Dawid Sakowski - Napięcie krytyczne - recenzja
Jak w każdy powszedni dzień, szybkim ruchem dłoni wyłączasz budzik, zanim jego donośny sygnał wypełni niewielką sypialnię. Nie możesz przecież dopuścić, aby o piątej rano poderwał całą rodzinę, z jaką gnieździsz się w pięćdziesięciometrowej klitce o papierowych ścianach. Nastawiasz go tylko z przyzwyczajenia, gdyż Twój organizm zawsze wybija się ze snu parę chwil wcześniej. Potem ostrożnie zwlekasz się z łóżka, aby nie zbudzić śpiących żony i dzieci. Zachowujesz się jak automat, w którego pamięć wpisano zawsze tę samą sekwencję ruchów: trucht do kuchni, nastawienie wody na kawę, którą wypijasz paroma szybkimi haustami, narzucenie wierzchniego okrycia i pośpieszny spacer na przystanek, aby zdążyć na autobus. Jeśli odjedzie bez Ciebie, spóźnisz się do pracy, a to będzie miało swoje konsekwencje. Należy do nich nie tylko upokarzająca rozmowa dyscyplinująca, ale także obcięcie pensji. A ta, którą otrzymujesz i tak ledwo starcza na utrzymanie rodziny: Ciebie, Magdy i dwojga maluchów. Już teraz nie opłacasz wszystkich rachunków, których ilość rośnie w zastraszającym tempie. Jeden dług pociąga za sobą następny i tak bez końca, aż w końcu zjawi się tłusty, zadowolony z siebie komornik i zabierze nawet ten skromny dobytek, jaki posiadasz. Doskonale o tym wiesz, więc nie możesz pogrążać się w rezygnacji, bo Twoim podstawowym zadaniem jest utrzymanie bliskich. Zaciskasz więc zęby w akcie bezsiły i pakujesz się do starego, kopcącego niemiłosiernie Jelcza. On sam jest jak miasto w którym mieszkasz - brudny i wyglądający, jakby miał się za chwilę rozpaść. Gdy spoglądasz na pozostałych pasażerów, widzisz to, co zawsze. Wszyscy mają te same szare i pozbawione jakiejkolwiek nadziei twarze. Siedzą zgarbieni, wbijając pusty wzrok w podłogę lub w umorusaną szybę, przez jaką i tak niczego nie widać. Nawet gdyby było inaczej, przed ich oczyma rozpostarłby się mało zachęcający widok - Włocławek umiera, powoli, ale nieubłaganie.
„Czuł (…) ciężar na sercu. Trzydzieści dwa
lata. Miał naprawiać świat, a na razie musiał naprawiać suwnicę, która powinna
być na złomie, za pieniądze, których nie widział na oczy.”
Jak wiele innych prowincjonalnych miast w Polsce, to także skazane jest na los, który oznacza marazm i biedę dla mieszkańców. W dobie przemian ustrojowych i ekonomicznych dla żyjących w takich miejscach nie ma żadnej sensownej oferty. Powtarza się im jedno: albo sobie poradzisz na wolnym rynku, albo nie będziesz miał co włożyć do garnka. Tyle, że obiecywana szansa na lepsze życie jest tylko iluzją i czystą mistyfikacją. Pozamykano prawie wszystkie zakłady pracy jako nierentowne, zaś zatrudnieni w nich ludzie poszli na bruk i mogą mówić o szczęściu, gdy przyzna się im chociaż zasiłek dla bezrobotnych. Z dnia na dzień nie tylko stali się nikomu niepotrzebni, ale także pozbawieni przyszłości. I - co najbardziej bolesne, także elementarnej godności. Istne pęknięte trybiki w maszynce do mielenia mięsa, w jaką zamieniła się ich własna ojczyzna, nieprzejawiająca nawet cienia litości dla tych wszystkich, którzy nie mają układów, albo farta dającego im możliwość kurczowego trzymania się posiadanej pracy i pieskiego życia od pierwszego do pierwszego za głodowe pensje. O swój los mogą być spokojni tylko nieliczni i zawsze Ci sami - byli partyjnicy, dawni funkcjonariusze SB i pozostali członkowie kamaryli komunistycznego systemu. Piastują dyrektorskie stanowiska i pomiatają wszystkimi, którzy harują w pocie czoła na ich sute wynagrodzenia. Podzielasz los tych ostatnich jako pracownik „Atmosfery” - jednej z niewielu fabryk, jakie jeszcze widnieją na mapie miasta. Wykonujesz zawód technika elektryka, odpowiedzialnego za to, aby do maszyn w sposób nieprzerwany płynął prąd będący ich siła napędową. Bez niego produkcja się zatrzyma a to oznaczałoby upadłość manufaktury i położenie kresu możliwości uzyskiwania środków utrzymania przez całą załogę. I gdybyś postępował, jak nakazują obowiązujące normy, już dawno by do tego doszło. Cała instalacja jest beznadziejnie przestarzała i zużyta a ciągłe awarie usuwa się naprędce i z braku odpowiednich materiałów byle jak. To cud, że jeszcze nikt nie zginął z tego powodu. Nie ma na nic pieniędzy, bo „Atmosfera” to podręcznikowy przykład patologii nowego systemu gospodarczego. Majątek przedsiębiorstwa jest bezczelnie rabowany przy każdej okazji przez dyrektora Jabłońskiego.
