by znów usłyszeć w głowie głos artysty. Poczuć jego oddech na skórze. Po utracie miłości swojego życia człowiek nie życzy sobie szczęścia, bo nawet nie umie sobie wyobrazić, że kiedyś znów mógłby się cieszyć. Marzy jedynie o spokoju, ciszy i chociaż jednej całkowicie przespanej nocy. Chciałby móc przebaczyć czasowi jego upływ. To, że nie pozwala nam zostać na molu z najlepszymi przyjaciółmi. To, że kończą się wakacje.”

Sztuka nie jest chronologiczna. Wszystko, co tworzył artysta, pochodziło z jednego miejsca w jego głowie, do którego mógł się dostać wyłącznie, gdy nie szukał. Jeśli kazano mu rysować, czuł się niczym wybudzony w środku snu, do którego znów próbował wrócić. Niskie poczucie własnej wartości to niezwykle wyniszczający wirus. Nie ma na niego lekarstwa.”

„(…) w nim sztuka była miłością. Żałobą. Opowieścią. Kontekstem.”

„Patrzą na siebie, trzydziestodziewięciolatek i osiemnastolatka, oboje z pogrzebami w spojrzeniach.”

„Możesz być w życiu, kim tylko chcesz, byle nie krytykiem! Ani czyimś, ani swoim własnym. To żaden wyczyn być krytykiem, każdy tchórz sobie z tym poradzi. Ale sztuka nie potrzebuje krytyków, już i tak ma wystarczająco wielu wrogów. Sztuka potrzebuje przyjaciół.

Nikt nie potrafi wyjaśnić, dlaczego niektórzy czternastolatkowie chcą umrzeć. Z biologicznego punktu widzenia natura nie ma żadnego pożytku z nieszczęśliwych dzieci, mimo to plączą się wszędzie, nie wiedząc, jak wytłumaczyć słowami swój niepokój. Bo jak wytłumaczyć to uczucie komuś, kto całe życie czuł się bezpieczny i szczęśliwy? Że to niczym potwór ciężko drzemiący na naszych płucach, dławiący każdy oddech, tak jakby się tonęło. Że to głos w naszych głowach, krzyczący, że wszystko, co się z nami wiąże, jest pomyłką?

„Często marzył, by być takim dzieckiem, jakiego chcieli rodzice, zwykłym, jak wszystkie inne, ale jakim cudem? Nikt nie był taki jak on. Ani matka, ani ojciec nigdy nie zobaczyli go pochylonego nad szkicownikiem z ołówkiem przesuwającym się po papierze. Ominął ich taki skarb. Nigdy nie dotarło do nich, jak wyjątkowy okazał się ich nienormalny syn.

„ (…) zacytował Fridę Kahlo, która powiedziała, że maluje kwiaty po to, by nie umarły. I Leonarda da Vinci, który stwierdził, że sztuka nigdy nie jest dokończona, jedynie porzucona. To wręcz nie do uwierzenia, że dźwięk tysiąca drzwi, które właśnie otworzyły się w tym chłopcu, nie odbijały się echem po całym świecie. (…) Kiedyś, wiele lat później, ktoś napisał w gazecie, że najpiękniejsze w obrazach artysty jest to, że sprawiają wrażenie nieuniknionych. (…) Możemy malować każdego dnia! (…) Tego rodzaju obietnice nie są przecież kłamstwem, a buntem przeciwko śmierci. A potem zacytował ulubiony wiersz matki, napisany przez Mary Oliver - <Powiedz, co zamierzasz wreszcie robić / z Twoim jedynym zwariowanym i cennym życiem?>”

„Najlepiej wychodzi jej cytowanie poetów. Tym razem Tomasa Tranströmera. <Nie wstydź się tego, że jesteś człowiekiem, bądź dumny! W twoim wnętrzu otwiera się sklepienie za sklepieniem bez końca. Nigdy nie będziesz gotowy i tak jest słusznie>.”

„Wszyscy chcą, żebym malował więcej obrazów, ale tylko do czasu, gdy już jeden kupią. Wtedy woleliby, żebym już nic nie malował. Moja sztuka stała się jedynie inwestycją, wszyscy, którzy posiadają jakąś część mnie, życzą mi śmierci, bo na aukcji nie ma nic cenniejszego niż niedokończone życie.”

Jesteś artystą, jeśli tworzysz! Jesteś artystą, jeśli widzisz świat nie takim, jaki jest, jeśli nienawidzisz białych ścian! Żaden dupek nie ma prawa decydować o tym, czym jest sztuka, nikt nie może Cię powstrzymać od kochania tego, czego chcesz, wszyscy ci zasrani cynicy i krytycy mogą sobie rządzić całym światem... ale nie mogą decydować o tym, jak ma bić twoje serce! Bądź, kim chcesz, ale nie stań się jednym z nich. Sztuka to już i tak bardzo delikatny płomień, który może zgasnąć od jednego jedynego westchnienia. Sztuka potrzebuje przyjaciół, naszych ciał osłaniających ją od wiatru, naszych dłoni wokół płomienia, aż nabierze tyle mocy i siły, by płonąć sama. Aż przerodzi się w pożar. Nie do zatrzymania.

You May Also Like

0 comments

Serdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)