„Adam poczuł, jak ogarnia go dziwny, pusty
śmiech. Stał pośrodku walącej się fabryki (…) wiedząc, że w domu czekają na
niego niezapłacone rachunki. To był moment, w którym człowiek przestaje się
bać, bo traci nadzieję na to, że może być lepiej.”
Wszyscy wiedzą, że mężczyzna zawiera fikcyjne
umowy na wykonanie horrendalnie drogich usług z firmami prowadzonymi przez
znajomych oraz rodzinę, a także przyznaje sam sobie wynagrodzenia, za jakie bez
najmniejszego problemu można by utrzymać kilka rodzin. I jest w tych
procederach całkowicie bezkarny, gdyż posiada „plecy” w zarządzie spółki, choć
nie ma najmniejszego pojęcia ani o ekonomii, ani o specyfice gospodarczej
kierowanej placówki. To wyjątkowo oślizgły typ i kompletne beztalencie,
traktujące, jak każda kreatura tego rodzaju, z bezbrzeżną pogardą swoich
podwładnych, którym często przez całe tygodnie nie wypłaca należnej pensji, nie
wspominając już o nadgodzinach. A ci się nie buntują, bo zdają sobie sprawę, że
należą do tych nielicznych szczęśliwców, którzy posiadają pracę. Jej brak
oznacza głód i eksmisję z mieszkania, za które nie będą w stanie zapłacić. Doskonale
wiesz, że z powodu zaniedbań dojdzie kiedyś do spektakularnej katastrofy, gdy ich
skutki się skumulują i nie pozostawią żadnego pola do przeciwdziałania temu
stanowi rzeczy. Twoją rolą jest do tego nie dopuścić, więc dokonujesz prawdziwych
technicznych majstersztyków, angażując do tego celu całą swoją ogromną wiedzę i
pracowitość. Dziś znowu przekraczasz bramę zakładu, wiedząc, że czeka na Ciebie
mnóstwo roboty, która i tak niczego nie zmieni. I wcale się nie mylisz. Lista
usterek zajmuje całą stronę A4.
„Magda patrzyła na niego uważnie, wyczuwając,
że pod maską zmęczenia kryje się coś więcej - iskra, której nie widziała u
niego od lat. Nie pytała o nic. Wiedziała, że we Włocławku niektóre tajemnice muszą
zostać za progiem fabryki.”
To dopiero zwiastun kłopotów. Gdy przekraczasz próg hali maszynowej, dowiadujesz się o awarii głównej suwnicy, bez której nie jest możliwe kontunuowanie produkcji. Obwieszcza Ci to sam Jabłoński, który na Twój widok zaczyna wrzeszczeć jak opętany. Ma pretensje, że zjawiłeś się tak późno, choć przecież nie spóźniłeś się na zmianę ani minuty. Żąda, abyś natychmiast zabrał się do roboty i grozi obciążeniem za każdą sekundę przestoju. Bez słowa rzucasz okiem na jego czerwoną z wściekłości twarz i zrezygnowany wspinasz się po drabinie. Gdy docierasz na miejsce, przez chwilę patrzysz w dół. Z tej perspektywy nawet ten wszechmocny we Włocławku poganiacz współczesnych niewolników wygląda jak miotająca się w kuriozalnym szale teatralna kukiełka. Uśmiechasz się na myśl, że wreszcie został sprowadzony do właściwej proporcji. Zaczynasz grzebać w sterownicy, którą już tyle razy łatałeś, śląc potem rozpaczliwe raporty, wskazujące, że istnieje konieczność natychmiastowej wymiany mechanizmu, który grozi nie tylko całkowitym zepsuciem, ale także okaleczeniem, a nawet śmiercią obsługujących go pracowników. I o mało nie padasz ofiarą dezynwoltury dyrektora, gdyż pomiędzy śrubokrętem a wiązką przewodów przebiega nagle potężny łuk elektryczny, sypiąc wkoło snopem iskier. Gdy Twoje nozdrza wypełnia intensywny zapach spalonej gumy a na hali zapada złowroga cisza, już wiesz, że tym razem nic już nie da się zrobić. Maszyna jest martwa i nie ma sposobu, aby ją znowu reanimować. Na dole przypada do Ciebie Jabłoński, sycząc z wściekłością obelgi i zapowiadając, iż zapłacisz z własnego wynagrodzenia za wszystkie konsekwencje usterki. Przez chwilę słuchasz go w milczeniu, gdy nagle coś w Tobie pęka. Masz już dość poniżeń i traktowania Cię jak śmiecia przez taką kanalię. Przy całej załodze głośno i wyraźnie oskarżasz go o zaniedbania, a nawet zapowiadasz zgłoszenie sprawy do prokuratury. Nie zważając na wypowiadane groźby, odwracasz się na pięcie i zmierzasz do wyjścia. Opuszczasz podwoje fabryki, widowiskowo przekraczając „cienką, czerwoną linię pomiędzy szaleństwem i rozsądkiem”, nie zamierzając wyzbyć się ostatnich okruchów honoru, które jeszcze zachowałeś w swoim sercu. Będą Ci potrzebne w podjętej batalii o ocalenie nie tylko swojego człowieczeństwa, ale także zakładu, w którym spędziłeś tak wiele trudnych lat.
„(…) stał nieruchomo. Czuł, jak pieką go policzki (…) od wstydu, który palił żywym ogniem. To było całkowite, publiczne obnażenie jego klęski. Nie potrafił upilnować własnego domu, nie potrafił ochronić dzieci przed widokiem swojego upadku, a teraz stał tu, jako pośmiewisko całego Włoclawka.”
„Napięcie krytyczne” Dawida Sakowskiego to nietypowa powieść obyczajowa, będąca czymś pomiędzy urbanistyczną opowieścią o beznadziei egzystencji w miasteczku, które nowe czasy skazały na ekonomiczną zagładę a pieśnią pochwalną ku zawodowi technika elektryka. Jej bohaterem jest Adam Sejkowski - trzydziestodwuletni mężczyzna, zatrudniony we włocławskiej fabryce „Atmosfera”. Choć ledwo wiąże koniec z końcem z powodu głodowej pensji, jest całkowicie oddany swojej pracy i nie godzi się na coraz liczniejsze nadużycia ze strony dyrektora, którego działania wiodą placówkę ku upadłości. Publicznie wywołany konflikt coraz bardziej eskaluje i zmusza młodego człowieka do podjęcia walki o ocalenie swojej godności oraz bytu zakładu, który daje zatrudnienie nie tylko jemu, ale dziesiątkom innych osób. Książka Autora to przede wszystkim przejmujące studium nędzy, w jaką wtrąciła mieszkańców prowincjonalnych miasteczek epoka przemian ustrojowych i gospodarczych w latach 1989-2000. Ludzie, którzy z dnia na dzień tracili pracę, początkowo nie mieli prawa nawet do zasiłku dla bezrobotnych, pogrążając się z biegiem czasu w nieuchronnie narastającym marazmie i alkoholizmie. Pozbawieni przyszłości, nie byli tym bardziej w stanie znaleźć rozwiązania na teraźniejszość. Tymczasem tym, którzy byli winni wtrącenia kraju w bezprecedensową zapaść ekonomiczną przez 45 lat systemu komunistycznego, powodziło się doskonale. Byli sekretarze PZPR, SB-cy i tym podobne indywidua zaczęły piastować w nowym systemie kierownicze stanowiska, jak zawsze z bezbrzeżną pogardą traktując tych, którzy wypruwali sobie żyły pracując na ich nienależne apanaże. Sakowski doskonale oddaje na kartach historii duszną i beznadziejną atmosferę tamtych czasów, wszechogarniającą szarzyznę, brud ulic, pojazdów i ludzkich serc, a przede wszystkim brak jakichkolwiek perspektyw na przyszłość. Dopiero iskra buntu, jaka budzi się w Adamie, staje się zaczynem zmiany tego stanu rzeczy. I to wskrzeszone w akcie skrajnej rozpaczy, nikłe początkowo i olbrzymiejące z każdym dniem światełko w tunelu, jest tak naprawdę najważniejszym bohaterem tej powieści. Debiut Sakowskiego, jak to na pierwszą książkę przystało, nie jest jednak wolny od wad. Najsłabszą jego stroną jest nieco kuriozalne w wyrazie definiowanie przez głównego bohatera wszystkich wydarzeń poprzez wykonywany zawód oraz skłonność do niepotrzebnego patosu. Efektem są manieryzmy w rodzaju: „Światło mrugnęło i zapaliło się ponownie. – Nawet tu mnie ścigasz … - szepnął do prądu, który płynął w ścianach. (…) Czuł dziwny rodzaj spokoju. To był spokój elektryka, który wie, gdzie jest bezpiecznik. (…) Poczuł, jak po plecach przechodzi mu prąd, mocniejszy niż ten w przewodach. (…) Adam Sejkowski, technik elektryk, pierwszy raz od lat poczuł, że prąd, który w nim płynie, znów ma wysokie napięcie.” Mieszane uczucia budzą także sceny z udziałem nieżyjącego już profesora Augusta, byłego nauczyciela Sejkowskiego w technikum elektrycznym. Pojawia się on w wyobraźni mężczyzny, doradzając kolejne posunięcia, mające zaszachować dyrektora Jabłońskiego. I o ile przepadam za realizmem magicznym i wątkiem maestro, to jakoś u Twórcy wątek ten pozbawiony jest koniecznej dawki tajemniczości i szczypty magii, która czyni go atrakcyjnym. Nie przekonuje mnie też sytuacja, w której elektryk schodzi do podziemi fabryki w poszukiwaniu tablicy rozdzielczej z bezpiecznikami i odnajduje ten konieczny do użycia wraz z karteczką od profesora, zawierającą adnotację wskazującą, iż antycypował on taki przebieg wydarzeń. Prawdę mówiąc sprawia to wrażenie bardziej komiczne, aniżeli przejmujące. Nagła przemiana Jabłońskiego ze skrajnej kanalii w człowieka, który wreszcie wstępuje na drogę wiodącą ku świetlanej przyszłości, także pozbawiona jest niezbędnej dawki prawdopodobieństwa. Minusy te nie zmieniają faktu, iż Pisarz stworzył bardzo oryginalną fabułę, na jaką w takim kształcie jeszcze nigdy nie trafiłam - i chętnie sprawdzę, jak rozwinie się jego nietuzinkowy warsztat literacki. Pozostawiam ją z oceną 6/10 - dobrą z minusami. Na koniec plus - wydanie wzbogacone jest o unikalne fotografie Włocławka z lat, w których toczy narracja powieści, co z pewnością przysporzy sentymentalnym mieszkańcom wspomnień.
„Wieczór przeciągnął się do późna. Gdzieś w
oddali huczały Azoty, pociąg do Warszawy przecinał miasto miarowym stukotem, a
na Zazamczu, w bloku Sejkowskich, paliło się światło - symbol tego, że
Włocławek nie wraca do pracy, bo on pracy nigdy się nie bał. On po prostu
zaczął pisać nowy rozdział.”
1 comments
Ciekawie, że do wydania dodali zdjęcia miasta.
OdpowiedzUsuńSerdecznie dziękuję za wszystkie opinie, wiadomości oraz czas poświęcony na czytanie mojej strony- tworzę ją dla Was! :-)